Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom III/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.
JAK NIENALEŻY DRUGICH PODŁUG SIEBIE SĄDZIĆ, ZWŁASZCZA. GDY SIĘ KTO NAZYWA DUBOIS.

Rejent, jak zazwyczaj, spędził wieczór cały u Heleny. Od dni kilku ani razu nie chybił, i chwile, które u niéj przepędzał, były mu najmilsze. Ale dzisiaj, biedna Helena, po widzeniu się z kochankiem, bardzo była smutna i wzruszona.
— Uspokój się Heleno, mówił jéj rejent, wszakżeż to jutro wasz ślub.
— Do jutra jeszcze daleko.
— Wierzaj mojemu słowu, Heleno, które cię nigdy jeszcze nie zawiodło. Mówię ci, że to jutro, bardzo szczęśliwém dla was będzie.
Helena ciężko westchnęła.
W téj chwili wszedł lokaj i coś zcicha rejentowi powiedział.
— Cóż się stało? zapytała Helena, którą zaraz wszystko trwożyło.
— Nic, moje dziecię, sekretarz mój ma jakiś pilny do mnie interes.
— Czy chcesz książę, ażebym się oddaliła.
— Na chwileczkę, tylko moje dziecię.
Helena udała się do swojego pokoju.
Równocześnie niemal otworzyły się drzwi i ukazał się Dubois zadyszany.
— Zkądże się wziąłeś znowu? zapytał rejent. I w takim ubiorze?
— Zkąd ja przychodzę? Ot z bastylji.
— A nasz więzień?
— Ha!
— Czy wszystko przygotowano do ślubu?
— Wszystko. Wasza królewska mość raczysz godzinę oznaczyć.
— A więc jutro o godzinie ósméj z rana, powtórzył Dubois, obliczając coś w myśli.
— Nad czemże myślisz?
— Obliczam, gdzie on wtedy będzie
— Kto taki?
— Więzień.
— Więzień?
— Tak, jutro o godzinie ósmej zrana będzie 40 od Paryża.
— Jakto?
— Jeżeli sobie ciągle tak pojedzie, jak widziałem....
— Co ty gadasz?
— Mówię, że niczego już do ślubu nie brakuje, tylko oblubieńca.
— Gastona!...
— Uciekł zbastylji przed pół godziną.
— Kłamiesz! niemożna uciec z bastylji.
— Przepraszam waszą królewską mość, ale kto jest na śmierć skazanym, z każdego potrafi uciec miejsca.
— Uciekł, a wiedział że jutro ma zaślubić tę, którą kocha!
— Oj, jaśnie oświecony panie, życie kosztownym jest kąskiem! A zięć waszéj królewskiéj mości ma bardzo ładną główkę i pragnie, by mu jéj od karku nie oddzielono. To rzecz bardzo naturalna!
— I gdzież on jest teraz?
— Gdzie on jest? może jaśnie oświeconemu księciu o tém jutro doniosę. Na teraz mogę tylko waszą królewską mość zapewnić, że już jest dalekim i że zapewne nie powróci.
Rejent zamyślił się głęboko.
— Naprawdę, ozwał się Dubois, że naiwność waszéj królewskiéj mości coraz w większe wprawia mnie zdziwienie. Potrzebaby nieznać serca ludzkiego, przypuszczając, że ktoś skazany na śmierć nie uciecze, jeżeli to uczynić może.
— O, panie de Chaulay!
— Ależ mój Boże! ów kawaler, ów bohater postąpił sobie tak samo, jak ostatni ciura. I dobrze zrobił!
— Dubois, a córka moja?
— I cóż córka waszéj królewskiéj mości?
— Ona umrze!
— Ej nie! Poznawszy lepiéj osobę, zapomni o nim; a wasza królewska mość wydasz ją za jakie książątko niemieckie albo włoskie.... n. p. za księcia Modeny, którego panna de Valois nie chciała.
— A jam go chciał ułaskawić!
— Sam siebie ułaskawił: uważał to za rzecz pewniejszą. Wyznaję, iżbym to samo był zrobił.
— O ty! bo ty nie jesteś szlachcicem, ty nie przysięgałeś.
— Mylisz się wasza królewska mość, przysięgłem że ochronię jaśnie oświeconego pana od zrobienia niedorzeczności, i udało mi się.
— Już dobrze, nie mówmy więcéj o tém, zwłaszcza przy Helenie. Sam ją o tém uwiadomię.
— A ja tymczasem schwycę zięcia waszéj królewskiéj mości.
— Nie! uciekł i niech z tej ucieczki korzysta.
W téj chwili zrobił się jakiś szmer niezwyczajny w przedpokoju i służbowy urzędnik pospiesznie oznajmił:
— Pan kawaler Gaston de Chaulay.
Te wyrazy zrobiły zupełnie różne wrażenie na osobach, które je posłyszały. Dubois zbladł trupio i twarz jego skrzywiła się strasznie, wyrażając gniew groźny. Rejent zaś porwał się z radością, a twarz jego żywa powlokła barwa: było tyle uciechy na jego licu, które upiększył wyraz ufności, ile rysy przebiegłe i chytre Dubois utajonéj wściekłości zdradzały.
— Niechaj wejdzie! zawołał rejent.
— Dozwól przynajmniéj wasza królewska mość, ażebym pierwej wyszedł, ozwał się Dubois.
— Ah tak! mógłby cię poznać.
Dubois się oddalił zwolna, z rzężeniem w piersi, podobny do hieny, któréj w jéj festynie i miłostkach przeszkodzono. Wszedł do przybyłego pokoju, upadł raczéj aniżeli usiadł na krzesło, stojące przy stoliku do pisania, na którym dwie paliły się świece. Widok materjałów piśmiennych ożywił w nim myśl jakąś okropną, bo cała twarz jego nagle piekielną zajaśniała radością.
Zadzwonił. Urzędnik służbowy wszedł.
— Przynieś mi pugilares z powozu mojego, rozkazał.
Uskuteczniono to w jednéj chwili, poczem Dubois kilka papierów z chciwością ujął, coś na nich dopisał z złowrogim wyrazem uciechy, schował znowu do pugilaresu i kazał się zawieść do palais-royal.
W tym czasie spełniono rozkaz rejenta i roztwarły się podwoje dla Gastona de Chaulay.
Wbiegł on z pośpiechem i stanął wprost przed rejentem. Rejent rękę mu podał.
— Jakto! pan tutaj? zawołał książę, udając zdziwienie.
— Tak, jaśnie oświecony panie, doznałem cudu za pomocą dzielnego kapitana la Jonquière: urządził wszystko do ucieczki swojéj; zażądał widziéć się zemną, niby to w celu porozumienia się co do zeznań naszych, a gdyśmy zostali sami, uciekliśmy pospołu, i to bardzo szczęśliwie.
— I zamiast uciekać, dotrzéć co rychléj do granicy, uchronić się od pogoni, przyszedłeś pan tutaj z narażeniem swojego życia!
— Wyznaję, jaśnie oświeconemu panu, odpowiedział Gaston, rumieniec się, że nasamprzód przedstawiła mi się wolność, jako rzecz najponętniejsza, najdroższa na ziemi. Pierwsze powiewy świeżego powietrza upoiły mnie, ależ i niebawem począłem rozmyślać.
— O jednéj tylko zapewne rzeczy.
— Nie, o dwóch, jaśnie oświecony panie.
— O Helenie, którą opuszczasz.
— I o przyjaciołach moich, nad którymi miecz wzniesiono.
— Więc postanowiłeś....
— Jestem do ich sprawy przykuty i niepowinienem ich odstąpić, dopóki zamiaru naszego nie spełnimy.
— Zamiaru naszego?
— Tak jest. Czyliż zamiar nasz nie jest zarazem i zamiarem waszéj ekscelencji?
— Posłuchaj mnie: sądzę, że człowiek nic nad siły swoje przedsiębrać niepowinien. Są rzeczy, których spełnieniu, zdaje się, że sam Bóg jest przeciwnym; są pewne ostrzeżenia, które mu mówią, by zaniechał przedsięwzięcia swojego. Otóż myślę, że byłoby bezbożnością niestosować się do nich, pozostać głuchym na ów głos tajemniczy. Nasze zamiary nie udały się, mój panie, nie myślmy przeto już o nich.
— Przeciwnie, jaśnie oświecony panie, odrzekł Gaston głosem ponurym, myślmy raczéj więcéj jak kiedykolwiek o nich.
— Jesteś zapamiętałym! zawołał rejent z uśmiechem, jakżeż możesz chcieć wytrwać w przedsięwzięciu tak niepodobném do wykonania na teraz, a nawet szatanem!
— Mam na myśli, jaśnie oświecony panie, naszych przyjaciół uwięzionych, osądzonych i skazanych, jak mi to pan d’Argenson powiedział; czeka ich szafot, od którego ich tylko śmierć rejenta wybawić może. Mam na myśli przyjaciół moich, którzyby wyrzekli, gdybym Francją opuścił, żem siebie krwią ich okupił, że mi zeznania moje bramy bastylji otworzyły.
— Więc pan temu wszystko, Helenę nawet poświęcasz?
— Jeżeli żyją jeszcze, muszę ich ocalić, jaśnie oświecony panie.
— A jeżeli już nie żyją?
— Wtedy, to co innego... wtedy ich pomszczę.
— Cóż u licha, mój panie! za nadto wygórowałeś w umyśle swoim ideę heroizmu. Zdaje mi się, żeś się już dostatecznie,. co do osoby swojéj, wypłacił. Wierzaj mi, wierzaj człowiekowi, którego uznano, jako mogącego sądzić w materyi honoru. Jesteś rozgrzeszonym w obec całego świata, mój kochany Brutusie.
— Ale nie w obec mojego sumienia.
— Więc obstajesz przy swojém
— Bardziéj aniżeli kiedykolwiek. Rejent musi umrzeć, i, dodał głucho, on umrze.
— Ale nie chceszże wprzódy zobaczyć pannę de Chaverny? zapytał rejent głosem wzruszonym.
— O Tak, jaśnie oświecony panie. Ale pierwéj muszę mieć przyrzeczenie waszéj ekscelencji, że mi dopomożesz w tém przedsięwzięciu mojém. Widzisz jaśnie oświecony pan, że niemasz i jednéj chwili do stracenia; że towarzysze moi już są osądzeni i na śmierć skazani. Powiedz mi, jaśnie oświecony panie, i to zaraz, zanim Helenę zobaczę, że mnie nie opuścisz. Dozwól, byśmy niejako nowe z sobą zawarli przymierze! Jestem człowiekiem, kocham, a zatém i łatwo słabości ludzkiéj ulegającym; chcę się uzbroić przeciwko jéj żalowi i łzom. Będę się widział z Heleną tylko pod tym warunkiem, gdy mi wasza ekscelencja przyrzeczesz, że potrafię dojść do osoby rejenta.
— A gdy ci tego odmówię?
— To już nie zobaczę Heleny; juzem umarł dla niéj; po cóż ona nową ma powziąść nadzieję, by ją znowu niebawem postradać? Dosyć tego, gdy raz jeden zgon mój opłacze.
— Więc pozostajesz niezachwianym?
— Niczem niezachwianym!
— Ale cóż poczniesz?
— Pójdę czekać na rejenta, gdziekolwiek posłyszę, że on ma nadejść, i gdy go spotkam, cios śmiertelny nań wymierzę.
— Raz jeszcze ci mówię: namyśl się dobrze.
— Na mój honor, wzywam waszą ekscelencją, o pomoc, ale oświadczam zarazem, że się bez niéj obejdę, gdy mi jéj odmówisz.
— Dobrze, idź do Heleny, a gdy powrócisz zastaniesz odpowiedź moję.
— Gdzie?
— Tutaj.
— I odpowiedź ta będzie podług życzeń moich?
— Nie inaczéj.
Gaston wszedł do Heleny: klęczała właśnie przed ukrzyżowanym wizerunkiem Chrystusa i błagała, by jéj kochanek powrócił. Stuknięcie drzwi oderwało ją od modlitwy, spojrzała i mniemała, że Bóg pokazał cud, krzyknęła, wyciągnęła ręce ku Gastonowi, lecz nie mogła o własnéj powstać sile.
— O mój Boże! zawołała. Czyż to Gaston, lub cień jego?
— To ja jestem, Heleno, ja sam! krzyknął, pobiegł do niéj, i ujął jej obiedwie ręce.
— Jakżeżto?... Ty, ty sam?... Więźniem zrana a wieczorem wolny?
— Ratowałem się ucieczką, Heleno.
— I pomyślałeś o mnie!... przybiegłeś, nie chciałeś bezemnie uciekać!... O poznaję w tém mojego Gastona! otóż jestem gotowa na wszystko... Idźmy, gdzie zechcesz... Jestem twoją na zawsze.
— Heleno! nie jesteś narzeczoną zwyczajnego człowieka. Inaczéj, nie byłabyś mnie pokochała.
— O, nie, zapewne.
— A więc, Heleno, duchów wybranych większe są obowiązki a zarazem i próba wyższa. Muszę jeszcze, zanim całkiem do ciebie należéć będę, spełnić missją, z jaką do Paryża przybyłem. Oboje nieszczęsne musimy przetrwać przeznaczenie... Inaczéj być nie może, Heleno, życie nasze zależy od wypadku jednego, a wypadek ten spełni się téj nocy.
— Co mówisz?
— Posłuchajmnie, jeżeli za cztery godziny, to jest nadedniem, nie będziesz miała wiadomości odemnie, to już mnie nie czekaj, Heleno. Pomyśl że tylko śniłaś... A jeżeli uzyskasz pozwolenie, to mnie odwiedź w bastylji.
Helena zbladła, ręce jej bezsilnie opadły. Gaston ją zaprowadził znowu do klucznika, i upadła na kolana.
Potém złożył na jéj czole pocałunek braterski.
— Módl się, Heleno, dodał, bo modląc się za mnie, modlisz się za Francją i Bretaniją.
I szybko wybiegł z pokoju.
— O mój Boże! mój Boże! ocal go! ocal go mój Boże! Cóż mnie reszta świata obchodzi! błagała Helena.
Wracając do salonu, oddał służbowy Gastonowi bilecik, mówiąc że książę już się oddalił.
Bilet zawierał co następuje:
«Jest bal maskowy dzisiejszé j nocy wMonceaux. Rejent tam będzie. Ma zwyczaj zostawać sam jeden około godziny pierwszej zrana w swojéj ulubionéj szklarni, dotykającej wielkiéj galerji złoconéj. Nikt tam się nie zbliży, bo znając ten zwyczaj jego, każdy się do tegoż stosuje. Będzie ubrany w czarném domino aksamitném, u którego na lewym rękawie ujrzysz wyhaftowaną pszczołę. Ukrywa ją zaś w fałdach, gdy nie chce, ażeby go poznano. Bilet obok załączony, jest biletem, jaki dawają posłom; za tym biletem zostaniesz wpuszczony nietylko na bal, ale i do owéj szklarni, bo będą sądzili, że chcesz miéć tajemną rozmowę z rejentem. Zróbżeż z tego wszystkiego użytek, jaki ci się podoba. Powóz mój czeka na twoje rozkazy, a w nim moje własne domino.»
Przeczytawszy ten liścik, który mu do zabójstwa zamierzonego wszystkie drzwi otwierał, Gaston zbladł i pot zimny oblał mu czoło; potem nagle, jakby po stanowczym namyśle, porwał się, wypadł z salonu, zbiegł po wschodach, wskoczył do karety i zawołał:
— Do Monceaux!
W téjże chwili uchylono kryte drzwi w sztukaterjach salonu, i ukazał się książę; zwolna zbliżył się do drzwi przeciwległych, prowadzących do mieszkania Heleny, która ujrzawszy go, okrzyk radości wydała.
— A co Heleno, zapytał książę z smutnym uśmiechem, czy jesteś zadowoloną?
— O, to jaśnie oświecony pan!
— Widzisz moje dziecię, że się ziszcza to, com ci przepowiedział. Wierzaj słowom moim i miéj nadzieję!...
— O, jaśnie oświecony pan jesteś aniołem z nieba mi zesłanym, który mi na ziemi straconych zastępuje rodziców.
— Niestety, moja Heleno, ja aniołem nie jestem; ale będę się starał zastąpić ci ojca, i to ojca czułego.
I książę ujął rękę dziewczęcia, by ją do ust ponieść, ale w téj chwili uniosła ku niemu głowę i usta jego, jej młodego dotknęły się czoła.
— Widzę, że go bardzo kochasz, wymówił książę.
— Błogosławieństwo dla jaśnie oświeconego pana!
— Oby twoje życzenia przyniosły mi szczęście!
I uśmiechając się pożegnał Helenę.
Wsiadł do powozu i zawołał na stangreta:
— Zajedź przed palais-royal, ale pamiętaj, że już tylko masz kwandrans czasu, by mnie zawieść do Monceaux.
Powóz z gwałtowną szybkością popędził z miejsca.
Równocześnie, gdy cwałujące konie zatrzymały się pod perystylem, oddalał się z pałacu kurjer, pędząc co koń mógł uskoczyć.
Dubois, śledząc oddalenie się jego, zamknął okno i z zadowoleniem wrócił w głąb mieszkania.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.