Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom III/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.
MONCEAUX.

Tymczasem Gaston zbliżał się do Monceaux.
Stosownie do słów księcia, znalazł w karecie maskę i domino: maska była czarna aksamitna a domino z fiołkowego atłasu. Przybrał się w to wszystko, gdy mu się nagle przypomniało, że żadnéj nie miał broni.
Wychodząc z bastylji pobiegł był prosto na ulicę du Bac, a teraz nie śmiał już udać się do swojego dawnego mieszkania pod Muids d’amour, ażeby go nie poznano i nie przyaresztowano. Nie śmiał także kazać zbudzić którego z nożowników, by kupnem puginału nie wzniecić podejrzenia. Powiedział więc sobie, że za przybyciem do Moneceaux potrafi jakąkolwiekbądź broń dostać.
Ale im więcéj się zbliżał, czuł, że nie tyle mu broni co odwagi zbywa. Odbyła się straszna w jego wnętrzu walka: duma i ludzkość biegły z sobą w zapasy, i musiał w pamięci swojéj przywołać przyjaciół uwięzionych, osądzonych, skazanych na śmierć okrutną i hańbiącą, ażeby tym strasznym obrazem utwierdzić się na nowo w przedsięwzięciu swojém. To téż gdy powóz zatrzymał się przed pawilonem pałacu w Monccaux, czoło jego zimnym oblane było potem, pomimo mrozu silnego i śniegu, który wszystko pokrywał w około; i z przestrachem pod maską swoją: słowo Już! wyszeptał.
Otworzono drzwiczki u karety, i potrzeba było wysięść. Nadto poznano i powóz księcia, używany zwykle do jego tajemnych wycieczek, i służba nadbiegła, ażeby być gotową do wszelkiéj posługi.
Gaston nie uważał na tę jéj gorliwość. Wysiadł dość pewnym krokiem z powozu i oddał swój bilet, chociaż doznał pewnego rodzaju odurzenia. Lokaje z uszanowaniem rozstąpili się przed nim, dając niejako poznać, że okazanie biletu wolnego wejścia zupełnie zbyteczném było.
Było wówczas w zwyczaju, że się wszyscy maskowali, a więcéj jeszcze mężczyźni, przeciwnie zwyczajom dzisiejszym, aniżeli kobiety. Kobiety nawykłe były do rozprawiania wolnego o wszystkiém, i przyznać należy, że rozprawiać umiały. Maska im nie służyła ażeby się pod nią z nicością swoją ukrywały: bo w wieku ośmnastym wszystkie kobiety były rozumne i dowcipne. I nie ukrywały pod nią także swojego stanu podrzędnego: bo w wieku ośmnastym każda ładna kobieta niebawem otrzymała tytuł i znaczenie, dowodem tego są: księżna de Chateauroux i hrabina Dubarry.
Gaston nie znał tutaj nikogo, ale instynktowo odgadł, że się znajduje wśród najpiękniejszego kwiecia towarzystwa spółczesnego. Z mężczyzn byli tam pp. de Noailles, de Brancas, de Conilhac, de Byron, de Saint-Simon, Noce’ i de Broglie; zebranie kobiet może pod względem rodowości nie tyle było wyszukaném ale zapewne złożone z również wykształconych i dowcipnych, i prócz kilku dam wielkich imion, które się w Sceaux i St. Cyr przy boku pani du Maine i de Maintenon na dwór teraźniejszy dąsały, cała arystokracja otaczała księcia, który z całéj rodziny był najwaleczniejszym i najbardziej popularnym. Brakowało tam tylko przy téj reprezentacji ubiegłego wieku nieprawych dzieci Ludwika XIV i króla.
I rzeczywiście, że nikt w świecie nie umiał tak urządzić wielkich festynów jak rejent, zgadzali się na to nawet i nieprzyjaciele jego. Owa wystawność tak gustowna, ta wielość przecudnych kwiatów woniejących po salonach, te miljony świateł rozmnożonych w dwójnasób w rozlicznych zwierciadłach! owi książęta, ambassadorowie, kobiety prześliczne, strojne i wesołe, wszystko to czarodziejskie wrażenie na młodym parafianinie zrobiło; który w oddaleniu w rejencie tylko zwyczajnego widział człowieka, a obecnie zobaczył w nim króla, i to króla który był potężny, rozumny, uprzejmy, wesoły, kochany a przedewszystkiém popularny i narodowy.
Gaston czuł, że woń tego wszystkiego go upaja. Piękne oczy z pod masek przeszywały go jakoby ostrza ogniste. A serce jego zadrżało, gdy szukając wśród tylu głów téj, któréj cios śmiertelny miał zadać, dostrzegł domino czarne aksamitne. Przebiegał popychany i popychający te tłumy, które go jak bałwany lekką łódkę bez sternika i żagli, unosiły dalej a dalej; i pod owemi podnietami poezji, która go otaczała, na przemian to wesoła to smutna, mniemał że raz jest w raju i znowu w piekle.
I gdyby nie larwa kryjąca mu twarz, każdy, widząc wzburzone rysy jego, byłby od razu wyrzekł: «ot, to jest morderca!«
Mówił sam sobie, że to było podłością przyjść w dom księcia, zniszczyć prawa gościnności, zamienić te jasne światła w pochodnie grobowe, zbryzgać krwią owe świetne obicia, zanieść trwogę i przerażenie pomiędzy wesołe odgłosy zabawy, i myśl ta odjęła mu odwagę i zwrócił się ku drzwiom.
— Zabiję go na dworze ale nie tutaj, poszepnął.
W tém przypomniał sobie wskazaną mu przez księcia szklarnię, do któréj mu miany przy sobie bilet drogę miał otworzyć, i dodał:
— On przewidział, że się tych tłumów ulęknie, on odgadł że jestem tchórz.
Drzwi do których się był zwrócił, prowadziły do galerji, w któréj zastawiono bufet. Każdy tutaj przychodził, by się posilić. I Gaston do niego się zbliżył, ale nie, ażeby coś zjeść lub wypić, ale, ażeby broń jaką zdobyć. Wybrał sobie nóż długi i wąski, i spojrzawszy w około, czyli kto na niego nie zważa, ukrył go z posępnym uśmiechem pod swoje domino.
— Nóż! poszepnął, nóż! Otóż i podobieństwo z Ravaillac’iem ’zupełne. Toćże on jest wnukiem Henryka IV!
Zaledwie myśl ta mu błysnęła, gdy obracając się widział zbliżające się do siebie niebieskie domino. O parę kroków za témże postępowała kobieta i mężczyzna w jednakowych maskach. Niebieskie domino w téjże chwili dostrzegło, że jest ściganém, obróciło się do tych dwóch masek, powiedziało kilka rozkazujących słów mężczyźnie, który z uszanowaniem głowę przed niém skłonił, i powróciło do pana de Chaulay.
— Pan się wahasz, ozwał się do Gastona znanym mu głosem.
Gaston odsłonił swoje domino i pokazał mu pod niém ukryty błyszczący nóż.
— Widzę nóż, który błyszczy, ale zarazem i rękę drżącą.
— Prawda, jaśnie oświecony panie, odrzekł Gaston; wahałem się, drżałem, jużem gotów był uciec, ale otóż i wasza ekscelencja, Bogu dzięki!
— Dobrze! a oważ dzika odwaga? zapytał książę drwinkującym głosem.
— Nie odbiegła mnie.
— Cóż się więc z nią stało?
— Jaśnie oświecony panie, jestem u niego!
— Tak, ale nie jesteś w szklarni.
— Nie mógłbyś mi go jaśnie oświecony pan pokazać, ażebym się do obecności jego przyzwyczaił, ażebym się umocnił w nienawiści, jaką mam dla niego; bo nie wiem jak go doścignę w téj ciżbie.
— Dopiero co był przy tobie.
Gastona dreszcz przejął.
— Przy mnie? zapytał.
— Tuż przy tobie, tak jak ja teraz, odpowiedział książę poważnym tonem.
— Pójdę do szklarni jaśnie oświecony panie, pójdę zaraz.
— A to daléjże.
— Jeszcze chwilkę, aż ochłonę.
— Bardzo dobrze. Wiesz, że szklarnia jest na końcu tej galerji. Ot drzwi zamknięte.
— Nie powiedziałżeż mi księże, że za okazaniem tego biletu lokaje mi je otworzą?
— Tak, ale lepiéj że je sobie sam otworzysz, bo lokaje mogliby twojego oczekiwać powrotu.
Skoroś pan tyle wzruszony przed czynem, cóż to dopiéro potém będzie; może i rejent od razu nie padnie, krzyknie, będzie się bronił; na krzyk jego nadbiegną, schwycą pana, a wtedy pożegnaj się z wszelką nadzieją przyszłości. Pomniéj o Helenie, która ciebie czeka.
Niepodobna wysłowić co się w czasie téj mowy księcia działo w sercu Gastona, a książę starał się śledzić każde wrażenie jego twarzy i uderzenie serca.
— I cóż mam począć? Cóż mi książę radzisz? zapytał Chaulay stłumionym głosem.
— Gdy staniesz u drzwi szklarni, wprost galerji, zwróciwszy na lewo...
— Widzę je.
— Domacaj niżéj klamki wyrzeźbioną gałkę; naciśniéj ją a drzwi się otworzą, jeżeli wewnątrz nie są zamknięte, ale rejent nie przypuszczając niczego, zapewne téj przezorności nie miał. Przeszło dwadzieścia razy miałem tam tym sposobem posłuchanie prywatne. Jeżeli tam jest, poznasz go zaraz po czarném domino i złotéj pszczole.
— Tak, wiem już, wiem, mówił Gaston, sam nie wiedząc co mówi.
— Nie wiele na ciebie liczę tego wieczora.
— Ah jaśnie oświecony panie! bo chwila stanowcza się zbliża, mam zamienić całą przeszłość moję w przyszłość niepewną, w przyszłość zhańbioną może a w każdym wypadku zgryzotami zatrutą.
— Zgryzotami zatrutą! Skoro się spełnia czyn za sprawiedliwy uznany, czyn przez własne nakazany sumienie, wówczas nie doznaję się zgryzot. Czyż zwątpiałeś o świętości sprawy waszéj?
— Nie, bynajmniéj. Ależ waszéj ekscelencji łatwo tak mówić. Żyjesz dotąd tylko ideą a ja już doszedłem do czynu. Wasza ekscelencja jesteś tylko głową a ja ręką. Wierzaj mi książę, dodał Gaston ponuro i głosem przez wzruszenie stłumionym, że to jest straszną, okropną rzeczą, zabić człowieka bezbronnego, pełnego ufności, uśmiechającego się do swojego mordercy. Mniemałem, że jestem odważny i silny ależ to zapewne z każdym tak się dzieje, który jak ja, do podobnie strasznego zobowiązał się przedsięwzięcia. W chwili uniesienia, zapału, nienawiści, żądzy zemsty, wykonywa się nieszczęsną przysięgę. Potém gorączka się uśmierza, zapał ostyga, nienawiść maleje, żądza zemsty się łagodzi, a z dniem każdym zbliża się straszna chwila stanowcza, i z drżeniem zgrozy poznajemy zbrodnię, którą zobowiązaliśmy się wykonać. I wreszcie nieszczęsna godzina wybije, i widzimy przed sobą ofiarę. naszą... O! wtedy, wierzaj mi książę, że i najodważniejszy truchleje, bo morderstwo zawsze jest morderstwem. Uczujemy, że nie jesteśmy panami sumienia naszego ale raczéj jego niewolnikami. Rozgrzany zapałem, czyniąc takie przedsięwzięcie, każdy sobie mówi: «Jestem wybranym!« a po spełnionym czynie z schyloném ku ziemi czołem, wyrzecze: «Jestem przeklęły!«
— Jeszcze masz czas, pochwycił księże wzruszony.
— O nie, nie, wasza ekscelencja wiesz jak nieszczęsne zrządzenie losów mnie ku temu czynowi popycha. Spełnię straszny obowiązek jaki na mnie włożono: serce zadrży ale dłoń pozostanie silną. Gdybym tam nie miał przyjaciół, których życie od tego zależy; gdyby nie było Heleny, którą albo żałobą pokryć albo krwią obryzgać muszę, o! wołałbym raczéj pójść na rusztowanie, bo wszakżeż ono nie jest karą tylko zbawieniem.
— Ha! skoro tak, to widzę, że chociaż ze drżeniem, to jednakże do czynu przystąpisz.
— Bądź wasza ekscelencja o tém przekonanym i módl się za mnie, bo za pół godziny wszystko będzie dokonaném.
Książe zrobił mimowolne poruszenie, któremu jednak lekkie skinienie głowy towarzyszyło, a potem znikł w tłumie.
Gaston pobiegł do otwartego na balkon, okna, zaczerpnął zimnego powietrza by ochłodzić krew, która w żyłach jego wrzawa, i uderzając mu do głowy, wzrok ćmiła. Ale płomień palący jego wnętrze nie przygasał, i owszem palił go coraz straszniéj. Wbiegł do galerji, zbliżył się do szklarni, cofnął się, znowu pobiegł ku drzwiom, dotknął się ręką klamki, lecz zdawało mu się, że kilka osób stoi opodal i śledzą poruszenia jego; odskoczył znowu i powrócił na balkon; po chwili usłyszał uderzenie godziny pierwszéj na pobliskim kościele.
— O teraz, poszepnął, teraz już chwila nadeszła i wahać się dłużéj nie mogę. Boże! oddaję ci duszę moje. Żegnam cię, żegnam, Heleno!
Krokiem wolnym lecz pewnym przebiegł wśród ciżby, stanął, u drzwi szklarni, przycisnął sprężynę, i drzwi otworzyły się zcicha. Zaćmiło mu się w oczach i mniemał, że na innym znajduje się świecie. Tony oddalonéj muzyki dolatywały go jakby dziwna jakaś pełna uroku melodja; po sztucznych pachnidłach otoczyła go cudna woń kwiatów, po blasku tysiąca świateł, czarowne pół światło z kilku lamp alabastrowych, ukrytych wśród krzewów; a po-za bujnemi liśćmi roślin zwrotnikowych, dostrzeżono przez okna szklarni smutne drzewa ogołocone z swych ozdób i ziemię pokrytą śniegiem, jakby wielkim całunem.
Wszystko się zmieniło, nawet i powietrze. Gastona dreszcz zimny przebiegł. Posunął się kilka kroków naprzód a potem znowu nagle przystanął. Sprzeczność téj cudnéj zieloności w około, pysznych drzew pomarańczowych kwieciem pokrytych, magnoliów, róż i aloesów, z widzianemi przed chwilą salonami złocistemi odurzyła go. Bo straszniejszém jeszcze wydawało mu się morderstwo w pośród téj pięknéj natury, chociaż sztuką wywołanéj. Piasek pod jego stopą był miękkim jak młoda trawka a wodotryski sięgające drzew najwyższych, roznosiły w około swój szmer jednodźwięczny i żałosny.
Gaston znowu szedł naprzód; udał się chodnikiem krętym, jakie w angielskich parkach bywają. Nic prawie w około rozróżnić nie mógł, tak był zmięszany a zarazem obawiał się, by nie dostrzedz czego.
Wzrok jego sięgał murów a lękał się ujrzyć jaką ludzką postać. Nieraz szmer upadającego listka doleciał jego ucha, a gdy się zwrócił, zkąd dochodził, przejmował go przestrach, czyli nie zobaczy we drzwiach majestatyczną postać czarną, któréj nadejście miało być urzeczywistnieniem trwożącego go marzenia.
Chwila ubiegła, on ciągle daléj postępował.
Wreszcie, pod szerokiemi liśćmi pięknéj katalpy, wśród licznych i bujnie kwieciem okrytych rododendronów, wśród tysiąca róż woniejących, ujrzał widmo czarne na siedzeniu z mchu usłaném, obrócone tyłem do niego.
Na ten widok krew gwałtownie uderzyła mu do serca a potém do skroni; usta z przerażenia zadrżały, a ręka zimnym oblana potem szukała nadaremnie podpory jakiejś.
Czarne domino nie ruszało się wcale.
Gaston cofnął się mimowolnie; dłoń puściła rękojeść noża, który lewym łokciem silnie do siebie przyciskał. Wreszcie rozpaczne zrobił wysilenie, zmusił uginające się pod nim nogi do dalszego pochodu, konwulsyjnie ściśnione palce znowu ujęły rękojeść noża i z tłumionym głuchym jękiem zbliżył się do rejenta.
W téj chwili czarna postać lekkie zrobiła poruszenie i na jéj lewéj ręce nie zajaśniała lecz błysnęła Gastonowi złota pszczółka tysiącem promieni.
Ale w miarę jak się domino ku niemu zwracało, ręka Gastona drętwiała i biała piana osiadała mu na ustach. Zadzwoniły mu zęby z przerażenia, bo jakiś dziwny domysł serce mu nagle przytłoczył. Domino powstało; twarz jego nie miała maski i Gaston poznał księcia d’Oliwares.
Zbladł trupio i zamilkł, jakby piorunem rażony.
Rejent będący jedną i tąż samą z księciem d’Oliwares osobą, o czém Gaston wątpić nie mógł, zatrzymał swoję majestatyczną i spokojną postawę. Spojrzał na rękę, trzymającą nóż, i nóż upadł na ziemię. Potém spojrzał z uśmiechem smutnym i łagodnym na Gastona, który upadł na kolana swoje, jak drzewo siekierą podcięte.
Żaden z nich słowa nie przemówił. Słyszano tylko głuchy jęk w piersiach Gastona i jednostajny szmer wody.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.