Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom III/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Było już w pół do siódméj a zatém i ciemno zupełnie. Gdy więc Gaston wrócił do swojego pokoju i drzwi za nim zamknięto, pobiegł natychmiast do komina i zawołał:
— Kawalerze! he!
Dumesnil się odezwał.
— Byłem z wizytą.
— No i cóż?
— Znalazłem jeżeli nieprzyjaciela, to przynajmniéj znajomego.
— Jaki nowy więzień? — Zapewne razem zemną wzięty.
— Jak się nazywa?
— Kapitan la Jonquière.
— Poczekaj-że....
— Czy go znasz?
— Ależ tak!
— O, to mi wielką zrobisz usługę, gdy mi coś o nim powiesz.
— Jest on zajadłym nieprzyjacielem rejenta.
— Czyś pan pewien tego?
— Oczewiście! należał do naszego spisku, lecz wystąpił z niego, gdy była mowa o porwaniu rejenta a nie o zabiciu go.
— Więc on....?
— Był za zabójstwem.
— Otóż to! poszepnął Gaston. Czyż jemu zupełnie zaufać można? zapytał głośno.
— Jeżeli to ten sam, o którym mi mówiono, i który mieszkał przy ulicy des Bourdonnais w oberży pod Muid d’amour.
— To ten sam.
— Można mu całkiem zaufać.
— Tém lepiéj, bo człowiek ten trzyma w swoim ręku życie czterech najgodniejszych obywateli.
— Z których jednym jesteś, nieprawdaż?
— Mylisz się, jestem wyjęty z téj liczby, bo dla mnie, zdaje się, że już wszystko jest skonczoném.
— Jakto, skonczoném?
— Jestem już skazanym.
— Na co?
— Na śmierć.
— Na śmierć!
I chwilowo ponure nastąpiło milczenie.
— To niepodobna! zawoła! Dumesnil.
— Dla czego niepodobna?
— Bo, jeżelim dobrze zrozumiał, sprawa twoja łączy się z naszą.
— Jest ona dalszym ciągiem tamtéj.
— A więc....
— A więc co?
— Skoro nasza sprawa na dobrej jest drodze, tém samém i wasza.
— A któż panu powiedział, że sprawa wasza na dobréj jest drodze?
— Posłuchaj-że; bo dla ciebie, który tak chętnie naszym zostałeś pośrednikiem, już żadnéj tajemnicy miéć nie możemy.
— Słucham.
— Otóż co mi panna de Launay wczoraj napisała. Przechadzała się z panem Maison-Rouge, który, jak wiadomo, kocha się w niéj, i z którego oboje naśmiewamy się nie mało, chociaż go drugostronnie bardzo oszczędzamy, ze względu że nam jest wielce użytecznym; a że żądała lekarza, udawając, tak samo jak i pan, chorobę, uprzedził ją, że doktor bastylji jest na jéj usługi. Tego doktora, potrzeba ci wiedziéć, już oddawna znamy i to bardzo dobrze; nazywa on się Herment. Nie przypuszczała jednakże, ażeby coś z niego wyciągnąć mogła, ile że jest bardzo lękliwej natury. Jednakżeż gdy z nim do ogrodu wyszła i gdy jéj rady swojéj udzielał, dodał z cicha wyraz: Nadzieja! Słowo to w uściech każdego innego byłoby niczém, ale wychodząc z ust doktora Herment, znaczy bardzo wiele. Skoro więc nam każą miéć nadzieję, nie potrzebujesz się lękać niczego, bo sprawy nasze ściśle są z sobą złączone.
— Jednakżeż, odparł Gaston, któremu to twierdzenie wydawało się być bardzo błahem, la Jonquière z taką pewnością o tém mówił.
W téj chwili Pompadour uderzył w podłogę.
— Przepraszam, wymówił Gaston, do Dumesnila, margrabia mnie woła, może mi ma co do powiedzenia.
I Gaston pobiegł do zrobionego nożem w posadzce otworu.
— Kawalerze, ozwał się Pompadour, zapytaj Dumesnil’a, czyli się czego nowego od panny de Launaj nie dowiedział.
— O czém?
— O jednym z nas. Dosłyszałem słów kilka od majora i gubernatora, które wymówili, przechodząc obok drzwi moich, to jest te trzy wyrazy: skazany na śmierć.
Gaston zadrżał i wyrzekł.
— Uspokój się pan, bo mam wszelkie powody przypuszczania, że to o mnie mowa była.
— Ej do djabła, mój kochany kawalerze, to-by mnie wcale nie zaspokoiło. Po pierwsze, żeśmy się zapoznali, a w więzieniu przyjaźń zawięzuje się łatwo; więc byłbym w rozpaczy, gdyby pana coś podobnego spotkać miało. Powtóre, że to, coby pana spotkało, mogłoby spotkać i nas, ile że w jednéj sprawie siedzimy.
— Więc pan sądzisz, że panna de Launay mogłaby nas z téj niepewności wybawić?
— Nie inaczéj, okna jéj wychodzą na arsenał.
— I cóż daléj?
— I byłaby dostrzegła, gdyby dzisiaj coś nowego było zaszło.
— Otóż właśnie i stuka!
Rzeczywiście panna de Launay uderzyła dwa razy w sufit, co znaczyć miało: proszę uważać!
Gaston odpowiedział jéj jedném uderzeniem, co znaczyć miało: słucham!
Potém pobiegł i okno otworzył.
Po chwili sznureczek spuścił się z listem.
Gaston list odwiązał i pobiegł do otworu nad Pompadourem.
— Cóż tam? zapytał margrabia.
— Mam list.
— Cóż w nim pisze?
— Nie wiem; ale go prześle Dumesnilowi, który mi powie, co w nim stoi.
— Spiesz się.
— Dalibóg, że mi tak spieszno, jak panu.
I poskoczył do komina.
— Sznurek! zawołał.
— Masz list? zapytał Dumesnil.
— Tak jest.
— Rozniecę świecę.
— Spuść sznurek.
— Ot jest.
Gaston list do niego przywiązał, który natychmiast w górę poleciał.
— To nie do mnie, zawołał Dumesnil, tylko do pana.
— Nic nie szkodzi, przeczytaj go, a potém mi powiesz co zawiera: ja nie mam światła, i byłaby próżna strata czasu, gdybyś mi je dopiero miał spuszczać.
— Więc pozwalasz?
— Proszę!
Przez chwilę trwało milczenie.
— I cóż tam? zapytał Gaston niecierpliwie.
— Hm, do diabła!
— Złe nowiny, nieprawdaż?
— Osądź sam.
I Dumesnil przeczytał:
«Kochany sąsiedzie,
Dziś wieczór przybyli nadzwyczajni sędziowie do arsenału i poznałam liberją d’Argensona. W krótce dowiemy się czegoś więcéj, bo się spodziewam wizyty doktora.
Prześléj pan tysiące ukłonów kawalerowi Dumesnil.«
— To się zgadza z tém, co mi la Jonquière mówił. Nadzwyczajni sędziowie... nie kogo innego osądzili, tylko mnie.
— Bah! zawołał Dumesnil głosem, którym usiłował zaspokoić Gastona, zawcześnie i zdaje mi się, że niepotrzebnie się trwożysz.
— Bynajmniej, wiem co o tém myśleć... I otoż...!
— Co takiego?
— Nadchodzą. Cicho!
Drzwi się otworzyły, i major z czterema żołnierzami przyszedł po Gastona.
Gaston korzystał z światła, które mieli z sobą, by nieco poprawie nieład w ubraniu swojém, a potém udał się za nimi.
Kazali mu wsieść do lektyki zamkniętéj, co wcale nie było potrzebném, bo wszyscy żołnierze, obok których niesiono więźnia musieli się natychmiast twarzą do muru odwrócić: takim był przepis w bastylji.
Twarz d’Argensona była jak zazwyczaj zmarszczona. Jego towarzysze lepszéj nie mieli miny.
— Zgubionym! westchnął Gaston, biedna Helena!
Potém podniósł głowę z odwagą, jaka na nieustraszonego przystoi człowieka, widzącego śmierć pewną przed sobą.
— Występek pana rozbierał trybunał, którego ja jestem prezesem, ozwał się d’Argenson. Dozwolono panu bronienia się na posiedzeniach poprzednich: a chociaż odmówiono adwokata, to jednakże nie w celu zaszkodzenia własnéj obronie pańskiéj, ale raczéj, ażeby w obec niego nie okazać panu zbyt wielkiego pobłażania z strony trybunału, który surowo karać powinien.
— Nie rozumiem pana, odpowiedział Gaston.
— A więc jaśniéj tłumaczyć się będę. Rozprawy byłyby dowiodły, nawet i w obec obrońcy pańskiego, tę rzecz niezaprzeczoną, że jesteś spiskowym i mordercą. I jakżeż-byś chciał, ażeby po takich dowodach, miano jeszcze jakiś wzgląd dla pana? Teraz stoisz przed nami, i wszelka łatwość do usprawiedliwienia się będzie panu dozwoloną. Chcesz zwłoki, otrzymasz ją; życzysz sobie wyszukać jakich dowodów, przystaniemy na to; chcesz mówić, masz głos, i wzbronioném ci nie będzie!
— Rozumiem tę względność trybunału i dziękuję za nią. Nadto usprawiedliwienie się z nieobecności obrońcy dla mnie, którego z resztą nie potrzebuję, uważam za dostateczną. Nic nie mam na obronę moję.
— Więc nie chcesz ani świadków, ani dowodów, ni téż zwłoki?
— Chcę wyroku, nic więcéj.
— Przez wzgląd na samego siebie, panie kawalerze, nie bądź tak upartym i zrób zeznanie.
— Nie mam nic do zeznania; bo uważaj pan sam, czyli w ciągu badania mnie, było choć jedno wyraźne przeciwko mojéj osobie wystosowane obwinienie.
— Więcbyś chciał być obwinionym?
— Wyznaję, iżbym się nie gniewał posłyszeć, o co mnie obwiniają.
— Otóż więc panu powiem; przybyłeś do Paryża, wysłany przez komissją republikańską w Nantes, przybyłeś, ażeby zamordować rejenta. Polecono panu jakiegoś la Jonquière; jest on współ-winowajcą pana i tak sarno skazanym.
Gaston czuł że blednieje, bo te wszystkie oskarżenia prawdziwemi były.
— To jest, czego pan wiedzieć nie możesz, wymówił; bo człowiek, który chce coś podobnego wykonać, nie wyzna tego, aż po dokonanym czynie.
— Tak, lecz spólnicy pana to zeznali.
— Pan chcesz mówić, że mnie la Jonquière oskarża?
— Tu nie masz mowy o la Jonquière, tylko o drugich współwinnych.
— O drugich współ-winnych! czyż jeszcze ktoś inny, prócz mnie i la Jonquière’a jest uwięzionym?
— Nie inaczej, bo panowie de Pontcalec, de Talhouet, de Mont-Louis i Ducouedic.
— Nie rozumiem pana, odpowiedział z niepewném ale głębokiém przerażeniem, nie tyle o siebie co o przyjaciół swoich.
— Jakto! pan nie pojmujesz, że panowie de Pontcalec, de Talhouet, de Mont-Louis i Ducouëdic są aresztowani i że proces ich toczy się obecnie w Nantes.
— Aresztowani!... niepodobna!
— Aha! nieprawdaż? Pan sądziłeś, że cała prowincja powstanie i nie dozwoli aresztować obrońców swoich, jakimi się być mienicie, panowie burzyciele. Otóż prowincja pozostała spokojną i nie zaprzestała zabaw swoich, śmiechu, śpiewów i tańców. Dowiadują się tylko na którym placu aresztowani będą ścięci, ażeby sobie zawczasu okna wynająć.
— Nie wierzę panu, wyrzekł Gaston zimno.
— Podaj mi pugilares, ozwał się d’Argenson do woźnego, stojącego za nim.
— Otóż, mój panie, mówił dalej naczelnik policji, dobywając z podanego sobie pugilaresu jakieś papiery, masz tutaj akta aresztowania ich wraz z wywodem słownym. Czy powątpiewasz o autentyczności tych dowodów?
— Ale to wszystko nie przekonywa, że oni mnie oskarżyli, — Powiedzieli to wszystko, cośmy wiedzieć pragnęli, a w tém i wina pana jest jawną.
— W takim przypadku, skoro zeznali to wszystko, czegoście wiedziéć pragnęli, nie potrzebujecie już zeznań moich.
— Czy to jest ostateczna odpowiedź pana?
— Tak jest.
— Woźny przeczytaj wyrok.
Woźny rozwinął papier i odczytał głosem nosowym i tonem takim, jak gdyby to był pozew zwyczajny: ((Zważywszy, że z instrukcji, rozpoczętej 19 lutego, wynika: jako pan Gaston Eloizjusz de Chaulay przybył z Nantes do Paryża. ażeby na osobie jego królewskiéj mości rejenta Francji, zbrodni morderstwa dokonać, poczém zamierzono podnieść bunt przeciwko władzy królewskiéj, przeto komissja nadzwyczajna, ustanowiona do rozpoznania téj sprawy, osądziła kawalera de Chaulay godnym kary, jaka spada na dopuszczających się zbrodni obrażonego majestatu i zdrady kraju, gdy osoba jego królewskiéj mości, rejenta, jako osoba królewska, jest nietykalną i świętą.
«W skutku czego:
«(Nakazujemy, aby kawaler Gaston de Chaulay został przedwstępnie swoich godności i tytułów pozbawionym; odsądzony od szlachectwa wraz z potomstwem swojém, dobra jego skonfiskowane, drzewa w lasach ścięte na sześć stóp wysokości, a on sam śmiercią miecza skarany, przy nawoływaniu ludzi królewskich, czy to na placu la Grève czyli gdziekolwiek indziéj spodoba się przełożonemu sądów miejskich wskazać, gdyby go najmiłościwszy król ułaskawić nie raczył.»
Gaston wysłuchał przeczytanie tego wyroku blady i nieruchomy, jak posąg z marmuru.
— I kiedyż wykonanie tego wyroku nastąpi? zapytał.
— To zależy od upodobania najjaśniejszego pana, odpowiedział naczelnik policji.
Gaston uczuł, jakby mocne ściśnienie w skroniach, a krwawy obłok przesunął się przed oczami jego. Czuł, że mu się zmysły błąkają; i dla tego milczał, by nic ubliżającego godności własnéj nie wymówił. Ale o ile to wrażenie było silném, o tyle i nagłém: powoli wracała zwykła pogoda na jego czoło, krew młoda znowu zrumieniła lica, a usta otoczył niby uśmiech pogardy.
— Więc dobrze, przemówił, jestem każdej chwili gotów, gdy rozkaz królewski nadejdzie. Radbym tylko wiedział, czyli zanim umrę, będzie mi wolno zobaczyć niektóre drogie mi osoby i prosić króla o jedną łaskę.
Oczy d’Argensona zaiskrzyły się radością złośliwą.
— Mówiłem panu, że się z tobą względnie obchodzić będą; mogłeś mi to więc wcześniéj był powiedziéć, a łaskawość króla byłaby może życzenie pańskie uprzedziła.
— Pan jesteś w błędzie, odpowiedział Gaston z godnością. Mam króla prosić o łaskę, która ani mojéj ani jego sławie uszczerbku nie przyniesie.
— Mogłeś pan się raczéj wyrazić: ani sławie króla ni téż mojéj uszczerbku nie przyniesie, ozwał się jeden z asessorów tonem, trącącym szykaną dworską.
— Mój panie, odpowiedział Gaston, jestem na śmierć skazany, więc sława moja wcześniéj się zacznie od sławy najjaśniejszego pana.
— O cóż więc chcesz pan prosić? zapytał d’Argenson. Powiedz mi, a z góry panu oznajmię, czyli ta prośba pomyślny odniesie skutek.
— Nasamprzód żądam, ażeby moje tytuły i godności nie zostały zniszczone, chociaż to zresztą niewielkiéj jest wagi, ponieważ nie mam potomstwa i tylko imię moję mnie przeżyje, że zaś nie było jeszcze wsławione, więc i w pamięci niezadługo po mnie zgaśnie.
— To zupełnie zależy od łaskawości króla, i najjaśniejszy pan sam tylko na to odpowie. Czy to jest wszystko?
— Nie, pragnę jeszcze jednéj rzeczy, lecz nie wiem do kogo się z tém życzeniem odezwać.
— Najpierwéj do mnie, a jako naczelnik policji, zobaczę czy mogę na odpowiedzialność moję przychylić się do niego, albo też najjaśniejszemu panu przedstawić.
— Chciałbym się jeszcze z dwiema widziéć osobami.
— Hm! zobaczymy.
Tym wyrazom towarzyszył jakiś ruch, który Gaston za oznakę wahania się uważał.
— Niechaj osoby te zobaczę gdziekolwiekbądź, pospieszył więc dodać, i choćby najkrótszą chwilę tylko.
— Dobrze, obaczysz je pan.
— O, mój panie, zawołał Gaston zbliżając się do niego, jak gdyby mu rękę chciał uścisnąć, wielce mnie pocieszasz.
— Jednakżeż pod jednym warunkiem.
— Pod jakimże? Niemasz warunku zgodnego z honorem moim, któregobym nie przyjął w zamian tak wielkiéj łaski.
— Otóż nie powiesz nikomu o wyroku swoim, i dasz mi pan na to słowo honoru.
— Czynię to jak najchętniéj, ponieważ jedna z osób, którą zobaczyć pragnę, umarłaby od razu, usłyszawszy to.
— Więc dobrze. Czy pan masz jeszcze co powiedziéć?
— Nie, obciąłbym tylko, ażebyś pan stwierdził, żem nic nie powiedział.
— Zapieranie się pana jest zapisane w słownym wywodzie. Woźny, podaj panu akta, by je przejrzał i podpisał.
Gaston usiadł przy stole, gdy d’Argenson i sędziowie, ugrupowani w około, rozmawiali pomiędzy sobą; uważnie odczytywał akta processu, zapytania naczelnika policji i odpowiedzi swoje. Znalazł je w zgodzie z własną pamięcią i podpisał.
— Już wszystko jest w porządku, przemówił do d’Argensona. Czy będę miał zaszczyt widziéć się jeszcze z panem?
— Wątpię, odpowiedział naczelnik policji, z brutalstwem jemu właściwém, które przerażało uprzedzonych o wszystkiém i osądzonych już zupełnie.
— Więc do widzenia się w przyszłém życiu.
D Argenson się skłonił i zrobił znak krzyża świętego, jak to zwykli czynić sędziowie, żegnając człowieka, na którego wyrok śmierci wydali.
Poczém major Gastona do jego odprowadził mieszkania.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.