Córka rejenta/Tom III/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Kommissja przez Dubois wysiana ustanowiła swoje posiedzenia nieustające. Opatrzona władzą nieograniczoną niczém, co w pewnych razach znaczy, że już naprzód wszystko zawyrokowanym zostało, zasiadała w zamku, wspierana licznemi oddziałami wojska, gotowemi każdéj chwili odeprzeć napad oburzonych mieszkańców.
Uwięzienie czterech obywateli przeraziło zrazu miasto Nantes, a następnie najsilniejsze dla nich obudziło współczucie. Cała Bretanija oczekiwała ogólnego powstania, i oczekując go, nie powstawała.
Tymczasem proces się rozpoczął, a w wigilją posłuchania publicznego, Pontcalec ważną z przyjaciółmi swemi miał rozmowę.
— Czyliżeśmy nie popełnili jakiéj nierozwagi w mowie albo czynie? zapytał ich.
— Nie, odpowiedzieli wszyscy trzéj jednomyślnie.
— Nie zwierzyłże się który z was, z zamiarem naszym, żonie swojéj, bratu albo przyjacielowi? Może ty, Mont-Louis?
— Nie, na mój honor.
— A ty, Talhouet?
— Nie.
— Ducouëdic?
— Nie.
— Więc żadnych przeciwko nam me mają dowodów.
— Ale zawsze nas osądza.
— Z jakichże powodów?
— Z ukrytych, odpowiedział Talhouet z uśmiechem.
— I to bardzo ukrytych, dodał Ducouëdic. Bo ani słówka o tém nie mówią.
— Wstyd będzie ich udziałem, mówił Pontcalec daléj, i którejkolwiek nocy zmuszą nas do ucieczki, by nas nazajutrz nie potrzebowali uwolnić.
— Nie wierzę ja w to, ozwał się Mont-Louis, który całą tę sprawę zawsze z posępnéj widział był strony, może dla tego, że z pośród nich, on jeden najwięcéj miał do stracenia: był żonatym i ojcem dwojga dzieci, które wraz z żoną ubóstwiał. Nie wierzę ja w to. Widziałem Dubois w Anglii i rozmawiałem z nim. Jest to kuna, która sobie mordę liże, gdy ma pragnienie. Dubois ma pragnienie i zginęliśmy, panowie: ugasi je krwią naszą.
— A parlament bretoński? wtrącił Ducouëdic, przecież istnieje jeszcze.
— Tak, ażeby na to patrzał, jak nam głowy będą ścinali, odpowiedział Mont-Louis.
Na tę całą mowę Pontcalec uśmiechnął się tylko.
— Panowie, ozwał się wreszcie, uspokójcie się. Jeżeli Dubois ma pragnienie, tęm lepiéj, bo się zapamięta, i na tém koniec. Ale na teraz, upewniam was, że go jeszcze krwią naszą nie ugasi.
I rzeczywiście, że z początku czynności komissji zdawały się być bardzo trudne: nie było żadnych zeznań, żadnych dowodów ni też świadków. Bretanija drwiła sobie z komissarzów, a jeżeli nie drwiła, tém gorzéj jeszcze, bo wówczas groziła.
Prezydent wysłał gońca do Paryża z wyjaśnieniem stanu rzeczy i zażądaniem nowych instrukcyj.
— Sądźcie ich za zamiary, odpowiedział Dubois, nie działali, bo mieli przeszkody, ale projektowali dużo: zamiar podniesienia rokoszu już jest czynem.
Zabespieczona tak strasznym środkiem komissja, niebawem wszelkie całéj prowincji zniszczyła nadzieje. Na jedném posiedzeniu obwinieni przechodzili od drwinek do oskarżenia. Ale komissja, którą mianował Dubois, potrafiła uzbroić się przeciwko drwinkom i oskarżeniu.
Wróciwszy do więzienia, Pontcalec cieszył się, że tyle prawd sędziom swoim nagadał.
— Mniejsza o to, odparł Mont-Louis, ależ sprawa nasza zawsze źle stoi: Bretanija nie powstaje.
— Czeka wyrzeczenia wyroku na nas, zauważył Talhouet.
— O, to zapóźno powstanie! wyrzekł Mont-Louis.
— Ależ nas skazać nie mogą, ozwał się znowu Pontcalec. Prawda, że jesteśmy winni, ale o tém my sami tylko wiemy, któż nas może skazać, nie mając żadnych przeciwko nam dowodów! Komissja?
— Nie komissja, ale Dubois.
— Radbym był jednę rzecz zrobił, ozwał się Ducouëdic.
— Cóż takiego?
— Krzyknąć na pierwszém posiedzeniu: »Dalejże z nami, Bretończykowie!« Widziałem na sali nie jednę twarz przyjazną. Otóż bylibyśmy polegli albo wolni dzisiaj.
A co do mnie, to wolę śmierć, aniżeli tak straszne i niepewne oczekiwanie.
— Lecz po cóż się narażać, ażeby nas jaki zbir zranił? wtrącił Pontcalec.
— Rana którą zbir zada, zagoi się, lecz rana zadana przez kata, nigdy.
— Prawda! zawołał Mont-Louis, zgadzam się z tobą.
— Bądź spokojnym, tak samo z tobą, jak zemną będzie miał do czynienia.
— Ah! otóż i zawsze owa przepowiednia. Wiesz dobrze, Pontcalec, że w nią nie wierzę.
— Masz niesłuszność.
Mont-Louis i Ducouëdic potrząsnęli głową, lecz Talhouet nie zgadzał się z nimi.
— Niezawodną jest rzeczą, moi kochani, że nas na wygnanie skażą, mówił znowu Pontcalec. Będziemy zmuszeni puścić się na morze, i okręt na którym ja popłynę, rozbije się w drodze. To jest mój los: wasz może być innym. Wsiądźcie tylko na inny okręt; chyba że spadnę z pokładu w morze, albo zsunę się z wschodów.
Zawsze jednakże na morzu zginę. Wy to wiecie, że gdybym i na śmierć był skazany, skoro rusztowanie będzie na ziemi, to i u podnóża jego jeszcze będę spokojnym.
To zapewnienie dużo trzem przyjaciołom dało do myślenia: każdy, mający nadzieję, jest przesądnym, bo wszakżeż nadzieja niczém więcéj nie jest, tylko przesądem.
Śmiali się nawet z przestraszającej nagłości z jaką prowadzono tę sprawę, bo nie wiedzieli, że Dubois jednego kurjera za drugim z Paryża wysyłał, by tok procedury przyspieszyć.
Wreszcie dzień nadszedł, w którym trybunał oświadczył, że już dostatecznie jest objaśnionym.
To oświadczenie podwoiło dobry humor czterech przyjaciół, i w dniu tym więcéj jeszcze drwili, dowcipkowali i dogryzali sędziom swoim.
Komissja oddaliła się, by odbyć naradę tajemną.
Nigdy jeszcze rozprawy nie były tak drażliwe; historja odkryła tajemnicę tych narad: kilku sędziów, mniéj nawykłych do złego albo téż mniéj ambitnych, oburzyło się na samą myśl skazania na śmierć ludzi?
jedynie li z powodu przypuszczenia tylko; że są winnymi; bo prócz doniesień Dubois, o których prawdziwości powątpiewać mogli, żadne inne nie nastąpiło zeznanie; głośno więc swoje objawili zdanie, lecz większość była Dubois oddana, i w łonie komitetu przyszło do najwyższej kłótni, obelg i o mało że nie do walki. Rozprawy, trwały jedenaście godzin, a po upływie tychże, większość wyrzekła.
W wigilją sądu, komissja złożona z znaczniejszych mieszkańców miasta, oficerów bretońskich i członków parlamentu, udała się do biura komissji ministerjalnéj, przekładając jéj wniosek: że Bretończykowie de facto nie podnieśli rokoszu; że wybór króla hiszpańskiego, ze szkodą księcia Orleańskiego, wynikał z prawa, przez konstytucją nadanego, które wnuka królewskiego wyżéj od krewnego linii pobocznéj stawia; nakoniec, że co do rejencji, to kraj większe miał prawo do wyrokowania, aniżeli zwyczajny parlament, Komissja ministerjalna, czując że nie ma nic dobrego do odpowiedzenia, nie odpowiedziała wcale, i deputowani oddalili się pełni nadziei.
Jednakżeż wyrok zapadł, nie skutkiem instrukcyj porobionych w Nantes, lecz otrzymanych z Paryża. Komissarze prócz czterech uwięzionych przewodzców, osądzili jeszcze zaocznie szesnastu obywateli, oświadczając:
«Że ponieważ oskarżeni zostali za winnych uznani, jako mający zamiary zbrodni, obrazy majestatu i zdrady kraju, a zatém mają być ścięci, obecni de facto, a nieobecnych wizerunki ręką kata na szubienicy zawieszone, mury i fortyfikacje ich zamków zostaną zburzone, oznaki ich godności zniszczone, i lasy ich ścięte na wysokość dziewięciu stóp.»
W godzinę po wyrzeczeniu tegoż wyroku, rozkazano jednemu z woźnych przeczytać go skazanym.
Osadzenie nastąpiło po owém posiedzeniu tak burzliwém, o którém wspomnieliśmy wyżéj, i gdzie skazani tyle żywych oznak sympatji w publiczności dostrzegli. To téż zwalczywszy wszelkie punkta oskarzenia sędziów, nigdy z lepszą nadzieją do więzienia swojego nie wrócili.
Siedzieli właśnie w spólnéj izbie i wieczerzali, przypominając sobie różne szczegóły posiedzenia dzisiejszego, gdy na raz jeden drzwi otworzono i ukazała się blada i surowa twarz woźnego.
To jego zjawienie się zamieniło nagle ich wesołe wnioski w tęschne uderzania serca.
Woźny przystąpił bliżéj, dozorca więzień stanął u drzwi, a w ciemności korytarza zabłysnęły lufy muskietów.
— Czegóż pan chcesz od nas? zapytał Pontcalec, i cóż znaczą te ponure przybory?
— Panowie, odpowiedział woźny, przynoszę wam wyrok trybunału: uklęknijcie, by go posłyszéć.
— Ależ to tylko wyroku śmierci klęczący się słucha, ozwał się Mont-Louis.
— Uklęknijcie panowie, powtórzył woźny.
— Powinni to uczynić winni i ludzie podrzędni, odpowiedział Ducouëdic. My zaś jesteśmy szlachtą, i niewinni, posłuchamy więc stojący wyroku naszego.
— Jak zechcecie, panowie, lecz odsłońcie głowy, bo mówię w imieniu króla.
Jeden Talhouet miał kapelusz na głowie i zdjął go.
Wszyscy czteréj z odkrytą stanęli głową, opierając się jeden na drugim, bladego czoła lecz z uśmiechem na ustach.
Woźny cały wyrok przeczytał, i nikt mu ani szemraniem najlżejszém ani téż najdrobniejszą oznaką zdziwienia nie przeszkodził.
A gdy skończył, zapytał Pontcalec:
— Dla czegóż mi mówiono, że mnie uwolnią, skoro oświadczę zamiary Hiszpanii względem Francji? Hiszpania jest krajem nieprzyjaznym, oświadczyłem, cokolwiek o jjé planach mogłem widzieć, a jednakżeż skazanym zostałem. Dla czegóż to? Więc komissja złożona jest z nikczemnych, którzy podstępnie działali przeciwko obwinionym?
Woźny nic nie odpowiedział.
— Ależ rejent oszczędził Paryż, ozwał się Mont-Louis, przekonany o spólnictwo w związku Cellamarego?
— Ani jedna kropla krwi nie upadła. A jednakżeż ludzie, którzy chcieli wykraść rejenta i zabić go może, byli przynajmniéj tyle winni, co ci, przeciwko którym żadne uzasadnione oskarżenie miejsca nie miało. Więc to my mamy odpokutować za grzechy stolicy?
— Czyliż tego nie pojmujesz, Mont-Louis, przemówił Ducouëdic, że istnieje dawna nienawiść rodzinna dla Bretanii, i rejent, chcąc okazać, że należy do familii, pragnie udowodnić, że nas nienawidzi. To nie nas karzą, lecz kraj w osobach — naszych, kraj, który od trzystu lat domaga się bezskutecznie praw swoich i przywilejów, i który obcą uznać jako winny, by go się raz na zawsze pozbyć.
Woźny zawsze milczał.
— No, kończmyż już, zawołał Talhouet. Jesteśmy skazani, to dobrze. Ale nie pozostajeż nam żadna już droga?
— Nie, panowie, odpowiedział woźny.
— Więc pan możesz się oddalić, wyrzekł Ducouëdic.
Woźny się skłonił i wyszedł, eskortowany strażą, a ciężkie drzwi więzienia zamknęły się znowu z hukiem.
— A i co! ozwał się Mont-Louis, gdy sami zostali.
— Jesteśmy skazani, odpowiedział Pontcalec. Ale przecież ja nigdy nie twierdziłem, że nas nie skażą, mówiłem tylko, że do wykonania wyroku śmierci nie przyjdzie.
— Jestem zdania Pontcalec’a, wymówił Talhouet; zrobili to tylko, by zastraszyć prowincją i doświadczać jéj cierpliwości.
— A zresztą nie przystąpią do ekzekucji, dopóki rejent nie podpisze wyroku.
Kurjer potrzebuje dwa dni na podróż do Paryża, dzień zabawi w miejscu a dwa znowu w powrocie; zaś w przeciągu dni pięciu dużo rzeczy zajść może; i prowincja posłyszawszy wyrok na nas, powstanie.
Mont-Louis potrząsnął głową.
— Jest jeszcze i Gaston, wtrącił Pontcalec, o którym nie zapominajcie panowie.
— Lękam się o niego, wyrzekł Mont-Louis, bo może i jego aresztowali. Znam go, i gdyby był wolnym, jużbyśmy coś o nim wiedzieli.
— Ale przecież temu przynajmniéj nie zaprzeczysz, mój ty proroku złego, zawołał Talhouet, że jeszcze nam dni kilka pozostaje.
— Kto to wie!
— A morze! zauważył Pontcalec. Morze, moi panowie, czyliż zapominacie, że morze ma być śmierci mojéj przyczyną?
— Otóż, moi panowie, mówił Ducouëdic, zasiądźmy znowu do stołu i wypijmy po raz ostatni za zdrowie nasze.
— Nie mamy już wina, to zły znak wtrącił Mont-Louis.
— Ba! dosyć go jeszcze w piwnicy, odparł Pontcalec, i zawołał dozorcę.
Dozorca widząc czterech przyjaciół przy stole, spojrzał na nich z zdumieniem.
— I cóż tam słychać nowego, panie Krysztofie? zapytał Pontcalec.
Krysztof był rodem z Guet i miał szczególne dla Pontcalec’a uszanowanie, ile że służył u stryja jego Chryzogona.
— Wcale co innego, jak panowie myślicie, odpowiedział.
— Idźże nam przynieś wina.
— Chcą się odurzyć, poszepnął sobie Krysztof, wychodząc. Biedni panowie!
Jeden Mont-Louis dosłyszał tych wyrazów i uśmiechnął się smutno.
W chwilę potém, usłyszeli spieszne stąpanie na korytarzu, drzwi nagle otworzono i wbiegł Krysztof ale bez wina.
— A co tam, gdzież masz wino? zapytał Pontcalec.
— Dobre nowiny! krzyknął Krysztof, nieodpowiadając Pontcalec’owi. Dobre nowiny, panowie!
— Cóż takiego? zapytał Mont-Louis i zadrżał.
— Rejent umarł może
— Bretanija powstaje? dodał Ducoucëdic.
— Nie panowie, o nie, tego nie odważyłbym się dobrą nazwać nowiną.
— Więc cóż że się stało?
— Otóż p. de Chateauneuf rozstawił 150 ludzi po placach, którzy wszystkich przerażali, a teraz cofnął ten rozkaz i oni powracają znowu do koszar swoich.
— A, to zaczynam wierzyć, że dziś jeszcze ekzekucja nie nastąpi; ozwał się Mont-Lois.
W téj chwili godzina szósta wybiła.
— Ależ dobra nowina nie przeszkadza, ażebyśmy pragnienie nasze ugasili, wymówił Pontcalec. Idżże nam po wino.
Krysztof wybiegł i po chwili powrócił z butelką. Przyjaciele napełnili sobie kieliszki.
— Za zdrowie Gastona! wniósł Pontcalec, zamieniając porozumiawcze spojrzenie z przyjaciółmi, dla których toast ten jedynie był zrozumiałym.
I spełnili kieliszki prócz jednego Mont-Louis, który swój był poniósł do ust lecz zatrzymał się.
— Cóż tam znowu? zapytał go Pontcalec.
— Bębnią, odpowiedział Mont-Louis, i wskazał ręką stronę, zkąd ten głos dochodził.
— Czyliżeś nie słyszał co Krysztof mówił? Wojsko wraca do koszar.
— Przeciwnie, wojsko występuje: nie bębnią do odwrotu ale na alarm.
— Na alarm! powtórzył Talhouet, cóż to u licha ma znaczyć?
— Nic dobrego, odrzekł Mont-Louis, potrząsając głową.
— Krysztofie! zawołał Pontcalec.
— W téj chwili będziecie panowie wiedzieli, co to znaczy: biegnę zobaczyć.
I pobiegł zamknąwszy jednakże wprzódy drzwi na klucz.
Czteréj przyjaciele milczeli, zostając w trwożącém oczekiwaniu. Po dziesięciu minutach powrócił Krysztof, blady jak trup.
— Kurjer przyleciał z Paryża, wymówił, i zaraz po odebraniu depeszów, jakie przywiózł, podwojono warty i zabębniono na alarm we wszystkich koszarach.
— Oh! oh! wyrzekł Mont-Louis, to cię nas dotycze.
— Ktoś idzie po wschodach, mówił Krysztof drżąc cały i więcéj przestraszony aniżeli ci, których to najwięcéj dotykało.
Drzwi się otworzyły i wszedł nadzorca.
— Panowie, przemówił, ileż żądacie czasu do załatwienia spraw waszych na świecie?
Głębokie przerażenie przejęło obecnych.
— Żądam tyle czasu, odpowiedział Mont-Louis, ażeby wyrok przesłano do Paryża i tenże z podpisem rejenta powrócił.
— A ja, dodał Talhouet, tylko tyle, ile potrzeba komissji, by żałowała za grzechy swoje i niegodziwość.
— Co do mnie, wyrzekł Ducouëdic, żądam, ażeby ministrowi w Paryżu zostawiono tyle czasu, ażeby wyrok na nas zapadły, mógł zamienić na ośm dni więzienia, na cośmy przez lekkomyślność naszą zasłużyli.
— A pan? zapytał nadzorca poważnie Pontcalec’a, który ciągle milczał. Czegóż pan żądasz?
— Ja niczego nie żądam.
— Otóż, panowie, macie odpowiedź komissji, wyrzekł nadzorca. Pozostaję wam dwie godziny do pomyślenia o waszych sprawach doczesnych i duchowych. Teraz jest godzina szósta i pół; a za dwie godziny i pół powinniście już być na placu du Bouflay, gdzie się ekzekucja odbędzie.
Głębokie nastąpiło milczenie, bo i najodważniejszym podnosiły się z przestrachu włosy na głowie.
Nadzorca wyszedł, nikt już i słowa nie powiedział, tylko skazani spojrzeli na siebie i uścisnęli sobie ręce.
Mieli jeszcze dwie godziny.
Dwie godziny w zwyczajnym toku życia staję się niekiedy wiekami a czasami zdają się jedną tylko być chwilą.
Nadeszli księża, potém żołnierze, a następnie kaci.
Położenie stawało się coraz straszniejszém. Jeden tykoo Pontcalec pozostawał zawsze ten sam, nie ażeby tamtym było na odwadze zbywało, bynajmniéj, lecz zbywało im nadziei. Pontcalec im dodawał ducha spokojem, z jakim odpowiadał nie tylko księżom, ale i katom, którzy już swoję zdobycz w ręku trzymali.
Robiono owe straszne przygotowania, które tualetą skazanych nazywają. Czterej nieszczęśliwi mieli być czarnemi odziani płaszczami, by ich lud w pośród towarzyszących im księży nie dostrzegł, ponieważ ciągle jeszcze lękano się buntu.
Potém rzucono kwestją, czyli im ręce związać lub nie.
Pontcalec odpowiedział z swoim wiecznym uśmiechem ufności:
— Zostawcież nam ręce wolne, nie zbuntujemy się.
— Nic mnie to nie obchodzi, odpowiedział kat dla Ponlcaleca przeznaczony, chyba gdy szczególny odbierzemy rozkaz, inaczéj jedno i to samo jest rozporządzenie dla wszystkich skazanych.
— I któż te rozkazy wydaje? zapytał Pontcalec, czy sam król?
— Nie, panie margrabio, odpowiedział kat, zdziwiony tak zimną krwią, czego dotąd jeszcze nigdy nie był widział; to nie król tylko nasz naczelnik.
— A gdzież jest wasz naczelnik?
— To ten, co tam z panem Krysztofem rozmawia.
— Niechżeż tu przyjdzie do mnie.
— Panie Lamer, proszę! zawołał kat, jeden z tych panów chce się o coś zapytać.
Gdyby piorun pomiędzy czterech skazanych był uderzył, mniejby się byli przerazili, jak usłyszeniem tego strasznego nazwiska.
— Cóżeś wymówił? krzyknął Pontcalec, drżąc z przerażenia; jakież to nazwisko wymieniłeś.
— Lamer jest naszym naczelnikiem, panie margrabio.
Pontcalec, blady, zimny, upadł na krzesło, przesyłając wymowne spojrzenie swoim zdrętwiałym współtowarzyszom: nikt w około nie pojmował téj nagłéj niemocy po tak nieograniczonéj ufności.
— Cóż teraz? ozwał się Mont-Louis tonem łagodnego wyrzutu do Pontcalec’a.
— Mieliście słuszność, panowie, odpowiedział Pontcalec, ależ i ja miałem słuszność: wierzę w tę przepowiednię, bo i ona się spełniła, jak poprzednie. Ale tym razem wyznaję, żeśmy już zgubieni.
I skazani jedną przejęci myślą rzucili się nawzajem w objęcia swoje a potém modlili się pospołu.
— Jakżeż pan każesz? zapytał kat.
— Niepotrzeba tym panom rąk wiązać, skoro nam słowo swoje dadzą: są żołnierzami i szlachtą.