Córka rejenta/Tom III/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Opuszczając bastylję, odwiózł książę Helenę do jej mieszkania, przyrzekając że ją, według zwyczaju, dziś wieczór pomiędzy ósmą a dziewiątą godziną odwiedzi. Za co by mu niezwyczajnie wdzięczną być powinna była, gdyby była wiedziała, że tegoż wieczora książę dawał wielki bal maskowy w Monceaux.
Wróciwszy do palais-royal zapytał rejent o Dubois, odpowiedziano, że jest w gabinecie jego i pracuje. Wbiegł więc jak zwykle, lekko po wschodach, wszedł do pokoju, wzbraniając, by go o jego przyjściu uwiadomiono.
Dubois siedział przy stole i z taką pracował gorliwością, że nawet nie dosłyszał jak książę drzwi otworzył, zamknął, i na palcach zbliżył się do niego, by zobaczyć nad czém tak zawzięcie pracuje.
Zaciągał nazwiska jakieś do tabelli, umieszczał przy nich uwagi swoje, i polecenia obszerne, szczegółowo przy każdém.
— Cóż ty u djabła robisz? zapytał rejent.
— Ah to wasza królewska mość! przepraszam, nie słyszałem przyjścia jaśnie oświeconego pana, bo inaczéj...
— Nie o tém mówię, ale pytam co robisz?
— Podpisuję karty pogrzebowe dla naszych przyjaciół w Bretanii.
— Ależ jeszcze nic nie postanowiono o ich losie, działasz jak warjat, i wyrok komissji...
— Znam go już.
— Więc już wyrzekli?
— Nie, ale im go przed wyjazdem podyktowałem.
— Ależ to jest nikczemnie, co ty robisz.
— Naprawdę powiem waszéj królewskiéj mości, że jaśnie oświecony pan jesteś nieznośnym. Niechaj książe zajmie się raczej sprawami rodziny swojej ale nie państwa.
— Sprawami rodziny mojéj!
— Co się tych dotyczę, to musisz wasza królewska mość zupełnie być zadowolonym ze mnie. Poleciłeś mi pana de Chaulay, i stosownie do tego umaiłem mu bastylję różami: wyśmienite uczty, zachwycające msze, i gubernatora godnego uwielbienia, wszystko to miał. Dozwoliłem mu dziurawić podłogę i podrapać mury, bez względu, że nas reperacja nie mało kosztować będzie. Od czasu przybycia jego wszyscy tam świętują: Dumesnil rozmawia przez cały dzień w swoim kominie; panna de Launay wypuszcza swoję linkę z okna, a Pompadour spija wino szampańskie. I Laval codziennie aż po trzy enemy bierze. Nic nie mam przeciwko temu wszystkiemu, bo to należy do familijnych interessów waszéj królewskiéj mości. Ale tam w Bretanii, o tam, to jaśnie oświecony pan nic nie masz do rządzenia, zakazuję waszéj królewskiéj mości mięszać się w te sprawy. Chyba, ze tam masz jeszcze z jaki tuzin córek nieznanych, co bardzo łatwo być może.
— Błazen jesteś!
— O, wasza królewska mość sądzisz, żeś już wszystko zrobił, kiedy mnie błaznem nazwiesz. Ale mniejsza tam o to! Jednakżeż bez tego błazna, nie byłbyś jaśnie oświecony książę już dzisiaj przy życiu.
— I cóżby było potém?
— Co potém! Ot człowiek stanu! Potém byliby mnie powiesili może. Następnie byłaby pani de Maintenon rejentką Francji. Zabawna historja, nieprawdaż?... I to niby książe-filozof, co tak naiwne czyni pytania. O Mark-Aureljuszu! Czyżto nie on tę niedorzeczność powiedział: Populos esse denimu felices, si reges philosophi forent aut philosophi reges? Otóż to próbka.
Mówiąc to, Dubois ciągle pisał.
— Dubois, przerwał mu rejent, ty nie znasz tego chłopca.
— Jakiego chłopca?
— Kawalera de Chaulay.
— Doprawdy? Przedstawisz mi go wasza królewska mość, gdy zostanie zięciem jaśnie oświeconego pana.
— A więc jutro.
Dubois się obrócił zdumiony, opierając obiedwie ręce na fotelu, i wytrzeszczył swoje maleńkie oczy na rejenta, o ile tego oprawa ich dozwalała.
— Czyś wasza królewska mość zwarjował?
— Nie, ale to jest człowiek poczciwy, a tacy ludzie bardzo rzadko się zdarzają, o czém ty wiesz najlepiéj, opacie.
— Poczciwy człowiek! Ha! pozwól sobie wasza królewska mość powiedziéć, że dziwnie rozumiesz ten wyraz: poczciwy człowiek.
— Wierzę, że ja i ty o nim różne mamy pojęcia.
— I cóż on zrobił, ten poczciwy człowiek? Napuścił-że trucizną puginał, którym jaśnie oświeconego pana miał ugodzić? W takim razie, nicby mu nie było do zarzucenia. Wówczas nie byłby to już poczciwy człowiek, ale raczéj święty. Mamy już ś. Jaques Clement, ś. Ravaillac’a; tylko ś. Gastona brakuje jeszcze w naszym kalendarzu. Daléj, jaśnie oświecony panie daléj, nie chciałeś wasza królewska żądać dla ministra swojego od papieża kardynalskiego kapelusza, prośże teraz, by kanonizował zabójcę waszéj królewskiéj mości, a pierwszy raz w życiu będziesz książę logicznym.
— Mówię ci, Dubois, że mało jest ludzi zdolnych to uczynić, co zrobił ten młody człowiek.
— Hoho! na nieszczęście jaśnie oświecony panie, bo gdyby takich było dziesięciu we Francji, podałbym się natychmiast do dymisji.
— Nie mówię o tém co chciał zrobić, ale o tém co zrobił.
— I cóż zrobił takiego? Słucham. Chciałbym się zbudować temi jego czynami.
— Nasamprzód dochował przyrzeczenia d’Argensonowi.
— O, nie wątpię o tém! Umie on słowa dotrzymać. I gdyby nie ja, to byłby także i panom Pontcalec, Mont-Louis, Talhouet i t. d. swojego przyrzeczenia dotrzymał.
— Tak, ale tam tego trudniéj było dochować. Przysiągł nie mówić nikomu o wyroku swoim, i zataił to nawet przed kochanką.
— I przed waszą królewską mością także?
— Mówił zemną o tém, bom mu powiedział, że napróżno się zapiera, ponieważ wiem o wszystkiém. Poczém mnie zaklął, bym o nic w imieniu jego rejenta nie prosił, żąda zaś tylko jednéj łaski.
— I jakażto ta łaska?
— By mu wolno było zaślubić Helenę i zostawić jéj swój majątek i nazwisko.
— Dobrze! chce córkę waszéj królewskiéj mości obdarzyć nazwiskiem i majątkiem swoim. A to wcale grzeczny chłopiec, ten przyszły zięć waszéj królewskiéj mości.
— Czyż zapominasz, że to wszystko jest tajemnicą dla niego?
— Kto to wie?
— Dubois, nie wiem w czém cię kąpano, gdyś się urodził, ale to wiem, że wszystko zbrudzisz czego się dotkniesz.
— Ale przecież nie konspiracje, jaśnie oświecony panie, bo pod tym względem, to sądzę, że należycie wszystko oczyszczać potrafię jak naprzykład w sprawie Cellamary! Aha! czyż tam nie wszystko pięknie się zdarzyło? Mam nadzieję, żem Francji doskonałe na przeczyszczenie dał lekarstwo, by z siebie hiszpańskie wyrzuciła niestrawności. I tak będzie z Oliwaresem jak było z Cellamarą. Bretanija jeszcze tylko zapchana, potrzeba jéj więc dać dobre lekarstwo, a wszystko się skończy.
— Ty byś i z ewangelii świętéj żartował, Dubois.
— Dalibóg, żem od tego zaczął.
Rejent się podniósł.
— Ależ przepraszam, zawiniłem! zawołał Dubois, zapomniałem, że wasza królewska mość jesteś naczczo. Jakiż więc koniec historji?
— Koniec historji jest: żem obiecał prosić rejenta i że rejent zezwoli.
— Rejent popełni niedorzeczność.
— Nie, mój panie: on się tylko poprawi.
— Otóżto! tylko tego nam brakowało, byś się wasza królewska mość do jakiegoś wynagrodzenia krzywd wyrządzonych panu de Chaulay poczuwał.
— Nie jemu, lecz jego bratu.
— Tém lepiéj. I cóż wasza królewska mość zrobiłeś temu bratu?
— Porwałem mu kobietę, którą kochał.
— Którą?
— Matkę Heleny.
— To źle, wielką wasza królewska mość popełniłeś niesłuszność: bo gdybyś tego nie był uczynił, nie mielibyśmy obecnie takiego ambarasu.
— Stało się; a teraz potrzeba nam się z niego wywinąć, o ile tylko możemy najlepiéj.
— Nad tém właśnie pracuję.... Kiedyż ślub?
— Jutro.
— W kaplicy palais-royal’u. Jaśnie oświecony pan będziesz obecnym w kostjumie kawalera zakonu, podniesiesz, błogosławiąc obiedwie ręce nad głową swojego zięcia, obiedwie dla tego, że on chciał jednę na waszą królewską mość podnieść. Będzie to bardzo czule.
— Niezupełnie tak, jak mówisz. Wezmą ślub w bastylji, a ja w kapliczce będę ukrytym i nie zobaczą mnie wcale.
— O, to proszę waszéj królewskiéj mości, byś mi sobie towarzyszyć dozwolił.
Ciekawym widzieć taką ceremoniją. Mówią, że to bardzo rozrzewnia.
— To być nie może, zawadzałbyś mi. Twoja brzydka fizjonomija zdradziłaby moje incognito.
— Piękna fizjonomja waszéj królewskiéj mości jeszcze trudniéj ukryć się potrafi odpowiedział Dubois, kłaniając się. W bastylji znajdują się portrety Henryka IV i Ludwika XIV!
— To bardzo pochlebnie.
— Wasza królewska mość odchodzisz?
— Mam rendez vous z de Launay.
— Z gubernatorem bastylji? — Tak jest.
— A to idź wasza królewska mość.
— Zobaczęż cię dzisiejszéj nocy w Monceaux?
— Mam mój kostjum a la Jonquière.
— Cicho! on tylko służy w oberży pod Muids-d amour i przy ulicy du Bac.
— Zapominasz jaśnie oświecony pan o bastylji, boć i tam niejakie ma powodzenie.
— Dobrze. Bywaj zdrów!
— Najniższy sługa waszéj królewskiéj mości.
Rejent wyszedł.
Sam jeden, Dubois poruszył się niecierpliwie na krześle, potém się zamyślił, potém się po nosie podrapał a polem uśmiechnął.
Było to oznaką, że cóś ważnego postanowił.
Z tego wynikło, że wyciągnął rękę i zadzwonił. Urzędnik służbowy ukazał się niebawem.
— Pan de Launay, gubernator bastylji, będzie teraz u jego królewskiéj mości rejenta. Pilnuj na niego i przyprowadź mi go tutaj.
Służbowy się skłonił w milczeniu i wyszedł. A Dubois powrócił do swojéj złowrogiéj pracy.
Po chwili służbowy oznajmił przybycie pana de Launay.
Dubois mu podał jakąś nutę.
— Przeczytaj, wymówił. Daję ci moje rozporządzenia na piśmie, byś potém żadnéj nie miał wymówki.
De Launay czytał notę ze wszelkiemi oznakami wzrastającego przerażenia.
— Ach! więc pan mnie chcesz zgubić w opinii? zawołał nagle.
— Jakto? — Gdy się dowiedzą jutro co się stało...
— A któż na to co powie? czy ty?
— Nie ja, lecz rejent?...
— O co ten, to będzie w zachwyceniu. Ręczę ci za niego.
— Jestem gubernatorem bastyllji!
— I czy chcesz nim pozostać?
— Nie inaczej.
— Więc zrób co ci każę.
— O, to jednakże bardzo trudną jest rzeczą: mieć dozór, i na to co się dzieje zamknąć oczy i uszy.
— Więc oddaj wizytę w kominie panu Dumesnil, a drugą przez sufit Pompadourowi, mój zacny gubernatorze.
— Jakto?... Czyż to podobna?... Mówisz mi pan o rzeczach, o których nic nie wiem.
— Dowodem, żem lepiej obeznany z tém, co się w bastyllji dzieje. A gdybym ci mówił o rzeczach, które wiesz, jeszcze byś się bardziéj zadziwił.
— I cóżbyś mi pan mógł takiego powiedzieć? zapytał biédny gubernator zdumiony.
— Mógłbym ci powiedzieć, że przed tygodniem jeden z urzędników bastylji, i to zostający na wysokim stopniu, schował do kieszeni 50,000 liwrów za to, że wpuścił dwie kobiety, sprzedające jakieś tam przedmioty toaletowe...
— To były...
— Ja wiem kto one były, i po co przyszły i co robiły. Były to panny de Valois i de Charolais. A po co przyszły?... Przyszły odwiedzić księcia de Richelieu. Co robiły?... jadły karmelki aż do północy w wieży narożnéj, gdzie mają, zamiar znowu jutro powrócić; stosownie do znaków, jakiemi panna de Charolais księcia de Richelieu o tém uwiadomić kazała.
De Launay zbladł.
— Otóż, gdybym te wszystkie historje rejentowi opowiedział, który skandale takie bardzo lubi, jak to panu wiadomo, pewny pan de Launay przestałby być gubernatorem bastylji. Ależ ja milczę, bo wiem, że ręka rękę myje. Oszczędzam cię pana de Launay a więc pomóż-że i mnie.
— Jestem na usługi pańskie.
— Więc znajdę wszystko w pogotowiu?
— Przyrzekam to panu. Ale nie powiesz i słówka rejentowi?
— Za cóż mnie masz! Bywaj zdrów, panie de Launay.
— Do widzenia się panie Dubois.
I de Launay, kłaniając się ciągle, wycofał się z pokoju.
— Otóż jaśnie oświecony panie, pomruknął Dubois, teraz sprawa pomiędzy nami, i gdy jutro zechcesz wyprawić wesele swojéj córce, zabraknie ci tylko jednej rzeczy, to jest zięcia.
Właśnie gdy Gaston kawalerowi Dumesnil przesłał bilecik panny De Launay, posłyszał stąpanie na korytarzu; pospieszył uwiadomić kawalera, by się już nie odezwał i stuknął w podłogę, ażeby Pompadour spokojnie siedział: zgasił świecę i zrzucił swoje odzienie, jak gdyby się do spoczynku zabierał.
W téjże chwili drzwi otworzono i wszedł gubernator. Wiedząc, że o tym czasie nie zwykł więźniów swoich odwiedzać, Gaston zmierzył go badawczo wzrokiem i dostrzegł, że jest pomięszany. A gdy pan de Launay odbierał lampę z rąk dozorcy i na stole ją stawiał, widoczném było, że mu ręka drżała.
Dozorcy wyszli, ale Gaston dostrzegł, że u drzwi dwóch postawiono żołnierzy. Dreszcz przebiegł mu po ciele, bo to wszystko zakrawało na coś przerażającego.
— Jesteś mężczyzną, panie kawalerze, ozwał się gubernator, i żądałeś, ażebym tak do ciebie przemawiał. Słyszałem dziś wieczór, że już jesteś skazanym.
— I pan przychodzisz uwiadomić mnie, ozwał się Gaston ze zwykłą mu mocą duszy, że godzina egzekucji nadeszła.
— Nie to, ale że nadchodzi.
— I kiedyż to nastąpi?
— Mogęż panu prawdę powiedzieć?
— Będę panu za to szczerze zobowiązanym.
— Otóż jutro nadedniem.
— I gdzie?
— Na placu bastylji.
— Dziękuję panu. Jednakżeż miałem nadzieję.
— Jaką?
— Że przed śmiercią wolno mi będzie zaślubić ową panienkę, którą pan dzisiaj do mnie przyprowadziłeś.
— Czyż pan d’Argenson na to zezwolił?
— Nie, obiecał tylko prosić o tę łaskę króla.
— Może król odmówił.
— Czyż nigdy na nic podobnego nie zezwala?
— Bywa to rzadko, ale jednakżeż są przykłady.
— Jestem chrześcianinem, mój panie, przecież mi spowiednika nie odmówią?
— Jest już tutaj.
— Mogęż go widziéć?
— Za kilka minut. Zdaje mi się, że teraz jest u spólnika pańskiego.
— U mojego spólnika? u kogóż to?
— U kapitana la Jonquière.
— U kapitana la Jonquière?
— Jest on także skazanym i razem z panem będzie tracony.
— Biedny! poszepnął Gaston, a jam go posądzał!
— Pan jeszcze jesteś tak młody, i już masz umierać!
— Śmierć lat wieku nie liczy, mój panie. Bóg tak każę i niechaj się wola Jego spełni.
— Ale jeżeli można uniknąć strasznéj ostateczności, to byłoby zbrodnią poddawać jéj się tak, jak to pan czynisz.
— Nie rozumiem co pan przez to chcesz powiedziéć.
— Chcę powiedziéć, że pan d’Argenson robił panu jakieś nadzieje.
— Dosyć, mój panie. Ja nie mam nic do zeznania.
W tém zastukano we drzwi i gubernator pobiegł otworzyć.
Był to major, który panu de Launay słów kilka powiedział.
Gubernator powrócił znowu do Gastona, który, blady ale spokojny, stał, rękę opierając na krześle.
— Kapitan la Jonquière kazał mnie prosić o pozwolenie widzenia się z panem raz ostatni.
— I pan odmówiłeś? zapytał Gaston z lekkim uśmiechem ironii.
— Nie, przeciwnie, zezwoliłem w nadziei, że będzie rozsądniejszym od pana i że się porozumicie spoinie, co do zeznań jakie poczynić macie.
— Jeżeli tylko w tym celu pragnie ze mną mówić, to mu pan każ odpowiedziéć, że się z nim widzieć nie chcę.
— Jest to tylko mój domysł, a może żądanie jego ma jedynie na celu, by się z współtowarzyszem niedoli zobaczyć.
— A, skoro tak, to jak najchętniéj.
— Będę miał zaszczyt sam pana do niego zaprowadzić, mówił gubernator, kłaniając się.
— Jestem gotów.
Pan de Launay szedł naprzód, za nim Gaston, a za Gastonem dwaj żołnierze, którzy przy drzwiach stali.
Szli przez te same korytarze i dziedzińce co poprzednio i zatrzymali się przed wieżą skarbca.
Pan de Launay umieścił dwóch żołnierzy u drzwi i wszedł po dwunastu wschodach, a za nim Gaston. Dozorca, którego spotkali, zaprowadził ich do la Jonquière’a.
Kapitan znowu był w swojém podarłem odzieniu i leżał na łóżku, jak poprzednio.
Za stuknięciem drzwi odwrócił się, a że pan de Launay szedł naprzód, sądził za pewne, że tylko sam jeden przychodzi i położył się znowu.
— Sądziłem, że jałmużnik bastylji jest tutaj? przemówił de Launay.
— Był tutaj, alem go odprawił.
— A to dla czego?
— Bo nie lubię jezuitów. Czyż myślisz u licha, że potrzebuję na to księdza, ażeby z chwałą umrzéć?
— Umierać z chwałą, mój panie, jest to samo co umierać po chrześciańsku.
— Gdybym był chciał posłyszeć kazanie, byłbym zatrzymał jałmużnika, któryby się z tego lepiéj od pana był wywiązał. Ależ ja zażądałem widzieć się z panem de Chaulay.
— I otóż go masz. Mam sobie za zasadę nie odmawiać niczego tym, którzy się już niczego spodziewać nie mogą.
— Ah! jesteś tu pan? zawołał la Jonquière podnosząc się. Witam cię!
— Z boleścią widzę mój kapitanie, że odrzucasz pociechę religijną, odpowiedział Gaston.
— I ty także? Dobrze! jeżeli jeszcze z was który słówko jedno w tym przedmiocie wyrzecze, zostanę natychmiast hugenotą.
— Przepraszam, kapitanie, ale miałem sobie za obowiązek poradzić ci, ażebyś to uczynił, co ja sam dla siebie uczynię.
— Nie mam ci też tego za złe, kawalerze, i gdy zostanę ministrem spraw wewnętrznych, będę zawsze za wolnością wyznań. A teraz panie de Launay, mówił daléj la Jonquière, drapiąc się po nosie, pojmiesz bardzo łatwo, że skoro mamy udać się w spólną i tak długą podróż, radzibyśmy trochę sam na sam z sobą pogadali.
— Pojmuję to i odchodzę. Za godzinę powrócę po pana kawalera.
— Dziękuję panu, odpowiedział Gaston, kłaniając się.
Gubernator wyszedł i posłyszano jego głośno wydane rozkazy, zapewne ażeby baczność podwojoną została.
Gaston i la Jonquière pozostali sami.
— I cóż tam! ozwał się kapitan.
— A co tam! odpowiedział Gaston, miałeś słuszność i przepowiedziałeś mi wszystko.
— Otóż jestem zupełnie podobny do owego człowieka, który chodził na około Jerozolimy i wołał: biada! Chodził tak przez dni siedm, aż go rzucony z muru kamień dosięgnąć i zabił.
— Wiem, żeś i pan skazany, i że obydwaj umierać mamy.
— Co ci niejako szyki popsuło, nieprawdaż?
— Tak jest, bom dużo miał powodów, ażeby pragnąć żyć.
— Takie powody znajdą się zawsze.
— Wierzę, ależ moje są nader ważne.
— A, na to wiem tylko jeden sposób.
— Porobić zeznania? o, tego nigdy nie zrobię?
— Nie to, ale uciekać zemną.
— Jakto! uciekać z tobą?
— Tak jest. Bo ja się wynoszę.
— Czyż nie wiesz, że mają nas jutro zrana tracić?
— To też dzisiejszéj nocy się wynoszę.
— Więc uciekasz?
— Ależ tak a nie inaczéj.
— I którędyż?
— Otwórz to okno.
— I cóż?
— Zatrząśnij kratą.
— Ah mój Boże!
— I cóż?
— Można ją wyjąć.
— Z tém nie mało miałem pracy, ale dziękiż Bogu, dopiąłem celu.
— Zdaje mi się, że to sen.
— Pamiętasz, żeś mi się pytał, czyli ja także czego nie wyłamuję?
— Odpowiedziałeś mi na to...
— Że ci na to późniéj odpowiem..... A i cóż? nie byłaż to dobra odpowiedź?
— Doskonała! ale jakżeż zejść?
— Pomóż mi.
— W jaki sposób?
— Przetrząśnijmy mój siennik.
— Ah, drabinka sznurowa!
— Otóż to!
— Gdzieżeś ją zdobył?
— Przesłano mi ją zaraz pierwszego dnia w pasztecie ze skowronków, wraz z pilnikiem.
— Wyznaję, że wielkim jesteś mężem, kapitanie.
— Wiem o tém, ale dodaj, że i dobry ze mnie człowiek, bo mógłbym sam uciekać.
— Więc myślałeś o mnie?
— Żądałem się widzieć z tobą, mówiąc, ażeby cię do zeznań skłonić. Wiedziałęm, że tém ich złudzę a następnie zdurzę.
— O, to spieszmy się kapitanie.
— Cicho! róbmy przeciwnie wszystko powoli i rozważnie, mamy na to całą godzinę, a niemasz jeszcze pięciu minut jak gubernator wyszedł.
— A straż?
— Ej co tam! już ciemno.
— Ależ rów pełen wody...
— Zamarzł.
— A mury?...
— Pomyślimy o nich, gdy tam będziemy.
— Czy przytwierdzić drabinkę?
— Poczekaj, przekonam się pierwej, czy dosyć mocna. Bardzom dbały o siebie, i nie chcę nakręcić karku, ażeby mi głowy nie ścięło.
— Jesteś pierwszym kapitanem naszego czasu, kochany la Jonquière.
— Ej co tam! nie z takich to ja się już wybawiłem tarapatów, odpowiedział kapitan, przyciągając ostatni węzeł swojéj drabinki.
— Czy już? zapytał Gaston.
— Już.
— Czy ja mam się pierwszy spuścić?
— Jak ci się podoba?
— Podoba mi się tak.
— A więc daléj!
— Czy ztąd wysoko?
— Piętnaście do ośmnastu stóp.
— Bagatela!
— Tak, dla ciebie, młokosa, ale nie dla mnie. Bądźmy ostrożni, proszę cię.
— Bądź spokojnym.
I rzeczywiście, Gaston zeszedł pierwszy, powoli i ostrożnie, a za nim la Jonquière, śmiejąc się w duszy i złorzecząc ile razy zadrasnął sobie palec albo gdy wiatr silniej drabinkę poruszył.
Otóżto zatrudnienie dla następcy Richelieu’ego i Mazarin’a! pomruknął sobie. Nie jestem wprawdzie jeszcze kardynałem, i w tém całe zbawienie moje.
Gaston stanął na lodzie w rowie a za nim niebawem la Jonquière. Żołnierz na straży, na wpół zmarznięty w swojéj budce, nie widział ich wcale.
— A teraz za mną! wymówił la Jonquière.
Gaston udał się za kapitanem. Po drugiéj stronie fossy czekała ich już inna drabinka.
— Więc masz spólników? zapytał Gaston.
— Czyż myślisz, że pasztet ze skowronków sam do mnie przyszedł.
— Niechżeż mi teraz kto powie, że z bastylji uciekać niemożna! zawołał Gaston wesoło.
— Mój kochany, odpowiedział mu Dubois, zatrzymując się na trzecim stopniu drabinki, wierz mi i unikaj wszystkiego, coby cię po raz drugi do bastylji zaprowadzić mogło: ręczę, iżbyś już wtedy tak szczęśliwie, jak teraz, z niéj nie wyszedł.
Doszli wierzchołka muru i ujrzeli na tarasie przechodzącą się wartę; ale żołnierz zamiast im się oprzéć, podał rękę kapitanowi, by mu pomódz stanąć na tarasie. Poczém wszyscy trzej w milczeniu i z pośpiechem, dowodzącym że znają wartość każdéj minuty, wciągnęli za sobą drabinkę i umieścili ją po drugiéj stronie muru.
Zejście po niéj odbyło się również szczęśliwie, i w drugą spuścili się fossę, także zamarzniętą.
— A teraz, ozwał się kapitan, zabierzmy tę drabinkę, by nie zaszkodzić temu biedakowi, co nam tak dobrze usłużył.
— Więc jesteśmy wolni?
— Pewnie już.
Ta wiadomość nowéj Gastonowi dodała siły, ujął drabinkę i na barki swoje ją zarzucił.
— Do licha, kawalerze! zawołał la Jonquière, widzę że ś. p. Herkules mało co znaczyłby przy tobie.
— Co tam! w téj chwili przeniósłbym całą bastylję z miejsca na miejsce.
Uszli kilkadziesiąt kroków w milczeniu, a potém zwrócili się w małą uliczkę przedmieścia ś. Antoniego. Była dopiero godzina dziewiąta, lecz zupełnie pusto na ulicach, bo wiatr dął całą siłą.
— A teraz mój kawalerze, przemówił la Jonquière, bądź tak dobrym i chodź ze mną na koniec przedmieścia.
— Pójdę z tobą choćby i do piekła.
— O, nie tak daleko, jeżeliś łaskaw, bo dla większéj ostrożności potrzeba, ażeby każdy w inną poszedł stronę.
— Cóż to za powóz?
— Mój.
— Jakto! twój?
— Tak jest.
— A, mój kapitanie, powóz i cztery konie, toćże jeździsz gdyby jaki książę!
— Tylko trzy konie, mój kochany, bo jeden jest dla ciebie.
— Jakto! pozwalasz mi jednego?
— Na tém nie dosyć.
— Jak to?
— Nie masz pieniędzy?
— Wszystko mi odebrano, com tylko miał przy sobie.
— Masz sakiewkę z pięćdziesięcioma luidorami.
— Ależ kapitanie...
— To hiszpańskie pieniądze, bierz!
Gaston ujął sakiewkę, a tymczasem pocztyljon jednego odłożył konia.
— A teraz, gdzież się udasz? zapytał Dubois.
— Do Bretanii, by się z przyjaciółmi moimi połączyć.
— Oszalałeś! Oni tak samo, jak i my, zostali skazani, i za dni dwa lub trzy ich stracą.
— Masz słuszność.
— Udaj się do Flandryi, słuchaj mnie: to jest dobry kraj. Najdalej za godzin ośmnaście będziesz na granicy.
— Dobrze odpowiedział Gaston ponuro, ja wiem dokąd się udam.
— Jedzmy! Szczęśliwéj drogi! zawołał Dubois, wychylając się z powozu. Jakiż to wiatr okropny!
— Szczęśliwéj drogi! odpowiedział Gaston.
Podali sobie ręce, a potem każdy w swoją udał się stronę.