Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom III/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.
NIENAWIŚĆ RODZINNA.

Wróciwszy do swojego pokoju, Gaston był zniewolonym odpowiadać Dumesnil’owi i Pompadourowi, czekającym na wiadomość od niego. Stosownie do przyrzeczenia danego d’Argensonowi, Gaston nic nie mówił o osądzeniu swojém; uwiadomił ich tylko, że był surowiéj, jak poprzednie razy, badanym. Nakoniec pragnąc przed śmiercią kilka napisać listów, prosił Dumesnil’a o światło. Papier i ołówek miał od gubernatora, jak to wyżej powiedziano.
Dumesnil przesłał mu tym razem świecę jarzącą zapaloną, wszystko się coraz więcéj doskonaliło. Maison Rouge niczego pannie de Launay odmówić nie umiał, a panna de Launay dzieliła się wszystkiém z kawalerem; który znowu, jako dobry koleżka, udzielał skarbów swoich Gastonowi, księciu de Richelieu i innym sąsiadom.
Gaston pomimo obietnicy d’Argensona, powątpiewał jednakże, że mu wolno będzie oglądać Helenę, lecz był przekonanym, że mu przed śmiercią przyślą spowiednika, i że spowiednik jego wysłucha ostatnią prośbę umierającego i odda listy podług ich adresu.
Właśnie gdy zabierał się do pisania, posłyszał pannę de Launay, dającą mu znak zwykły, że ma coś do powiedzenia.
Był to list zaadresowany do niego, i mając świecę mógł go zaraz przeczytać.
Brzmiał jak następuje:
«Przyjacielu nasz! bo zostałeś naszym przyjacielem i nie mamy nic tajemnego przed tobą. Uwiadom Dumesnila o owéj nadziei, którą powzięłam z słów doktora Herment.»
Serce Gastona zadrżało, że może i dla niego w tym liście jakaś zabłyśnie nadzieja: czyż mu nie powiedziano, że los jego będzie takiż sam, jak los spiskowych Cellamary? Prawda, że ci co to mówili, nie znali całkiem zasad związku do którego on należał.
Czytał więc daléj:
«Przed półgodziną przyszedł do mnie doktor w towarzystwie pana Maison-Rouge. Ostatni robił mi tak słodkie oczy, żem ztąd najlepszą powzięła nadzieję. Jednakżeż, gdym zażądała mówić sam na sam albo zcicha z doktorem, wielkie począł robić trudności, które jednym uśmiechem zwalczyłam.»
«— Zastrzegam sobie, wymówił, aby nikt o tém nie wiedział, że się na krok jeden oddalam, bo inaczéj utraciłbym niezawodnie posadę moję, gdyby ktokolwiek o łatwości mojéj został uwiadomionym.»
«Ten ton miłości połączony z interesem wydawał mi się tak dziwacznym, żem mu ze śmiechem wszystko przyrzekła czego żądał. Widzisz jak dotrzymuję słowa.»
«Oddalił się więc nieco a pan Herment przystąpił bliżéj.»
«I zaczęła się rozmowa, przy której ruchy, inne od słów wyrzeczonych, miały znaczenie.”
— «Pani masz szczerych przyjaciół, ozwał się Herment, przyjaciół wysoko położonych, którzy się panią zajmują.»
«Przypomniała mi się oczywiście pani du Maine.
— «O mój panie; zawołałam, czy masz jakie polecenie do mnie?
— «Cicho! poszepnął Herment, pokaz mi pani język.»
«Jakżeż mi serce uderzyło.»
Gaston położył rękę na swojém sercu i ono biło także gwałtownie.
— «I cóż mi pan przynosisz?»
— «O, nic, chyba samego siebie; ale przyniosą pani przedmiot w mowie będący.»
— «I cóż to jest? powiedz pan!
— «Wiadomo jak łóżka w bastylji są niewygodne a mianowicie téż posłanie i kołdry, polecono mi więc ofiarować pani..
— «Cóż takiego?»
— «Kołderkę na nogi.»
«Rozśmiałam się na cały głos: poświęcenie się moich przyjaciół ograniczyło się na zabezpieczeniu mnie od dostania kataru!
— »Mój dobry panie, odpowiedziałam doktorowi, w tém położeniu, jakiem jestem, przyjaciele moi powinni raczéj o głowie mojéj a nie o nogach pamiętać. Lecz mniejsza o to, radabym tylko wiedziéć kto jest tym przyjacielem.
— »To jest przyjaciółka.
— »I któż ona jest?
— »Panna de Charolais, odpowiedział Herment tak uciszonym głosem, żem go zaledwie dosłyszała.
»Poczém się oddalił, a ja, mój kochany panie, oczekuję kołderki od panny Charolais.
»Opowiedz pan całą tę rzecz Dumesnifowi; naśmieje się z niéj:«
Gaston smutno westchnął. Wesołość otaczających go padała mu ciężarem na serce.
Była to nowa jaka katusza, którą, mu zadano rozkazem, by się nikomu z tém co go czeka nie zwierzył? Mniemał, iżby go niejako były pocieszyły łzy, któreby sąsiedzi nad losem jego byli przelali; bo pożałowanie dwóch serc kochających się, kiedy i własne serce silném przepełnione jest uczuciem, a umierać każą, wielką staje się ulgą.
Gaston nie miał dosyć odwagi, by list ten Dumesnilowi przeczytać, przesłał mu go więc tylko, a po chwili posłyszał jego wybuchy głośnego śmiechu.
W téjże saméj chwili przesłał Helenie w myśli ostatnie pożegnanie swoje.
Spędziwszy większą część nocy na pisaniu listów, Gaston następnie się położył i zasnął.
Nazajutrz przyniesiono mu śniadanie w tym czasie jak zwykle. Lecz Gaston uważał, że jest wykwintniejsze od poprzednich, uśmiechnął się na tę względność szczególną i przypomniał sobie starania, jakie za zwyczaj skazanym na śmierć okazują.
Przy końcu śniadania ukazał się gubernator.
Gaston nagłym rzutem oka wyśledził wyraz jego twarzy: był on i dzisiaj pełen grzeczności i chęci uprzejmych. Czyliż mu wyrok wczoraj zapadły jeszcze nie był świadomym? albo przywdział-że tylko taką maskę?
— Czy pan zechcesz potrudzić się do sali posiedzeń? zapytał pan de Launay Gastona.
Gaston się podniósł. Zaszumiało mu w uszach: skazany na śmierć w każdym rozkazie, którego celu nie zna, już się widzi być prowadzonym na rusztowanie.
— Mogęż wiedziéć dla czego mam zejść na salę posiedzeń? zapytał Gaston głosem o tyle spokojnym, że w nim żadne z wewnętrznych nie odbrzmiało wrażeń.
— Ażebyś pan przyjął czyjąś wizytę. Wszakżeś o to wczoraj pana naczelnika policji prosił, byś się mógł z kimś widziéć.
Gaston zadrżał.
— Więc tę osobę zobaczę?
— Tak jest.
Gaston już otwierał usta do dalszych pytań, bo przecież prosił; ażeby się z dwiema osobami mógł zobaczyć, a tutaj mowa była tylko o jednéj. Którąż więc miał widziéć? Brakło odwagi zapytać o to i w milczeniu udał się za gubernatorem.
Gubernator zaprowadził go na salę posiedzeń. Wchodząc, obejrzał się Gaston do koła, lecz sala zapełnię była pustą, nie było nawet i oficerów, którzy przy tego rodzaju widzeniach się bywają obecni.
— Pozostań pan tutaj, ozwał się gubernator, osoba któréj oczekujesz niebawem nadejdzie.
Pan de Launay ukłonił się Gastonowi i wyszedł.
Gaston pobiegł po jego wyjściu do okna, zakratowanego jak i inne w bastylji, i ujrzał stojącą przy niém wartę. Wyjrzał przez nie na dziedziniec, gdy nagle zaskrzypły zawiasy i drzwi otworzono. Na ten odgłos obrócił się i ujrzał przed sobą księcia d’Oliwares.
Nie było to jeszcze wszystko czego żądał, a jednakżeż już bardzo wiele; bo skoro spełniono jego życzenia co do księcia, mógł się spodziewać, że mu dotrzymają słowa i co do Heleny.
— O jakżeś jaśnie oświecony pan dobry! zawołał, że się przychylasz do prośby biednego więźnia.
— Było to obowiązkiem moim. Nadto przychodzę podziękować panu.
— Mnie! I cóżem ja zrobił, co zasługuje na podziękowanie waszéj ekscelencji.
— Byłeś pan indagowany, zaprowadzony na salę tortur, mówiono panu, że zostaniesz ułaskawionym, skoro wydasz spólników swoich, a jednakżeż milczałeś.
— To było od początku zamiarem moim, dotrzymałem sobie słowa, i na tém koniec. Nie zasługuje to bynajmniéj na podziękowanie waszéj ekscelencji.
— A teraz powiedz mi pan, czy ci mogę być użytecznym w czemkolwiek.
— Nasamprzód zaspokój mnie jaśnie oświecony pan co do własnej osoby swojéj. Czy wasza książęca mość nie byłeś niepokojonym?
— Bynajmniéj.
— Tém lepiéj.
— I jeżeli związkowi bretońscy wszyscy są tak względni jak pan, nie wątpię, że w téj całéj sprawie nawet imienia mego nie wspomną.
— O, ja ręczę za nich. Ale wasza królewska mość, czy także ręczysz za la Jonquière’a?
— Za la Jonquière’a? powtórzył książę nieco zaambarasowany.
— Tak jest. Czyliż książę nie wiesz, że i on jest aresztowany?
— Słyszałem coś o tém.
— Otóż zapytuję jaśnie oświeconego pana, co sądzisz o nim?
— Nie wiem co panu na to odpowiedzieć, chyba że on całkiem zaufanie moje posiada.
— Skoro posiada zaufanie jaśnie oświeconego pana, to widać że na nie zasługuje.
— Więc o cóż to pan prosić mnie miałeś.
— Książe widziałeś tę młodą panienkę, którą przywiozłem do jaśnie oświeconego pana?
— Pannę Helenę de Chaverny; tak, widziałem ją.
— Otóż to, co waszéj ekscelencji wtedy powiedzieć czasu nie miałem, dopowiem teraz: ja kocham tę młodą dziewczynę już przeszło od roku! Jedyném marzeniem mojém w ciągu tego czasu było, poświęcić się dla jéj szczęścia... mówię marzeniem, jaśnie oświecony panie, bo gdym się ocknął z niego, wiedziałem że dla mnie wszelkie szczęście zamarło. Chciałem ją zaślubić, by jéj dać imię, majątek, pewne stanowisko w świecie, właśnie gdy mnie aresztowano.
— Bez zezwolenia jéj rodziców i familji?
— Nie miała ni jednych ni drugich, i podług wszelkiego podobieństwa miała być sprzedaną zapewne jakiemuś wielkiemu panu, gdy uznała potrzebę opuszczenia osoby, którą przy niéj umieszczono.
— Ale któż panu powiedział, że panna Helena de Chaverny miała być ofiarą tak ohydnego przekupstwa?
— Ona sama opowiadała mi o jakimś ojcu, który się ukrywał i o jakichsiś brylantach, które jéj ofiarowano. A potém, wiesz wasza ekscelencja gdzie ja ją znalazłem? otóż w jednym z owych domów hańby, przeznaczonych na rozpustę dla bogatych paniczów!... Ją! tego anioła niewinności i uczuć najczystszych!... otóż, jaśnie oświecony panie, ona ztamtąd zemną uciekła pomimo krzyków swojéj strażniczki, wśród dnia jasnego i w obec lokai, zostających przy niéj; pozostała przez dwie godziny przy mnie, a chociaż jest tak czystą, jak w owym dniu, gdy piérwszy pocałunek od matki swojéj odebrała, jest jednakże już skompromitowaną. Przeto, jaśnie oświecony panie, pragnę ażeby to projektowane małżeństwo do skutku przyszło.
— W położeniu, w jakiem się obecnie znajdujesz?
— Tém bardziéj, jaśnie oświecony panie.
— Ale może się łudzisz, co do kary, jaka na ciebie spadnie.
— Jest to podobno taż sama, jaka padła na hrabiego de Chalais, margrabiego de Cinq-Mars i kawalera Ludwika de-Rohan.
— Więc jesteś na wszystko przygotowanym, nawet i na śmierć?
— Przygotowałem się do niej w dniu, w którym przystąpiłem do związku: to tylko konspiratora tłumaczy, że godząc na czyje życie, sam własne naraża.
— I cóż ta młoda dziewczyna zyszcze na tym ślubie?
— Jaśnie oświecony panie, mam majątek, chociaż bogatym nie jestem, a ona jest ubogą; mam nazwisko, ona go nie ma: radbym jej więc moję imię i majątek zostawił. Prosiłem króla, ażeby majątek mój nie uległ konfiskacie i ażeby imienia mego nie zbezczeszczono; gdy się dowie dla jakiéj to uczyniłem przyczyny, przychyli się zapewne do mojéj prośby. Gdy umrę nie zostawszy jéj mężem, posądzą ją, że była metressą moją: będzie zgubioną, zniesławioną! i wszelka dla niéj przyszłość zaginie. Przeciwnie, gdy przez protekcją waszéj ekscelencji, o którą z wzniesionemi rękoma błagam, uzyskam pozwolenia na połączenie się nasze, nikt jéj nic zarzucić nie poważy się: krew przelana na rusztowaniu polityczném nie plami rodziny skazanego i nie pokrywa hańbą jego wdowy, która, jeżeli nie jest szczęśliwą, to przynajmniéj niezależną i poważaną. Otóż to jest ta łaska, o którą waszej ekscelencji proszę: czyż ją przez jaśnie oświeconego pana otrzymać mogę?
Książe zbliżył się do drzwi i trzy razy w nie zastukał: otworzono je i ukazał się pan Maison Rouge.
— Zapytaj pan odemnie pana de Launay, czyli ta młoda panienka, która przed bramą w karecie mojéj czeka, może przyjść tutaj? On wie, że jéj wizyta, tak samo jak i moja, jest dozwoloną. Pan ją tu przyprowadzisz, nieprawdaż?
— Jakto, jaśnie oświecony panie, Helena jest tutaj?
— Czyż panu tego nie obiecano?
— O tak! ale widząc jaśnie oświeconego pana samego, jużem był utracił nadzieję.
— Chciałem pana sam pierwéj widziéć, przeczuwając że mi masz wiele do powiedzenia, czego ona słyszeć niepowinna, bo ja wiem wszystko.
— Książe wiesz wszystko! cóż jaśnie oświecony pan przez to chcesz powiedziéć?
— Wiem, że ciebie wczoraj do arsenału przywołano.
— Jaśnie oświecony panie!
— Wiem, żeś tam zastał d’Argensona, że on ci wyrok przeczytał.
— O mój Boże!
— Wiem, żeś na śmierć skazany i żeś dał słowo swoje, jako o tém nikomu nie powiesz.
— O jaśnie oświecony panie, milczenie! milczenie! Jedno takie słowo może zabić Helenę.
— Bądź pan o to spokojnym. Ale czy niemasz jakiego środka, byś się od téj śmierci uchronił?
— Potrzebaby dni wiele, by przysposobić i wykonać plan do ucieczki, a mnie już są godziny moje policzone.
— O, nie o tém ja mówię, tylko pytam: czyli co do téj zbrodni, nie masz coś na obronę swoje powiedziéć?
— Co do zbrodni mojéj! zawołał Gaston zdziwiony, słysząc podobny wyraz z ust współwinowajcy swojego.
— Ej, mój Boże, tak jest, odparł książe, miarkując się, przecież wiesz, że ludzie tak nazywają mężobójstwo: potomność tylko jest sędzią, i podobną zbrodnię niekiedy wielkim nazywa czynem.
— Nie mam nic na obronę do powiedzenia, tylko to chyba, że śmierć rejenta uważam jako rzecz konieczną dla dobra Francji.
— Tak, odpowiedział książę z uśmiechem, ale pojmujesz, że cię to w obec Filipa Orleańskiego bynajmniéj nie tłumaczy. Chciałbym był raczej coś osobistego posłyszéć. A chociaż jestem politycznym wrogiem rejenta, to jednakże wyznać muszę, że w nim złego nie widzę człowieka; mówią że jest litościwym, i podobno że nikt z ważniejszych osób za rządów jego na rusztowaniu nie zginął.
— Zapominasz jaśnie oświecony pan hrabiego Horn.
— To był zabójca.
— A czemżeż ja jestem, jeżeli nie zabójcą, tak jak hrabia Horn?
— Z tą różnicą, że hrabia Horn zabijał, ażeby kraść.
— Ja nie mogę i nie chcę o nic prosić rejenta.
— Nie osobiście, ja wiem o tém, lecz przyjaciele twoi, gdyby potrafili coś na obronę twoję przytoczyć. Możeby sam chętnie piérwszy krok zrobił, możeby cię ułaskawił.
— Nie mam nic do powiedzenia, jaśnie oświecony panie.
— To jest niepodobna, pozwól to sobie zarzucić. Podobne przedsięwzięcie, jak twoje, nie zrodzi się w sercu człowieka bez jakich powodów poprzednich, dajmy na to jakąś nienawiść albo chęć pomszczenia się. Otóż i przypominam sobie, żeś do la Jonquirèe’a mówił o jakiejś odziedziczonéj rodzinnéj nienawiści, powiedz mi, jakiż był powód do tego?
— Napróżnobym waszą ekscelencję trudził. Zdarzenie, które tę nienawiść spowodowało, nie może mieć żadnego interessu dla jaśnie oświeconego pana.
— Nic nie szkodzi, mów tylko.
— Otóż, rejent zabił mojego brata.
— Rejent zabił brata twojego!... Co mówisz?... Niepodobna... panie Gaston! zawołał książę.
— Tak, zabił go, jeżeli od skutku przejdziemy do przyczyny.
— Tłumacz się jaśniej, mów! Jakżeż rejent mógł...?
— Mój brat był starszym odemnie o lat piętnaście, zastępował mi ojca, który mi umarł na trzy miesiące przed urodzeniem się mojém: matkę zaś utraciłem także, będąc jeszcze niemowlęciem. Brat mój zakochał się w młodéj dziewczynie, którą z rozkazu księcia wychowywano w klasztorze.
— W którym klasztorze? nie wiesz?
— Nie; wiem tylko, że w Paryżu.
Książe poszepnął kilka wyrazów, których Gaston nie dosłyszał lub téż nie zważał na nie.
— Brat mój, krewny ksieni tegoż klasztoru, miał sposobność widywania tę panienkę; zakochał się i chciał ją zaślubić. Proszono o zezwolenie księcia, dał je na pozór, gdy nagle młoda dziewczyna, uwiedziona, przez swojego mniemanego protektora, z klasztoru zniknęła. Przez trzy miesiące szukał jéj brat mój, lecz nadaremnie; nie posłyszał nawet już o niéj nigdy, z rozpaczy rzucił się w bój krwawy i poległ w bitwie pod Ramillies.
— 1 jakżeż się nazywała ta młoda dziewczyna? zapytał książe z zajęciem.
— Nikt tego nie wiedział; bo wymienić jéj nazwisko, byłoby to samo co zhańbić ją.
— Niemasz żadnéj wątpliwości, poszepnął książe, to była matka Heleny... A brat twój, jakżeż się nazywał? zapytał głośno.
— Oliwier de Chaulay.
— Oliwier de Chaulay... powtórzył książe zcicha... Wiedziałem, że nazwisko de Chaulay nie było mi obcém.
Potém głośno dodał:
— Mów pan daléj, słucham.
— Wasza ekscelencja nie wiesz, co to jest nienawiść rodzinna, zwłaszcza téż w kraju naszym. Kochałem brata mojego tak, jakbym był rodziców moich kochał. A na raz jeden pozostałem się sam na świecie. Wyrosłem w samotności serca i z nadzieją pomszczenia się; w pośród ludzi, którzy mi codzień powtarzali: «Książe Orleański zabił twojego brata.« Potém ten książę został rejentem Francji, i liga bretońska niebawem się uorganizowała. Byłem jednym z pierwszych, com do niéj przystąpił, wasza ekscelencja wiesz resztę i przekonałeś się, że w tém wszystkiém nic niemasz, coby jaśnie oświeconego pana szczególniéj interesować mogło.
— Przeciwnie, mylisz się pan pod tym względem. Na nieszczęście, rejent dużo podobnych błędów popełnił, które wynagrodzić powinien.
— Jaśnie oświecony pan pojmujesz, że przeznaczenie moje powinno się spełnić i że nic od niego żądać nie mogę.
— Tak, masz słuszność, rzecz ta niechaj się sama załatwi, jeżeli załatwić się może.
W téj chwili drzwi otworzono i wszedł pan Maison-Rouge.
— I cóż tam? zapytał książę.
— Pan gubernator rzeczywiście otrzymał rozkaz od naczelnika policji, ażeby się więzień z panną Heleną de Chaverny rozmówił. Czy może tu wejść?
— Jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston błagalnie.
— Rozumiem pana, odpowiedział książę. Żal i miłość mają swój wstyd i unikają świadków. Przyjdę po pannę Helenę.
— To pozwolenie służy tylko na pół godziny, wtrącił Maison-Rouge.
— Zostawiam pana, a za pół godziny przyjdę po nią, odrzekł ksiąe.
I wyszedł ukłoniwszy się Gastonowi.
Maison Rouge obejrzał cały pokój, przypatrzył się drzwiom, zobaczył czy warta stoi przy każdém oknie, i także wyszedł.
Po chwili weszła z nim Helena, blada, drżąca, bełkocąc swoje podziękowania, zwrócona ku panu Maison-Rouge, który jéj się nisko skłonił i znowu wyszedł.
Wtedy to Helena spojrzała w około i zobaczyła Gastona. Zostawiono ich samych stosownie do rozkazu księcia a nie co do przepisów zwykłych.
Gaston pobiegł do Heleny a Helena do Gastona, i mając tylko w myśli ubiegłe cierpienia i przyszłość ponurą, uścisnęli się namiętnie.
— Przecież! zawołała młoda dziewczyna, zalewając się łzami.
— Tak, przecież! powtórzył Gaston.
— Niestety! poszepnęła Helena, spoglądając z trwogą w około, widziéć ciebie w tém więzieniu, i nie módz z tobą otwarcie mówić, będąc pod strażą, podsłuchiwaną, o to jest okropnie!
— Nie żalmy się Heleno, bo i tak doznajemy pewnych względów. Nigdy jeszcze więźniowi nie dozwolono uścisnąć drogą sercu jego osobę. Zwykle, spojrzyj Heleno, odwiedzający stoi tam przy ścianie, więzień na drugim końcu izby a żołnierz w środku; i przedmiot rozmowy już naprzód jest oznaczony.
— Komuż zawdzięczamy tę względność?
— Muszę wyznać, że rejentowi zapewne. Bo gdy o tém wczoraj z d’Argensonem mówił, odpowiedział mi, żęto przechodzi jego władzę i powinien wprzódy tę prośbę rejentowi przedstawić.
— Ależ teraz, Gastonie, kiedy ciebie widzę, to mi opowiedz co się działo w czasie tego wieku cierpień i łez. Przyznaj mi się, wszakżeż mnie przeczucia moje nie zwodziły? Należałeś do spisku, nieprawdaż? O nie zapieraj się!
— Przyznaję się, Heleno; wiesz, że my Bretończycy jesteśmy stali, tak w nienawiści naszéj, jako i miłości. Uorganizowrała się liga w Bretanii, cała szlachta należała do niéj. Miałżem ja sam wyłączyć się od niéj? Pytam się ciebie, Heleno, miałżem opuścić braci moich? Nie byłżebym wówczas godnym pogardy, gdyby cała Bretanija była powstała a ja sam jeden ręce założył lub podniósł biczyk, gdy drudzy miecze dźwignęli?
— O tak, masz słuszność, Gastonie. Ale pocóżeś wraz z drugimi w Bretanii nie pozostał?
— I tamci aresztowani, Heleno.
— Więc was oskarżono, zdradzono?
— Zapewne. Siadaj Heleno i dozwól bym się tobie przypatrzył, póki jesteśmy sami. Pozwól sobie powiedzieć, żeś piękna i że ciebie kocham. A ty Heleno, cóżeś robiła przez ten czas mojéj nieobecności?... Książe...
— O, gdybyś wiedział, jak on dobrym był dla mnie. Co wieczór przychodził mnie odwiedzić. A co starań! jakie dogadzania!
— A w tych staraniach i dogadzaniu ci, nie byłoź nic podejrzanego? zapytał Gaston, dręczony rzuconém niby nieumyślnie słowem fałszywego la Jonquière.
— Co chcesz przez to powiedzieć Gastonie?
— Że książe jest jeszcze młodym, a ty Heleno piękną, jakem ci to dopiéro przed chwilą powiedział.
— O mój Boże! nie, nie, Gastonie, na nim się niezawiedziemy. I są chwile, gdy on, tak jak ty teraz, przy mnie siedzi, że mi się zdaje, jak gdybym ojca mojego była znalazła.
— Biedne dziecię!
— Nadto, jakimś dziwnym trafem, głos jego bardzo jest podobnym do głosu tego człowieka, który mnie w Rambouillet odwiedził. Podobieństwo to zaraz mnie na pierwszym wstępie uderzyło.
— Tak myślisz? wymówił Gaston w roztargnieniu.
— Ale o czemże ty dumasz? Mój Boże zdaje mi się, że nie słuchasz tego, co ci mówię.
— Ja, Heleno, ja! wszakżeż każdy twój wyraz pada mi na dno serca.
— Jesteś niespokojny. O Gastonie! pojmuję wszystko. Należący do spisku, życie swoje niesie w ofierze. Ale bądź spokojnym, powiedziałam to już księciu: jeżeli ty umrzesz to i ja umrę.
Gaston zadrżał.
— Jesteś odważną! zawołał.
— O mój Boże! jakaż to męczarnia: przeczuwać, że ten którego się kocha jest na wielkie narażony niebezpieczeństwo, i tém większe, że nieznane, i czuć że nic, nic dla niego zrobić nie można, prócz wylewania łez daremnych, gdyby go się chętnie życiem własném okupić chciało!
Twarz Gastona rozjaśnił promień niewysłowionego szczęścia; po raz piérwszy usłyszał z ust ukochanéj podobne wyrazy, i pod wrażeniem myśli, którą się od chwil kilku zdawał karmić, zawołał:
— Przeciwnie, Heleno, przeciwnie! i ujął obiedwie jéj ręce. Ty się mylisz, bo wiele dla mnie zrobić możesz.
— I cóż mogę zrobić, o mój Boże!
— Możesz żoną moją zostać! wymówił, patrząc jéj w oczy.
Helena zadrżała.
— Ja, twoją żoną?
— Tak Heleno, ułożony projekt, gdym jeszcze był wolny, dzisiaj, gdy jestem więźniem urzeczywistnić możesz. Heleno, żono moja w obec Boga i ludzi! żono moja tutaj i tam! na zawsze, wiecznie! Otóż, czém jedneni słówkiem dla mnie być możesz! Czyż ty sądzisz, że to jest niczém, Heleno?
— Gastonie! zawołała, przeszywając go wzrokiem, ty jeszcze coś przedemną ukrywasz?
Teraz Gaston znowu zadrżał.
— Ja! i cóżbym miał przed tobą ukrywać?
— Powiedziałeś mi sam, żeś się wczoraj z panem d’Argenson widział.
— Tak jest.
— A więc, Gastonie, wyrzekła blednąc, jesteś skazanym.
Gaston naglą myśl powziął.
— Tak! zawołał, jestem skazany na wygnanie, i jako egoista, chciałem ciebie węzłem nierozerwanym przykuć do siebie, zanim Francją opuszczę.
— Gastonie, czy prawdę mi mówisz?
— Nie inaczéj. Miałażbyś dosyć odwagi zostać żoną wygnańca i skazać siebie samą na wygnanie?
— I ty o to pytasz, Gastonie? zawołała Helena z zapałem. Wygnanie!.... O, dziękiż ci, mój Boże! Toćże jabym chętnie z tobą i wieczne była chciała dzielić więzienie! Więc pójdę z tobą i nieodstępnie wszędzie towarzyszyć ci będę. Ależ ten wyrok jest szczęściem, obok tego, któregośmy się lękali. Po-za Francją świat cały jest naszym. O Gastonie!... Gastonie, możemy jeszcze być szczęśliwi!
— Tak, Heleno, tak, poszepnął Gaston.
— Nie pojmujesz-że tego szczęścia! Francją dla mnie będzie kraj, w którym z tobą zamieszkam! Ojczyzną moją jest miłość twoja! Wiem, że będę musiała usiłowań dołożyć, byś zapomniał Bredaniją, przyjaciół, twoje marzenia o przyszłości... Ah! otoczę cię tak wielką miłością, że o wszystkiém zapomnisz.
Gaston ujął tylko ręce Heleny i do ust je przycisnął.
— Wskazanoż ci miejsce twojego wygnania? Kiedyż odjeżdżasz? Pojedziemy razem, nieprawdaż? odpowiedzże mi!
— Moja Heleno, to jest niepodobna, rozdzielą nas chwilowo przynajmniéj. Odprowadzą mnie na granicę Francyi, ale jeszcze nie wiem na którą. Będąc za granicą, zostanę dopiéro wolnym, i wtedy to przyjedziesz do mnie.
— O, wiem ja jeszcze coś lepszego! od księcia dowiem się już naprzód dokąd ciebie wyślą, i zamiast pojechać za tobą, wyprzedzę cię raczej. Wysiadając z powozu powitasz mnie zaraz, bym ci osłodziła pożegnanie z Francją. A potém, śmierć tylko sama jest już niepowetowaną: późniéj król może cię ułaskawić...., a może późniéj jeszcze, czyn, za który dzisiaj karanym jesteś, będzie ci jako zasługa policzony. W tedy powrócimy do Francyi, i nic nam już nie przeszkodzi powitać znowu Bretaniją, tę kolebkę miłości naszéj, ów raj najdroższych wspomnień. Ale mówżesz mi! zawołała głosem, w którém niecierpliwość i najwyższe odbrzmiewało uczucie, mówżesz mi, że dzielisz nadzieję moję, żeś spokojny i szczęśliwy!
— O, tak, moja Heleno, tak! Jestem szczęśliwy, bo teraz się przekonywam dopiéro, jaki to anioł mnie kochał! O tak Heleno, mówię ci, że wolę jednę godzinę takiéj miłości a potém śmierć, aniżeli życie długie bez kochania.
— A teraz co? zapytała Helena obejmując całą duszą tę przyszłość o której mówiła. Cóż oni teraz poczną? Pozwoliż mi przyjść tutaj raz jeszcze zanim wyjedziesz? Będęż mogła pisywać do ciebie? Będziesz-że mi mógł odpisać? O której-że godzinie jutro, mogęż przyjść do więzienia twojego?
— Mam prawie obietnicę, że ślub nas nastąpi dzisiaj wieczorem albo najdaléj jutro.
— Tutaj? w więzieniu! zawołała Helena, drżąc pomimowolnie.
— Gdziekolwiek się odbędzie, nie złączyż nas na zawsze, Heleno?
— A gdyby ci nie dotrzymano słowa! gdyby cię wysłano zanim bym cię znowu oglądać mogła!
— Otóż to, moja Heleno, odrzekł Gaston z bólem serca, co nastąpić może i czego się lękam.
— O mój Boże! i czyż sądzisz, że cię tak prędko wywiozą?
— Wiesz dobrze, Heleno, że więźniowie nie od siebie zależą. Co chwilę mogą przyjść i wywieść mnie.
— O niechżeż przychodzą! im rychlej będziesz wolnym, tém prędzéj połączymy się znowu. Nie potrzebuję być żoną twoją, ażeby pójść za tobą. Znam twoję cnotę, Gastonie, i jesteś małżonkiem moim w obliczu Boga. O, odjeżdżaj raczéj co prędzéj, mój Gastonie, bo póki zostajesz pośród tych murów wysokich i grubych, lękam się o życie twoje. Odjeżdżaj, a za dni kilka złączymy się, bez obawy rozstania się na nowo, bez świadków, którzy by nas śledzili, na zawsze połączeni, na zawsze!
W téj chwili drzwi otworzono.
— O mój Boże! czy już? zawołała Helena.
— Czas wyznaczony już upłynął, odpowiedział Mont-Eouge.
— Heleno! wymówił Gaston, chwytając ręce Heleny z dreszczem nerwowym, którego stłumić nie zdołał.
— I cóż, mój kochany? zapytała Helena, spoglądając z przerażeniem na niego. Cóż ci jest? bledniesz.
— Ja!... nie, nic, nic, nic mi nie jest, odpowiedział, zostając znowu przez siłę woli panem samego siebie, i pocałował z uśmiechem ręce Heleny.
— Do widzenia się jutro! wymówiła.
— Do zobaczenia się jutro!
W téj chwili ukazał się książę we drzwiach i Gaston pobiegł ku niemu.
— Jaśnie oświecony panie, przez litość zrób wszystko co możesz, ażeby Helena żoną moją została. A jeżeli tego nie dopniesz, to mi przysięgniéj, że zostanie córką waszej ekselencyi.
Książe uścisnął ręce Gastona. i ze zbytku wzruszenia nic wymówić nie mógł.
Helena przystąpiła bliżéj a Gaston zamilkł z obawy, by czegoś nie dosłyszała. Podał rękę Helenie, która czoło ku niemu schyliła; łzy ciche spływały po jéj licu. Gaston przymknął powieki ażeby tych łez nie widział i sam nie zapłakał.
Potrzeba było pożegnać się; zamienili z sobą długie, głębokie, ostatnie spojrzenie. Książe podał rękę Gastonowi.
I dziwném była ta sympatja pomiędzy nimi, z których jeden z tak daleka przybył, by zabić drugiego.
Drzwi się zamknęły i Gaston upadł na krzesło. Wszystkie na raz nieszczęśliwego odbiegły siły.
W dziesięć minut potém nadszedł gubernator, by odprowadzić Gastona do jego pokoju.
Udał się za nim w ponurem milczeniu, i gdy zapytał, czyli czego nie żąda, odpowiedział mu tylko poruszeniem głowy, że nie.
Noc zapadła a panna de Launay dała znak zwykły, że ma jakąś wiadomość dla sąsiadów dla swoich.
Gaston otworzył okno i podjął przesłany mu list, w którym był drugi dla kawalera.
Zwykłym sposobem zrobił sobie światło i przeczytał:
»Kochany sąsiedzie, kołderka nie była tak pogardy godną, jak to sądziłam, bo zawierała w sobie bilecik, na którym był nakreślony wyraz nadzieja! poszepnięty mi już wprzódy przez doktora Hermand.
Nadto mieścił się w niej i list do księcia de Richelien, który racz przesłać kawalerowi Dumesnil, by go znowu przestał księciu

De Launay.«

— Niestety! któż im usłuży, gdy mnie już nie będzie.
I zawołał na Dumensil’a i przesiał mu listy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.