Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CÓRKA
REJENTA
przez
ALEKSANDRA DUMAS
Z FRANCUZKIEGO.
TOM II.

WARSZAWA,
Nakładem Drukarni
POD FIRMĄ JULIANA KACZANOWSKIEGO
przy ulicy Senatorskiéj Nr. 463.

1850.


Wolno drukować, z warunkiem złożenia w Komitecie
Cenzury, po wydrukowaniu prawem przepisanej liczby
eksemplarzy.
w Warszawie d. 15 (27) września 1849
CENZOR
P. Dubrowski.




I.
JEGO EKSCELENCJA KSIĄŻE OLIWARES.

Dubois, wychodząc od kawalera, uwielbiał traf szczęśliwy, jak to już nieraz był czynił, że w ręku jego znowu spoczęły losy Francyi i rejenta. Na sali zobaczył Leveille’go, rozmawiającego z Tapinem, i skinął by za nim poszedł. Leveille miał był wykonać zniknięcie prawdziwego la Jonquère, gdy więc na ulicy stanęli, zapytał go Dubois z ciekawością, co się z czcigodnym kapitanem zrobiło?
Leveillé odstawił go do Vincennes, związanego i zkneblowanego, jak przynależy, by nie przeszkadzał działaniom rządu: był to sposób systemu zapobiegającego, nader wygodnego dla ministrów w owym czasie.
Objaśniony w tym ważnym przedmiocie, Dubois w, zamyśleniu szedł daléj. Część jedna dopiéro przedsięwziętéj pracy była uskutecznioną, i to część łatwiejsza. Bo teraz potrzeba było skłonić rejenta, by się z całą energią oddał rodzajowi zatrudnień, jakiemi się brzydził, to jest: polityce podstępu i zdrady.
Dubois zaczął od wywiadywania się, gdzie rejent bawi i co robi.
Książe był właśnie w swoim gabinecie nieprzeznaczonym do roztrząsania spraw publicznych, ale poświęconym pracy, pracy nie rejenta, lecz artysty, i kończył rysunek, przygotowany przez Humberta, chemika jego, który przy sąsiednim stole zajmował się zabalsamowaniem ibisa, pochodzącego od Egipcjan, którego jak twierdził, sam był wynalazł. W tymże czasie czytał jeden z sekretarzy księciu jakąś korrespondencją, do któréj pisma tajemnego tylko sam rejent miał klucz.
Nagle drzwi się otworzyły, i z wielkiém zdziwieniem rejenta, dla którego gabinet ten był zwykle ucieczką, odźwierny donośnym głosem oznajmił p. kapitana la Jonquière.
Rejent się obejrzał.
— La Jonquière! powtórzył, cóż to jest?
Humbert i sekretarz spojrzeli na siebie zdumieni, że do ich ustronia tak bez ceremonii wprowadzono jakiegoś nieznajomego.
W téj chwili podługotawa i kończasta głowa, podobna do kuny, wsunęła się przez uchylone drzwi.
Rejent nie poznał od razu Dubois, doskonale przebranego; lecz zdradził go jego nos kończasty, bo takiego drugiego w całém państwie nie było.
Wyraz nadzwyczajnéj wesołości zastąpił teraz dawniejsze zdziwienie rejenta.
— Jakto! tyśżeś to, opacie? zawołał, parskając śmiechem. I cóż znaczy ta nowa maskarada?
— To znaczy, jaśnie oświecony panie, że zmieniam barwę i z lisa przemieniam się w lwa. A teraz panie chemiku i panie sekretarzu, zróbcie mi tę przyjemność i idźcie sobie gdzieindziéj, wypchać słomą ptaka i list przeczytać.
— A to dla czego? zapytał rejent.
— Bo mam z waszą królewską mością o ważnych przedmiotach do mówienia.
— Idź do djabla z twojemi interessami! czas minął, przyjdź jutro, zawołał rejent.
— Wasza królewska mość nie zechcesz; ażebym do jutra w tém brzydkim okryciu pozostał. Mógłbym nagle umrzéć. Byłbym niepocieszony!
— Zrób jak ci się podoba. Postanowiłem sobie, że resztę dnia rozrywce poświęcę.
— To doskonale! bo ja właśnie przybyłem, skłonić waszą królewską mość, byś się także przebrał.
— Ja? co ty gadasz Dubois? wymówił rejent, przypuszczając, że Dubois mówi tylko o jednej z jego zwyczajnych maskarad.
— Aż ci ślinka do ust idzie, panie Alain, nieprawdaż?
— I cóżeś urządził? gadajże.
— Niechaj się wprzódy chemik i sekretarz wydalą.
— Czy za tém obstajesz?
— Koniecznie.
— Skoroś się uwziął...
I rejent pożegnał przyjazném poruszeniem ręki Humberta a znakiem rozkazującym sekretarza.
Wyszli obydwaj.
— A teraz powiedz, zapytał rejent, czego chcesz odemnie?
— Chcę waszéj królewskiéj mości przedstawić młodego człowieka, tylko co przybyłego z Bretanii, poleconego mi szczególniéj. Jest to śliczny chłopiec.
— Jakżeż się nazywa?
— Kawaler Gaston dc Chaulay.
— De Chaulay?... powtórzył rejent, czytając w pamięci swojéj. Nie znam tego nazwiska.
— Do prawdy?
— A tak. Zdaje mi się, żem je już kiedyś słyszał, ale gdzie i przy jakiéj okoliczności, to tego już nie pamiętam... I po cóż ten twój protegowany do Paryża przyjeżdża?
— Nie chcę waszą królewską mość miłéj pozbawić niespodzianki, on to sam jaśnie oświeconemu panu najlepiej powie, poco do Paryża przybył.
— Ja kto! mnie?
— To jest: jego ekscelencj i księciu d’Oliwares, którego miejsce wasza królewska mość raczysz łaskawie zastąpić.
O, to jest bardzo zręczny konspirator, ten mój protegowany; lecz dzięki policyi mojéj, téj saméj co to waszą królewską mość w Rambouillet śledziła, udało mi się, bo już wiém o wszystkiém. Miał polecenie być tutaj w Paryżu u jakiegoś kapitana la Jonquière, który go miał księciu d’Oliwares przedstawić. Teraz mnie wasza królewska mość zrozumiałeś, nieprawdaż?
— Bynajmniéj, wyznaję szczerzę.
— Otóż byłem kapitanem la Jonquière, ale mi niepodobna być zarazem i księciem d’Oliwares.
— Więc przeznaczyłeś tę rolę?...
— Waszéj królewskiéj mości.
— Dziękuję ci. Chcesz pewnie, bym za pomocą fałszywego nazwiska, zbadał tajemnicę...
— Nieprzyjaciół waszéj królewskiéj mości! przerwał Dubois. Piękna mi zbrodnia! I niby to jaśnie oświeconego pana zmiana sukien i nazwiska tak bardzo wiele kosztuje, jak gdybyś ich pomocy już w innych okolicznościach nie był używał!... Pomnij wasza królewska mość, że dzięki swojemu charakterowi awanturniczemu, jakim nieba waszą królewską mość obdarzyły, życie nasze, to jest nas obudwóch, jest ciągłą tylko maskaradą. Tam do licha! skoro się jaśnie oświecony pan już nazywałeś Alain i Jan, możesz się także, bez ujmy najmniejszéj, nazywać jego ekscelencją księciem d’Oliwares!
— Mój kochany, toćże ja się chętnie przebieram, jeżeli żart taki ma mi sprawić rozrywkę, ale...
— Ale skoro to przebranie ma zapewnić pokój Francyi, zapobiedz intrygantom, by nie zburzyli powszechnego porządku kraju, przeszkodzić najemnym zabójcom, by nie pchnęli sztyletem waszéj królewskiéj mości, czyn taki jest niegodnym, jaśnie oświecony panie.
Pojmuję to wszystko zupełnie. Co innego, gdyby chodziło o uwiedzenie téj małéj mosiężniczki niedaleko Pont Neuf, albo téj ładnéj wdowy przy ulicy ś. Augustyna, to przecież warto byłoby trudu.
— Ależ pochwycił rejent, gdybym, jak zwykle, zgodził się na to czego żądasz, cóż z tego daléj wyniknie?
— Z tego wyniknie, że się wasza królewska mość przekonasz, iż uwidzeń nie mam sam, i zezwolisz czuwać nad sobą, gdy tego sam czynić nie chcesz.
— Ale gdy się pokaże, że rzecz ta niewarta takiego zachodu, będęż raz na zawsze uwolnionym od napastować twoich?
— Daję w zastaw mój honor!
— Opacie, jeżeli ci to za jedno, to wołałbym inne zaklęcie się.
— O, wasza królewska mość jesteś aż nadto wybrednym: zarzeka się na to, na co się zarzekać można.
— Temu hultajowi wszystko się wiedzie.
— Wasza królewska mość zezwalasz?
— Znowu będą nudy.
— Przekonasz się jaśnie oświecony pan inaczéj.
— Zdaje mi się, dalibóg, że sam robisz spiski, by mnie straszyć niemi.
— A więc muszą być bardzo zręcznie ułożone, o czém się wasza królewska mość przy obecnym przekonasz.
— Cieszysz się z niego?
— Znajduję go bardzo przyjemnym.
— Jeżeli się nie ulęknę, to biada tobie!
— Jaśnie oświecony pan za wiele żądasz.
— Pochlebiasz mi tylko, bo nie jesteś pewien twojéj konspiracji.
— Zaręczam waszą królewską mość, że doznasz pewnego wrażenia i będziesz szczęśliwym, że występujesz w postaci księcia d’Oliwares.
I Dubois, lękając się, by rejent nie uchylił się znowu od zamiaru, na który jeszcze niezupełnie był zezwolił, ukłonił się i wyszedł.
Jeszcze nie było upłynęło pięć minut po jego wyjściu, gdy kurjer szybko wbiegł do przedpokoju i list paziowi doręczył: paź go zaraz odprawił i wszedł do rejenta, który na sam widok pisma, nie mógł swojego ukryć zdziwienia.
— Pani Desroches! zawołał, więc zaszło cóś nowego!
Złamał pieczątkę i przeczytał:

Jaśnie oświecony panie

«Młoda dama, którą mi wasza królewska mość powierzyłeś, nie zdaje mi się być bespieczną tutaj.»
— Ba! zawołał rejent, a potém czytał daléj:
«Pobyt w mieście, którego się wasza królewska mość dla niéj lękasz, zdaje mi się; że sto razy jest właściwszym aniżeli ta samotność, i nie czuję się dosyć na siłach, by osobę, którą wasza królewska mość, czyniąc mi zaszczyt, pod moję oddałeś opiekę, strzedz o tyle, ilebym chciała i o ile tego jest potrzeba.»
— Oho! pomruknął rejent, rzeczy zaczynają się gmatwać, jak mi się wydaje.
„Jakiś młody człowiek pisał wczoraj do panny Heleny, krótko przed przybyciem Waszéj Królewskiéj Mości, a dzisiaj rano zjawił się w pawilonie: chciałem go wyprosić, ale panna Helena rozkazała mi tak stanowczo, być posłuszną i oddalić się, żem po jéj ognistém spojrzeniu, po jéj skinieniu królewskiém, łatwo poznała, (Jaśnie Oświecony Pan wybaczyć raczysz), żem w niéj poznała ród do rozkazywania nawykły.
— O tak, wymówił rejent uśmiechnąwszy się pomimowoli, jest ona prawdziwą córką moją.
A potém dodał:
— Któż to być może, ten młody człowiek? Jakiś elegancik; który ją widział w rozmównicy klasztoru. Gdyby mi przynajmniéj jego nazwisko była wymieniła, ta błaźnica Desroches.
I czytał dalej:
„Zdaje mi się, Jaśnie Oświecony Panie, że ten młody człowiek i panna Helena już od dawna się znają. Bo chcąc usłużyć Waszéj Królewskiéj Mości, pozwoliłam sobie podsłuchać ich, i w chwili gdy nieco głos podniósł, dosłyszałam mimo drzwi podwójnych te wyrazy: »widzieć ciebie jak dawniéj«.
«Niechże mnie przeto Wasza Królewska Mość raczy wybawić z niebespieczeństwa, jakie mojemu nadzorowi grozi; a zarazem błagam Waszéj Królewskiéj Mości o wydanie mi na piśmie rzeczywistego, stanowczego rozkazu, którymbym się przed gniewem panny Heleny zasłonić mogła.»
— Cóż u licha! zawołał rejent, a to mi się pięknie interes wikła; miałażby się już była zakochać? to jest niepodobna! Wychowana tak surowo, samotnie, może w jedynym klasztorze we Francyi, gdzie mężczyźni nigdy daléj nie wchodzą, jak do rozmównicy; w części kraju, gdzie twierdzą że obyczaje są tak czyste. Nie, to zapewne tylko jaka przygoda, któréj la Desroches nie pojmuje, przyzwyczajona do zdrożności dworskich i podrażniona figlami drugich córek moich... Ale cóż ona mi lam więcéj pisze.
«P. S. Powzięłam bliższe wiadomości w hotelu pod Tygrysem królewskim: ten młody człowiek przybył wczoraj o godzinie 7-éjwieczorem, to jest, o trzy kwandranse wcześniéj jak panna Helena. Przyjechał drogą z Bretonii, a więc tą samą, co i ona. Jedzie pod nazwiskiem p. de Livry.“
— Oho! zawołał rejent, to już na większe niebezpieczeństwo zakrawa. To jak gdyby był plan naprzód ułożony. Dalibóg, że Dubois by mnie wyśmiał, gdybym mu o tém mówił. Jakżeżby nicował moje rozprawy o czystości młodych dziewcząt, wychowanych daleko od Wersalu i Paryża. Ale mam nadzieję, że wbrew policyi swojéj, hultaj o tém się nie dowie.
— Hola! paziu!
Wszedł paź, który był list przyniósł.
Książe naprędce słów kilka napisał.
— Gdzie jest ten posłaniec z Rambouillet zapytał.
— Czeka na odpowiedź jaśnie oświeconego pana.
— Dobrze, oddaj mu ten list i niechaj natychmiast wraca.
W chwili potém kurjer w szybkim pędzie wyjechał z dziedzińca.
Tymczasem Dubois, przygotowując widzenie się Gustawa z fałszywym księciem d’Oliwares, zrobił w głowie swojéj następujące małe obliczenie:
— Trzymam rejenta w ręku z powodu jego własnéj osoby, jako też i pod względem owéj młodéj dziewczyny; czyli to, jeżeli intryga z nią ma charakter więcéj poważny, czyli téż, jeżeli zupełnie jest małoznaczącą: jeżeli jest małoznaczącą, zgubię ją przesadzając winę; jeżeli zaś rzeczywiście jest ważną, będę miał zasługę przed księciem, żem ją odkrył. Ale niepotrzeba chcieć od razu dwie muchy zabić: bis repetita placent... Otóż i znowu cytacja!... Gburze jakiś, czyliż się tego nigdy nie odzwyczaisz?... Otóż tak, jak postanowiłem: ocalić nasamprzód księcia a potém córkę jego, a będzie nagroda dwojaka... Tak... niemożna inaczej... pierwéj księcia... Bo chociaż młoda dziewczyna upadnie, nikt na tém cierpiéć nie będzie; ale gdyby pewien człowiek umarł, całe państwo byłoby zgubioném!... Zacznijmy od księcia.
I skutkiem tego postanowienia wysłał Dubois bardzo spiesznego gońca do pana de Montorau w Nantes.
Powiedzieliśmy już, że pan de Montorau był dawniéj rządcą Bretonii.
Ależ w tym czasie i Gaston zrobił postanowienie swoje. Wstyd go było, że miał do czynienia z człowiekiem takim, jak la Jonquière, a nadto, że przyjął względem takiego hultaja stanowisko podrzędne. Cieszył się, że odtąd będzie miał tylko do czynienia z naczelnikiem godnym tego przedsięwzięcia; gdyby zaś w nim spostrzegł tęż samą podłość i sprzedajność, postanowił natychmiast do Nantes powrócić, opowiedzieć przyjaciołom wszystko i zapytać ich, co mu daléj czynić wypada.
O Helenę się nie lękał, bo znał jej niezłomną odwagę, jéj miłość i wiarę nieograniczoną. Wiedział, iżby raczéj umarła, zanimby miała chociaż mimowolny powód zarumienienia się, w obec swojego kochanka.
Przekonał się z radością, że szczęście odzyskania ojca nie zmniejszyło jéj uczuć dla niego, ani téż, że obecne świetne położenie dozwoliło jéj o przeszłości zapomniéć. Drugostronnie obawa, co do owego tajemniczego ojcostwa, nie odstąpiła go i na chwilę po rozstaniu się z Heleną: bo któryż król nie uznałby takiéj córki? chyba gdyby temu cóś hańbiącego na przeszkodzie stało.
Gaston ubrał się starannie. Upiększył młodość swoję tak świeżą i powabną tém wszystkiem, w czemkolwiek ówczesna korzystna moda, wdzięki jego męzkiéj twarzy otoczonéj czarnym włosem, podwyższyć zdołała. Płaszcz aksamitny obwisł swobodnie na barkach jego; białe pióro okrążając zlekka kapelusz zwieszało się zręcznie. Gaston spojrzawszy w zwierciadło, wyznał z uśmiechem sam przed sobą, że jest spiskowym wcale ujmującéj powierzchowności.
Tymczasem i rejent, stosownie do namowy Dubois, włożył ubiór z czarnego aksamitu i ukrył połowę niemal twarzy po-za szeroką koronkową krezą, by go Gaston nie poznał przypadkiem, ile że portret jego wszędzie można było napotkać. Mieli się zejść w małym domku na przedmieściu Saint-Germain, zajętym przez metressę Dubois, którą tenże uprosił, by się na teraz z niego wyniosła. Znajdował się tamże pomiędzy dwoma korpusami gmachu pawilon odosobniony, zamknięty, ciężkiemi obiciami ozdobiony.
Rejent w zamkniętej berlince opuścił tyłami Palais-royal, i stanął o godzinie piątéj, to jest o zmierzchu, w umówioném miejscu.


II.
JAŚNIE OŚWIECONY PANIE, JESTEŚMY BRETOŃCZYKAMI.

Gaston, jakeśmy to już powiedzieli, pozostał w pokoju na dole i ubierał się, a tymczasem Tapin wprawiał się do swojego nowego zawodu szynkarza. Tak dalece, że ku wieczorowi również dobrze jak poprzednik jego, a nawet i lepiéj, umiał miarki wina nalewać. Domyślał się że w wynagrodzeniu Bourguignon’a, przejdzie na rachunek i to, co on roztrwoni, przeto marnotrawstwo jego zwiększałoby tylko toż wynagrodzenie. Dlatego téż kupujący wieczorem, bardzo niezadowoleni z szynku wychodzili.
Ubrawszy się, Gaston chciał bliżéj jeszcze rozpoznać charakter kapitana la Jonquière, i począł przeglądać bibliotekę jego, która się na trzy dzieliła rodzaje: na książki arytmetyczne, teoretyczne i treści sprośnéj. Pomiędzy temi: Le parfait serpent-major, w dziwnéj jakiejś oprawie, zdawał się być najwięcéj czytanym; znajdowały się tam także pamiętniki kapitana i spis wydatków w wielkim utrzymywany porządku, tak jak przystoi na fujrera pułkowego. Tyle tych błahych rzeczy zdziwiło Gastona, ale mniemał, że one tylko są maską, po za którą ukrywa się spiskowy.
Gdy Gaston tak sumiennie przeglądał ten zbiór, Tapin wprowadził do niego jakiegoś człowieka, którego zaraz sam-na-sam z nim zostawił. Po wyjściu Tapina przystąpił tenże do Gastona, mówiąc, że jest przysłanym od kapitana la Jonquière, który sam przybyć nie mógł. Gaston zażądał dowodu téj jego missyi, i nieznajomy oddał mu list, zawarty w tych samych wyrazach i tegoż samego pisma, jak pozostawiona przez kapitana próbka, a następnie pokazał mu i przełamany pieniądz złoty. Gaston się przekonał, że rzeczywiście widzi przed sobą posłańca kapitana i wraz z nim wyszedł. Obydwaj wsiedli do karety, u któréj okna były zamknięte i pozasłaniane, w czém nic nie było zadziwiającego, zważając na powód przejażdżki. Gaston widział że przebyli rzekę przez Pont-Neuf i jadą ulicą nadbrzeżną. Przybywszy na ulicę du Bac (Promową) powóz się zatrzymał na jakimś dziedzińcu przed pawilonem. Tutaj, zanim Gaston tego zażądał, dobył nieznajomy ową karteczkę dziwnie wykrojonéj, i pokazał mu ją, coby go zupełnie było zaspokoiło, gdyby nawet był i powziął jakieś podejrzenie.
Otworzono drzwiczki, Gaston i towarzysz jego wysiedli, i weszli po czterech wschodach, do długiego, krętego korytarza, otaczającego główną komnatę pawilonu. Zanim Gaston podniósł portjerę, zasłaniającą wejście, obejrzał się na towarzysza swojego. Ale towarzysz jego już zniknął, i był tylko sam jeden.
Serce mu uderzyło gwałtownie. Miał mówić nie ze zwyczajnym już człowiekiem, nie chodziło tu już o proste narzędzie potrzebne do dzieła; była to dusza całego związku, którą miał zobaczyć, uosobiona idea rokoszu; był to pełnomocnik króla, przed którym miał stanąć jako reprezentant Francyi. Miał rozmawiać z Hiszpanią, wezwać cudzoziemców, by pospołu z nimi rozniecić wojnę w ojczyźnie jego. Miał grać do spółki z królestwem jedném o królestwo drugie.
Zadzwoniono w pokoju.
Na ten odgłos Gaston zadrżał. Spojrzał w zwierciadło: był bladym jak mara. Musiał się oprzeć o ścianę, bo się nogi pod nim uginały. Tysiąc myśli, które mu się dawniéj nigdy nie jawiły, zatrwożyły go nagle. Biedak, nie był jeszcze u kresu cierpień swoich.
Drzwi się otworzyły i stanął przed człowiekiem, w którym la Jonquière’a poznał.
— I tutaj znowu! pomruknął niechętnie.
Ale kapitan, pomimo swojego bystrego i doświadczonego wzroku, zdawało się, że nie dostrzegł chmury, jaka na czole kawalera zaległa.
— Chodź, kawalerze, zawołał, czekają nas.
Gaston, upewniony samą ważnością przedsięwziętego czynu, szedł daléj mocnym krokiem po kobiercu, który stąpanie jego tłumił. Zdawało mu się, że jest cieniem, ukazującym się drugiemu cieniowi. Bo tyłem do drzwi siedział jakiś człowiek, milczący i nieruchomy, jakoby zagrzebany w głębokim fotelu. Światło jedynéj świecy jarzącéj w całym pokoju, stojącéj w srebrnym świeczniku, za zasłonką, na stole, rozjaśniało tylko założone na krzyż nogi siedzącego. Głowa i ramiona zostawały w półcieniu.
Gaston dojrzał rysy jego: były wyraziste i szlachetne. A znał on się na ludziach rasowych i od razu dostrzegł, że to nie był drugi kapitan la Jonquière. Wyraz dobroci otaczał usta, a oko jego było duże, spojrzenie śmiałe i pewne, jak spojrzenie królów lub zwierząt drapieżnych. Na czole jego wyczytał myśli głębokie a w delikatniejszych obwodach dolnéj części twarzy, wielką przezorność i stałość. Te wszystkie spostrzeżenia zrobił jednakże wśród pomruki i mimo krezy koronkowéj.
— W tym tutaj widzę przynajmniéj orła, gdy tamten był tylko sępem albo raczéj krukiem, wyrzekł Gaston sam do siebie.
Kapitan la Jonquière stał z wyrazem wysokiego poszanowania, unosząc ramiona, by sobie nadać postawę wojskową. Nieznajomy patrzał się na kłaniającego mu się Gastona z takąż samą uwagą, z jaką mu się tamten był przyjrzał; powstał, odkłonił się z pewną godnością, uszedł kilka kroków a potém przystanął i oparł się na kominku.
— Pan kawaler de Chaulay, o którym waszéj ekscelencji miałem zaszczyt wspomnieć, ozwał się la Jonquière.
Nieznajomy znowu ukłonił się lekko ale nic nie odpowiedział.
— Cóż u licha! poszepnął mu Dubois, skoro wasza królewska mość nic do niego nie mówisz, to i on nic nie powie.
— Pan podobno z Bretonii przybywasz? zapytał wreszcie książę ozięble.
— Tak jest. Ale niech mi wasza ekscelencja raczy wybaczyć: pan kapitan la Jonquière wymienił nazwisko moje, a ja jeszcze nie wiem z kim mam honor mówienia. Zechciéj wasza ekscelencja usprawiedliwić tę moją niegrzeczność, lecz wszakżeż to nie ja pytam, tylko kraj cały.
— Masz pan słuszność, wymówił la Jonquière, wyjmując z pugilaresa, leżącego na stole papier, na którym szeroki znajdował się podpis wraz z pieczęcią króla hiszpańskiego.
— Tutaj jest odpowiedź, wyrzekł.
— Książe d’Oliwares, przeczytał Gaston.
Potém zwrócił się ku temu, którego mu pod tém nazwiskiem przedstawiono, i nie spostrzegając bynajmniéj zarumienienia się księcia, głęboki mu ukłon oddał.
— A teraz, pan nie będziesz się już wahał i przemówisz, jak mniemam, ozwał się nieznajomy.
— Sądziłem, że to ja nasamprzód mam coś usłyszeć, odpowiedział Gaston, trzymając się ciągle na stanowisku odporném.
— To jest prawda. Ale przecież zaczynamy dopiero rozmawiać. a w rozmowie każdy mówi z kolei.
— Wasza ekscelencja czynisz mi zbyt wielki zaszczyt, i ja dam przykład zupełnego zaufania.
— Słucham pana.
— Panie, stany bretońskie...
— Malkontanci bretońscy, przerwał mu książę z uśmiechem, pomimo znaku ostrzegającego, jaki mu Dubois zrobił.
— Owych malkontentów jest tylu, odrzekł Gaston, że mogą być uważani za reprezentantów całej prowincyi. Jednakżeż zatrzymam to wyrażenie, jakiego wasza ekscelencja użyłeś. Otóż malkontenci bretońscy przysłali mnie do waszéj ekscelencji, by się dowiedzieć o zamiarach Hiszpanii w tym względzie.
— Posłyszmy wprzódy co Bretanija czynić zamyśla, przemówił rejent.
— Panie, Hiszpania może liczyć na nas: ma nasze słowo, a wiara bretońska poszła w przysłowie.
— Ale jakież są wasze zobowiązania się względnie Hiszpanii?
— Wspierać, o ile możemy najlepiéj, usiłowania szlachty francuzkiéj.
— Przecież i wy jesteście szlachtą Francuzką.
— Panie, jesteśmy Bretończykami. Bretanija połączona traktatem z Francją, powinna się uważać jako zwolnioną, skoro Francja nie szanuje praw, tymże traktatem jéj nadanych.
— Tak, znam ja owę dawną historją o układach Anny, księżniczki bretońskiéj. Jest to już bardzo dawno, jak ten traktat podpisano.
Fałszywy la Jonquière uszczypnął rejenta z całéj siły.
— I cóż to szkodzi, odparł Gaston, skoro go każdy z nas na pamięć umie?


III.
PAN ANDRÉ.

— Pan mówiłeś, że szlachta bretońska chce wspierać całemi siłami szlachtę francuzką. A czegóż-że chce szlachta francuzka?
— Wynieść na tron Francji, w przypadku śmierci króla swojego, króla Hiszpanii, jako jedynego następcę Ludwika XV.
— Dobrze, bardzo dobrze, przemówił Dubois, wpychając palec aż do połowy w rogową tabakierkę, i zażywając niuch spory z prawdziwém zadowoleniem.
— Ale pan tak mówisz o tych wszystkich rzeczach, jak gdyby król już był umarł, a przecież on żyje jeszcze! ozwał się rejent.
— Jego królewska mość delfin, książę Burgundyi, księżna Burgundyi i ich dzieci, znikli wszyscy w opłakany sposób.
Rejent zbladł z gniewu a Dubois zaczął kaszleć.
— Więc liczą na śmierć króla? zapytał rejent.
— Ogólnie, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Gaston.
— To wyjaśnia, jakim sposobem król hiszpański pomimo zrzeczenia się praw swoich, myśli wstąpić na tron Francyi. Nieprawdaż, mój panie? Ale pomiędzy ludźmi sprzyjającymi rejencyi, znajdzie niejaki opór.
Fałszywy Hiszpan wymówił to z pewnym przyciskiem.
— To téż i przewidziano następstwo, odpowiedział Gaston.
— Aa! przewidziano następstwo! zawołał Dubois. Dobrze, bardzo dobrze. A co? czyż nie mówiłem waszéj ekscelencji, że nasi Bretończykowie są niepospolici ludzie? Daléj panie, daléj.
Ale pomimo tego zachęcającego wezwania, Gaston milczał.
— I cóż daléj, mój panie? zapylał rejent, którego ciekawość obudziła się pomimowolnie. Słucham.
— To nie jest mój sekret, jaśnie oświecony panie.
— Więc nie posiadam zaufania waszych przewodzców.
— Przeciwnie... wasza ekcelencja sam jeden je posiadasz.
— Rozumiem. Ale kapitan jest przyjacielem naszym i ręczę panu za niego, tak jakby za samego siebie.
— Moje instrukcje nakazują mi powierzyć się tylko waszéj ekscelencji.
— Powiedziałem już panu, wyrzekł rejent z pewną dumą, że ja ręczę za kapitana.
— W takim razie, odparł Gaston z głębokim ukłonem, powiedziałem waszéj ekscelencyi już wszystko, com mógł powiedzieć.
— Czy słyszysz kapitanie? zawołał rejent, więc nas zostaw samych.
— Dobrze jaśnie oświecony panie, ale zanim wyjdę, mam waszéj ekscelencji także słów kilka do powiedzenia.
Gaston usunął się na stronę.
— Zmuś go wasza królewska mość do wyjawienia wszystkiego, szeptał Dubois, wydobądź całą tajemnicę z wnętrzności jego, druga taka sposobność pewno się nie zdarzy. I cóż wasza królewska mość mówisz o naszym Bretonie? chwacki chłopak, nieprawdaż?
— Chwat, całą gębą, odpowiedział rejent. Ma minę prawdziwie rycerską, oczy pełne odwagi i bystrości, i głowę nie dla kształtu tylko.
— Tém łatwiéj mu ją będzie można uciąć, mruknął Dubois, drapiąc się po nosie.
— Co ty gadasz?
— Nic, jestem zupełnie zdania waszéj królewskiéj mości. Panie de Chaulay, do widzenia się. Kto inny na mojém miejscu gniewałby się, że przy nim mówić nie chciałeś, ale ja wymagającym nie jestem, i byle tylko rzecz poszła pomyślnie, mniejsza tam o środki.
Chaulay skłonił się lekko.
— Otóż to, mówił Dubois sam do siebie, zdaje się, że nie mam bardzo wojennéj postawy. To wina tego djablego nosa, zawsze mi na przeszkodzie. Ale co tam! za to głowa dobra.
— Teraz jesteśmy sami, ozwał się rejent, po wyjściu Dubois, więc słucham pana.
— Wasza ekscelencja czynisz mi wielki zaszczyt.
— Mów, mój panie. Musisz się domyślać, żem bardzo niecierpliwy, nieprawdaż? wyrzekł rejent z uśmiechem.
— Tak jest, bo wasza ekscelencja zapewne się i dziwisz, że dotąd jeszcze nie nadeszła pewna depesza od kardynała Alberoniego, którą jaśnie oświecony pan miałeś odebrać.
— Nie inaczéj, odpowiedział rejent, zmuszony okolicznościami do kłamstwa.
— Wytłumaczę jaśnie oświeconemu panu to opóźnienie: posłaniec, mający wieść ową depeszę, leży chory w Madrycie. Baron Valef, przyjaciel mój, ofiarował usługi swoje. Wahano się jednakże przez dni kilka. Ale gdy powzięto przekonanie, ze się już w spisku Cellamary godnie był odznaczył, powierzono mu tę missją.
— Istotnie, odpowiedział rejent, że baron zaledwie uszedł czujności ajentów Dubois. Wiedz pan, że to niepospolita jest odwaga, chcieć dokonać, w połowie przerwanego w ten sposób dzieła. Wiem to, co do mnie, jak najlepiéj, że gdy rejent ujrzał aresztowanych, panią du Maine i księcia de Cellamare, a panów de Richelieu, de Malezieux, de Polignac, pannę Delaunay i Briganda w bastyli, a nikczemnego Legrange Chancel na wyspach ś. Małgorzaty, uważał już wszystko za skończone.
— Zawiódł się, jak jaśnie oświecony pan widzisz.
— Ale czyż się spiskowi bretońscy nie lękają, ażeby, gdy teraz powstaną, związkowym ich paryzkim głów nie pościnano?
— Przeciwnie, jaśnie oświecony panie, mają nadzieję ocalić ich, albo szukać chwały w spólnéj z nimi śmierci.
— Jakto, ocalić ich?
— Mówmy wprzódy o owéj depeszy, jaśnie oświecony panie, którą na ręce waszej ekscelencji składam.
— Bardzo dobrze.
Rejent list odebrał, ale gdy go chciał odpieczętować, dostrzegł adres: do Jego Ekscelencji Księcia Oliwares, i położył pismo na stole. Dziwna rzecz! bo ten sam człowiek z powodu swojego szpiegostwa pocztowego, przełamał niekiedy na dzień i sto pieczęci: ale prawda, że wtedy znajdował się w obec Dubois i Torcy, a teraz stał przed nim kawaler de Chaulay.
— I cóż, jaśnie oświecony panie? ozwał się Chaulay, nie pojmując tego jego wahania się.
— Pan wiesz zapewne co ta depesza zawiera?
— Mniej-więcéj, bo wiem co zrobić zamierzono.
— A więc powiedz mi, bo radbym wiedział o ile pan jesteś obznajmionym z tajemnicami gabinetu hiszpańskiego.
— Po pozbyciu się rejenta, mówił Gaston, nie spostrzegając lekkiego zadrżenia jakie całą postać księcia po tych wyrazach przebiegło, uznają tymczasowo w jego miejscu księcia du Maine. A książę du Maine zerwie natychmiast owo poczwórne przy mierze, zrobione przez nikczemnego Dubois.
— O, rzeczywiście żałuję, że tu nie masz kapitana la Jonquière. Byłby się ucieszył słysząc pana tak mówiącego. Proszę mówić daléj.
— Popędzą pretendenta z całą flotą ku brzegom Anglii, poburzą Prussy, Szwecją i Rossją przeciwko Holandji; cesarstwo, korzystając z téj walki, odbierze znowu Neapol i Sycyliją, do których ma prawo skutkiem związku swojego z domem książąt Sabaudji; ustanowią drugiego syna króla hiszpańskiego wielkim księciem Toskanii, która po śmierci ostatniego Medyceusza zostałaby bez pana; przyłączą katolickie Niderlandy do Francji; dadzą Sardyniją księciu Sabaudji, a Commachio papieżowi; zrobią Francję duszą wielkiéj ligi południa przeciwko północy; a jeżeli król Ludwik XV umrze, ukoronują Filipa V jako pana połowéj świata.
— Wiem to wszystko, mój panie: jest to spisek Cellamary, odświeżony na nowo. Ale w tém, coś pan powiedział, jest jedno wyrażenie, którego nie rozumiem.
— Któréj, jaśnie oświecony panie?
— To jest: po pozbyciu się rejenta. I jakżeż go się chcą pozbyć?
— W dawnym planie było, jak waszéj ekscelencji wiadomo, by go uprowadzić i w więzienia w Saragossie albo w twierdzy Toledo osadzić.
— Tak, i plan ten z przyczyny ostrożności rejenta do skutku nie przyszedł.
— Bo też i wykonać się nie dał. Tysiące było zawad przeszkadzających ażeby rejent przybył do Saragossy albo Toledu. Czyż podobna takiego więźnia wieść przez całą Francją?
— Tak, to było trudno. Dla tego téż nigdy pojąć nie mogłem, jak na taki środek wpaść mogli. I widzę z zadowoleniem, że odstąpiono od tego projektu.
— Panie, bo można przekupić straże, uciec z więzienia lub twierdzy, wrócić do Francji, utraconą, władzę znowu odzyskać, i zgładzić tych, co przewodniczyli uprowadzeniu. Filip V i Alberoni nie mają się czego lękać; jego ekscelencja książę d’Oliwares przebył szczęśliwie granicę, i gdy jedna połowa spiskowych uchodzi przed zemstą rejenta, druga połowa odpowiada za wszystkich.
— Jednakże...
— Panie, mamy przed oczyma przykład ostatniéj konspiracji, i wasza ekscelencja sam dopiero co powiedziałeś, że panowie de Richelieu, de Polignac, de Malezieux, de Laval, Brigand i panna Dalaunay, siedzą jeszcze w Bastyllii.
— To wszystko jest bardzo logiczném, co pan mówisz.
— Gdy tymczasem pozbywając się rejenta...
— Ale i zabespieczyć się, by więcéj nie wrócił. Bo można uciec z więzienia, lub twierdzy, ale nie powraca się już z grobu, to jest, to, co pan chciałeś wyrazić, nieprawdaż?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Gaston z lekkiém zadrżeniem głosu.
— Teraz rozumiem cel missji pana. Przybyłeś do Paryża, by się pozbyć rejenta?
— Tak, jaśnie oświecony panie.
— By go zabić?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— I to pan, mówił rejent dalej, mierząc głębokiém spojrzeniem młodego człowieka, który się tak krwawej podjąłeś missji?
— Nie, panie, nigdybym z własnéj woli nic był na siebie przyjął roli zabójcy.
— A któż pana przymusił do tej roli?
— Nieszczęsne zrządzenie losu, jaśnie oświecony panie.
— Wytłumacz się pan.
— Utworzyliśmy komitet z pięciu szlachty, zespolony z ligą bretońską, to jest ligę cząstkową wśród wielkiego stowarzyszenia. I postanowiliśmy, że wszystko przez większość zadecydowaniem będzie.
— Rozumiem; i większość postanowiła, ażeby zabić rejenta?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie: czterech było za zabójstwem, a jeden tylko przeciwnie.
— A ten był?
— Gdybym i miał utracić zaufanie waszéj ekscelencji, to jednakże wyznać muszę, że to byłem ja.
— Ale jakżeż pan mogłeś wziąść na siebie wykonanie zamiaru, którego nie pochwalałeś?
— Postanowiono, by los ślepy naznaczył tego, który ma cios wymierzyć.
— I los...?
— Padł na mnie, jaśnie oświecony panie.
— Czemużeś pan nie odrzucił téj missji?
— Kréskowanie było tajemnice! I nikt, nie wiedział za czém głosuję. Byliby mnie wzięli za tchórza, za podlca.
— I pan przybyłeś do Paryża...?
— Wykonać to, co mi nakazano.
— Licząc na mnie?
— Jako na nieprzyjaciela rejenta: byś mi jaśnie oświecony pan w tém przedsięwzięciu dopomógł, które z tak blizka dotyczę Hiszpanii i które przyjaciół naszych z bastyllii wybawi.
— Czyż im tak wielkie grozi niebezpieczeństwo?
— Śmierć unosi się nad ich głowami. Rejent ma dowody i powiedział księciu de Richelieu, że gdyby i cztery miał głowy, to on trzyma w ręku swoim narzędzie, którémby mu wszystkie cztéry mógł kazać ściąć.
— Powiedział to w chwili uniesienia się gniewem.
— Jakto? wasza ekscelencja bronisz rejenta? jaśnie oświecony pan wahasz się w przyjęciu ofiary, gdy się znalazł człowiek, który się poświęca nie tylko dla zbawienia spólników swoich, ale zarazem i dla dwóch królestw!
— A jeżeli się przedsięwzięcie nie uda?
— Każda rzecz ma swoję dobrą i swoją złą stronę. Jeżeli ktoś nie może dopiąć najwyższego szczęścia: ocalenia ojczyzny swojéj, to mu jeszcze pozostaje zaszczyt zostać sprawy swojéj męczennikiem.
— Ale zważaj pan, że skoro ci ułatwię sposób zbliżenia się do rejenta, stanę się spólnikiem twoim.
— I to waszą ekscelencją zastrasza?
— Zapewne, bo gdy pana przyaresztują...
— Cóż więc, gdy mnie przyaresztują?
— Mogą ci za pomocą tortur wydrzeć nazwiska tych....
Gaston przerwał księciu poruszeniem i uśmiechem, wyrażającym najwyższą pogardę.
— Jaśnie oświecony pan jesteś cudzoziemcem, Hiszpanem, nie możesz znać uczuć szlachty francuzkiéj, dla tego waszéj ekscelencji przebaczam tę obrazę.
— Więc można liczyć na milczenie pana?
— Pontcalec, Ducouëdic, Talhoueti Mont-Louis, zwątpili na chwilę a potém przeprosili mnie.
— Dobrze, mój panie, wezmę to coś mi powiedział pod głęboką rozwagę, przyrzekam ci. Jednakżeż na twojem miejscu...
— Na mojém miejscu?...
— Wyrzekłbym się tego przedsięwzięcia.
— O, cóżbym nie dał, gdybym się od niego mógł był uchronić! Od owéj chwili wielkie w życiu mojém zaszły zmiany. Ale, co przedsięwziąłem, tego i dokonać muszę.
— Nawet i wtedy, gdy panu pomocy mojej odmówię?
— Komitet bretoński i ten wypadek przewidział, odpowiedział Gaston z uśmiechem.
— I postanowił...
— Że się bez tej pomocy obejdzie.
— Więc pana przedsięwzięcie...
— Jest nieodwołalném, jaśnie oświecony panie.
— Powiedziałem to, com miał panu powiedzieć, a teraz, gdy tego chcesz koniecznie; staraj się wykonać przedsięwzięty zamiar.
— Jaśnie oświecony pan chcesz już odejść.
— Czyliż mi jeszcze masz co do powiedzenia?
— Dziś nie, ale jutro... pojutrze...
— Masz pośrednika w kapitanie. Możesz mnie uprzedzić przez niego, gdy zapragniesz widzieć się zemną.
— Jaśnie oświecony panie, wymówił Gaston z pewną siłą, która się dziwnie dobrze z jego szlachetną postawą zgadzała, mówmy otwarcie: nie chcę takiego, jak on pośrednika. Wasza ekscelencja i ja, pomimo że się zupełnie co do stanu i zasług różnimy, jesteśmy jednakże sobie równi, chociażby tylko w obec rusztowania, które nam grozi. Mam pod tym względem nawet pewną przewagę, bo jest rzeczą widoczną, że w większe rzucam się niebezpieczeństwo aniżeli wasza ekscelencja. Ale i jaśnie oświecony pan jesteś takim samym konspiratorem, jak kawaler de Chaulay, z tą tylko różnicą, że będąc przewódzcą, masz prawo widzieć, jak głowa jego, przed głową waszéj ekscelencji spadnie. Niechaj mi więc wolno będzie mówić z jaśnie oświeconym panem, jakoby z równym sobie, i widzieć się z nim, gdy tego zajdzie potrzeba.
Rejent pomyślał chwilką.
— Bardzo dobrze, ale ja w tym tutaj domu nie mieszkam. Pan pojmujesz? I teraz, gdy nam wojna zagraża, mało kogo u siebie przyjmuję. Stanowisko moje we Francyi, jest przeto bardzo delikatném i tymczasowém tylko. Cellamare siedzi w więzieniu w Blois. Jestem tylko jakoby konsulem, biorącym pod swoją opiekę współkrajowców, albo téż mogącym za zakładnika posłużyć. Dla tego muszę być bardzo ostrożnym.
Rejent kłamał, i kłamiąc przymusowo, spieszył się, by jak najprędzéj wyrazić to, co miał powiedzieć.
— Pisz pan więc do mnie poste restante, pod adresem: Do pana André. Wymienisz godzinę, w któréj mnie widzieć zechcesz, a nie omieszkam tu przybyć.
— Przez pocztę mam pisać?
— Tak jest: będzie to tylko trzechgodzinna zwłoka. Polecę człowiekowi pewnemu, by czekał na twój list i zaraz mi go przyniósł. We trzy godziny późniéj, przybędziesz tutaj i rzecz skończona.
— Wasza ekscelencja tak mówisz, jak ci się zdaje, odpowiedział Gaston z uśmiechem, ale ja nawet nie wiem gdzie jestem. Nie znam ulicy ani numeru domu, bom tutaj w nocy przybył: Jakżebym zatém mógł trafić? Zróbmy to raczéj w inny sposób, jaśnie oświecony panie. Wasza ekscelencja żądałeś kilka godzin do namysłu. Niechżeż to więc będzie do jutra rana, a jutro o godzinie 11 przyślesz jaśnie oświecony pan po mnie. Potrzeba nam jak najzupełniejszy plan na przyszłość ułożyć, ażeby się przedsięwzięcie nasze udało, nie tak, jak owi konspiratorowie na rozstajnych drogach, w których lada wóz krzyżujący im drogę lub też deszcz albo burza wszelkie zgasi zapały.
— Bardzo to dobry jest pomysł, wyrzekł rejent. Więc jutro o godzinie 11 w tém tutaj miejscu, panie de Chaulay. Poślę po pana i odtąd już nie będziemy mieli tajemnicy przed sobą.
— Wasza ekscelencja racz przyjąć moje wysokie uszanowanie, wymówił Gaston z głębokim ukłonem.
\ — Do widzenia się, odrzekł rejent i od« kłonił mu się nawzajem.
W przedpokoju zastał Gaston tego samego przewodnika, który go tutaj był przyprowadził.
W drodze uważał, że idzie przez ogród, którego przedtém nie był widział, i że innemi drzwiami wychodzi. Przy drzwiach ten sam powóz czekał na niego, wsiadł, a konie w szybkim biegu ruszyły ku ulicy Bourdonnais.


IV.
MAŁY DOMEK.

Obecnie Gaston już dłużéj łudzić się nie mógł: dzień nadszedł, w którym wziąść się miał do dzieła, a jeszcze do jakiego dzieła!
Poseł hiszpański wielkie na nim sprawił wrażenie, zdobił go pewien wyraz wyższości, i Gaston był przekonanym, że on niezawodnie prawdziwym jest szlachcicem.
Potém jakieś dziwne wspomnienie przebiegło mu umysł. Znalazł jakieś podobieństwo pomiędzy czołem surowém i bystremi oczyma hrabiego, a czołem pogodném i oczyma łagodnemi Heleny. Jedno z owych podobieństw niepewnych, oddalonych, jak gdyby myśl na jawie pamięcią senne przywoływała wrażenie. Gaston nie mógł sobie tego wytłumaczyć, ale pomimowolnie porównywał i łączył z sobą te dwie postaci.
W chwili gdy się już udał na spoczynek, znużony wypadkami dnia, zdawało mu się, że słyszy odgłos zbliżającego się konia na ulicy, że otworzono drzwi hotelu i że go dolatuje ożywiona rozmowa dwóch osób; niebawem jednakże drzwi znowu zamknięto, uciszyło się wszystko, i Gaston zasnął, tak jak się zasypia w tym wieku, chociaż będąc zakochanym i członkiem rokoszu.
Gaston bynajmniéj się nie omylił, bo rzeczywiście dźwięczała podkowa na ulicy a przed hotelem koń rżał, i rozmowa miała miejsce. A ten, który tak późno zawitał, był to poczciwy chłopek z Rambouillet, któremu młoda i ładna kobieta dała dwa luidory wynagrodzenia, by zawiózł liścik, o ile tylko koń wyskoczyć zdoła, do pana kawalera de Chaulay w hotelu Muids-d’amour, przy ulicy Bourdonnais.
Tą młodą i ładną kobietę znamy.
Tapin list odebrał, obejrzał go w około; potém odrzucił fartuch, w który się jako gospodarz hotelu był przybrał; polecił swojemu pierwszemu kucharzowi, by go tymczasem zastąpił, i pobiegł z całą szybkością swoich długich nóg do mieszkania Dubois, który tylko co był z domku przy ulicy du Bac powrócił.
— Oho! zawołał Dubois, list! przyjrzymy mu się bliżéj.
Odpieczętował go jak zręczny kuglarz, za pomocą gorącéj pary, i przeczytawszy, głośną wybuchnął radością.
— Wybornie! doskonale! wołał. Dzieci szybko idą naprzód; niech sobie lecą. A my w ręku mamy cugle i powstrzymamy ich, gdy tego będzie potrzeba.
Sztucznie znowu zapieczętował list i oddał go posłańcowi.
— Masz, oddaj mu to pismo! wyrzekł.
— Kiedy?
— Zaraz.
Tapin zwrócił się ku drzwiom.
— Nie, poczekaj... namyśliłem się. Jutro rano będzie dość czasu.
— A teraz, ozwał się Tapin, zatrzymując się znowu, czy pozwolisz sobie jaśnie wielmożny pan jednę osobistą zrobić uwagę?
— Gadajże!
— Jako ajent jaśnie wielmożnego pana pobieram dziennie trzy talary.
— Czy to niedosyć, hultaju?
— Dla ajenta dosyć, i nie żalę się na to. Ale, widzi Bóg, że za mało dla kupca. O, bo to głupie rzemiosło.
— Pij dla rozrywki!
— Znienawidziłem wino, odtąd jak je sprzedaje.
— Bo widzisz jak się ono robi. Ale pij szampańskie, muszkatellowe, rozynkowe, jeżeli takie istnieje, a Bourguignon za wszystko zapłaci. Ale, otóż i rzeczywiście miał napad apoplektyczny, popełniłeś więc tylko chronologiczne kłamstwo.
— Na prawdę, jaśnie wielmożny panie?
— Rzeczywiście, przestraszyłeś go za nadto. Chciałeś wziąść po nim puściznę, obwiesiu!
— Nie, przysięgam, jaśnie wielmożnemu panu, bo to zatrudnienie wcale nie jest przyjemném.
— A więc dodam ci jeszcze po trzy talary dziennie, dopóki ten obowiązek wypełniać będziesz, a potém podaruję sklep starszej córce twojéj na posag. Idź i przynoś mi często podobne listy, a nie będziesz tego żałował.
Tapin powrócił do hotelu Muids-d’Amour, i stosownie do otrzymanego rozkazu zaczekał aż do dnia, by list oddać.
O godzinie szóstéj Gaston już był na nogach. I należy się oddać sprawiedliwość Tapinowi, bo skoro tylko posłyszał szmer w jego pokoju, pospieszył zaraz, by mu list doręczyć.
Gaston na pierwszy rzut oka poznał pismo, zarumienił się i zbladł zarazem. Ale czytając, bladość stawała się coraz widoczniejszą.
Tapin niby sprzątał w pokoju, lecz śledził go bacznie z ukosa.
List zawiérał co następuje:
«Mój kochany, podzielam zdanie Twoje i podobno że we wszystkiém słuszność miałeś. Pełnam obawy... jakiś powóz zajechał, i pani Desroches nakazuje być gotowy do odjazdu. Chciałam się temu oprzeć, zamknięto mnie w moim pokoju... Na szczęście, spostrzegam chłopa pasącego konia; daję mu dwa luidory, i on przyrzeka że list mój tobie doręczy. Czynią już ostatnie przygotowania do podróży. Za dwie godziny jedziemy do Paryża. Tam, będę się starała przesłać ci mój adres, a gdyby mi w tém przeszkodzono, to gotowani oknem wyskoczyć.»
«Bądź spokojnym, kobiéta która cię kocha, pozostanie godną Ciebie i siebie saméj.»
— Otóż-to! zawołał Gaston. Heleno, więc nie omyliłem się. O ósméj godzinie wieczorem. O mój Boże! odjechała. Panie Bourguignon, dla czegóż mi tego listu zaraz nie oddano?
— Wasza ekscelencja spałeś, i czekano na przebudzenie się, odpowiedział Tapin z najwyszukańszą grzecznością.
I cóż miał na to odpowiedzieć człowiekowi tak ugrzecznionemu. A potém, Gaston się lękał, by unosząc się gniewem nie zdradził tajemnicy swojéj. Wtém nagła przyszła mu myśl: ażeby u rogatek czatować na przybycie Heleny, która może jeszcze nie nadjechała do Paryża; więc ubrał się co tchu, przypasał szpadę i wychodząc, powiedział Tapinowi:
— Na przypadek, gdyby kapitan la Jonquière do mnie przyszedł, powiedz mu że będę w domu na godzinę dziewiątą.
Gaston cały spotniały stanął u rogatek, nie spotkał w drodze żadnego fiakra, musiał więc ciągle iść pieszo.
Tymczasem, gdy nadaremnie oczekuje przybycia Heleny, która już od godziny drugiéj z rana była w Paryżu, spojrzyjmy nieco po za siebie.
Widzieliśmy, jak rejent odebrał list od pani Desroches i przez tegoż samego posłańca odpowiedź jej swoję przesłał. Bo wszakżeż było rzeczą konieczną, chronić ją od dalszych zabiegów pana de Livry.
Ale któż on mógł być, ten młody człowiek? Dubois umiałby to najlepiéj powiedzieć. Dla tego téż, gdy Dubois około godziny piątéj się zjawił, by z rejentem na ulicę du Bac pojechać, zapytał go tenże:
— Któż to jest ten jakiś pan de Livry z Nantes?
Dubois podrapał się po nosie, bo widział do czego rejent zmierza.
— Livry... Livry... Zaczekaj wasza królewska mość...
— Tak, Livry?
— To tam jakiś szlachcic z prowincji...
— A, ba! to nie jest żadném wyjaśnieniem.
— Ej, bo któż go tam zna? Livry, to jest nazwisko nieznane.... Każ jaśnie oświecony pan przywołać pana d’Hazier.
— Błazen jesteś!
— Ależ jaśnie oświecony panie, ja się gienealogią nie trudnię wcale, jestem sobie gbur niegodny, po prostu.
— Już dosyć tych niedorzeczności.
— Cóż u licha! ten Livry zainteresował waszą królewską mość nie żartem. Czyż nie oto chodzi, by komuś z tej rodziny dać order? W takim razie, starałbym się im wyszukać znakomite pochodzenie.
— Idź do djabła! a po drodze zawołaj mi Nocé’go.
Dubois uśmiechnął się miluchno i wyszedł.
W dziesięć minut późniéj ukazał się Nocé!
Był to człowiek czterdziestoletni, wysoki, przystojny, zimny, suchy, rozumny i dowcipkujący, jeden z najwierniejszych i najwięcéj ulubionych towarzyszy rejenta.
— Jaśnie oświecony pan kazałeś mnie przywołać? wymówił.
— Ach to ty Nocé? dzień dobry.
— Składam hołdy moje waszéj królewskiéj mości. Czy mogęż się jaśnie oświeconemu panu na co przydać?
— Tak, pożycz mi twojego domku na przedmieściu ś. Antoniego, ale niechaj będzie zupełnie pusty i czysty. Poślę. tam moich ludzi. Tylko żadnych elegancyj, proszę cię!
— Pewnie dla jakiéj skromnisi, jaśnie oświecony panie.
— Tak jest, dla skromnisi.
— To może lepszymby był dom w środku miasta? Bo domy na przedmieściu mają haniebną reputacją, ostrzegam waszą królewską mość.
— Osoba, którą tam umieszczę, nie wié o żadnéj reputacji, jaką mieć mogą te domy. — A, to winszuję jaśnie oświeconemu panu.
— Ale milcz o tém, Nocé!
— Ani słówka nie powiem.
— Żadnych kwiatów, żadnych amblematów, niechaj tam nic takiego nie będzie. Każ pozdejmować wszystkie obrazy mniéj przyzwoite. Jakież tam są obicia?
— Te mogą pozostać, jaśnie oświecony panie, bardzo są przyzwoite.
— Po prawdy?
— Wszystko a la Maintenon.
— Niechżeż więc zostaną, ale odpowiesz mi za to.
— Nie chciałbym jednakże brać na siebie takiéj odpowiedzialności. Ja, bo nie jestem skromnisią; więc lepiéjby może było, kazać wszystkie ściany obedrzeć.
— Ba! na dzień jeden tylko, to niewarte. Może to cóś mitologicznego, czy nie?
— Hm! mruknął Nocé.
— A zresztą zabrałoby to wiele czasu, gdy tylko parę jeszcze godzin mam przed sobą. Dajżeż mi zaraz klucze.
— Tylko do siebie pobiegnę, za kwandrans będziesz je wasza królewska mość miał.
— Do widzenia się, Nocé! daj mi rękę. Żadnych czatów, żadnéj ciekawości, proszę cię o to!
— Jadę na polowanie i dopiero wtedy wrócę, gdy wasza królewska mość rozkażesz.
— Jesteś poczciwy i usłużny. Do widzenia się jutro!
Pewien przyzwoitego dla córki mieszkania rejent zaraz przyzwał panią Desroches i posłał berlinkę, która Heleny przywieść miała. Do córki zaś napisał, polecając pani Desroches, by jéj sama ten list przeczytała.

«Moja córko kochana!

Namyśliłem się i pragnę ciebie mieć przy sobie. Przybywaj z panią Desroches bez straty jednéj chwili, a wielką mi sprawisz przyjemność. W Paryżu bliższą odemnie odbierzesz wiadomość.

Twój ojciec przywiązany.«

Helena, po przeczytaniu jéj tegoż przez panią Desroches, zaczęła się wyjazdowi opierać, prosić, płakać, ale wszystko napróżno, bo musiała być posłuszną. I napisawszy list do Gastona, który mu przez chłopa przesłała, opuściła z żalem to mieszkanie, gdzie mniemała że znalazła ojca, i gdzie się z kochankiem swoim widziała.
Gaston, jakeśmy to wyżéj byli powiedzieli, pospieszył do rogatek i przybył tamże, gdy zaczęło dnieć. Kilka przyjechało powozów, ale żadnym Heleny nie było. Powoli zaczęła nadzieja z serca jego ustępować a mróz coraz bardziéj dokuczał, nie pozostało mu przeto nic więcéj do czynienia, jak powrócić do hotelu i cieszyć się myślą, że tam może list zastanie.
Gdy przechodził przez ogród Tuiljerjów godzina ósma wybiła. W téjże saméj chwili wszedł Dubois do sypialni rejenta; z miną tryumfującą i trzymając pugilares pod pachą.


V.
ARTYSTA I POLITYK.

— Ah! to ty, Dubois? wymówił rejent, spostrzegając ministra swojego.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Dubois, wydobywając papiery z pugilaresu. I cóż tam, Bretończykowie nasi, czy zawsze chwaty?
— Cóż to są za papiery? zapytał rejent, który pomimo rozmowy swojéj z Gastonem a raczéj może właśnie z powodu téjże, pewną miał dla niego sympatją.
— O, nic, jaśnie oświecony panie. Nasamprzód protokół tego, co się wczoraj działo pomiędzy panem kawalerem de Chaulay a księciem d’Oliwares.
Więceś nas podsłuchał?
— Tam do licha! i cóżbyś wasza królewska mość chciał, ażebym robił?
— I słyszałeś?
— Wszystko. I cóż jaśnie oświecony pan sądzisz o pretensjach jego królewskiéj mości katolickiéj?
— Myślę, że może nim rządzą, a sam w niczém żadnego nie ma udziału.
— A kardynał Alberoni?... Nie żarty, jak ten hultaj obrabia Europę. Pretendent w Anglii; a Prussy, Szwecja i Bossja ślicznie rozdzierają Hollandją; cesarstwo znowu odbiera Neapol i Sycylją; wielkie księstwo Toskanii dla drugiego syna Filipa V, Sardynia księciu Sabaudji; Comachio dla papieża; a Francja Hiszpanii. To mi to plan!
— Który z dymem uleci. To są marzenia, nic więcéj tylko marzenia!
— A ów komitet bretoński, czyliż to także marzenie?
— Wyznać muszę, że rzeczywiście istnieje.
— A sztylet naszego konspiratora, czyliż to także marzenie tylko?
— Nie powiem, iż mi się zdaje, że go w silnéj trzyma dłoni.
— O, jaśnie oświecony panie, żaliłeś się, że do tamtego spisku należeli tylko ludzie cuchnący wodą różaną. Otóż, mniemam, że obecnie wasza królewska mość więcéj jesteś zadowolonym, bo ci ręki nie żałują.
— Wiesz ty, mówił rejent, zamyślając się, że to jest silna natura ten kawaler de Chaulay?
— To dobrze! brakuje tylko, byś wasza królewska mość powziął fantazją uwielbiania tego hultaja. Znam jaśnie oświeconego pana, jesteś zdolnym do tego.
— Czemuż to książęta tylko pomiędzy nieprzyjaciółmi swoimi takie napotykają dusze!
— Dla tego, jaśnie oświecony panie, że nienawiść jest namiętnością, a poświęcenie się częstokroć podłością tylko. Ale teraz, racz wasza królewska mość porzucić na chwilę wyżyny filozofii i zniżyć się do prostéj pracy materjalnéj, to jest: położyć dwa podpisy...
— Jakież?
— Nasamprzód potrzeba mianować jednego kapitana majorem.
— Kapitana la Jonquière?
— O nie! Jest to ladaco, którego portret każemy na szubienicy powiesić, gdy on sam już nam potrzebnym nie będzie. Na teraz potrzeba go jeszcze oszczędzić.
— I jakiż to więc kapitan?
— Dzielny oficer, którego wasza królewska mość spotkałeś jest temu dni ośm, czyli raczéj nocy ośm, przy ulicy Saint-Honoré.
— Nie rozumiem co chcesz mówić?
— Widzę, że potrzeba waszéj królewskiéj mości dopomódz przypomnieć go sobie; jaśnie oświecony pan masz złą pamięć.
— Gadajże wyraźniéj; z tobą niemożna nigdy do końca trafić.
— Otóż powiem w dwóch słowach: przed ośmiu nocami wychodziłeś jaśnie oświecony pan, przebrany za muszkietera, w towarzystwie Nocé’go i Semiane’a, malemi drzwiczkami przy ulicy Richelieu.
— To prawda... Ale cóż się stało na ulicy Saint-Honoré?
— Czy wasza królewska mość chcesz posłyszeć?
— Zrobisz mi tém przyjemność.
— Jaśnie oświeconemu panu niczego odmówić nie mogę.
— A więc gadajże.
— Wasza królewska mość wieczerzałeś w owym domku przy ulicy Saint-Honoré.
— Z Nocé’em i Semianem?
— Nie, jaśnie oświecony panie, Nocé i Simiane wieczerzali także, ale każdy gdzieindziéj.
— Jego królewska mość rejent wieczerzał zatém; właśnie podano deser, gdy jakiś oficer chwat, omyliwszy się zapewne, począł uporczywie stukać we drzwi. Jego królewska mość zniecierpliwiony wyszedł i zbeształ natręta, który mu tak nie w porę wieczerzę przerwał. Natręt jakoś hardéj natury, pochwycił za szpadę, a jego królewska mość nie leniwy gdy chodzi o wykonanie jakiéj niedorzeczności, dobył swojego rapiera i stawił czoło oficerowi.
— I jakiż był skutek tego pojedynku?
— Że jego królewska mość odebrał lekkie draśnięcie w łopatkę a natomiast przeszył na wskróś piersi przeciwnikowi swojemu.
— Ależ ta rana nie jest niebespieczną, jak sądzę? zapytał rejent z zajęciem.
— Nie, na szczęście.
— Bogu dzięki!
— Ależ to nie wszystko jeszcze.
— Jakto?
— Zdaje się, że jego królewska mość upatrzyłeś sobie cóś do tego oficera.
— Nie widziałem go nigdy przedtem.
— Jak gdyby książęta potrzebowali widzieć tych ludzi, którym chcą dokuczyć. Oni w oddaleniu ranią.
— Cóż chcesz powiedzieć? gadajże.
— Chcę powiedzieć, żem się wywiedział, iż oficer ten już był kapitanem od lat ośmiu, i gdy wasza królewska mość zostałeś rejentem, kazałeś go skasować.
— A, to zapewne na to zasłużył.
— Mam jeden pomysł, jaśnie oświecony panie, to jest: ażeby nas papież uznał, jako niechybiących nigdy.
— Popełnił zapewne jaką podłość, tchórzostwo.
— Był to jeden z najdzielniejszych żołnierzy w całéj armii.
— A więc dopuścił się jakiegoś czynu niegodnego.
— Jest to jeden z najgodniejszych ludzi w świecie.
— A, to mu potrzeba wynagrodzić tę niesprawiedliwość.
— Wybornie! Otóż właśnie przyrządziłem nominacją na majora.
— Dawaj Dubois, dawaj! Doprawdy, że ty masz czasem cóś dobrego w sobie.
Szatański uśmiech skrzywił twarz Dubois, który właśnie jakiś drugi papier z pugilaresu dobywał.
Rejent go śledził niespokojnym wzrokiem.
— Cóż znaczy ten drugi papier? zapytał.
— To znaczy jaśnie oświecony panie, by popełnić niesprawiedliwość, spełniwszy czyn sprawiedliwy.
— Rozkaz aresztowania kawalera de Chaulay i odprowadzenia go do bastyllii! zawołał rejent. O hultaju! poznaję teraz dla czegoś mnie tamtym dobrym złudził czynem. Ale poczekaj chwileczkę, coś podobnego potrzebuję namysłu.
— Czyż wasza królewska mość myślisz, że pragnę ażebyś nadużył władzy swojéj? zapytał Dubois, śmiejąc się.
— Nie, jednakże...
— Jaśnie oświecony panie, skoro kto ma w ręku swoim władzę rządzenia królestwem, to téż i przedewszystkim rządzić powinien.
— Ależ zdaje mi się, mój panie gburze, że jestem panem...
— Wynagradzać, tak; ale zawsze pod warunkiem wymierzania i kary. Równowaga sprawiedliwości ginie, jeżeli jednę szalę ślepa i ciągła łaskawość przeciąża. Postępowanie podobne, jakbyś jaśnie oświecony pan sobie zawsze chciał postępować, i jak to często nawet robisz, nic jest dobrocią ale raczéj słabością. Jakąż nagrodę przeznaczasz jaśnie oświecony pan dla tych, co na nią zasłużyli, skoro winnych nie karzesz?
— Żądając po mnie, ażebym był surowym, nie powinieneś mi był tego młodego człowieka przedstawić, mówił rejent zniecierpliwiony, tém bardziéj, iż czuł, że broni szlachetnéj ale jednakże zawsze złéj sprawy. Dałeś mi go poznać i wartość jego ocenić, a lepiejby było, gdybym był myślał, że to jest sobie tylko zwyczajny konspirator.
— Tak, bo teraz, pokazawszy się pod obsłonką romansową, wyobraźnia artystowska waszéj królewskiéj mości, Pan Bóg wié, co sobie tworzy. Ale przecież wszystko z sobą pogodzić można: rób jaśnie oświecony pan dociekania chemiczne z Humbertem, rysuj z Audranem, ciesz się muzyką z Lafarem, baw się wasza królewska mość w miłość z całym światem, lecz zemną racz tylko o polityce rozprawiać.
— A, Boże mój kochany! zawołał rejent, czyż życie moje, szpiegowane, dręczone, spotwarzone, warte, ażebym go bronił?
— Ależ tu nie o życie waszéj królewskiéj mości chodzi. A pomiędzy wszystkiemi potwarzami, jakie na jaśnie oświeconego pana rzucono, i przeciwko którym już powinieneś być uzbrojonym, nikt waszej królewskiéj mości nie śmiał tchórzostwa zarzucić, nawet i najzjadliwsi nieprzyjaciele. Co tam!... w Steinkerque, w Nerwindzie i w Leridzie, dowiodłeś jaśnie oświecony pan, jak mało cenisz życie swoje. Gdybyś wasza królewska mość był zwyczajnym człowiekiem, ministrem, albo nawet i jakim księciem krwi, i został zabiły, to tylko jedno serce więcéj przestałoby bić. Ale nie wchodząc czyli to było słusznie lub nie, wasza królewska mość chciałeś zająć jedno z pierwszych miejsc pomiędzy panami świata. Unieważniłeś przeto testament Ludwika XIV, odpędziłeś od korony i jego dzieci nieprawe, które już po nią sięgały, zrobiłeś się rejentem Francji, więc śmierć waszéj królewskiéj mości, nie byłaby śmiercią, zwyczajnego człowieka, lecz runąłby filar, podpierający Europę, w niweczby się obróciły nasze prace, z ostatnich lat czterech, i wszystkoby w około zniszczało. Spojrzyj jaśnie oświecony pan na Anglją: otóż i kawaler de Saint-George występuje znowu w szalonéj postaci pretendenta. A Hollandja! czyliż nie pójdzie na pastwę Szwecji, Pruss i Rossyi? Austryi dwugłowny orzeł pociąga ku sobie Wenecją i Medjolan, by sobie wynagrodzić za stratę Hiszpanii. Spojrzyj teraz wasza królewska mość na Francją, a Francya już nie jest Francją, tylko wazalką Filipa V. Nakoniec, spojrzyj jaśnie oświecony pan na Ludwika XV, owego ostatniego potomka, czyli raczéj na ostatni szczątek największego państwa, jakie kiedykolwiek świat oświecało; na owe dziecię, któreśmy gorliwością czuwania nad niém, uchronili, by nie podzielało losu ojca swojego, matki i stryjów, by je zachować dla tronu przodków swoich. To dziecię padłoby znowu w ręce tych, których prawo cudzołożne powołuje na następców jego. A więc w około tylko morderstwo i zniszczenie, pożar i rozpacz, wojna domowa i z zagranicą. I dla czegóż to wszystko? Bo się spodobało jego królewskiéj mości Filipowi orleańskiemu uważać siebie ciągle tylko jako dowódzcę armii w Hiszpanii, i zapomnieć o tém, że nim być przestał, zostawszy rejentem Francji.
— Więc ty żądasz tego? zawołał rejent, biorąc pióro w rękę.
— Jeszcze chwilkę, jaśnie oświecony panie. Nie chcę, by mówiono, że w tak ważnéj sprawie uległeś jedynie nastawianiu mojemu. Powiedziałem tylko to, com miał powiedzieć. Zostawiam jaśnie oświeconego pana samego, czyń co zechcesz. Mam kilka interesów do załatwienia. Za kwandrans powrócę.
I Dubois skłonił się z uszanowaniem i wyszedł.
Zostawszy sam, rejent w głębokie pogrążył się dumanie. Cała ta sprawa tak ciemna i z taką prowadzona wytrwałością, uobecniła się w umyśle jego, czarnemi otoczona widmami. Mężnie stawiał czoło na polu bitwy, śmiał się z przedsięwzięć Hiszpanów, by nieprawych synów Ludwika XIV porwać, ale obecnie przejmował go przestrach, z którego sobie sam sprawy zdać nie umiał. Pomimowolnie czuł pociąg niezwyczajny i pewien rodzaj uwielbienia dla tego młodego człowieka, którego sztylet nad jego głową był wzniesiony; chwilami nienawidził go, i znowu go usprawiedliwiał a nawet i kochał. Mniemał, że Dubois, który, jak małpa piekielna, przyczajona nad dogorywającą zdobyczą, śledzi ów spisek i szponami swojemi sięga aż na dno serca jego, uzbrojony jest wyższą wolą i rozumem. Czuł, że w obecnych okolicznościach byłby słabo swojego bronił życia, chociaż mu nigdy jeszcze na odwadze nie zbywało. Trzymał pióro w ręku a rozkaz przed jego leżał oczyma.
— Tak, mówił sam do siebie, Dubois ma słuszność, bo życie moje, które tak często narażam, już nie do mnie należy. Wczoraj mówiła mi to samo matka moja. I któż odgadnie, coby się z światem stało, gdybym teraz żyć przestał? Może to samo, co się działo po śmierci Henryka IV. Po dziesięciu latach pokoju i oszczędności, pozyskawszy miłość ludu, zamierzał właśnie przyłączyć Alzacją do Francji, a może nawet Lotaryngiją i Flandrją; książę Sabaudji, zostawszy jego zięciem, miał sobie utworzyć państwo w Medjolańskiem, a okrawkami tegoż królestwa zbogacić rzeczpospolitą wenecką, wzmocnić książąt Modeny, Florencji i Mantui. Wtedy, Francja stała na czele wszystkich poruszeń europejskich. Wszystko czekało tego, wielkiego wypadku, przygotowanego pracą całego życia króla prawodawcy i żołnierza. Gdy 13 maja przejeżdżał powóz z liberją królewską przez ulicę la Ferronerie... I jedna chwila zniszczyła wszystko! Całą pomyślność przeszłą i wszystkie nadzieje przyszłości. I potrzeba było całego wieku i takiego ministra jak Richelieu a króla takiego jak Ludwik XIV, by zagoić rany Francji, zadane jéj sztyletem Ravaillaca!... Tak. Dubois ma słuszność: powinienem oddać tego młodego człowieka sprawiedliwości ludzkiéj. Przecież to nie ja go sądzić będę. A nakoniec, dodał z uśmiechem, wszakżeż mam prawo ułaskawienia!
I zaspokojony wewnętrznie tą prerogatywą królewską, którą w imieniu Ludwika XV wykonywał, szybko rozkaz podpisał, zadzwonił na pokojowca i udał się, by tualety swojéj dokończył.
W dziesięć minut późniéj, drzwi zcicha się otworzyły i Dubois wsunął znowu swoją kunią głowę, zwolna i ostrożnie. Przekonawszy się, że pokój jest próżny, zbliżył się do stolika przy którym książę był siedział; nagłym rzutem oka dostrzegł, że rejent podpisał rozkaz, i z uśmiechem tryumfującym złożył papier w czworo, schował go do kieszeni i wyszedł z wyrazem zupełnego zadowolenia.


VI.

Gdy Gaston, wracając od barjery la Prefèrence, wchodził do mieszkania swojego przy ulicy des Bourdonnais, ujrzał la Jonquière’a, siedzącego przy piecu z butelką wina alikantskiego, którą dopiéro co był odkorkował.
— A co, mój kawalerze, zawołał spostrzegłszy Gastona, jakżeż ci się podoba mój pokój?... Wygodny dosyć, nieprawdaż?... Siadaj i skosztuj tego wina, jest lepszém od wszystkich win Russego? Ale ty, żyłeś ciągle na wsi, a w Bretanii wina nie piją. Tam piją tylko jabłecznik, piwo i t. p., jak sądzę. Co do mnie, piłem tam jedynie wódkę, bo czegoś innego znaleść nie mogłem.
Gaston nic mu nie odpowiedział, nie dosłyszał nawet, co la Jonquière prawił, zajęty jedną tylko myślą. Rzucił się na krzesło, i z rozpaczy gniótł w kieszeni pierwszy list Heleny.
«Gdzież ona jest? pytał sam siebie. Ów Paryż, tak wielki, niezmierny, czyliż jéj nie na zawsze przedemną ukryje? O, to za wiele trudów dla człowieka, który ani środków ani doświadczenia nie ma po temu!»
— Ależ prawda, ozwał się la Jonquière, który w sercu młodego człowieka każdą śledził myśl, tak, jak gdyby ciało jego z przejrzystego było szkła, jest tutaj list do pana.
— Z Bretanii? zapytał Gaston drżąc cały.
— Nie, z Paryża. Ładniuchne, drobniunie pismo, pewno kobiece. O, tonic dobrego!
— Gdzież jest ten list?
— Zapytaj się gospodarza; bo wchodząc, widziałem, że go w palcach swoich obraca.
— List! list! wołał Gaston, wpadając na salę.
— Czego wielmożny pan żądasz, wszystko na rozkazy? pytał Tapin z zwykłą sobie grzecznością.
— List!
— Jaki list?
— List do mnie, któryś odebrał.
— Ach tak, przepraszam wielmożnego pana, zapomniałem!...
I wydobył list z kieszeni i oddał go Gestonowi.
— Biedny głupcze! mówił tymczasem la Jonquière do ciebie. I takie osiołki knują spiski! Zajmują się jednocześnie polityką i miłością. Troiste błazny, czemuż tejże raczéj nie szukają u Fellony, a uniknęliby zakończenia tamtej na placu la Grève. Ależ to podobno tak lepiej dla nas.
Gaston wrócił do pokoju wesół, odczytując, sylabizując nawet list Heleny.
«Ulica przedmieście ś. Antoniego, dom biały, po-za drzewami, topolami podobno. Numeru nie wiem, bom go dojrzeć nie mogła. Ale jest to 31 czyli 32 dom na lewo, zostawiwszy, na prawo jakiś wielki gmach z wieżami, podobny do wiezienia.»
— O! znajdę ją, zawołał Gaston, ten gmach wielki, to bastylja!
— Wierze, że ją znajdziesz, pomruknął sobie Dubois, chociażbym sam ciebie tam miał zaprowadzić.
Gaston spojrzał na zegarek, jeszcze mu pozostały dwie godziny wolne, zanim się miał udać, według umowy, do owego domu przy ulicy du Buc. Pochwycił za kapelusz, leżący na krześle, i zabierał się do wyjścia.
— I gdzież znowu biegniesz? zapytał Dubois.
— Musze wyjść.
— A owo rendez-vous o godzinie jedenastej?
— Dopiéro dziewiąta. Bądź spokojnym, stawię się na czas.
— Nie potrzebujesz mnie?
— Nie, dziękuję.
— Jeżeli masz zamiar, przypadkiem, wykraść jaką piękność, to mi powiedz, mam pewne w tej mierze doświadczenie i mogę ci być pomocnym.
— Dziękuję, odpowiedział Gaston, rumieniąc się pomimowoli, nie myślę o tém.
Dubois zaczął sobie pogwizdywać, jako człowiek, który potrafi każdą odpowiedź zrozumieć.
— Zastanęż tu pana? zapytał Gaston.
— Nie wiém... Może także pobiegnę zaspokoić jaką damulkę, która się mną zajmuje. Ale na każdy przypadek znajdziesz tutaj o godzinie umówionéj powóz i tego samego człowieka co wczoraj.
Gaston się spiesznie pożegnał, znalazł fiakr w pobliżu, wsiadł do niego i kazał się zawieść na przedmieście ś. Antoniego. Przy dwudziestym domie wysiadł i kazał fiakrowi za sobą jechać, idąc naprzód i śledząc wszystkie domy po lewéj stronie. Niezadługo stanął przy wielkim murze ponad którym wysokie wznosiły się topole. Miejsce to zgadzało się zupełnie z opisem, danym mu przez Helenę, i ani wątpił, że się przed jéj mieszkaniem znajduje. Ale jakżeż się tam wewnątrz dostać? w tém cała była trudność. Nigdzie żadnego nie było otworu, a u drzwi nie było dzwonka ni młotka. Kazał więc fiakrowi przystanąć, a sam udał się w wązką uliczkę, na którą szczyt domu wychodził, by Helenę znajomym jéj uwiadomić znakiem. Zbliżył się, o ile mógł, »do jednego z okien, wychodzących na ogród, które stało otwarte, i zasłaniając z obuch stron usta, naśladował z całéj siły krzyk sowy.
Helena zadrżała; poznała krzyk ten, który w zaroślach bretońskich na milę w około zwykł się rozlegać; zdawało jéj się, że jest jeszcze w klasztorze Augustjanek w Clisson, i że znane czółno oddziela się od brzegu, mknie zcicha silnym popychane wiosłem i pod jéj okno podpływa. Krzyk ten odbijający się wzdłuż murów, zwiastował jéj obecność Gastona: poskoczyła do okna; nie omyliła się. Powiedzieli sobie spojrzeniem: «Czekałam ciebie!» «Jestem!» Potem odbiegła okna, zadzwoniła całą siłą, że nietylko pani Desroches, ale i pokojowa, i lokaj co tchu nadbiegli.
— Otwórzcie drzwi od ulicy, wyrzekła Helena tonem rozkazującym, jest tam ktoś na którego czekam.
— Poczekaj! zawołała pani Desroches na lokaja, który się już zabierał wykonać ten rozkaz. Chcę sama zobaczyć kto tam jest.
— Niepotrzeba tego, wiem kto tam jest i powiedziałam pani, żem czekała na tę osobę.
— Ale, jednakże, jeżeli pani nie wypada przyjąć go? odparła ochmistrzyni, chcąc na swojém postawie.
— Nie jestem już w klasztorze a nie znajduję się jeszcze w więzieniu; więc przyjmę, skoro mi się tak podoba.
— Ale któż jest ta osoba?
— Nie widzę w tém nic nieprzyzwoitego; jest to ta sama osoba, którą w Rambouillet przyjęłam.
— Pan de Livry?
— Pan de Livry.
— Mam rozkaz wyraźny, by tego pana młodego nie wpuszczać do pani.
— A ja rozkazuję, byś go pani zaraz do mnie wpuściła.
— Pani nie jesteś posłuszną ojcu swojemu, odpowiedziała pani Desroches w połowie z gniewem, w połowie z pewnym uszanowaniem. Niechętnieby to widział.
— Mój ojciec nie ma tu nic do widzenia, a tém mniéj oczyma pani.
— A któż rozrządza losem pani?
— Ja, ja sama, zawołała Helena oburzona tą władzą, jakiéj ulegać miała.
— Przysięgam, że ojciec pani...
— Że ojciec mój zgodzi się na to, co uczynię, jeżeli jest moim ojcem.
Słowo to, wymówione z całą dumą cesarzowéj, przygniotło panią Desroches przewagą swoją, z jaką było wyrzeczone, ograniczyła się więc na milczeniu, nieruszając się z miejsca, w czém ją i obecni naśladowali służący.
— I cóż? rozkazałam, by drzwi otworzono, zawołała znowu Helena, i czyliż mój rozkazie zostanie wypełnionym?
Nikt z miejsca się nie ruszył, bo czekali na rozkaz ochmistrzyni.
Helena uśmiechnęła się wzgardliwie, i niechcąc się poniżyć w obec służalców, zrobiła ręką, tak nakazujące poruszenie, że pani Desroches ustąpiła odedrzwi, zostawiając jéj wolne wyjście. Helena zwolna i z całą godnością zeszła po wschodach, a za nią zdążała pani Desroches, osłupiała, że znalazła tak silną wolę w młodéj dziewczynie, wychowance klasztoru.
— To jakby jaka królowa, wymówiła pokojowa, idąc za panią Desroches; co do mnie, to już miałam pójść drzwi otworzyć, gdyby sama nie była poszła.
— Niestety! otóżto one wszystkie w téj familii takie, westchnęła ochmistrzyni.
— Więc pani znałaś jéj familją? zapytała pokojowa zdziwiona.
— Tak jest, odpowiedziała pani Desroches, miarkując, że za wiele powiedziała. Znałam kiedyś margrabiego, jej ojca.
Tymczasem Helena zeszła, przebiegła dziedziniec i kazała sobie drzwi na ulicę otworzyć, W progu już stał Gaston.
— Chodź, mój kochany! zawołała Helena!
Gaston udał się za nią; drzwi znowu zamknięto, i oboje weszli do dolnych pokoi.
— Wezwałaś mnie, Heleno, i przybyłem. Czy masz jaki powód lękania się? potrzebujeszże mojéj pomocy?
— Obejrzyj się w koło i sam osądź, odpowiedziała Helena.
Oboje znajdowali się właśnie w tym pokoju, w którym rejent i Dubois byli świadkami uczty, na któréj się młody książę orleański do światowego miał ocknąć życia. Był to bardzo ładny buduar, przytykający do sali jadalnéj, na którą, prócz dwojga drzwi, wychodziło jeszcze i okno, jak sobie czytelnik przypomnieć zechce, całkiem najrzadszemi i najpiękniejszemi cudnéj woni kwiatami zasłonione. Buduarek był wybity niebieskim atłasem, zarobionym różami z liśćmi srebrnemi. Po nad drzwiami były malowidła Andrana, przedstawiające historją Wenery w cztérech obrazach: jéj urodzenie się, gdy wypływa z pośród fali; jéj miłość z Adonisem; jéj współzawodnictwo z Psyche, którą kazała obić rózgami; a nakoniec jéj przebudzenie się w objęciu Marsa. Ściany zdobiły inne epizody téjże saméj historji. I te obrazy o których Nocé, w niewinności duszy swojéj, zapewniał, że są zupełnie w rodzaju à la Maintenon, zdolne jednakże były przerazić młodą dziewczynę.
— Gastonie, wymówiła, miałżebyś mieć słuszność, budząc we mnie nieufność względem człowieka, który się mieni być ojcem moim? Obawa moja zwiększyła się tutaj.
Gaston obejrzał obrazy, rumieniąc się i blednąc na przemian; potém przeszedł na salę, gdzie takież same erotyczne znalazł malowidła. Potém udali się oboje do ogrodu, zastawionego posągami i gruppami, które zdawały się być uzupełnieniem tego, co jeszcze malowanym brakowało obrazom.
Wracając, przechodzili obok pani Desroches, która ich i na chwilę z oka nie spuściła, i która, podniósłszy ręce w górę, rozpaczliwie zawołała:
— O mój Boże, co też książę pan na to powie!
Ten wykrzyknik spowodował wybuchnięcie burzy, od tak dawna w piersi Gastona tłumionéj:
— Książe pan! zawołał, czy słyszałaś, Heleno? Książe pan! miałaś słuszną obawę, i twój instynkt dziewiczy ostrzegał cię przed niebezpieczeństwem. Jesteśmy tutaj w jednym z owych małych domków, własności któregoś z rozpustników dostojnych, którzy niecne rozrywki swoim opłacają honorem. Nigdym jeszcze nie widział owych mieszkań ohydy, ale je tutaj odgaduję. Te obrazy, posągi, alfreski, te pokoje w tajemniczy sposób oświetlone, wszystko aż nadto jest przekonywającém. Na imię Boga, nie daj się dłużéj uwodzić, Heleno! Miałem słuszność, przestrzegając cię w Rambouillet, a tutaj, ty masz słuszność, że się obawiasz.
— Ach mój Boże! i gdyby ten człowiek teraz przyszedł i za pomocą lokai chciał nas gwałtem przytrzymać!
— Uspokój się, Heleno, przecież ja przy tobie jestem.
— O mój Boże, mój Boże! i mamżeż się wyrzec tej słodkiej myśli, że mam ojca, opiekuna, przyjaciela!
— Niestety! a jeszcze w chwili, gdy może sama pozostaniesz na świecie! zawołał Gaston, wyjawiając pomimowoli część jednę tajemnicy swojéj.
— Co mówisz, Gastonie? o cóż znaczą te twoje słowa?
— Nic, nic... kilka wyrazów bez myśli z ust mi wybiegło, niechaj one cię bynajmniej nie trwożą.
— Gastonie, ty ukrywasz coś przedemną, coś okropnego, bo w chwili, gdy tracę mojego ojca, mówisz, że i ty mnie opuścisz.
— O Heleno, ja ciebie tylko wraz z życiem mojém opuszczę!
— Ach! otóżto! twoje życie jest zagrożoném, i to umierając lękasz się mnie samą zostawić. Gastonie, ty mnie zdradzasz; nie jesteś już tym Gastonem co dawniéj. Mało się tylko ucieszyłeś, znalazłszy mnie dzisiaj, i nie czułeś już tak niezmiernéj boleści, postradawszy mnie wczoraj. W głowie twojej ważniejsze krążą zamiary, aniżeli te, które masz w sercu. Inne uczucie, duma czyli chęć wywyższenia się, wzięło górę nad miłością twoją. I teraz, nawet teraz bledniesz! Gastonie, cóż się dzieje z tobą? Na miłość Boską! serce mi rozdzierasz milczeniem twojém.
— Nie, moja Heleno, nie lękaj się niczego, zaklinam cię. Czyliż to nie dosyć powodów do trwogi? znajduję ciebie w takim domu ohydnym, samą jednę, bez obrony i opieki, i sam nie wiem, jak ciebie od złego zasłonić, bo człowiek ten, niezawodnie bardzo jest możnym. W Bretonii miałbym przyjaciół i dwustu chłopów na obronę twoję, a tutaj nie mam nikogo.
— Czy tylko o to chodzi, Gastonie?
— Och i tego za wiele!
— Nie, Gastonie, bo możemy zaraz dom ten opuścić.
Gaston zbladł. Helena spuściła oczy i dotknęła się dłonią zimnych i wilgotnych rąk kochanka.
— W obec tych ludzi, którzy nam się przypatrują i w obec téj kobiety zaprzedanéj, która mnie tylko zdradzać umie, wyjdziemy razem z tego domu, Gastonie.
Oczy Gastona nagłém zabłysły szczęściem, ale w téjże samej chwili znowu zachmurzyła je myśl smutna.
Helena dostrzegła tę zmianę wyrazu na licu swojego kochanka.
— Nie jestemże twoją żoną, Gastonie? wyrzekła; honor mój, nie jestże twoim honorem? Idźmyż.
— Ale cóż poczniemy? gdzież ciebie umieszczę?
— Gastonie, odpowiedziała Helena, ja nic nie wiem, niczemu zaradzić nie umiem. Nie znam Paryża, nie znam świata, znam tylko ciebie i siebie. Ty mi otworzyłeś oczy: niczemu już teraz nie ufam, prócz miłości twojéj i cnocie.
Gastonowi serce pękało: sześć miesięcy pierwéj, a byłby tę jéj ofiarę i odwagę życiem swojém zapłacił.
— Heleno, zastanów się, przemówił. A jeżeli się mylimy, jeżeli ten człowiek istotnie jest ojcem twoim...?
— Gastonie, kazałeś mi, bym nie ufała temu ojcu mojemu, czy zapominasz o tém?
— Ach tak, tak Heleno! niechaj się stanie co chce, idźmy!
— Ale dokądże? Nie potrzebujesz mi na to odpowiadać, Gastonie, skoro ty to wiesz, dosyć mi na tém. Jeszcze jednę prośbę, mój miły. Patrz, jest tutaj Chrystus i matka najświętsza, dziwnie umieszczeni pomiędzy temi obrazami brudnemi. Przysięgnij mi na tę święte wizerunki, że będziesz szanował honor żony twojéj.
— Heleno, nie obrażę cię podobną przysięgę. Ofiarę, jaką mi dzisiaj przynosisz, mimo najgorętszych pragnień serca oddawna, wahałem się pierwszy tobie ją przynieść. Bogaty, szczęśliwy, pewien teraźniejszości, byłbym u stóp twoich złożył bogactwa moje i szczęście, polecając Bogu przyszłość naszą. Ale w chwili tak szczytnéj, jak obecna, muszę ci wyznać, żeś się nie omyliła, bo pomiędzy dziś a jutrem, straszny spoczywa wypadek, którego skutki są wątpliwe. Powiem ci zatém, co tobie ofiarować mogę: jeżeli mi się powiedzie, wyższe może stanowisko w świecie i zamożność; jeżeli zaś nie dopnę swego, wygnanie, ucieczkę a pewnie i nędzę. A teraz Heleno, kochasz że mnie tyle, a raczej kochasz-że o tyle własny swój honor, by temu wszystkiemu mężnie czoło stawić?
— Na wszystkom gotowa, Gastonie; powiedz, bym poszła za tobą, a pójdę.
— O nie zdradzę zaufania twojego! bądź spokojną, Heleno. Zaprowadzę cię nie do siebie, ale do osoby, która się tobą opiekować będzie, podczas nieobecności mojéj, która ci ojca zastąpi, ojca jakby po raz drugi utraconego.
— I któż to jest ta osoba? Pytam nie z braku zaufania lecz z ciekawości, wymówiła z wdzięcznym uśmiechem.
— Ktoś, co mi niczego odmowie me może; którego dni od życia mojego zależą, i który uzna, że za to małéj tylko wymagam nagrody, żądając tobie spokój i opiekę zapewnić.
— Zawsze jakieś tajemnice, Gastonie że aż się lękam przyszłości.
— Jest to już ostatnia tajemnica. Odtąd już żadnéj dla ciebie mieć nie będę.
— Dziękuję ci. Gastonie.
— A teraz jestem na twoje rozkazy.
— Idźmy!
Helena wsparła się na ręku Gastona i przeszła z nim przez salon. W salonie była pani Desroches, skurczona od złości, gryzmoląca jakiś list, którego przeznaczenie nietrudno było odgadnąć.
— Ach mój Boże! zawołała, gdzież pani idziesz? co pani robisz?
— Gdzie idę?... Odjeżdżam. Co robię?... uciekam z domu, gdzie mój honor jest zagrożonym.
— Jakto! krzyknęła ochmistrzyni i podskoczyła z krzesła, jakby za poruszeniem sprężyny. Pani wychodzisz z swoim kochankiem?
— Mylisz się pani, odpowiedziała Helena z całą godnością, wychodzę z mężem moim.
Pani Desroches z przerażenia opuściła ręce.
— A teraz, jeżeli ta osoba, do któréj pani piszesz, będzie się chciała zemną widzieć, odpowiedz jéj, że jakkolwiek jestem wieśniaczko, i wychowanką klasztoru, to wszelako poznałam się na sidłach, jakie na mnie zastawiono; że z nich uciekam, i jeżeliby ktoś za mną gonił, to znajdzie przy mnie opiekuna, który mnie bronić będzie.
— Pani ztąd nie wyjdziesz, gdybym i gwałtu użyć miała.
— Spróbuj pani, odpowiedziała Helena owym tonem królewskim, który jéj był tak właściwym.
— Hola! Picard, Couturier, Blanchat!
Lokaje nadbiegli.
— Pierwszy, który mi odedrzwi zastąpi trupem padnie, wyrzekł Gaston zimno, dobywając swojéj szabli bretońskiéj.
— Jakiż upur piekielny! zawołała pani Desroches. O panny de Chartres i de Valois, tutaj widzę was znowu!
Młodzi słyszeli ten wykrzyknik, lecz go nie zrozumieli.
— Idźmy, ozwała się Helena. Nie zapomniéj pani powtórzyć co do słowa, to com powiedziała.
I trzymając się ręki Gastona, młoda dziewczyna rumiana z zadowolenia i dumy, odważna jakby jaka amazonka starożytna, rozkazała, by drzwi na ulicę otworzyć. Szwajcar nie śmiał być nieposłusznym. Gaston wyprowadził Helenę, drzwi zamknął za sobą, kazał zajechać fiakrowi, a widząc że lokaje chcą iść za niemi, zbliżył się do nich i głośno wymówił:
— Jeszcze jeden krok naprzód a głośno tę całą opowiem historją i oddam siebie i pannę Helenę pod straż honoru publicznego.
Pani Desroches, sądząc że Gaston zna całą tajemnicę i lękająca się, by nazwisk nie wymienił, cofnęła się spiesznie a za nią udali się i lokaje.
Fiakr w cwale ruszył z miejsca.


VII.
CO SIE DZIAŁO W DOMU PRZY ULICY DU BAG ZANIM GASTON PRZYBYŁ.

— Jakto! to jaśnie oświecony pan? zawołał Dubois, wchodząc do salonu w domku przy ulicy du Bac, i zastawszy rejenta w tém samém co wczoraj miejscu.
— Tak, to ja jestem. I cóż w tém tak dziwnego? Nie mamżeż się tu o dwunastéj widzieć z kawalerem de Chaulay?
— Ależ sądziłem, że rozkaz, który wasza królewska mość podpisałeś, położył już koniec wszelkim konferencjom.
— Mylisz się, Dubois. Chciałem się raz jeszcze widzieć z tym biednym młodzieńcem. Spróbuję, czy nie potrafię go skłonić, by od swojego odstąpił zamiaru.
— A jeżeli odstąpi?
— Ha! wtedy wszystko skończone: i cały spisek będę uważał jakoby nieistniejący wcale. Za prosty zamysł karać nie można.
— Gdyby ktoś inny był na jego miejscu, oparłbym się temu, ale tak, czyń wasza królewska mość co się podoba.
— Więc przypuszczasz, że się skłonić nie da?
— Zupełniem o to spokojny. Ale gdy całkiem odmówi, gdy wasza królewska mość się przekonasz, że obstaje przy pięknym zamiarze zamordowania jaśnie oświeconego pana na dobre, oddasz go w ręce moje, nieprawdaż?
— Tak, ale nie tutaj.
— Dla czegóż nie tutaj?
— Lepiéj, że go każesz w mieszkaniu jego aresztować.
— Tam? by go aresztował Tapin i ludzie Argensona! Niepodobna, jaśnie oświecony panie, skandal z Bourguignonem jest jeszcze zanadto świeży. Cała ulica była z tego powodu wczoraj w poruszeniu. 1 by uwierzyli, odtąd jak Tapin skąpą daje miarę, że Bourgnignon został apopleksją tknięty. Bespieczniéj daleko uprowadzić go ztąd: dom ten jest pusty i dobrze notowany. Powiedziałem, jaśnie oświeconemu panu, że tutaj mieszkała jedna z kochanek moich. Czterech ludzi mu poradzi, stoją już w przyległym pokoju. Każę im się zatrzymać, skoro wasza królewska mość koniecznie chcesz się z nim widzieć: mogą go aresztować, gdy będzie wychodził. Przededrzwiami czeka na niego inny powóz, który go ma do bastylji zawieść, ażeby woźnica, który go tu przywiezie, nie wiedział co się z nim stało. Rzecz jednemu tylko Delaunay będzie wiadomą, a ten umie milczeć, ręczę za niego.
— Rób co chcesz.
— Jaśnie oświecony pan wiesz, że to jest moim zwyczajem.
— Prawdziwy z ciebie błazen!
— Ależ, zdaje mi się, że waszéj królewskiéj mości nie źle z tém błazeństwem?
— O, ja wiem, że ty masz zawsze słuszność.
— A tamci?
— Jacy?
— Tam, nasi Bretonowie: Pantcalec, Bucouédicc, Talhouet i Mont-Louis.
— O nieszczęśliwi, bo wiesz ich nazwiska!
— A toćżem dla tego w hotelu pod Muids d’amour przebywał.
— Dowiedzą się, że ich spólnika aresztowano.
— Przez kogo?
— Skoro żadnéj od niego nie odbiorą wiadomości, domyślą się co go spotkało.
— Ba! mamy przecież kapitana la Jonquière, który ich zaspokoić potrafi.
— Ale znają zapewne pismo jego.
— No, no! wcale nie źle, i jaśnie oświecony pan zaczynasz się formować. Ale to są nadaremne trudy, jak mówi Rousseau, bo obecnie ciż panowie wszyscy już są aresztowani.
— A któż wysiał rozkaz?
— Ja! nie na próżno jestem ministrem waszéj królewskiéj mości. Zresztą wasza królewska mość sam go podpisałeś.
— Ja? chybaś zwarjował!
— Ten tutaj nie jest winniejszym od tamtych: skoroś przeto jaśnie oświecony pan kazał tego tutaj aresztować, upoważniłeś mnie, bym z tamtymi toż samo zrobił.
— I kiedyż ten rozkaz odszedł?
Dubois dobył zegarka.
— Przed trzema godzinami, i była to tylko litentia poetica, gdym waszéj królewskiéj mości mówił, że tamci obecnie już są aresztowani, bo to dopiéro jutro rano nastąpić może.
— Bretanija się rozgniewa, Dubois.
— Ba! już temu zaradziłem.
— Trybunały Bretońskie nie będą chciały swoich ziomków sądzić.
— I ten przypadek przewidziałem.
— A gdy zostaną na śmierć skazani, nie znajdziemy kata, któryby ten wyrok wykonał. Będzie to podobna sprawa, jak ta Chalais’go. I tamta miała miejsce w Nantes, nie zapominaj o tém, Dubois. Mówię ci: z Bretończykami nie tak łatwo żyć.
— Raczej umierać, jaśnie oświecony panie. Ale o tém potrzeba jeszcze pomówić z komissarzami, których tutaj mam listę. Poszlę z Paryża kilku katów, ludzi nawykłych do tego szlachetnego rzemiosła, i którzy jeszcze zachowali dobre wspomnienia z czasów kardynała Richelieu.
— Djabla sprawa! wyrzekł rejent. Krew przelana pod czas mojego rządu; nie lubię tego. Mniejsza tam jeszcze p takiego Horna, który był złodziejem, albo Duchauffour’a, który był nikczemnikiem... Jestem zanadto czuły, panie Dubois.
— Nie, jaśnie oświecony panie, nie jesteś czułym, tylko chwiejącym się i słabym. Mówiłem to już wtedy, gdy wasza królewska mość byłeś moim uczniem, mówię to i teraz, gdy jesteś moim mistrzem. Na chrzcie udarowały wieszczki jaśnie oświeconego pana największemi darami natury: siłą, pięknością, odwagą i rozumem. Jednéj tylko nie zaproszono, bo była starą, a przeczuwano, że jaśnie oświecony pan będziesz miał wstręt do starych kobiét; ależ i ona przybyła, darowała jaśnie oświeconemu panu łatwość, i tém wszystko popsuła.
— I któż ci opowiadał tę piękną gadkę? Perault czy Saint-Simon?
— Matka waszéj królewskiéj mości.
Rejent się rozśmiał.
— I kogóż do téj komissyi mianować będziemy?
— O, nie troszcz się jaśnie oświecony pan o to! Wybierzemy ludzi z rozumem i determinacją; nie parafianów, nie czułych na sceny familijne, lecz zastarzałych w pyle trybunałów, zrzędnych, zakamieniałych, których Bretończykowie swojém surowém nie nastraszą spojrzeniem, ni też piękne załzawione oczy uwiodą.
Rejent nic nie odpowiedział, tylko kiwnął głową i ruszył nogą.
— A zresztą, dodał Dubois, patrząc się na te nieme oznaki opozycji, ludzie ci może nie są tyle winni, jak nam się zdaje. I cóż oni tak wielkiego knuli? By Hiszpanie wrócili do Francji. Bagatella! By królem swoim zrobić Filipa V, który się własnéj ojczyzny był wyrzekł; by zniszczyć istniejące prawa?... Poczciwi Bretończykowie!
— Dosyć tego, odrzekł rejent dumnie, znam tak dobrze prawa narodowe, jak ty.
— Skoro tak, idzie teraz tylko o to, byś jaśnie oświecony pan podpisał nominacją komissarzy, których wybrałem.
— Iluż ich jest?
— Dwunastu.
— Jakżeż się nazywają?
— Mabroul, Bertin, Barillon, Parisot, Brunet-d’Arcy, Pagon, Feydeau-de-Bron, Madorge, Hèber-de-Bac, Saint-Aubin; de Beaussan, i Aubry-de-Valton.
— Ho ho! miałeś słuszność, wybór twój jest bardzo dobry. I kogóż mianowałeś prezydentem tego szlachetnego zgromadzenia?
— Zgadniéj, jaśnie oświecony pan.
— Miéj się na baczności! bo potrzeba poczciwego nazwiska na czele takich spustoszycieli.
— Mam takie nazwisko, jedno z najprzyzwoitszych.
— Któręż.
— Nazwisko ambassadora.
— Może Cellamare?
— Dalibóg, zdaje mi się, że gdybyś go wasza królewska mość z Blois uwolnił, to zgodziłby się chętnie na wszystko, nawet gdyby miał dawnym spólnikom swoim i głowy pościnać.
— Dobrze mu w Blois, niechaj tam sobie siedzi. I któż jest prezydentem twoim.
— Chateau-Neuf.
— Poseł holenderski, człowiek wielkiego króla? Widzi Bóg, Dubois, że zwykle nie obsypuję cię pochwałami, ale co teraz, to ci powiem, żeś prawdziwe arcydzieło wykonał.
— Wasza królewska mość pojmujesz, że on wié, iż tamci ludzie pragną rzeczypospolitéj; on zaś, od dzieciństwa samego znał tylko sułtanów, i znienawidził Hollandją, z powodu, że Ludwik XIV miał wstręt do wszelkich republik; więc propozycję moją bardzo chętnie przyjął. Argram będzie prokuratorem jeneralnym, jest to człowiek bardzo determinowany, a Caxet jego sekretarzem. Bierzemy się z pośpiechem do pracy, jaśnie oświecony panie, ależ bo i rzecz nie cierpi zwłoki.
— A potém, Dubois, będziemyż przynajmniéj spokojni?
— Zdaje mi się; i będziemy mogli spać od rana do nocy, to jest, gdy skończymy wojnę z Hiszpaniją i zredukujemy wartość biletów kassowych; co się dotyczę téj ostatniéj czynności, to nam w tém niezawodnie dopomoże przyjaciel waszéj królewskiej mości, pan Law. Redukcja, to właśnie w tém interes jego.
— Ileżto nudów, o mój Boże! Cóż u licha miałem w głowie, gdym zapragnął rejencyi. Jakżeżbym się śmiał dzisiaj, widząc pana du Maine gramolącego się wraz z jezuitami swoimi i Hiszpanami; pani de Maintenon polityzująca z Villeroy i Villars’em rozweseliłaby nas także niemało, a Humbert twierdzi, że bardzo jest zdrowo śmiać się, chociażby tylko raz na dzień.
— Co się dotyczę pani de Maintenon, musisz jaśnie oświecony pan wiedzieć, że jest bardzo chorą i pewnie już dwóch tygodni nie pożyje.
— Ba!
— Od chwili uwięzienia pani du Maine i jéj małżonka, pani de Maintenon twierdzi, że król Ludwik XIV niezawodnie już umarł, i płacząc zamyśla pójść za nim.
— Co ciebie bynajmniéj nie obchodzi, nic dobrego, nieprawdaż?
— Dalibóg, że ją z całéj duszy nienawidzę, przyznaję się do tego: boć to jéj wina, że król nieboszczyk spojrzał się na mnie tak wielkiemi oczyma, gdym od niego kardynalskiego zażądał kapelusza, z powodu zaślubin waszéj królewskiéj mości, co przecież tak łatwą nie było rzeczą, jak jaśnie oświeconemu panu wiadomo. I gdyby nie wasza królewska mość byłeś skłonił króla do wynadgrodzenia im krzywdy, jaką mi wyrządził, byłaby na zawsze karjerę moję zniszczyła. Oj! gdybym tylko był mógł jéj ukochanego księcia du Maine zaplątać w ową sprawę bretońską! Ale to było niepodobna, daję na to słowo honoru. Biedak już na wpół zwarjował ze strachu, tak że do każdego, którego spotka. mówi: «A czy wiesz? zachciało im się knuć spisek przeciwko królowi, rządowi prawemu i rejentowi. To jest hańbą dla Francji!... O! gdyby świat cały tak myślał, jak ja!»
— Nie byłoby żadnych konspiracyj, rozumie się! wyrzekł rejent.
— Wyparł się żony swojéj, dodał Dubois, śmiejąc się.
— A ona zaparła się swojego męża, odpowiedział rejent, śmiejąc się także.
— Nie radziłbym, ażeby ich razem umieszczono, pobiliby się.
— To téż jedno umieściłem w Doulens a drugie w Dijon.
— A ztamtąd kąsają się listownie.
— Wypuśćmy ich, Dubois.
— Tak, ażeby się dobili. O, jak widać, to wasza królewska mość zaprzysiągłeś zatratę krwi Ludwika XIV.
Żart ten zuchwały dowodzi, jak wielką była władza przebiegłego Dubois nad rejentem; bo ktoś inny, inną byłby wywołał chmurę, aniżeli ta, która się chwilowo tylko po twarzy jego przemknęła.
Dubois przełożył mu do podpisu decyzją, mianującą trybunał, i rejent tym razem uczynił to bez wahania się najmniejszego. Poczém Dubois uradowany w głębi duszy, oddalił się, by wszystko do ujęcia kawalera de Chaulay przysposobić.
Gaston tymczasem kazał się zawieść do hotelu Muids-d’Amour, gdzie na niego czekał powóz, w którym na ulicę du Bac miał pojechać; nie tylko powóz, ale i ten sam człowiek, który mu dnia poprzedniego za przewodnika był służył. Gaston, niechcąc by Helena wysiadała, zapytał go: czyliby tym samym fiakrem, którym przyjechał, nie mógł i na ulicę du Bac pojechać. Człowiek tajemniczy odpowiedział, że temu nic na przeszkodzie nie stoi, usiadł obok woźnicy i powiedział mu gdzie ma jechać.
W czasie całéj drogi, Gaston, zamiast dodawać odwagi Helenie, jak się to należało, siedział w smutku pogrążony i milczący, nie chcąc jéj wyjaśnić przyczyny swojego zmartwienia bez granic. Helena więc, strwożona tém jego milczeniem i że tak mało w nim siły znalazła, gdy już wjeżdżali na ulicę du Bac, z żalem przemówiła.
— Ah, odtąd będę się już lękała naprzykrzać ci się zaufaniem mojém.
— Niezadługo przekonasz się, że zawsze z całą gorliwością w twoim interesie działam.
Powóz się zatrzymał.
— Heleno, mówił Gaston, w tym tutaj domu znajduje się ten, który ci ojca ma zastąpić. Pozwól, bym wszedł pierwszy i uwiadomił go o twojém przybyciu.
— O mój Boże! zawołała Helena, i z przestrachu zadrżała. Czyż mnie samą zostawisz?
— Nie masz się czego lękać, Heleno; przecież i zaraz powrócę.
Młoda dziewczyna podała mu rękę, którą Gaston do ust przycisnął. Był jakoś dziwnie wzruszony, sam nie wiedział dla czego, ale zdawało mu się, że nie powinien tutaj Heleny saméj zostawić. W téj chwili bramę otworzono, fiakr wjechał na dziedziniec, i brama znowu się zamknęła: a Gaston pomyślał, że na tym dziedzińcu zamkniętym i wielkim otoczonym murem, nic złego Helenę spotkać nie może. A zresztą, nie było już czasu do namysłu. Człowiek tajemniczy drzwiczki od powozu otworzył, Gaston raz jeszcze rękę ukochanéj uścisnął, wyskoczył z pojazdu, wszedł po wschodach za swoim towarzyszem, który go znowu tak jak wczoraj prowadził; na korytarzu wskazał mu drzwi do salonu, dodał że zastukać może, a potém się oddalił.
Gaston pomyślał, że Helena czeka, i że nie ma czasu do stracenia, więc i zastukał niebawem.
— Proszę wejść, ozwał się głos księcia hiszpańskiego.
Gaston poznał ten głos, który w pamięci jego utkwił, otworzył drzwi i ujrzał się przed naczelnikiem rokoszu; ale teraz już nie miał téj obawy co poprzednio, teraz był już zdecydowanym, i z głową podniesioną a czołem spokojném przystąpił do fałszywego księcia d’Oliwares.
— Jesteś słownym, mój panie, przemówił tenże, mieliśmy rendez vous umówione na godzinę dwunastą, i otóż dwunasta bije.
I rzeczywiście zegar powieszony za rejentem, stojącym przy kominku, właśnie godzinę dwunastą uderzył.
— Bo mi jest pilno, jaśnie oświecony panie, mandat który mi poruczono, cięży mi, lękam się zgryzot. To waszą ekscelencją zadziwia i niepokoi, nieprawdaż? Ale uspokój się jaśnie oświecony pan, zgryzoty takiego jak ja człowieka, nikogo nie dręczą tylko jego samego.
— Na prawdę! zawołał rejent, nie mogąc całkiem utaić radości swojéj, zdaje mi się, że pan się chcesz wycofać.
— Mylisz się, jaśnie oświecony pan, odtąd jak mnie los naznaczył, bym uderzył księcia, zawsze szedłem naprzód, i nie zatrzymam się dopóki missyi mojéj nie spełnię.
— Dostrzegłem jednakże wahanie się w kilku przez pana wyrzeczonych wyrazach, a wyrazy w pewnych ustach i okolicznościach wielkie mają znaczenie.
— W Bretanii, jaśnie oświecony panie, mają zwyczaj mówić to, co czują, ale zarazem robić i to co mówią.
— Więc’eś pan zawsze zdecydowany?...
— Więcéj aniżeli kiedykolwiek, jaśnie wielmożny panie.
— Jeszcze czas, namyśl się!... Złe jeszcze się nie zrobiło...
— Wasza ekscelencja to nazywa złem, wymówił Gaston uśmiechając się smutno, a jakżeż ja to dopiéro mam nazwać!
— To ja się téż właśnie w téj myśli wyraziłem. Złe jest dla pana, bo już masz zgryzoty.
— Czyż to szlachetnie, że mnie wasza ekscelencja przygniatasz tém, com w zaufaniu wyrzekł: bo człowiekowi mniejszéj wartości, jak jaśnie wielmożny pan, nie byłbym tego nigdy powiedział.
— I ja także, właśnie z téj saméj przyczyny, że oceniłem całą wartość pana, mówię ci, że jeszcze czas; żądam byś się namyślił, a jeżeli żałujesz, żeś się z tymi...
Książe się zatrzymał a potém dodał:
— Żeś się przyłączył do tych zuchwałych zamiarów, nie lękaj się niczego z mojéj strony, będę cię bronił, nawet gdy i sprawę naszą porzucisz. Widziałem pana raz tylko, ale sądzę, żem cię ocenił jak na to zasługujesz, ludzie z sercem zdażają się tak rzadko, że to rzeczywistą dla nas byłoby stratą...
— Tyle dobroci mnie zawstydza, jaśnie oświecony panie, odrzekł Gaston, którego w głębi serca, pomimo wszelkich usiłowań odwagi, jakiś wstręt do przedsięwzięcia jego dogryzał. Książe, ja się nie waham, rozważam tylko, podobny do pojedynkującego się na placu walki, który postanowił zabić przeciwnika swego, i który nad tą koniecznością wielce ubolewa.
Gaston umilkł na chwilę, a rejent spojrzeniem swojém zdawał się sięgać na dno duszy jego, by w niéj znaleść choć jeden ślad słabości. Po chwili Gaston przemówił.
— Ale interes obecny jest tak wielkim, tyle wyższym od wszelkich słabości naszych, że muszę być posłusznym mojemu wewnętrznemu przekonaniu, a bynajmniéj nie sympatji, i postąpię sobie w ten sposób, że mi wasza ekscelencja nie odmówisz swojego szacunku, pomimo téj chwilowéj słabości, jaka przez jednę sekundę rękę moją wstrzymała.
— Bardzo dobrze, ale jakżeż się pan weźmiesz do tego dzieła?
— Poczekam, aż go spotkam oko w oko; a wtedy nie użyję rusznicy (arquebuse) tak jak Pollrôt, ani pistoletu jak Vitry, ale mu powiem: «Wasza królewska mość zrobiłeś nieszczęście Francji, i dla zbawienia Francji poświęcam cię!» i przebije go sztyletem.
— Tak jak zrobił Ravaillac, wyrzekł książę bez najlżejszego zmarszczenia brwi i z taką pogodą twarzy, że Gastona aż dreszcz przebiegł.
— Projekt ten zdaje mi się być najpewniejszym, mówił daléj rejent, i pochwalam go. Ale muszę panu jeszcze jedno zrobić zapytanie. Jeżeli pana przyaresztują, cóż odpowiesz, gdy cię badać będą?
— Wasza ekscelencja wiesz dobrze, co się w takich razach czyni: umiera się bez wyjawienia tajemnicy, nie odpowiadając nawet na pytania. Książe wymieniłeś dopiero Ravaillac’a, tak samo i Ravaillac sobie postąpił, jeżeli mnie pamięć nie zwodzi. A jednakżeż Ravaillac nie był szlachcicem.
Ta duma Gastona podobała się rejentowi, którego serce młodość swoję zachowało, i który miał w sobie wiele ducha rycerskiego. Zresztą, nawykły codziennie widzieć tylko podłość, nikczemność, zepsucie i pochlebstwo, natura tak silna i pełna prostoty była dla niego czemś zupełnie nowém. A wiadomo, jak rejent gonił za każdą nowością.
Namyślił się więc znowu, jak gdyby jeszcze nic nie był postanowił i na czasie chciał zyskać, i po chwili przemówił:
— Więc mogę być pewnym, że pan będziesz niewzruszonym?
Gaston zdawał się być zdziwionym, że książę o to jeszcze pytać może. To uczucie było widoczném w spojrzeniu jego i rejent je zrozumiał.
— Tak, widzę to, mówił, widzę żeś pan zdecydowany.
— Jak najzupełniéj, czekam tylko na ostateczne instrukcje waszéj ekscellencji.
— Jakto! moje ostateczne instrukcje?
— Bezwątpienia. Wasza ekscelencja nie zobowiązałeś się dotąd niczém względem mnie, gdy tymczasem ja duszą i ciałem do jaśnie oświeconego pana należę.
Książe powstał.
— Otóż tedy, wyrzekł, skoro to widzenie się nasze dzisiejsze ma koniecznie być stanowczém, wyjdziesz pan odemnie temi tutaj drzwiami, i przejdziesz przez ogród, w powozie czeka na pana mój sekretarz, doręczy ci kartę, za okazaniem któréj będziesz przypuszczonym do audiencji u rejenta; co więcéj, ręczę za ciebie mojém słowem.
— To jest wszystko, czego pod tym względem żądałem.
— Czy masz mi jeszcze co powiedzieć?
— Tak jest. Zanim pożegnani waszą ekscellencją, a może już więcéj nie będę miał sposobności widzieć jaśnie oświeconego pana w tém życiu, mam jeszcze o jednę wielką łaskę prosić.
— O jakąż łaskę? słucham.
— Wybacz wasza ekscelencja i nie dziw się, że się waham nieco; bo tutaj nie chodzi o zwyczajną usługę lub téż osobiste względy. Gaston de Chaulay nie potrzebuje dla siebie nic więcéj, jak sztyletu, a ten już ma. Ale czyniąc ofiarę z mojego ciała, nie chcę poświęcić i duszy. A dusza moja, jaśnie oświecony panie, należy nasamprzód do Boga, a potém do jednéj młodéj dziewczyny, którą nad wszystko kocham. Smutna to ta miłość, która ponad grobem zakwitła, nieprawdaż?
Opuszczając to dziecko tak niewinne i czyste, doświadczyłoby się Boga w sposób nierozsądny, chociaż wiem, że Bóg niekiedy strasznie doświadcza i okrutne zsyła cierpienia nawet i aniołom swoim. Otóż kochałem na téj ziemi ubóstwienia godną kobiéty, a ta miłość moja broniła ją przeciwko podstępom ohydnym. Gdy umrę, cóż się z nią stanie? Nasze głowy spadną, bośmy tylko zwyczajną szlachtą. Inaczej wszelako ma się z waszą eksceliencją: jesteś możnym szermierzem, wspieranym przez wielkiego króla, i jaśnie oświecony pan, zwyciężysz złą dolę. Otóż więc, w ręce waszéj ekscelencji składam ten skarb duszy mojéj. I na kochankę moję przelejesz jaśnie oświecony pan opiekę, która mnie się należy, jako towarzyszowi i spójnikowi waszej ekscelencji.
— Przyrzekam to panu! wyrzekł rejent głęboko wzruszony.
— Nie na tém jeszcze koniec. Może ranie spotkać nieszczęście, i niemogąc jéj mojéj oddać osoby, chcę jéj zostawić przynajmniej imię moję, jako obronę. Po mojéj śmierci nic jéj nie pozostanie: ona jest sierotą. Wyjeżdżając z Nantes zrobiłem mój testament, gdzie jej wszystko co posiadam zapisałem. Jaśnie oświecony panie, jeżeli umrę, niechżeż ona będzie wdową... Możeż to być?
— Któż się temu sprzeciwia?
— Nikt, ale mogą mnie aresztować jutro, dziś, w chwili, gdy ztąd wyjdę.
Rejent zadrżał na tak dziwne przeczucie.
— Przypuśćmy, że mnie w bastylji osadzą, otrzymamże wtedy pozwolenie zaślubienia jéj, zanim na mnie wyrok śmierci wykonanym zostanie?
— Jestem tego pewien.
— Użyjeszże wasza ekscelencja wpływu swojego, by dla mnie tę łaskę otrzymać? Przyrzecz mi to jaśnie oświecony pan, ażebym w czasie najstraszniejszych tortur, w myśli mojéj błogosławił waszéj ekscelencji.
— Na mój honor, przyrzekam to panu, odpowiedział rejent rozczulony, ta młoda dziewczyna będzie mi świętą; ona odziedziczy w sercu mojém tę całą przychylność, jaką mimowolnie dla pana poczułem.
— A teraz, jaśnie oświecony panie, jeszcze jedno słowo.
— Mów pan, bo ciebie z wielkiém współczuciem słucham.
— Ta młoda dziewczyna nic nie wie o moim zamiarze, nie zna powodów bytności mojéj w Paryżu, nie przewiduje katastrofy, jaka nam grozi, bo nie miałem dość siły, by jéj to wszystko powiedzieć. Chciéj ją jaśnie oświecony pan o tém uwiadomić, przygotuj ją do tego wielkiego wypadku. Co do mnie, zobaczę ją tylko jeszcze wtedy, gdy ślub z nią wezmę. Widząc ją w chwili, gdy nieszczęsny mam wykonać zamiar, ręka drżałaby moja, a ona zadrzeć niepowinna.
— Na moją wiarę i słowo szlacheckie przysięgam, wyrzekł rejent nad wszelki wyraz wzruszony; przysięgam, że ta młoda dziewczyna nie tylko świętą mi będzie, ale zrobię dla niéj wszystko, czego żądasz. Ona odziedziczy tę całą przychylność jaką pomimowolnie dla ciebie uczułem.
— A teraz, jaśnie oświecony panie, wymówił Gaston powstając, teraz mam silę do wykonania wszystkiego.
— Gdzież jest ta młoda dziewczyna?
— Na dole, czeka w powozie. Pozwól mi wasza ekscelencja odejść, ale racz mi powiedzieć pierwéj, gdzie ona będzie mieszkała.
— Tutaj. Dom ten jest bardzo przyzwoity, niezajęty przez nikogo i bardzo właściwy na mieszkanie dla młodéj dziewczyny.
— Rękę na to waszéj ekscelencji! zawołał Gaston.
Rejent podał mu rękę i byłby może jeszcze usiłował odwieść go od nieszczęsnego zamiaru, lecz usłyszał pod oknem suchy i urywany kaszel, co dowodziło, że Dubois się niecierpliwi. Posunął się więc o krok jeden naprzód, co miało znaczyć, że audjencja już jest skończoną.
— Raz jeszcze proszę waszéj ekscelencji, czuwaj jaśnie oświecony pan nad dzieckiem swojém! Ona jest tak łagodną, piękną i dumną zarazem: jedną z owych bogatych i szlachetnych natur, jakich wasza ekscelencja zapewne nie wiele napotkałeś w życiu... Żegnam jaśnie oświeconego pana, idę poszukać sekretarza waszéj ekscelencji.
— Ale potrzeba mu powiedzieć, że idziesz zabić człowieka, mówił rejent. chcąc jeszcze zatrzymać Gastona.
— Dobrze, lecz niechżeż jaśnie oświecony pan doda, że to czynię, by Francją zbawić.
— Idźże więc, wyrzekł książę, otwierając drzwi na ogród, tym tutaj chodnikiem.
— Dobre życzenie daj mi jaśnie oświecony pan na drogę.
— Szaleniec! zawołał rejent w głębi duszy swojéj, jeszcze chce, bym prosił Boga o dobry skutek jego przedsięwzięcia sztyletowego. O nie, co tego, to nie zrobię.
Gaston się oddalał; piasek z śniegiem zmięszany skrzypiał pod stopami jego. Rejent przez chwil kilka patrzał się za nim oknem z korytarza, a potém, gdy go już z oczu stracił, poszepnął sam do siebie.
— Niechżeż więc każdy swoją idzie drogą... Biedny chłopiec!
I wrócił do salonu, gdzie go już Dubois czekał, wszedłszy innemi drzwiami.
Na twarzy ministra jaśniał wyraz tak wielkiego zadowolenia i złośliwości, że nie uszedł uwagi rejenta; patrzał się na niego czas jakiś w milczeniu, jak gdyby był chciał zbadać, co się dzieje w umyśle tego drugiego Mefistofelesa.
Dubois pierwszy przerwał milczenie:
— No, jużeś się wasza królewska mość pozbył ambarasu, jak mniemam, przemówił.
— Tak jest, ale sposobem, który mi się wielce niepodoba. Nie lubię odgrywać roli w komedjach twoich, jak ci to wiadomo:
— Być to może; ale jaśnie oświecony pan nieźlebyś zrobił, gdybyś mi pozwolił odegrać jaką rolę w komedji swojéj.
— Jak to?
— Udałaby się lepiéj, i rozwiązanie byłoby zręczniejszém.
— Nie rozumiem co chcesz powiedzieć. Tłumacz się jaśniéj. Ktoś tam na mnie czeka, co go przyjąć muszę.
— No, no, przyjmiéj go wasza królewska mość, potém znowu tęż samą zawiążemy rozmowę. Teraz rozwiązanie komedji waszéj królewskiéj mości następuje, i nie będzie przez to ani gorszém ni lepszém.
I Dubois się skłonił z owém pełném drwinek uszanowaniem, do którego rejent już nawykł, widując je zawsze wtedy, gdy w wiecznéj z sobą walce, wszelkie korzyści były na stronie ministra jego. Dla tego téż nic tyle nie niepokoiło rejenta, jak owo uszanowanie udane. Zatrzymał go od wyjścia.
— Powiedzże, co masz, i coś tam odkrył nowego?
— Odkryłem, że wasza królewska mość doskonale udawać umiesz.
— Czyliż to ciebie zadziwia?
— Nie, ale mi markotno. Już teraz waszéj królewskiéj mości nie będę użytecznym i odeślesz mnie do swojego syna, który rzeczywiście takiego, jak ja nauczyciela, bardzo potrzebuje.
— Daléj, daléj.
— I bardzo sprawiedliwie, bo tutaj obecnie niemasz już mowy o synie jaśnie oświeconego pana, ale o córce...
— O któréjże?
— Ach prawda, mamy ich tyle! Nasamprzód wielebną, ksienią w Chelles; potém księżną, de Berry, następnie panne de Valois; potem kilka młodziutkich, o których mówić niemożna, a tém bardziéj ja; to znowu ów powabny kwiatek bretoński. którego chciano usunąć od zatrutego oddechu Dubois, ażeby nie zwiądł.
— Czy śmiesz twierdzić, żem nie miał słuszności?
— Przeciwnie, wasza królewska mość wybornie sobie postąpiłeś. Niechcąc się wdawać z owym nikczemnym Dubois, wybrałeś jaśnie oświecony pan w mejscu ś. p. arcybiskupa z Cambrai, tego poczciwego, godnego, pełnego cnoty i moralności Nocé’go, nawet dom od niego pożyczyłeś sobie, jaśnie oświecony panie.
— Więc i to już wiesz?
— A jaki dom jeszcze! zupełnie tak dziewiczy jak pan Noce sam. Jest to czyn bardzo rozsądny i przezorny. Potrzeba ochronić to dziecię przed zatrutym wyziewem świata; oddalić od niéj wszystko, cokolwiekby na jéj niewinność niekorzystnie wpłynąć mogło. Dla tego téż umieszczono ją w takim apartamencie, gdzie widzi tylko same Ledy, Erygony, Danae i t. p. Jest to prawdziwy przybytek cnoty i niewinności.
— A ów hultaj Nocé zarzekł mi się, że tam wszystko jest w rodzaju Mignarda.
— Czy jaśnie oświecony pan nie znasz tego domku?
— Ej, czyż to ja się patrzyłem na te bazgraniny bezecne.
— Aha! boś wasza królewska mość ślepy, to prawda.
— Dubois!
— Co się tycze sprzętów, to córka jaśnie oświeconego pana będzie tylko miała gotowalnie zagraniczne, jakieś kanapki dziwaczne i magiczne. A książki, o książki poczciwego Nocé, te są znane, jako nauczające i stosowne do użytku kształcącéj się młodzieży; są one zupełnie na równi z brewiarzem pana de Bussy Raboutin, który waszéj królewskiéj mości do czytania dałem, gdy lat 12 skończyłeś.
— Oj żmijko!
— Otóż najsurowsza skromność zdobi to schronienie. Obrałem je, by w niém roztrzeźwić syna. Ale pokazuje się, że nie jednakowo rzeczy widzimy, skoro je wasza królewska mość wybrałeś dla córki swojéj.
— A, Dubois! już mnie nudzić zaczynasz.
— Już kończę incedo ed fenem. Zresztą, pewnie córka waszéj królewskiéj mości pogodziła się z tém mieszkaniem, bo rozumie się, że jest równie pojętną, jak cała rodzina jaśnie oświeconego pana.
Rejent zadrżał, bo po tym wstępie, któremu szyderczy uśmiech Dubois towarzyszył, domyślał się, że coś smutnego posłyszy.
— A jednakże, mówił tamten daléj, co to jest być umysłu sprzecznego, bo niekontenta z tego mieszkania, wybranego jéj troskliwością ojcowską, niewdzięczna wyprowadza się z niego.
— Co to jest?
— To jest, mylę się, bo się już wyprowadziła.
— Moja córka wydaliła się?
— Tak jest, uszła.
— Którędyż?
— Drzwiami. O, bo ona nie jest tak jak tamte inne panny, które w nocy przez okno uciekają. To prawdziwa krew waszéj królewskiéj mości; i gdybym o tém przez jednę chwilę był wątpił, przekonałbym się teraz jak n ajzupełniéj.
— A pani Desroches?
— Jest w Palais-royal. Przybyła oznajmić waszéj królewskiéj mości ten wypadek. Widziałem ją dopiéro.
— Więc nie mogła temu przeszkodzić?
— Panna postąpiła według woli swojéj.
— Potrzeba było kazać służbie drzwi pozamykać. Oni nie wiedzą że to moja córka i nie potrzebowali jéj słuchać.
— Pani Desroches ulękła się gniewu panny, a służba szpady.
— Szpady? bredzisz! pijanyś, Dubois.
— O tak, doprawdy, że się upijam, to jest: wodą z cykorją. Nie jaśnie oświecony panie, jeżelim upojony, to raczéj uwielbieniem dla przezorności waszéj królewskiéj mości, gdy książę sam chcesz jaki interes przeprowadzić.
— Ale cóżeś ty o szpadzie mówił? o jakiéjże to szpadzie?
— O szpadzie, któréj rozkazuje panna Helena a która jest własnością ładnego, młodego chłopca...
— Dubois!
— Który ją bardzo kocha...
— Oszaleję przy tobie.
— I który jéj towarzyszył z Nantes do Rambouillet.
— Pan de Livry?
— Toćże jaśnie oświecony panie wiesz nazwisko jego, a więc nic nowego nie powiadam.
— Dubois, bardzom znękany.
— I to słusznie. Ale to takie bywają skutki, chcąc samemu zajmować się sprawami swojemi, mając zarazem i z Francją do czynienia.
— Ale gdzież ona jest teraz?
— A ba! alboż ja to wiem?
— Dubois, tyżeś mnie uwiadomił o jéj ucieczce, a teraz powinieneś mi donieść gdzie się znajduje. Dubois, mój kochany, ja muszę odzyskać moję córkę!
— O! jakżeś teraz jaśnie oświecony pan strasznie podobien do ojców molierowskich a ja do Skapina... O mój Skapinie! mój kochany, dobry Skapinku, wynajdź mi moją córkę!... Przykro mi to wyznać, ale rzeczywiście, że i Garonte lepiejby tego nie powiedział. A więc poszukamy córki waszéj królewskiéj mości, wynajdziemy ją, i pomścimy się na jéj uwodzicielu.
— Wyszukaj mi ją, Dubois, a potém żądaj co chcesz.
— Otóż to mi się podoba! i tak należy gadać.
Rejent rzucił się na krzesło i zakrył twarz dłońmi, a Dubois nie przerywał mu jego żalu, ciesząc się w duszy, z tego zdarzenia, które zdwoiło władzę, jaką miał nad nim; uśmiechał się złośliwie, przypatrując mu się, gdy wtem coś zcicha we drzwi zastukało.
— Kto tam? zawołał Dubois.
— Jaśnie oświecony panie, ozwał się za drzwiami na służbie będący urzędnik, jest tam na dole w powozie, którym kawaler przyjechał, jakaś panna, która go się zapytać kazała, czy nie nadejdzie wkrótce i czyli ona długo jeszcze ma czekać.
Dubois podskoczył i szybko rzucił się ku drzwiom, ale już było zapóźno, bo rejent, posłyszawszy powyższe wyrazy, przypomniał sobie uroczystą przysięgę, daną Gastonowi.
— Dokądże jaśnie oświecony pan idziesz? pytał zniepokojony Dubois.
— Po tę młodą dziewczynę.
— To jest rzecz moja a bynajmniéj nie waszéj królewskiéj mości. Czyś jaśnie oświecony pan zapomniał, żeś w moje ręce ten cały oddał spisek?
— Oddałem ci kawalera, to prawda. Ale przyrzekłem mu, że zastąpię ojca kochance jego. Dałem słowo, i dotrzymam je. Ponieważ jéj kochanka na śmierć skazuję, to powinienem przynajmniéj starać się pocieszać ją.
— Wezmę to na siebie, mówił Dubois, usiłując szatańskim uśmiechem, jemu tylko właściwym, pokryć swoję bladość i pomięszanie.
— Milcz i nie ruszaj się ztąd! zawołał rejent, byś znowu czegoś niegodnego nie popełnił.
— Tam do licha! dozwólżeż przynajmniéj wasza królewska mość, bym się z nią rożmówił.
— Ja sam z nią pomówię. To do ciebie wcale nie należy. Mam obowiązek, dałem słowo swoję... Milcz i pozostań tutaj.
Dubois gryzł sobie pięści, ale skoro rejent w ten sposób przemawiał, potrzeba było słuchać; oparł się więc o przymurek kominka i czekał. Niezadługo posłyszano za portjerą szmer jedwabnéj sukni.
— To tutaj, pani, ozwał się urzędnik służbowy.
— Otóż i ona! zawołał książę. Pamiętajże, Dubois, że ta młoda dziewczyna w niczém nie odpowiada za winę kochanka swego, przeto miéj wszelkie dla niéj względy.
— Proszę wejść, dodał, obracając się ku drzwiom.
Na to wezwanie odsunięto spiesznie portjerę, i młoda dziewczyna postąpiła ku rejentowi, który się nagle cofnął, jakby piorunem rażony.
— Moja córka! poszepnął, usiłując zapanować nad sobą, gdy Helena poszukawszy spojrzeniem Gastona, głęboko mu się skłoniła.
Dubois się skrzywił.
— Przepraszam pana, ozwała się Helena, ale podobnom się omyliła. Szukam tutaj przyjaciela mojego, który mnie zostawił na dole i niebawem miał po mnie powrócić. Czekając już zbyt długo, radabym się czegoś o nim dowiedzieć. Przyprowadzono mnie tu zapewne przez omyłkę...
— Bynajmniéj, odpowiedział książę. Kawaler de Chaulay tylko co ztąd wyszedł, a ja czekałem na panią.
Gdy rejent mówił, Helena, uderzona czemś, co jéj nawet na chwilę dozwoliło o Gastonie zapomnieć, przyzwala na pomoc pamięć swoję i zawołała nagle:
— O mój Boże! Jakżeż to dziwnie!
— Co pani jest?
— Tak, tak. Inaczéj być nie może...
— Dokończ pani, bo nie wiem co chcesz powiedzieć.
— O panie! odpowiedziała Helena ze drżeniem, jest to dziwnie, jak mi głos pański przypomina...
Helena zatrzymała się.
— Zapewne kogoś ze znajomych pani? zapylał rejent.
— Przypomina mi osobę, z którą tylko jedyny raz w życiu byłam, ale głos jéj Utkwił w sercu mojém na zawsze.
— I cóż to była za osoba? pytał rejent.
— Ta osoba mówiła... że jest ojcem moim.
— Wdzięcznym temu trafowi, bo to podobieństwo głosu mojego do głosu osoby drogiéj dla pani, może doda więcéj znaczenia słowom moim. Wiadomo pani zapewne, że kawaler de Chaulay zaszczycił mnie wyborem opiekuna pani.
— Mówił mi, że mnie zaprowadzi do kogoś, co mnie obroni od niebespieczeństwa, jakie mi grozi.
— I jakież to niebezpieczeństwo pani grozi?
Helena się obejrzała i zatrzymała wzrok swój z wyrazem niespokojności na Dubois. Widoczném było, że o ile twarz rejenta budziła w niéj sympatją, o tyle poczuła dla Dubois wstrętu.
— Podobnom tu zbyteczny, przemówił Dubois zcicha do rejenta, wyczytawszy myśl Heleny z jéj oczu, a więc odchodzę. Zresztą, wszakżeż mnie wasza królewska mość już teraz i nie potrzebujesz?
— Nie. Ale będziesz mi potrzebnym za chwilę, nie oddalaj się.
— Będę na rozkazy waszéj królewskiéj mości.
Ta cała rozmowa była prowadzona tak cichym głosem, że Helena i słówka jednego nie dosłyszała; nadto cofnęła się jeszcze o parę kroków, ażeby nie być natrętną, i trzymała oczy ciągle we drzwi wlepione, mając nadzieję, że Gaston nadejdzie. Co dla Dubois niejaką było pociechą, gdy pomyślał, że ta, która mu tak nie w porę wszystkie popsuła szyki, przynajmniéj pod tym względem zawodu dozna.
Po wydaleniu się jego, i rejent i Helena wolniéj odetchnęli.
— Siadaj pani, bo dużo mamy z sobą do mówienia, ozwał się książę.
— Nasamprzód racz mi pan na jedno odpowiedzieć pytanie: kawalerowi de Chaulay nie grozi żadne niebezpieczeństwo, nieprawdaż?
— Zaraz o nim pomówimy. On panią do mnie przywiózł i oddał pod opiekę, moją. Więc nasamprzód chciéj mi pani powiedzieć, przeciwko komu mam panią bronić?
— To wszystko, co mnie od dni kilku spotkało, jest tak dziwne, że nie wiem czego się mam lękać i komu zaufać. Gdyby Gaston był tutaj...
— Rozumiem, że gdyby panią do tego upoważnił, powiedziałabyś mi wszystko. Ale gdy panią przekonam, że mniej więcéj znam całe położenie twoje?
— Pan?
— Tak jest, ja! Pani się nazywasz Helena de Chaverny i byłaś wychowana w klasztorze Augustjanek pomiędzy Nantes a Clisson. Dnia jednego wezwał cię twój tajemniczy protektor, byś opuściła klasztor, i opuściłaś go w towarzystwie jednéj z sióstr, która za to dostała sto luidorów. W Rambouillet czekała na panią, kobiéta nazwiskiem Desroches. Taż ciebie uwiadomiła o wizycie ojca twojego. I tegoż samego wieczora, nie odwiedziłże panią ktoś co cię kocha i którego mniemałaś, że nawzajem kochasz?
— Tak panie, to wszystko jest prawdą, odpowiedziała Helena zdziwiona, że ktoś obcy tak dobrze zna te wszystkie szczegóły.
— Nazajutrz odwiedził panią kawaler Gaston de Chaulay, który ci pod przybraniem nazwiskiem pana de Livry w ciągu całéj drogi towarzyszył. Téj wizycie opierała się napróżno pani Desroches.
— Tak jest, i zapewne to Gaston wszystko panu powiedział.
— Potem kazano panią do Paryża przywieść. Opierałaś się temu, ale musiałaś pani być posłuszną. Umieszczono cię w domu, na przedmieściu ś. Antoniego, ale niewola tamże była nieznośną dla pani.—
Mylisz się pan, nie była to niewola tylko, ale raczéj więzienie.
— Tłumacz się pani jaśniéj.
— Czyż Gaston nie opowiedział panu obawy swojéj, któréj z początku nie podzielałam, a następnie całkiem się nią przejęłam?
— Nie. Jakaż to obawa?
— Jeżeli on tego panu nie powiedział, to jakżeż ja to wypowiedzieć zdołam?
— Przyjacielowi wszystko powiedzieć można.
— Nie powiedziałże panu, że ów człowiek, którego z początku za ojca mojego miałam!...
— Którego miałaś za ojca swojego?...
— Oh tak! przysięgam panu, że gdym głos jego posłyszała, uczula ściśnienie ręki, bynajmniej o tém nie wątpiłam, i potrzeba niemal było widocznego przekonania, by w miejscu miłości dziecięcéj w sercu mojém, zagościła obawa.
— Nie rozumiem pani, mów daléj. Jakżeż mogłaś lękać się człowieka, który zdawał się tyle mieć przywiązania do ciebie.
— O, pan mnie nie rozumiesz! Przewieziono mnie z Rambouillet do Paryża i umieszczono w owym domku na przedmieściu ś. Antoniego, a ten domek wyraźniéj od ostrzeżeń Gastona mówił mi o wszystkiém. Uważałam siebie już za zgubioną. Poznałam, że udana czułość mniemanego ojca tylko zamiary uwodziciela pokrywała. Nie miałam żadnego innego przyjaciela, prócz Gastona, napisałam do niego i przyszedł.
— Więc to uciekając przed uwodzicielem opuściłaś dom ten, a nie uchodząc z kochankiem? zawołał rejent do najwyższego stopnia uradowany.
— Tak jest, panie, i gdybym była wierzyła w rzeczywistość owego ojca, którego raz tylko widziałam i który się tylu tajemnicami otoczył, przysięgam, iżbym się nigdy z drogi, jaką mi obowiązki córki wskazywały, nie była oddaliła.
— O dziecię drogie! zawołał rejent takim głosem, że Helena aż zadrżała.
— Polem mówił mi Gaston o jakiejś osobie, która mu niczego odmówić nie jest w stanie, która mi ojca zastąpi i czuwać nademną będzie. Przywiózł mnie tutaj i powiedział mi, odchodząc, że zaraz znowu po mnie powróci. Dłużéj jak godzinę czekałam go nadaremnie, i lękając się, czyli go jaki przypadek nie spotkał, poczęłam się dopytywać o niego.
Zachmurzyło się czoło rejenta.
— Więc to wpływ Gastona zwrócił cię od obowiązków twoich, i taż obawa jego obudziła twoję?
— Tak jest; uląkł się tajemnicy, jaka mnie otacza, bo sądził, że ona coś nieszczęsnego dla mnie ukrywa.
— Ale, ażeby panią przekonać, musiał ci na to jaki dać dowód?
— Byłoż prócz tego domu, jeszcze innego potrzeba dowodu? Ojciec córki swojéj tamby nie zaprowadził!
— Tak, to prawda, poszepnął rejent, niesłusznie sobie postąpił. Ale wyznaj, że bez podmawiania Gastona, nie byłabyś w niewinności swojéj, żadnego powzięła podejrzenia?
— Zapewne, ale na szczęście, Gaston czuwał nademną.
— Czy pani we wszystko wierzysz, co ci Gaston mówi?
— Tak chętnie podziela się zdanie ukochanéj osoby.
— I pani go kochasz?
— Już prawie dwa lata.
— Ale jakżeście się widywali w klasztorze?
— W nocy, za pomocą łódki.
— I częstoż panią widywał?
— Co tydzień.
— Więc go kochasz?
— Tak, panie, kocham go.
— Ale jakżeż mogłaś rozrządzać sercem swojém, wiedząc, że nie sama od siebie zależysz?
— Od lat szesnastu nic o rodzinie mojéj nie słyszałam, nie mogłam więc przypuszczać, że ona teraz zgłosi się do mnie, czyli raczéj, że ohydny podstęp wyrwie mnie z tego ustronia, w którém dotąd tak spokojnie żyłam.
— Więc ciągle myślisz, że ten człowiek kłamał przed tobą, że on nie jest ojcem twoim?
— Niestety! panie, już nie wiem w co wierzyć, i rozum mój błąka się w owéj gorączkowéj rzeczywistości, która mi się snem być wydaje.
— Ale czemużeś się raczej serca swego nie pytała, Heleno? Czyliż ono ci nic nie mówiła, gdy ten człowiek był przy tobie?
— O, przeciwnie, tak długo póki przy mnie bawił,, byłam pewną, że on jest ojcem moim, bom jeszcze nigdy podobnego nie doznawała wzruszenia.
— Tak, pochwycił rejent z goryczą, a gdy się oddalił to i to uczucie znikło, inném zatarte wrażeniem. Bo tamten był tylko ojcem twoim a Gaston kochankiem.
— Pan w dziwnym sposobie do mnie przemawiasz, i Helena się cofnęła.
— Przepraszana, wymówił rejent złagodzonym głosem, poznaję, że mnie moje współczucie dla pani za daleko uniosło. Lecz co mnie najwięcéj zastanawia, dodał z ciężkością, jest to, że będąc tyle kochaną przez kawalera de Chaulay, nie wywarłaś na nim takiego wpływu, by się zrzekł zamiarów swoich.
— Zamiarów swoich! nie wiem, co chcesz mówić, panie?
— Więc nie wiész z jakiem przedsięwzięciem przybył do Paryża?
— Nie wiem, panie. W dniu, w którym mu ze łzami powiedziałam, że muszę opuścić Clisson, powiedział mi także, że jest zniewolonym opuścić Nantes; a gdym dodała, że do Paryża jadę, odpowiedział mi okrzykiem radości, że i on do Paryża jedzie.
— A więc nie jesteś spólniczką jego! zawołał rejent oswobodzony z ciężaru, który mu serce przytłaczał.
— Jego spólniczką! krzyknęła Helena z przerażeniem, o mój Boże, cóż to pan mówisz?
— Nic, nic...
— O panie, wymówiłeś słowo, które mi wszystko odsłania. Tak, pytałam nieraz sama siebie, zkąd ta zmiana w usposobieniu Gastona; dla czego już od roku chmura smutku powleka mu lica, gdy o naszéj przyszłości wspominam; dla czego mi nieraz z smutnym odpowiada uśmiechem: «myślmy raczéj o teraźniejszości, Heleno, bo nikt nie jest pewnym jutra». Dla czego nakoniec, w tak głębokie pogrąża się dumania, jak gdyby mu jakie wielkie groziło nieszczęście? Ach, to wielkie nieszczęście, pan mi je odkryłeś. Gaston tam u nas przestawał tylko z malkontentami, jak Mont-Louis, Pontcalec, Talhouet, i t. p. Ah! Gaston jako spiskowy przybył do Paryża! O mój Boże!
— Więc nic o tym spisku nie wiedziałaś?
— Niestety! panie, jestem kobiétą, a Gaston pewnie uznał mnie za niegodna, by mi tak wielką, tajemnicę powierzyć.
— O, tém lepiéj, tém lepiéj. A teraz, moje dziecię, posłuchaj mnie, posłuchaj głosu przyjaciela, przyjm radę człowieka, który mógłby być ojcem twoim. Dozwól Gastonowi zginąć na téj drodze, którą sobie obrał, bo jeszcze masz czas do ocalenia siebie, nie postępując daléj...
— Jakto! zawołała Helena, i jażbym go opuścić miała, w chwili, w któréj, jak pan wyrzekłeś, grozi mu niebezpieczeństwo? O, nie, nie panie! jesteśmy sami tylko na świecie: on ma mnie jednę tylko, a ja nie mam nikogo prócz niego. Gaston nie ma już rodziny, a ja jéj jeszcze nie znalazłam; i jeżeli ją mam, to już i nawykła do nieobecności mojéj, niewidziawszy mnie od lat 16. Możemy przeto zginąć oboje, i nikt po nas nie zapłacze. Panie! oszukałam ciebie, jestem wspólniczką każdéj zbrodni, jaką Gaston popełnił albo wykonać zamierza.
— Ah! westchnął rejent stłumionym głosem, ostatnią tracę nadzieję, bo ona go kocha!
Helena z zadziwieniem zwróciła się ku nieznajomemu, który jéj tyle okazywał współczucia. Rejent się uspokoił.
— Ale czyliżeś go się przecie raz już nie zrzekła? Przecieżeś mu powiedziała, w owym dniu, gdyście się żegnali, że wszystko pomiędzy wami powinno być skończone, że nie masz prawa rozrządzania ani sercem ani osobą twoją?
— Powiedziałam mu to! zawołała Helena z uniesieniem, bom wtedy sądziła, że on jest szczęśliwym, bom nie wiedziała, że jego wolność, a może i życie są zagrożonemi. Wówczas tylko serce moje byłoby cierpiało a sumienie spokojném. Byłabym tylko czoło stawiała boleści a nie potrzebowała walczyć z zgryzotą. Ale odkąd wiem, że mu grozi niebezpieczeństwo, że jest nieszczęśliwy, czuję, że jego życie jest życiem mojém.
— Ale może sobie tę miłość swoję dla niego wyobrażasz większą, aniżeli jest w istocie, mówił rejent, by się przekonać o wielkości jéj uczuć. Tę miłość potrafi wyleczyć nieobecność jego.
— Moja miłość przetrwa wszystko! W osamotnieniu, w którem mnie moi rodzice zostawili, miłość ta była moją, nadzieją. jedyną, mojém szczęściem, całém życiem mojém. O, mój panie! na miłość Boską, jeżeli masz jaką nad nim władzę, i masz ją niezawodnie, bo ci powierzył tajemnicę, którą przedemną ukrywał, to go skłoń, by się zrzekł zamiarów swoich, i powiedz mu to, czegom ja nie śmiała mu powiedzieć, że go kocham nad wszelki wyraz! Powiedz mu, że z nim los każdy podzielę: gdy zostanie wygnańcem, i ja będę wygnanką; z więźniem zamieszkam więzienie; umrze, to i ja umrę. Powiedz mu to wszystko, panie, i dodaj... dodaj, żeś po łzach moich i rozpaczy widział, że prawdę mówię.
— O biedne dziecię! poszepnął rejent.
I wszakżeż dla każdego położenie Heleny było godném litości. Bladość jéj straszne zdradzała cierpienia, i mówiąc, łzy jéj same, bez łkania, płynęły, jako towarzysze jéj słów; widać było, że te słowa wychodziły z serca, że nic nie przyrzekała, czegoby w każdéj chwili dokonać gotową nie była.
— Dobrze, niechżeż tak będzie: przyrzekam pani, że wszystko uczynię, by ocalić Gastona.
Helena chciała mu do nóg upaść, tyle obaw a przed nieszczęściem grożącém Gastonowi, zgnębiła siłę jéj ducha. Rejent ujął ją w swoje ramiona. Helena zadrżała, bo w dotknięciu się tego człowieka było coś, co jéj serce nadzieją i pociechą napawało. Pozostała więc wsparta na jego ręku, nie robiąc żadnego poruszenia, by się podnieść.
— A więc przejdźmy do tego, co nam najspieszniéj czynić wypada, ozwał się rejent, popatrzywszy przez chwil kilka na Helenę z takim wyrazem, że byłby się niezawodnie zdradził, gdyby w téj chwili była na niego spojrzała. Prawda, że Gastonowi wielkie grozi niebezpieczeństwo, ale ono nie jest bezpośredniém, więc pomyślmy pierwéj o pani, któréj położenie smutne i niewłaściwe, od wszystkiego jest zawisłem. Powierzono ciebie opiece mojéj, i powiniem się z tego obowiązku co rychlej, jako dobry ojciec rodziny, wywiązać. Czy pani masz we mnie zaufanie?
— O, tak! bo wszakżeż to Gaston mnie przywiózł do pana.
— Zawsze Gaston, poszepnął rejent zcicha, a potém zwrócił się do Heleny, mówiąc:
— Pozostaniesz pani w tym tutaj domu, który jest zupełnie nieznany. Zatrzymasz wszelką wolność i będziesz miała dla rozrywki książki i towarzystwo moje, jeżeli to może pani sprawić przyjemność.
Helena chciała coś mówić.
— Zresztą przerwał jéj rejent, będzie to dla pani sposobność mówienia o Gastonie.
Helena się zarumieniła.
— Kościół pobliski będzie zawsze otwartym dla pani, a jeżeli najmniejszéj doznasz obawy, jak poprzednio, możesz znowu do klasztoru powrócić, jeżeli zechcesz, znam się dobrze z ksienią.
— O panie, zupełnie mnie uspokoiłeś; chętnie przyjmę mieszkanie, które mi wskazujesz, a dobroć, jaką nam świadczysz, uczynią dla mnie obecność pańską nieskończenie miłą.
Rejent się skłonił.
— Więc rozgość się pani tutaj, jakoby w domu swoim. Obok salonu, zdaje mi się, jest zaraz i pokój sypialny. Rozkład na dole jest bardzo dogodny, a dziś wieczór przyszlę pani dwie zakonnice, które zapewne nad inną służbę przenosisz.
— O, tak, panie.
— Więc się niemal już wyrzekłaś.... swojego ojca?
— Ah czyż pan nie pojmujesz, że to jedynie z obawy, że nie wiem czy on istotnie jest ojcem moim?
— Jednakże téj obawy nic nie potwierdza. A ów dom, który rzeczywiście za zarzut przeciwko niemu posłużyć może, mógł mu być zupełnie nieznanym.
— O, to prawie jest niepodobna!
— Ale... gdyby się znowu starał zbliżyć do pani, gdyby wynalazł mieszkanie twoje i żądał, byś do niego wróciła, albo przynajmniéj z nim się widziała?...
— Uprzedzilibyśmy o tém Gastona, i zdanie jego...
— Dobrze, odpowiedział rejent z uśmiechem melancholicznym, podał jéj rękę i zwrócił się ku drzwiom.
— Panie! zawołała Helena drżącym i zaledwie dosłyszalnym głosem.
— Czy pani czego jeszcze życzysz?
— A on... czy mogę go zobaczyć?
Wyrazy te, jakoby konające, wyszły z ust młodéj dziewczyny.
— Tak, ale dla pani będzie przyzwoiciéj, jeżeli to rzadko tylko nastąpi:
Helena spuściła oczy.
— Zresztą on wyjechał i dopiero za dni kilka powróci.
— Ale za powrotem go zobaczę?
— Przyrzekam to pani.
W dziesięć minut potém nadeszły dwie zakonnice i jedna siostra służebna do Heleny, mające dwór jéj stanowić.
Wyszedłszy od córki swojéj, rejent zapytał się o Dubois, ale mu odpowiedziano, że czekał na księcia więcéj jak pół godziny a potém udał się do Palais royal.
Książe zastał go istotnie w jego mieszkaniu, pracującego wraz z sekretarzami swoimi; na stole przed nim leżał pugilares papierami napchany.
— Przepraszam waszą królewską mość miljony miljonów razy, ozwał się Dubois, spostrzegając gościa. Ale gdy waszéj królewskiéj mości tak długo widać nie było i konferencja jeszcze przedłużyć się mogła, pozwoliłem sobie niestosować się do danego mi rozkazu, i powróciłem do mojéj pracy.
— Dobrześ zrobił, lecz chcę mówić z tobą.
— Zemną?
— Tak, z tobą.
— Zemną samym?
— Nie inaczéj, z tobą samym.
— W takim razie zechcesz mnie wasza królewska mość czekać u siebie albo przejść do gabinetu mojego.
— Idźmy do gabinetu.
Dubois pochylając się z uszanowaniem wskazał rejentowi drzwi od gabinetu. Rejent wszedł pierwszy, a za nim Dubois, zabierając z sobą pugilares, zapewne na tę wizytę przygotowany.
W gabinecie książę obejrzał się na wszystkie strony i zapytał:
— Czy jesteśmy tu bespieczni?
— Widzi Bóg, że drzwi są podwójne a mury na dwie stopy grube.
Rejent rzucił się na krzesło i w głębokie pogrążył się dumanie.
— Czekam na rozkazy, waszéj królewskiéj mości, przemówił Dubois po chwili.
— Powiedz mi, zapytał rejent tonem człowieka zdecydowanego nieprzyjmować żadnych uwag, powiedz mi, jestże kawaler w hastylji?
— Powinien tam być od półgodziny, jaśnie oświecony panie.
— Więc napisz natychmiast do pana Delaunay, bo chcę, ażeby go bezzwłocznie uwolnił.
Zdaje się, że Dubois spodziewał się tego rozkazu, bo nic na to nie odpowiedział i nie zadziwił się wcale: lecz wyjął z pugilaresu zwój papierów i począł je przeglądać.
— Czy mnie słyszałeś? ozwał się rejent po chwili.
— Jak najdokładniéj.
— A więc bądź posłusznym.
— Pisz wasza królewska mość sam do niego.
— I dla czegóż sam mam pisać?
— Bo mojéj ręki nic w świecie nie zmusi, by podpisała zgubę waszej królewskiéj mości.
— Otóż i znowu frazesa! zawołał książę zniecierpliwiony.
— Bynajmniej nie frazesa lecz fakta, jaśnie oświecony panie, bo kawaler de Chaulay jestże, albo nie, knującym spisek?
— Jest nim, ale córka moja go kocha.
— Słuszny powód, aby go uwolnić.
— Dla ciebie to jest niczém, lecz dla mnie świętem. Więc on wyjdzie z baslylji i to natychmiast.
Idźwasza królewska mość sam po niego, ja bynajmniéj temu nie przeszkadzam.
— I ty wiedziałeś o téj tajemnicy, mój panie?
— O jakiéj tajemnicy?
— Że pan de Livry i kawaler są jedną i tą samą osobą.
— No, wiedziałem o tém, i cóż daléj?
— Chciałeś mnie oszukać.
— Pragnąłem tylko waszą królewską mość ocalić od tych czułostek, w których toniesz obecnie. Rejent Francji, zajęty i tak już swojemi zabawami i kaprysami, nie mógł upaść gorzéj, jak ulegając namiętności, a jeszcze jakiéj namiętności! miłości rodzicielskiéj! jestto straszna namiętność. Miłość zwyczajna się zadowoli i zużyje się, lecz czułość ojcowska jest nienasyconą a przedewszystkiém nieznośną. Popchnie ona waszą królewską mość do tysiąca niedorzeczności, którym ja zapobiegnę, z téj najprostszéj przyczyny, że nie mam szczęścia być ojcem, z czego się zawsze mocno raduję, widząc nieszczęście tych, albo głupstwo, którzy są ojcami.
— I cóż mnie to wreszcie obchodzi! nadto, Chaulay mnie nie zabije, wiedząc że to ja go ułaskawiłem.
— Nie, ależ i on nie umrze, zabawiwszy dni kilka w bastylji: i powinien tam dłużéj pozostać.
— A ja ci powiadani, że ztamtąd dziś jeszcze wyjdzie.
— Powinien tam pozostać dla własnego honoru, bo gdyby go dziś uwolniono, uwięzieni w Nantes spólnicy jego, a których wasza królewska mość zapewne nie masz zamiaru uwolnić także, mieliby go za zdrajcę i szpiega, któremu darowano dla tego winę, że ich oskarżył.
Rejent się zamyślił.
— Otóż takimi wszyscy jesteście, królowie i panujący książęta! Błahy powód tak samo jak i honorowa przyczyna, jak ta, którą teraz przytoczyłem, zamyka wam usta i przekonywa was, lecz nie chcecie zrozumieć wielkich, prawdziwych, od których szczęście państwa zawisło. Cóż mnie to obchodzi i cóż to obchodzi Francją, że panna Helena, córka naturalna rejenta, zapłacze nad stratą kochanka swojego, kawalera de Chaulay? Dziesięć tysięcy matek, dziesięć tysięcy żon i dziewcząt, zapłaczą w przeciągu roku nad stratą swoich synów, mężów i ojców, zabitych w usługach waszéj królewskiéj mości, przez Hiszpanów, którzy dobroć jaśnie oświeconego pana sądzą być niemocą i których ta bezkarność coraz bardziéj uzuchwala. Mamy w ręku spisek i trzeba mu sprawiedliwość wymierzyć. Pan de Chaulay, przewódzca czyli ajent związku, który przybył do Paryża, by zabić waszą królewską mość, jaśnie oświecony pan temu nie zaprzeczysz, bo dość jaśnie wszystko wypowiedział, jest kochankiem córki waszéj królewskiéj mości. Tém gorzéj, bo całe to nieszczęście pada na głowę jaśnie oświeconego pana. Wiedziałem o tém, wiedziałem, że jest kochanym. Wiedziałem, że się nazywa de Chaulay a nie de Livry. Lecz udawałem że nie wiem, ażeby surowo ukaranym został wraz z spójnikami swoimi, bo potrzeba, ażeby się raz przekonali, że głowa rejenta nie jest tarczą, do któréj się z nudów lub fanfaronady strzela, a potém zostaje się spokojnym i bespiecznym, gdy wystrzał chybił.
— O. Dubois! ja nie zabiję córki mojéj dla ocalenia życia; a byłoby to zabójstwem dla niéj, gdyby głowa Gastona spadła. Niechaj więc zupełnie będzie wolny, gdy na nim całkowitéj kary wymierzyć nie możemy: żadnego więzienia, żadnych tortur. Przebaczmy mu najzupełniéj.
— Ach tak, przebaczmy, otóż i wymówione owo wielkie słowo! Ale nie sprzykrzyłoż się jeszcze waszéj królewskiéj mości śpiewać wiecznie to słówko na jednę i tę samą, nutę?
— Obecnie przynajmniéj nuta powinna była się zmienić, bo nie nastrojona wspaniałomyślnością.. Biorę niebo na świadki, że chciałbym ukarać tego człowieka, który jest więcej odemnie, jako ojca, kochany, i który mi ostatnią córkę moję zabiera. Lecz zastanowiłem się, i Chaulay będzie wolnym!
— Chaulay będzie wolnym, dobrze. Któż się temu opiera? Ale niech to nastąpi nieco późniéj... za dni kilka. Przecież mu nic złego nie robimy! Nie umrze, dalibóg, chociaż przez tydzień w bastylji posiedzi. Bo miéj wasza królewska mość na względzie, ażeby biednego rządu naszego nie wyszydzono. Pomniéj jaśnie oświecony pan, że w téj chwili już tam śledzą tę sprawę, i to bardzo surowo. A tamci także mają, kochanki, żony i matki... I czyliż oni, choćby cokolwiek, obchodzą waszą królewską mość?... A ba!... nie jesteś takim szaleńcem!... Pomniéj także wasza królewska mość, jakby się to wszyscy śmiali, gdyby się dowiedzieli, że córka rejenta kochała tego, który miał zabić jéj ojca. Bękarty zwłaszcza, śmieliby się z jaki miesiąc. Pani de Maintenon, dziś dogorywająca, z martwychby powstała i żyłaby jeszcze rok cały. Co tam, do djabla! bądź wasza królewska mość cierpliwym i dozwól kawalerowi zajadać kurczęta i zapijać wino pana de Launay. Wszakżeż i Richelieu siedzi sobie w bastylji! Toćże i on jest kochankiem jednéj z córek jaśnie oświeconego pana, a zabastyliowałeś go jednakże z rozkoszą serca. Dla czego to? bo był kochankiem pani de Parabère, pani de Lebran a może jeszcze i kilku innych.
— Ale cóż zrobisz nakoniec, przerwał rejent, gdy go już na dobre zaciągniesz w rejestr więźniów bastylji?
— A gdyby téż tam tylko mały odbył nowicjat, by stać się godniejszym zostania zięciem waszéj królewskiéj mości? Ale żart na stronę, czy jaśnie oświecony pan rzeczywiście w ten sposób chcesz go uszczęśliwić.
— O mój Boże, czyliż ja w téj chwili myślę o czemkolwiek? Niechciałbym tylko unieszczęśliwić mojéj biednéj Heleny. Sądzę jednakże, że wydając ją za niego nie zupełnie byłoby rzeczą właściwą, chociaż to rodzina de Chaulay do lepszych należy.
— Czyż ich jaśnie oświecony pan znasz? Brakowałoby nam tylko tego jeszcze!
— Słyszałem kiedyś o nich, ale nie pamiętam przy jakiéj sposobności. Tymczasem zobaczymy, twoje uwagi przekonały mnie, bo niechcę, by go miano za podlca. Pamiętaj jednakże o tém, ażeby się z nim dobrze obchodzono.
— Przecież jest pod panem de Launay; lecz wasza królewska mość nie znasz wcale bastylji. Gdybyś ją książę raz tylko był poznał, jużbyś nie chciał żadnego domku wiejskiego. Za nieboszczyka króla była więzieniem, Boże mój, przystaję na to, ale za dobrotliwych rządów Filipa Orleańskiego, bastylja zamieniła się w maison de plaisonce. Wreszcie, można tam znaleść obecnie, najlepsze towarzystwo. Bywają tam codziennie festyny, bale, koncerta wokalne. Piją tam wino szampańskie za zdrowie księcia du Maine i króla hiszpańskiego. A wasza królewska mość płacisz za to. Dla tego też głośno pragną śmierci waszéj królewskijé mości i całéj jego rodziny. Dalibóg! kawaler de Chaulay będzie tam, jakby pomiędzy swoimi, i swobodny jak rybka w wodzie. Pożałuj go wasza królewska mość, biedaczysko!
— Tak nieinaczéj, wymówił rejent, zadowolony, że znalazł coś stanowczego, zobaczymy późniéj, po otrzymaniu objaśnień z Bretonii...
Dubois śmiechem parsknął.
— Objaśnienia z Bretanii! zawołał. O, dalibóg, że chciałbym wiedzieć, czego one nas jeszcze nauczyć mogą, po tém, co Chaulay sam waszéj królewskiéj mości powiedział. Czyż jaśnie oświeconemu panu jeszcze nie dosyć na tém? Ho ho! co do mnie, to byłoby już i za wiele.
— Bo też ty mną nie jesteś, opacie.
— Tak, na nieszczęście! bo gdybym był księciem rejentem, to już oddawna byłbym siebie kardynałem zrobił... Lecz nie mówmy teraz o tém, to przyjdzie w swoim czasie, jak sądzę, Nadto, zdaje mi się, żem wynalazł sposób rozwiązania tego, co waszą królewską mość niepokoi.
— Nie chcę twoich środków, mówię ci to, opacie.
— Wasza królewska mość zajmujesz się dla tego tylko kawalerem, że się nim panna Helena zajęła, nieprawdaż?
— I cóż dalej?
— A gdyby jéj się, za tyle miłości, Gaston niewdzięcznością, odpłacił? Hę?... Panna dużo ma dumy i porzuciłaby pewnie swojego Bretończyka, byłby to zręczny podstęp, jak mi się zdaje.
— On miałby ją przestać kochać? takiego anioła? to niepodobna!
— Już to wiele aniołów czegoś podobnego doświadczało! A potém; bastylja już nie jedno zmieniła: tak tam łatwo zepsuć się, zwłaszcza w tém towarzystwie, jakie tam teraz zastanie.
— No, zobaczymy; lecz nic nie rozpoczynaj bez zezwolenia mojego.
— Nie lękaj się wasza królewska mość niczego! Dozwól mi tylko w mojéj malutkiéj polityce iść daléj, a przyrzekam że pozwolę rozkwitać rodzinie waszéj królewskiéj mości.
— Hultaju niecny! zawołał rejent, śmiejąc się, na mój honor, tybyś i samego szatana śmiesznym zrobił.
— Otóż, aby raz oddajesz mi wasza królewska mość sprawiedliwość. Nie zechceszże jaśnie oświecony pan korzystać z tego i przejrzeć zemną nadesłane mi z Nantes akta? To waszą królewską mość utwierdzi w dobrych zamysłach jego.
— Dobrze, ale kaź mi pierwéj panią Desroches zawołać.
— A! bardzo słusznie.
Dubois zadzwonił i powierzył rozkaz rejenta.
W dziesięć minut potém, weszła pani Desroches pokorna i strwożona; lecz w zamian burzy, któréj się lękała, otrzymała sto luidorów i udarowano ją uśmiechem.
— Nic tego nie pojmuję, wyrzekła sama do siebie, ale pokazuje się, że ta młoda dziewczyna nie była jego córką.


VIII.
B RETANIJA.

Pozwoli czytelnik, że teraz spojrzymy nieco po-za siebie: bo zajmując się głównymi bohaterami powieści naszéj, zostawiliśmy w Bretonii ludzi, którzy także na pewne zasługują współczucie. Nie mają oni wprawdzie zbyt wielkiego udziału w obecnym romansie, ale przyzywa ich historja swoim głosem niezłomnym, więc musimy jej być posłusznymi na teraz.

Przy pierwszéj zaraz konspiracji, Bretanija wielki miała udział w ruchu, jaki jéj nadali nieprawi, lecz wylegitymowani synowie królewscy, gdy z powodu roszczeń tychże, których swoimi książętami nazywała, przywołała im na pomoc nawet nieprzyjaciół, z którymi Ludwik XIV przez lat 60 a Francja od dwóch wieków zaciętą toczyła walkę.
Jednego wieczoru posłyszano głośniejsze imiona, zapisane do tego rokoszu. Rejent oznaczył to bardzo dowcipnie wyrażeniem: że ujął głowę i ogon, lecz mylił się, bo rzeczywiście schwycił tylko głowę i tułów. Głową było zebranie legitymowanych, król hiszpański i jego niedołężny ajent, książę de Cellamare; a tułowem owi dzielni i rozumni ludzie, którzy zapełnili bastylję. Nie ujęto zaś jeszcze ogona: ogon ten zbrojny w groty, jak ogon skorpiona, jedynie był zastraszającym.
Naczelnicy bretońscy odnowili projekt, ułożony przez kawalera de Rohan za czasów Ludwika XIV; wymieniamy tutaj kawalera de Rohan, bo każdemu rokoszowi potrzeba nadać imię jego przewodzcy. Obok księcia, który był próżnym i poślednim człowiekiem, siało dwóch mężów dzielnych, jeden jako myśl, a drugi jako wykonawca. Jednym z nich był Latréaumonl, szlachcic normandzki. a drugim Affinius Van der Enden, filozof holenderski. Latréaumontchciał pieniędzy, więc tylko był ramieniem: Alfinius żądał rzeczypospolitéj, więc był duszą. Nadto pragnął tę rzeczpospolitą objąć w królestwie Ludwika XIV, by przezto wielkiemu królowi tém większą zrządzić przykrość, który nienawidził wszystkich republikanów, gdyby i o trzysta mil byli oddaleni; który prześladował i zgubił wielkiego pensjonarza hollandji, Jana de Witt, w czém się okrutniejszym od stadhudera, księcia Oranii, okazał: tamten, mieniąc się być wrogiem pensjonarza, mścił się na nim za osobiste obelgi, gdy przeciwnie, Ludwik XIV doznał tylko życzliwości i najlepszych chęci z strony tego wielkiego męża.
Otóż Affinius chciał rzeczypospolitéj w Normandji, i mianował kawalera de Rohan jej protektorem; spiskowi bretońscy, chcąc kraj swój pomścić za kilka obelg, miotanych nań za czasów rejencji, chętnie uznali rzeczpospolitą, choćby i pod protektoratem Hiszpana. W każdym zaś razie wielkie otworzyły się widoki dla księcia du Maine.
Nastąpiło więc, że pierwszym zaraz oświadczeniom Hiszpanów, Bretończykowie chętnego nastawili ucha. Nie mieli oni wprawdzie większych pobudek do niezadowolenia, jak inne prowincje, ale wówczas nie byli jeszcze jawnie wcielonymi do narodowości francuskiéj. Mieli na dobre wojnę rozpocząć, i to było ich celem. Richelieu przygnębiał ich surowo; nie czuli już obecnie żelaznéj jego ręki, więc się chcieli usamowolnić pod rządem Dubois. Poczęli ścigać nienawiścią swoją administratorów nasłanych im przez rejenta. Każdą rewolucją zwykle poprzedzały rozruchy.
Montorau otrzymał rozkaz czuwać nad stanami: był to urząd jakoby wicekróla. Słyszano skargi ludzi a odbierano im jednak pieniądze. Stany żaliły się bardzo, lecz nie dawały pieniędzy, mówiąc, że im się nadzorca nie podoba. Powód ten zdawał się być bardzo błahym panu de Montesquiou, człowiekowi dawnego rządu, nawykłemu do sposobu postępowania Ludwika XIV.
— Nie możecie złożyć tego zażalenia u stóp jego królewskiéj mości, odpowiedział im, bo będziecie uważani jako buntownicy. Zapłaćcie pierwéj, a potém skarżcie się. Król wysłucha wasze żale ale nic o tém nie chce wiedzieć, że macie wstręt do człowieka, którego wyborem swoim zaszczycił.
Rzecz tak się miała: pan de Montorau był w owym czasie intendentem prowincji, w czém cała jego polegała wina, chociaż Bretończycy mniemali, że mają słuszny powód żalenia się na niego. Każdy inny w jego miejscu, byłby tak samo ich nienawiść na siebie ściągnął. Montesquiou więc nie przyjął tych warunków i obstawał przy pobieraniu datku z łaski (don gratuit), a stany trwały w odmawianiu go.
— Panie marszałku, mówił mu jeden z deputowanych, zapominasz się, mowa podobna byłaby właściwą dla jenerała jakiego w kraju przez niego zdobytym, ale nie w obec ludzi wolnych, zaopatrzonych w przywileje. Nie jesteśmy ani wrogami, ani też żołnierzami: tylko obywatelami i panami w własnéj siedzibie. W zamian tego, czego od króla żądamy, to jest: by odwołał pana de Montorau, który nie posiada przychylności ludu całéj prowincji, z chęcią przystaniemy na nałożony na nas podatek, ale jeżeli rząd tylko swoim widokom dogadzać zechce, zatrzymamy pieniądze nasze i wytrwamy z nienawistnym nam intendentem.
Pan de Montesquiou skrzywił twarz pogardliwie i odwrócił się tyłem do deputowanych, którzy toż samo zrobili, i rozeszli się, każdy swoję zachowując godność.
Marszałek jednakże chciał końca czekać cierpliwie: pochlebiał sobie, że posiada zdolność dyplomatyczną i przypuszczał, że prywatne zebrania uskutecznią to, co ślepe obstawanie za rządem, tak nie w porę było zagmatwało. Lecz szlachta bretońska jest dumną. Upokorzona poprzedniém postępowaniem marszałka, pozostała u siebie nie ukazując się więcéj w salonach jego. Pozbawiony więc całkiem ich towarzystwa, zawiedziony w oczekiwaniu swojém, przeszedł od pogardy do gniewu, a od gniewu do szalonych postanowień. I tego to właśnie oczekiwała Hiszpanija.
Montesquiou, który korrespondował z władzami w Nantes, w Quimper, w Vannes i Rennes, oświadczył im, że teraz widzi, iż ma do czynienia z samymi tylko buntownikami, lecz że postawi na swojém, a jego dwunastotysięczny korpus nauczy Bretończyków grzeczności i prawdziwéj wielkości duszy.
Stany się zebrały; szlachtę z ludem Bretanii przedziela tylko krok jeden, iskra się zatliła i stowarzyszyli się wszyscy obywatele. Oświadczyli nawzajem panu de Montesquiou, że jeżeli on ma dwanaście tysięcy żołnierza, Bretanija może ich sto tysięcy postawić, którzy uzbrojeni w kamienie, w widły a nawet i w strzelby, potrafią tamtych nauczyć, by się nie mieszali w to, co do nich nie należy.
I marszałek przekonał się, że na prowincji stowarzyszyło się rzeczywiście sto tysięcy zbrojnego ludu. Zastanowił się przeto, i dla dobra rządu, rzeczy pozostały takiemi jak były. Wtedy to złagodzona szlachta, widząc się poważaną, ułożyła podanie swoje w przyzwoitszéj formie. Lecz Dubois łącznie z radą rejencji nie chciał się do niczego przychylić: uważając to podanie, jako krok jawnej nieprzyjaźni.
Montorau, Montesquiou, Pantcalec i Talhouet poczęli ciągłe pomiędzy sobą toczyć spory. Pantcalec, człowiek serca i wykonania, połączył się z malkontentami na prowincji, i z tego to żywiołu bezkształtnego dotąd, powstał zarodek walki, którąśmy widzieli.
Teraz już cofnięcie się było niepodobném: walka ta stawała się coraz groźniejszą, a dwór przypuszczał, że to tylko jest bunt przeciwko nałożonym podatkom, i nie dojrzał w tém bynajmniéj sprawy hiszpańskiéj. Bretończykowie, podkopujący cichaczem rejencją, wołali głośno: «Precz z podatkami! precz z Montorau.» i krzyk ten zagłuszał ich antypatryotycznę mowy i działania. Jednakżeż rejent, mogący uchodzić za jednego z najzręczniejszych polityków swojego czasu, odgadł podstęp, nie dostrzegłszy go jeszcze. Domyślał się, że za tą zasłoną, wcale inne ukrywa się widmo, odwołał więc pana de Montorau, by się w domniemaniach swoich utwierdzić. Spiskowi tém podejściem zostali odkryci, bo gdywszystko było zadowoloném, oni jedni na poprzedniém zatrzymali się stanowisku.
Wtedy Pontcalec wraz z przyjaciółmi swoimi, ułożył wiadomy nam projekt; użyli środków gwałtownych, by dojść do celu, do którego teraz na innéj drodze dojść nie mogli. Powstanie dzisiaj już nie miało téj przyczyny co dawniéj, ale z pod ciepłego jeszcze popiołu, można było wydobyć iskierkę, któraby nowy rozetliła pożar.
Hiszpanija czuwała. Alberoni, pobity przez Dubois w głośnéj sprawie Cellamarego, pragnął odwetu, i wszelkie skarby zgromadzone na korzyść związku w Paryżu i krew hiszpańską, wszystko przesłał do Bretanii, ażeby ich tam ze skutkiem użyto. Ale to obecnie już było zapóżno, Nie wierzył temu a ajenci jego go łudzili. Pantcalec wyobrażał sobie, że rozpocząć wojnę, było rzeczą zupełnie możebną, lecz wówczas Francja wypowiedziałaby wojnę Hiszpanii. Wyobrażał sobie także, że zabić rejenta było rzeczą również możebną, ale nie Chaulay, tylko on sam powinien był wvkonać to, czegoby i najpierwszy wróg Francji w owym czasie nic był uskutecznić doradzał.
Liczył na przybycie hiszpańskiego statku, z ładunkiem broni i pieniędzy; lecz statek ten nie przybył. Czekał na wiadomość od Chaulaya, a to był la Jonquière, który do niego pisał, a jeszcze jaki la Jonquière!...
Jednego wieczoru zebrał się Pantcalec wraz z przyjaciółmi w małéj izdebce, w Nantes, niedaleko starego zamku. Byli smutni, zwątpiali, gdy im Ducouëdic oznajmił, że odebrał karteczkę, w któréj mu radzono, by co rychléj uciekał.
— I ja wam takąż samą pokazać mogę, ozwał się Mont-Louis; wsunięto mi ją pod szklankę u stołu, co żonę moję, niewiedzącą o niczém, wielce przestraszyło.
— Co do mnie, wyrzekł Talhouet, to czekam i nie lękam się niczego. Kraj się uspokoił i nowiny z Paryża są pomyślne.
Każdego dnia rejent kogoś z uwięzionych w bastylji, za sprawę hiszpańską, wypuścić każe.
— I ja wam także z kolei opowiem jakie dziwne odebrałem dziś ostrzeżenie. Pokażcie wasze karteczki, porównamy pismo, bo to może jaki podstęp.
— Tego nie przypuszczam, i skoro nam radzą ucieczkę, to zapewne jesteśmy jakiém zagrożeni niebezpieczeństwem; więc nie mamy powodu lękać się o opinią naszą, bo o téj mowy być nie może. Sprawy bretońskie już są skończone: twój brat, Talhouet’cie, i kuzyn, uciekli do Hiszpanii? Salduc, Rohan, Kerantec, Sambilly, członek parlamentu, zniknęli, i uznano ich obawę za słuszną. Wyznaję przeto otwarcie, że po odebraniu powtórnego ostrzeżenia, ujeżdżam natychmiast.
— Nie mamy się czego lękać, mój kochany, ozwał się Pantcalec, bo sprawa nasza nigdy jeszcze w tak kwitnącym nie była stanie: dwór nie ma żadnego podejrzenia, bo inaczéj pewnoby nas już niepokojono. La Jonquière pisał wczoraj; donosi, że Chaulay jedzie do la Muette, gdzie rejent zupełnie prywatnie żyje, bez najmniejszéj straży.
— A jednak jesteś niespokojnym, pochwycił Ducouëdic.
— Wyznaję to, ale nie z tego powodu, jak mniemasz.
— O cóżże więc?
— Coś osobistego.
— Dotyczącego się ciebie?
— Li tylko mnie. Ależ nie mógłbym się lepszym powierzyć przyjaciołom, jak wam, i wszakżeż mnie znacie dostatecznie. Gdyby mnie kiedy niepokojono i gdybym miał wybierać pomiędzy ucieczką a pozostaniem się tutaj, by ujść grożącego mi niebezpieczeństwa... Otóż pozostałbym się, a wiecież wy dla czego?
— Nie.
— Mam strach.
— Ty? Pantcalec? Ty i strach! To są dwa sprzeczne z sobą wyrazy.
— O mój Boże, moi kochani, ocean wprawdzie zbawieniem jest naszém, bo każdy z nas z łatwością jednę z tysiąca bark, krążących po Loarze, znaleść może, któraby go z Paimboeuf do Saint-Nazaire przeniosła. Ale to, co was ocali, śmiercią jest dla mnie.
— Nie rozumiem cię, wymówił Talhouet.
— Przestraszasz nas, dodał Mont-Louis.
— Więc mnie posłuchajcie, przyjaciele moi.
I Pantcalec, zaczął opowiadać co następuje, słuchali go z religijną uwagą, bo wiadomo było, że bardzo ważnym musiał być powód, który na obawę jego zasłużył.


IX.
CZAROWNICA Z SAWENAY.

Miałem lat dziesięć i byłem przy ojcu moim w Pontcalec, gdy dnia jednego stryj mój Chryzogon wezwał nas, by z nim zwiedzić króliczą jamę, o mil pare odległą; jadąc, spotkaliśmy w zarośla siedzącą kobiétę, która czytała. Zdziwiło nas to niezwyczajnie, bo u nas bardzo mała liczba chłopów czytać umie. Zatrzymaliśmy się więc, by jéj się przypatrzeć. Mam ją tak przed oczyma, jak gdyby to się było działo wczoraj, chociaż odtąd już lat dwadzieścia upłynęło. Miała na sobie zwykły ubiór Bretonek: czarną suknię i biały czepek; siedziała na wiązce janowcu, którą dopiéro co Była związała.
Mój ojciec jechał na koniu skarogniadym, stryj na młodym siwoszu, pełnym ognia i życia, a ja na białym kucyku, łagodnym jak baranek.
Kobiéta podniosła oczy i spojrzała na nas z pewnym wyrazem ciekawości, a widząc mnie pewnym w strzemionach moich, przy ojcu, który zdawał się być dumnym z swojego syna, powstała nagle i przystępując do mnie, zawołała:
— Jakaż szkoda!
— Coż znaczą te słowa? zapyTał mój ojciec.
— To znaczy, że nie lubię tego małego białego konika, odpowiedziała kobiéta.
— A to dla czego, matko?
— Bo on przyniesie nieszczęście dla waszego syna, panie de Pantcalec.
My Bretończykowie jesteśmy zabobonni, jak wam to wiadomo. Tak dalece, że mój ojciec, który jak pamiętasz, Mont-Louis, był człowiekiem rozsądnym i światłym, zatrzymał się pomimo nalegali stryja Chryzogona, byśmy daléj jechali, przerażony myślą, że mnie jakie nieszczęście spotkać może.
— Jednakżeż sam już nieraz na tym koniku jechałem, ozwał się mój ojciec do kobiéty, i znalazłem go zawsze bardzo spokojnym i bieg jego niezwyczajnie równym. Zresztą Klemens, nad wiek swój, dobrze NIm kieruje.
— Ja się na tém wszystkiém zupełnie nie znam, margrabio de Guis, odpowiedziała kobiéta, mówię tylko: że konik ten przyniesie nieszczęście panu Klemensowi.
— I zkądżeż to możesz wiedzieć?
— Widzę to, odrzekła z szczególném brzmieniem głosu.
— A kiedyż to nastąpi?
— Dziś jeszcze.
Mój ojciec zbladł i ja sam się przeraziłem. Tylko stryj Chryzogon, który był odbył wszystkie wojny w Hollandji i został niedowiarkiem bijąc się z hugenotami, rozśmiał się na całe gardło.
— Dalibóg, że ta poczciwa kobiecina jest w zmowie z królikami w Savenay! zawołał. I coż ty na to, Klemensie, może się wyrzeczesz polowania i do domu powrócisz?
— Chcę raczéj daléj z wami pojechać, mój stryju odpowiedziałem.
— Może się boisz przypadkiem, boś taki blady i zmieniony?
— Nie boję się niczego, odparłem.
Ale skłamałem, bom drżał wewnętrznie i bynajmniéj nie czułem téj odwagi, jaką, udawałem.
Ojciec mój wyznał mi późniéj, że gdyby nie wyrazy stryja, które go fałszywym wstydem przejęły, a następnie odpowiedź moja, która jego miłości własnéj pochlebiła, byłby mi kazał wrócić do domu, albo zamienić kucyka mojego na którego z wierzchowców służby naszéj: byłoby to jednakże złym przykładem dla chłopczyka w moim wieku, a przedmiotem drwinek dla stryja Chryzygona.
Puściłem się więc daléj na moim koniku; po dwóch godzinach jazdy stanęliśmy u jamy króliczéj i polowanie się zaczęło.
W czasie całego polowania aniśmy wspomnieli o owéj przepowiedni, dopiéro po ukończonéj rozrywce myśliwskiéj, gdyśmy się znowu razem zebrali, zawołał stryj Chryzogon:
— A co, Klemensie! Jeszcześto na swoim kucyku? Dalibóg, że z ciebie odważny jest chłopiec.
Rozśmiałem się, i mój ojciec także. Właśnie przebywaliśmy step gładki i równy, jak posadzka w tym tutaj pokoju. Nie było ani rowu, ani krzaczka jednego, któryby konia był mógł przestraszyć, a jednakżeż kucyk mój na raz jeden nagle uskoczył, spiął się i rzucił mnie w piasek o kilka kroków. Stryj Chryzogon się rozśmiał, ojciec mój zbladł, a ja nie ruszałem się z miejsca. Ojciec zeskoczył z konia, przybiegł i podniósł mnie, miałem nogę złamaną.
Niepodobna opowiedziéć żalu mojego ojca i krzyku służby, ale trudniéj jeszcze skreślić rozpacz stryja Chryzogona; ukląkł przy mnie, opatrzył nogę moję drżącą ręką, całował mnie, płakał, modlił się, i przez całą drogę, chociaż ojciec mój go pocieszał, o ile mógł, nic mu na to wszystko nie odpowiadał.
Sprowadzono najlepszego chirurga z Nantes, który oświadczył, że stan mój bardzo jest niebezpiecznym. Stryj ciągle tylko błagał matki mojéj o przebaczenie, i uważali, że przez ciąg całéj choroby mojéj, zupełnie zmienił zwykły tryb życia: zamiast pić i polować z oficerami, zamiast oddawać się ulubionemu rybołówstwu, nie odstępował i na chwilę jednę mojego łóżka.
Miałem febrę przez sześć tygodni a choroba cała trwała dłużéj jak cztery miesiące; ale uleczono mnie jak najzupełniéj. Gdym piérwszy raz wyszedł, towarzyszył mi stryj, podając mi rękę, a gdyśmy z przechadzki wrócili, począł żegnać się z nami.
— Cóż to się znaczy? dokądże jedziesz? zapytał ojciec mój zdziwiony.
— Uczyniłem ślub, że gdy to kochane dziecię wyzdrowieje, zostanę kartuzem, więc idę wykonać tę przysięgę.
Na to rodzice moi głośne poczęli rozwodzić żale. Jam się rzucił na szyję stryja, prosząc go, by z nami pozostał. Ale on był jednym z tych ludzi, silnéj i nieugiętéj woli, którzy nigdy danemu, nie uchybią słowu: nadaremnemi były wszystkie prośby nasze, stryj pozostał nieubłagany.
— Nie wiedziałem dotąd, mój bracie, wyrzekł, że Bóg ludziom niekiedy w tajemniczy objawia się sposób. Wątpiłem, i poddaję się karze. A nakoniec nie chcę, by mnie uciechy światowe pozbawiły szczęśliwości wiekuistéj.
Potém stryj nas uścisnął, siadł na koń puścił się cwałem i zniknął nam z oczu. Został mnichem w Kartuzji w Morlaise; po dwóch latach ów niegdyś wesoły towarzysz i hulaka, ów przyjaciel niezrównany, zamienił się przedwcześnie w trupa zimnego i nieczułego na wszystko. A po trzech latach téj samotności umarł, zostawiwszy mi cały swój majątek.
— Straszna naprawdę historja! mówił śmiejąc się Ducouëdic. Ale ma ona swoję złą i dobrą stronę, bo ta stara nie przepowiedziała ci, że złamanie nogi zwiększy twój majątek w dwójnasób.
— Słuchajcie daléj! zawołał Pontcalec, więcéj ponury i poważny jak kiedykolwiek.
— Aha! więc to jeszcze nie koniec? zapytał Talhouet.
— Zaledwieście trzecią część słyszeli.
— Opowiadajże daléj; słuchamy.
— Słyszeliście o śmierci dziwacznéj barona de Caradec?
— Tak, bo on był naszym szkolnym kolegą w Rennes, ozwał się Mont-Louis; znaleziono go przed dziesięcioma laty zabitego w lesie, należącym do Chateaubriand.
— Słuchajcież więc; ale wiedzcie zarazem, że to jest tajemnicą, dotąd mnie tylko wiadomą, a odtąd powinna być jedynie przezemnie i przez was tylko znaną.
Trzej Bretończykowie, wielce zajęci opowiadaniem Pantcaleca, przyrzekli, że święcie dochowają sekretu.
— Otóż pomiędzy mną a Caradec’em, owym przyjacielem szkolnym, zaszły przykre niesnaski; zakochaliśmy się w jednéj i téj saméj kobiécie, a ja byłem szczęśliwszym od niego.
Jednego dnia udałem się na polowanie do lasu pod Chateaubriand. W wigiliją już wysłałem psy moje naprzód i dojeżdżacza, jechałem więc tylko z jednym służącym. Niezadługo ujrzałem idący przed sobą ogromny pęk suchych gałęzi: nie zwracało to bynajmniéj mojéj uwagi: ile że bardzo często napotykać można naszych chłopów, niosących pęki podobne, większe od nich samych i zakrywające ich całkiem. Po chwili ów pęk przedemną zatrzymał się, i ujrzałem profil zwróconéj ku mnie bokiem staréj kobiéty, która wsparta na swoim ciężarze, przystanęła na zakręcie drogi. Im więcéj się zbliżałem tém mniéj mogłem oczy od niej oderwać, wreszcie zanim dojechałem, jużem w niéj poznał ową starą wieśniaczkę, widzianą na drodze do Savenay, która mi nieszczęsny przypadek na białym kucyku była przepowiedziała.
Piérwszą myślą moją było, wyznaję szczerze, inną pojechać drogą, by uniknąć nieszczęsnéj wróżki, ale spostrzegła mnie zaraz i zdawało się, że na mnie z złośliwym uśmiechem czeka. Miałem wtedy dziesięć lat więcéj, jak przy naszém piérwszém spotkaniu się, wstyd mnie było zawrócić i zwolna jechałem daléj.
— Dzień dobry wicehrabio de Pontcalec, zawołała, jakżeż się miewa margrabia de Giers?
— Dobrze, moja matko, odpowiedziałem jéj, i byłbym zupełnie spokojny o jego zdrowie, gdybyś mnie zapewniła, że mu się nic złego w czasie mojéj nieobecności nie stanie.
— Oho! wyrzekła śmiejąc się, pan nie zapomniałeś Saweńskiego stepu. Dobrą wicehrabia masz pamięć. Ale to nie przeszkadza, byś tak samo, jak wtedy, nie poszedł za dobrą radą moją; bo człowiek jest ślepym.
— I jakążbyś mi dała radę? zapytałem.
— Ażebyś wicehrabia dziś na polowanie nie jechał.
— A to dla czego?
— Ażebyś bez straty jednéj chwili, zaraz do Pontcalec wracał.
— Nie mogę. Obiecałem się kilku przyjaciołom w Chateaubriand.
— Tém gorzéj, tém gorzéj, panie wicehrabio, bo będzie krew przelana na tém polowaniu.
— Czy moja?
— Twoja i jeszcze czyjaś.
— Ach! oszalałaś.
— To samo powiedział stryj Chryzogon. Jakżeż się miewa stryjaszek pana wicehrabiego?
— Czy nie wiesz, że umarł już przed siedmiu laty w Kartuzji w Morlais?
— Biedne, poczciwe człeczysko! długo w nic nie wierzył, tak jak wicehrabia, a potém gdy uwierzył, to już było zapóźno.
Pomimowolnie zadrżałem; ale fałszywy wstyd mi poszepnął, że hańbąby było podobnéj obawie ulegać, i że to tylko traf prosty ziścił przepowiednią mniemanéj czarownicy.
— O, widzę, że ci na jedném doświadczeniu nie dosyć, mój ładny paniczu. A więc jedźże sobie do Chateaubriand, skoro tego chcesz koniecznie, ale odeśléj przynajmniéj do Pontcalec ten piękny kordelas, który masz przy boku.
— A czemżeżby pan uciął nogę danielowi? ozwał się za mną mój służący.
— Twoim nożem, odpowiedziała kobiéta.
— Daniel jest królewskim zwierzem, więc mu podkolanek tylko kordelasem przeciąć się należy, odpowiedział służący.
— A zresztą czyliżeście mi nie przepowiedzieli matko, że krew moja przeleje się na tém polowaniu; to jest, że będę napadniętym? skoro zaś napadniętym zostanę, powinienem się bronić.
— Nie rozumiem co to wszystko ma znaczyć, odpowiedziała kobiéta, ale to wiem, że w miejscu pana, mój piękny rycerzu, usłuchałabym biednéj staruszki, i nie pojechałabym do Chateaubriand, albo odesłałabym przynajmniéj kordelas do Pontcalec.
— Czyż pan wicehrabia usłucha téj staréj czarownicy? zapytał mnie służący, obawiający się zapewne, ażebym mu z kordelasem nie kazał do Pontcalec wrócić.
Gdybym był sam, byłbym niezawodnie powrócił, ale w obec lokaja znowu fałszywemu uległem wstydowi.
— Dziękuję wam, moja poczciwa kobiéto, przemówiłem więc do niéj, ale nie widzę w tém co mi mówicie, żadnego powodu, bym do Chateaubriand pojechać nie miał. I kordelas zatrzymam... jeżeli będę napadniętym, potrzebnym mi będzie do obrony.
— Jedźże więc i broń się, wyrzekła stara, potrząsając głową; nikt nie potrafi uniknąć przeznaczenia swojego.
Nie dosłyszałem już reszty, bom w cwale z miejsca ruszył; obejrzałem się jednakże na zakręcie drogi i zobaczyłem ją idącą daléj z swoim ciężarem.
W godzinę potém byłem już w lesie, w waszym towarzystwie, — Mont-Louis i Talhouet, bo należeliście do tego polowania.
— Tak jest, odpowiedział, i zaczynam już wszystko pojmować.
— I ja także, dodał Mont-Louis.
— Tylko ja o niczém nie wiem, ozwał się Ducouëdic, mówże daléj, Pontcalec.
— Psy nasze pogoniły za danielem, a myśmy się rzucili w ich ślady; lecz po chwili usłyszeliśmy inne naszczekiwania, i przekonaliśmy się, że prócz nas, ktoś inny jeszcze poluje w tym lesie. Niezadługo skrzyżowały się te obydwa polowania w jedném miejscu, i psy moje omylone w tropie pogoniły za danielem, ściganym przez tamtę drugą sforę. Udałem się szybko za mojemi psami, zostawiając was wraz z całém myśliwstwem, w tém słyszę, że mnie już ktoś był uprzedził, bo psy moje skomlały, i dolatywał mnie odgłos harapnika, którym je okładano. Dobiegam i widzę Caradec’a, który je własną ręką smagał. Wiecie, żeśmy się nienawidzili wzajemnie, potrzeba więc było małéj tylko sposobności, by ta nienawiść z całą siłą wybuchnęła. Zapytałem go jakim prawem bije psy moje. Odpowiedź jego była bardziéj jeszcze wyzywającą, aniżeli moja zaczepka. Byliśmy sami, młodzi, rywale, nienawidziliśmy się, każdy z nas miał broń u boku, więc dobyliśmy kordelasów, uderzyliśmy na siebie, i Caradec spadł z konia na wskroś przeszyty.
Niepodobna opowiedziéć wam, co się zemną działo, gdym go widział we krwi leżącego na ziemi, tarzającego się w boleściach konania. Dałem koniowi ostrogi, i jak szalony w głąb lasu popędziłem. Usłyszałem hallali, i piérwszy na miejsce przybiegłem. Pamiętam tylko, żeś mnie się zapytał, Mont-Louis, dla czegom tak blady?
— I ja to pamiętam, odpowiedział Mont-Louis.
— Przypomniałem sobie, wtedy przestrogę czarownicy i gorżkom żałował, żem jéj nie posłuchał: ten pojedynek tak sam na sam, zdawał mi się być zabójstwem raczéj. Nantes i cała okolica stała się dla mnie nieznośną, bo wszędzie o zamordowaniu Caradec’a mówiono. A chociaż mnie nikt nie posądzał, to jednakże skryty głos serca mego mnie obwiniał i po kilkadziesiąt razy sam chciałem się oddać w ręce sprawiedliwości.
Nakoniec opuściłem Nantes i udałem się do Paryża; pragnąłem zobaczyć jeszcze wprzódy czarownicę, ale nie wiedziałem gdzie ona mieszka i odszukać jéj nie mogłem.
— To dziwna rzecz, mówił Talhouet. A późniéj, czyliż widziałeś ją kiedy?
— O, poczekaj, odrzekł Pantcalec, bo teraz dopiéro straszne usłyszycie rzeczy. Téj zimy, czyli raczéj jesieni, ale mówię zimy, bo śnieg sypał dnia tego, chociaż mieliśmy dopiéro listopad, wracałem z Gueur i chciałem popasać w Pontcalec-des-Aulnes, po odbytem polowaniu na bekasy w towarzystwie dwóch dzierżawców moich. Naziębliśmy wskroś, lecz w miejscu schadzki zastaliśmy rozpalony wielki ogień i zastawione jedzenie.
Wchodząc do izby, gdzie mnie ludzie moi witali, spostrzegłem siedzącą przy kominie starą kobiétę, która zdawała się drzemać. Obszerny płaszcz z czarnéj i szaréj wełny okrywał ją całkiem.
— Któż to jest? zapytałem się gospodarza, głosem zmienionym i drżąc pomimowoli.
— Jakaś stara żebraczka, nie znam jéj ale bardzo wygląda na czarownicę, odpowiedział mi. Była na wpół zmarznięta i umierająca z głodu i z znużenia. Prosiła mnie o jałmużnę, kazałem jéj wejść i dałem jej kawałek chleba, który zaraz zjadła, grzejąc się przy ogniu: teraz trochę zasnęła.
Postać przy kominku poruszyła się nieco.
— Cóż to się panu stało? ozwała się w téj chwili żona dzierżawcy, zupełnieś pan przemókł, a odzienie błotem zbryzgane aż ku ramionom.
— Otóż o mało, moja dobra Martyno, żeście sami, przygotowanego dla mnie jedzenia, nie spożyli.
— Doprawdy? zawołała poczciwa kobiéta przelękniona.
— Tak, bo zaledwie że pan nasz ocalał, odpowiedział jéj mąż.
— O mój Jezu przenajświętszy! i cóżże się stało?
— Wiesz, że bagna nasze przepełnione są trzęsawiskami, otóż zapędziłem się niezważając gdzie jestem, aż na raz jeden poczułem, że gręznę coraz bardziéj; wystrzeliłem więc na znak, i mąż twój nadbiegł, moja Martyno, i wydobył mnie z błota, w którem byłbym niezawodnie śmierć moję znalazł, i to śmierć okropną a głupią zarazem.
— Oh dla Boga, przez wzgląd na rodzinę swoję, nie narażajże się tak pan margrabia!
— Dajcie mu pokój, niechaj robi co mu się podoba, ozwał się od komina jakby głos grobowy... bo on taką śmiercią nie zginie, ja mu to przepowiadam.
I odsłaniając kaptur swojego szarego okrycia, poznałem w staréj żebraczce owę wróżkę widzianą na drodze do Savenay a następnie w lesie pod Chateaubriand.
Stanąłem nieruchomy i jakby zdrętwiały.
— Pan mnie znasz, nieprawdaż? zapytała mnie bez najmniejszego pomieszania.
Skłoniłem głowę na znak, że ją poznałem, ale nie miałem odwagi słowa wymówić. Wszyscy otoczyli nas w około.
— Nic, nie, margrabio de Guer, uspokój się, bo nie umrzesz w ten sposób.
— I zkądżeż to wiesz? zapytałem jąkając się, chociaż wgłębi duszy o jéj wiedzy przekonany byłem.
— Nie mogę ci na to odpowiedziéć, bo sama tego niewiem: wiesz dobrze, że się nie mylę.
— Jakżeż więc umrę? zapytałem, przyzywając wszystkich sił moich i krew zimną, by jéj to zrobić pytanie i odpowiedź posłyszéć.
— Umrzesz przez morze, panie margrabio.
— Jakto? zapytałem, co chcesz przez to powiedzieć?
— Co powiedziałam to powiedziałam, i jaśniéj tłumaczyć się nie mogę. Ale powtarzam, panie margrabio: strzeż się morza.
Moi wieśniacy spojrzeli na siebie z przestrachem, jedni się przeżegnali, drudzy poczęli zmawiać pacierze. Stara czarownica zaś, zakryła znowu głowę swoję kapturem, i nie odpowiedziała nam już i słówka.


X.
ARESZTOWANIE.

— Szczegóły téj sceny mogą się zatrzeć w méj pamięci, ale wrażenie, jakiego doznałem, nigdy. Nie pozostał się dla mnie odtąd i cień wątpliwości, a ta przepowiednia była dla mnie już jakoby rzeczywistością. Gdybyście mi się i w oczy rozśmieli, tak jak to niegdyś uczynił wuj mój Chryzogon, to jednakżeż nie odjęlibyście mi wiary, że i ta wróżba się ziści: że morze o śmierć mnie przyprawi. Dla tego téż postanowiłem, że gdyby te ostrzeżenia, któreśmy otrzymali sprawiedliwe były, gdyby mnie ścigali wysłańcy Dubois, a u brzegu czekała na mnie łódka i nie potrzebowałbym daléj na niej uciekać, jak do Belle-Isle, to pomimo tego wszystkiego oddałbym się raczéj tym, którzyby mnie ścigali, mówiąc: «Czyńcie co do was należy, ja z rąk waszych nie umrę, bo wiém, że tylko morze życiu mojemu zagraża a inaczéj nie lękam się śmierci.»
Trzéj Bretończykowie wysłuchali w milczeniu powyższego opowiadania, które w obecnych okolicznościach przybrało niejako uroczystą na siebie barwę.
— Otóż teraz pojmujemy, mój przyjacielu, twoją, niezrównaną odwagę, ozwał się po chwili Ducouëdic: rodzaj śmierci jaki ci przeznaczono, zasłania cię od wszelkiego innego niebezpieczeństwa, które z tamtym styczności nie ma. Miéj jednakże na względzie, ażeby ta anegdotka nie stała się głośną, boby zmalała zasługa twoja, nie w oczach naszych, którzy ciebie ocenić umiemy, ale drudzy powiedziećby mogli, żeś się dla tego z taką odwagą rzucił do spisku, że nie możesz być ani ściętym, ani rozstrzelanym i t. p., a dotąd jeszcze niemasz zwyczaju, by spiskowych topiono.
— A możeby i prawdę wyrzekli, odpowiedział Pontcalec z uśmiechem.
— Ależ my, kochany margrabio, którzy nie mamy podobnego zabezpieczenia osób naszych, nie byłożby słusznie, gdybyśmy się zastosowali do tego ostrzeżenia, udzielonego nam może przez kogoś przyjaznego nam, i opuścili Nantes a nawet i Francją co rychléj?
— To ostrzeżenie może być fałszywém, bo zdaje mi się, że ani w Nantes ani gdziekolwiekbądź indziéj, nic o zamiarze naszym nie wiedzą.
— I podług wszelkiego podobieństwa nikt o tém wiedziéć nie będzie, nim Gaston dzieła swojego dokona, dodał Talbouet, wówczas będziemy się chyba tylko entuzjazmu zbytniego lękali, a entuzjazm nikogo nie zabija. Ty jednakże Pontcalec, stroń od każdego portu morskiego, nie wsiadaj nigdy na żaden statek, a możesz być pewnym lat Matuzalowych.
Rozmowa byłaby się całkiem w żartobliwą przemieniła, pomimo grożących im okoliczności, gdyby i Pontcalec był chociaż w połowie tak do niéj usposobionym, jak przyjaciele jego; lecz miał czarownicę ciągle przed oczyma, gdy odsłoniła kaptur i głosem grobowym przepowiadała mu jego przyszłość. Nadto nadeszło i kilku szlachty, należących także do spisku, wejściem tajemném i w różnych przebraniach, którym tutaj miejsce schadzki naznaczono.
Nie mieli wszakżeż powodu obawiania się policji na prowincji, bo policja w Nantes nie była tak uorganizowaną, chociaż Nantes do większych miast we Francji należało, aby niepokoiła tak wielce konspiratorów, znających miejscowość, mających powagę imienia i znaczenie towarzyskie za sobą. Potrzeba więc było, ażeby dyrektor policji paryzkiéj, rejent albo Dubois, wysłali szpiegów szczególnych, którzy znowu, dla braku świadomości miejscowéj, różności ubioru i języka, zaraz bywali podejrzanymi dla tych, których śledzić mieli; ztąd też niebawem o ich przybyciu wiedziano, zanim jeszcze krok piérwszy w któremkolwiekbądź mieście na prowincji zrobili.
Jakkolwiek stowarzyszenie bretońskie liczném było, będziemy tutaj mówili tylko o czterech, wyżéj wymienionych naczelnikach, bo oni zajmowali główne karty historji z powodu ich znaczenia, rodowości, majątku, rozumu i odwagi, mając przez to i przewagę nad spólnikami swoimi.
Radzono na tém posiedzeniu o nowéj opozycji przeciwko edyktowi pana de Montesquieu i o uzbrojeniu wszystkich obywateli bretońskich w przypadku jakiego gwałtu marszałka. Był to, jak widzimy, początek wojny domowéj, do któréj wzywali, rozwijając sztandar poświęcony. Zepsute obyczaje dworu i rejenta, świętokradztwo, jakiego się Dubois dopuszczał, dostatecznym do tego były powodem, by tyle religijna prowincja rzuciła anatema na rząd tak niegodny, jak się wyrażali, który nastąpił po gorliwém i surowém panowaniu Ludwika XIV.
To ogólne powstanie łatwém było do uskutecznienia, ile że i lud był niechętny wojsku które niejako z zuchwałą ufnością kraj było zajęło. Zaciągnieni przez Montesquieu oficerowie, niedzielący zabaw szlachty, unikali wszelkich z malkontentami stosunków, już to z dumy, już też z karności wojskowéj, co ich jednakże wiele kosztowało, bo w owym czasie oficerowie stali na równi z szlachtą, która tak jak i oni szpadę nosiła.
Pontcalec oznajmił współtowarzyszom cały plan powstania, ułożony przez komitet naczelny, nieprzypuszczając że w téj saméj chwili, gdy przedsiębrał środki do zburzenia rządu, policja Dubois otoczyła ich mieszkania, by ich ująć. Skutkiem tego wracający z tajemnéj narady, z daleka już widzieli przed drzwiami domów swoich, błyszczące bagnety i fuzje gwardzistów, mogli więc, przynajmniéj w większéj części, uchronić się ucieczką od niebezpieczeństwa: co wcale trudném do wykonania nie było, bo cała prowincja będąc z sobą w porozumieniu, zdolną była udzielić im schronienia; zresztą byli to wszystko zamożni właściciele dóbr ziemskich, którzy u dzierżawców swoich albo zarządzających ich dobrami, troskliwie ukryci być mogli. Znaczna zaś część potrafiła ujść do Hollandji Hiszpanii i Anglii, pomimo przyjaznych stosunków, jakie Dubois z temi dwoma państwami zawiązał.
Pontcalec, Ducouëdic, Mont-Louis i Talhouet, wyszli, jak zwykle, razem. Mieszkanie Mont-Louis było najbliższém miejsca tajemnych posiedzeń, gdy więc zbliżali się do niego dostrzegli przez okna jak ze światłem przebiegano pokoje, i wartę przede drzwiami, zagradzające je muszkietem.
— Oho! zawołał Mont-Louis, zatrzymując towarzyszy swoich, cóż to jest? cóż się to u mnie dzieje?
— Rzeczywiście, że zaszło coś nowego, dodał Talhouet, bo zdaje mi się, żem w i dział wartę i przed hotelem Rueńskiém.
— I niceś nam o tém nie mówił? zawołał Ducouëdic, należało się to jednakże.
— Nie chciałem być alarmistą i raczéj wolałem sobie powiedzieć, że to tylko jest patrol.
— Ależ to z pułku Pikardskiego, poszepnął Mont-Louis, który się był wrócił i teraz znowu nadszedł.
— To istotnie dziwną jest rzeczą! ozwał się Pontcalec, ale przekonajmy się: ztąd niedaleko do mojego mieszkania, idźmy tą tutaj uliczką, a jeżeli i mój dom jest strzeżonym, wtedy już nam żadna nie pozostanie wątpliwość i będziemy wiedzieli co nam czynić wypada.
Idąc więc daléj w milczeniu i ściśnieni jeden do drugiego, by w razie napaści mogli silniejszy dać odpór, przybyli na róg ulicy, gdzie Pontcalec mieszkał, i dostrzegli, że dom jego nietylko jest strzeżonym ale nawet całkiem zajęty. Oddział złożony z dwudziestu ludzi rozpędzał lud, który się przed nim gromadził.
— Teraz to już przestaje być żartem, wyrzekł Ducouëdic, bo chyba, że się wszczął pożar w naszych domach, skoro się te mundury tam kręcą. Co do mnie, kłaniam wam się najuniżeniéj i wynoszę się.
— I ja także, ozwał się Talhouet. Udaję się do Saint-Nazare a ztamtąd do la Croisic. Idźcie zemną, i wierzcie mi, że najlepiéj sobie poradzicie. Wiem tam o statku, który ma do Nowéj Ziemi popłynąć a kapitan jego, był dawniéj w usługach moich. Skoro na stałym lądzie powietrze dla nas nie będzie dość zdrowém, wsiądziemy na statek, i daléj w imię Boże!
— Hejże Pontcalec, dodał Mont-Louis, zapomnij nateraz o swojéj czarownicy i uchodź z nami.
— O nie, nie, nie, odrzekł Pontcalec, potrząsając głową, znam przyszłość moję pod tym względem i nie lękam się o nią: zresztą uważcie, panowie, że jesteśmy naczelnikami i że tą ucieczką przedwczesną zły przykład dajemy; niewiedząc nawet, czyli nam rzeczywiste grozi niebezpieczeństwo. Niemasz przeciwko nam żadnego dowodu: la Jonquière jest nieskazitelny a Gaston nieugięty; wszakżeż w listach swoich, wczoraj dopiéro odebranych, mówi nam, że wkrótce wszystko się skończy: i może w téj chwili wymierzył już cios, który Francją od rejenta uwolnił. Cóżby o nas mówiono, gdybyśmy uciekali w téj chwili, gdy Gaston działał? Zły przykład nasz, popsułby całą sprawę: zważajcie, moi panowie, że wam już nie rozkazuję jako przewodzca, lecz radzę jako prawy obywatel; nie potrzebujecie więc być posłusznymi, bo was od przysięgi waszéj uwalniam, ale jabym nie uciekał, będąc na waszém miejscu. Daliśmy przykład poświęcenia się, a najgorsze coby nas spotkać mogło, jest to: iżbyśmy jeszcze dali i przykład męczeństwa; lecz rzeczy nie dojdą do tego stopnia, jak mniemam. Gdy nas uwiężą, parlament bretoński sądzić nas będzie. A któż w nim zasiada? przyjaciele i wspólnicy nasi. Jesteśmy bezpieczniejsi w więzieniu, od którego oni mają klucze, aniżeli na jakim statku, od lada wiatru zależnym. Zresztą, nim parlament się zbierze, cała Bretanija powstanie, osądzą nas, lecz zarazem i uwolnią, a wolni będziemy zwycięzcami.
— Ma słuszność! zawołał Talhouet. Mój stryj, bracia moi, cała rodzina i wszyscy przyjaciele moi są skompromitowani: ocaleję albo umrę pospołu z nimi.
— To jest bardzo pięknie, przemówił Mont-Louis, ale muszę ci powiedziéć, mój kochany Talhouet, że o téj całéj sprawie gorsze od ciebie mam wyobrażenie: bo zapewne jesteśmy w ręku samego Dubois. Dubois nie jest szlachcicem i dla tego nienawidzi szlachtę; nie lubię takich ludzi mięszanych, którzy stanowczo do żadnej nie należą klassy: ani do szlachty, ani do księży, ani téż żołnierzami nie są. Prawdziwy szlachcic, żołnierz albo duchowny, opiera się na znaczeniu stanu swojego i zasad; inaczéj ma się z Dubois. Co do mnie, odwołuję się, według zwyczaju naszego, do wyroku większości; a jeśli większość będzie za ucieczką, z całej duszy na to się zgodzę.
— I ja z tobą, wyrzekł Ducouëdic. Montesquieu może być o wszystkiem lepiéj uwiadomiony, aniżeli nam się wydaje, i jeśli to Dubois nas w szponach swoich trzyma, jak twierdzi Mont-Louis, to się z nich tak łatwo nie wymkniemy.
— A ja wam powiadam, moi panowie, że powinniśmy zostać, wymówił Pontcalec; obowiązkiem każdego naczelnika w wojsku jest zginąć na czele żołnierzy swoich, a przewodzca spisku powinien ginąć na czele swojego związku.
— Pozwól sobie powiedzieć, moj kochany, ozwał się Mont-Louis, że ciebie twoja czarownica oślepia. Gotów jesteś utopić się z własnéj chęci, aby się tylko jéj przepowiednia ziściła. Ja zaś pud względem wieszczbiarek entuzjastą wcale nie jestem, wyznaję, a ponieważ nie wiem jaką śmiercią umrę, przeto w obecnéj okoliczności pewną mam obawę.
— Mylisz się! zawołał Pontcalec z powagą, bo mnie nic innego, prócz obowiązku nie wstrzymuje. A wreszcie, jeżeli mnie na śmierć nie skażą, to i was także nie: jestem waszym naczelnikiem, odwołam się do tego tytułu w obec sędziów moich, chociaż go się zrzekam na teraz. Bądźmy loicznymi, przez miłość Boską! i nie pierzchajmy jak trzoda owiec lękająca się wilka. Co u licha! jesteśmy żołnierzami, i mielibyśmy się ulądz zrobienia urzędowéj wizyty parlamentowi? Bo nic innego ztąd nie wyniknie: zrobią nam proces porządny i na tém koniec. Zajęte ławy czarnemi sukniami, uśmiechy porozumienia się pomiędzy sędzią a obwinionym, i nawzajem pomiędzy obwinionym a sędzią, i to jest wszystko. Dubois nam wojnę wypowiedział, przyjmijmy ją, a gdy nas parlament z oskarżenia zwolni, zwycięztwo nasze nad nim odniesione będzie ważniejszém, jak gdybyśmy byli z Bretanii wszystkie wypędzili wojska.
— Panowie, przedewszystkiém posłuchajcie, wymówił Ducouëdic: Mont-Louis wniósł, byśmy się do decyzji większości odnieśli. Jestem za zdaniem Mont-Louis.
— Bardzo słusznie, dodał Talhouet.
— Nie zrobiłem téj propozycji ze strachu, ozwał się Mont-Louis, ale by nie wpaść wilkowi w paszcze, skoro mu kaganiec włożyć możemy.
— Niepotrzebnie się tłumaczysz, Mont-Louis, odrzekł Pontcalec, znamy ciebie. Przyjmujemy twój wniosek i oddaję go pod głosowanie.
I ze zwykłym sobie spokojem, Pontcalec przystąpił do téj formułki, od któréj zależało ich życie, jakby do każdej innéj, podrzędnéj wagi.
— Niechżeż ci, wymówił, którzy przenoszą ucieczkę nad los wątpliwy, jaki nas czeka, jednę rękę podniosą do góry.
Ducouëdic i Mont-Louis podnieśli ręce.
— Dwóch przeciwko dwom, wyrzekł Talhouet, to na nic się nie zdało: więc idźmy za natchnieniem swojém.
— Tak, ależ wiecie, że ja, jako prezydujący, mam dwa głosy, mówił Pontcalec.
— To jest prawda! wyrzekli Mont-Louis i Ducouëdic.
— Niechżeż więc teraz ci, którzy chcą pozostać, ręce podniosą, wymówił znowu Pontcalec.
I on i Talhouet podnieśli ręce. Że zaś Pontcalec miał dwa głosy, przeto większość z ich strony była.
To obradowanie na środku ulicy mogłoby się było śmieszném wydawać, gdyby nie było chodziło o śmierć lub życie czterech pierwszych obywateli bretońskich.
— Otóż nie mieliśmy podobno słuszności, ozwał się Mont-Louis, a teraz, margrabio, rozkaz: będziemy tobie powolni.
— Obaczcie pierwéj co zrobię, a potém możecie robić co zechcecie.
I po tych słowach udał się wprost do mieszkania swojego, a za nim szli trzéj przyjaciele. Gdy stanął u drzwi, strzeżonych przez oddział gwardzistów, uderzył w ramię jednego z nieb, mówiąc:
— Mój przyjacielu, proszę cię, byś wywołał oficera swojego.
Żołnierz przekazał to żądanie sierżantowi, który wywołał kapitana.
— Czegóż pan chcesz? zapytał kapitan Pontcalec’a.
— Radbym wejść do siebie.
— Któż pan jesteś?
— Margrabia de Pontcalec.
— Cicho! poszepnął mu oficer, milcz pan i uciekaj co tchu, jestem tutaj, bym aresztował pana.
— Nikogo się nie wpuszcza! dodał na cały głos, odpychając Pontcalec’a ode drzwi, przed któremi natychmiast cały szereg żołnierzy stanął.
Pontcalec pochwycił rękę oficera, uścisnął ją i dodał:
— Jesteś zacnym młodzieńcem, mój panie, ale muszę wejść do mojego domu. Dziękuję, oby cię Bóg wynagrodził!
Oficer zdziwiony, kazał się wojsku rozstąpić i Pontcalec a za nim trzéj przyjaciele, przebyli dziedziniec pospołu. Rodzina jego, stojąca w progu, wydała na ten widok okrzyk boleści i przestrachu.
— Cóż to jest? zapytał margrabia spokojnie, cóż się tu dzieje?
— To jest, że aresztuję pana, odrzekł urzędnik policji paryzkiéj uśmiechającemu się Pontcalec’owi.
— Dalibóg, żeś pięknego dzieła dokonał, mój panie, ozwał się Mont-Louis, i widać, że zręczny z ciebie człowiek: jesteś urzędnikiem do szczególnych poruczeń policji paryzkiéj, a potrzeba ażeby ci, których masz aresztować, sami do ciebie przychodzili i ujęli cię za kołnierz.
Ajent zdumiały skłonił się temu, który tak żartobliwie do niego przemawiał w chwili, w którejby nie jeden głowę był stracił, i zapytał o nazwisko jego.
— Jestem Mont-Louis, mój kochany. Poszukaj czyli rozkaz twój nie rozciąga się i do mnie, a jeżeli tak jest, to przystąp do wykonania.
— Panie, odpowiedział ajent policyjny, kłaniając się coraz niżéj, o ile zdziwienie jego wzrastało, to nie ja, ale mój kolega Ducherson ma pana aresztować. Mamżeż go zawołać?
— Gdzież on jest? zapytał Mont-Louis.
— W mieszkaniu pańskiém, czeka tam zapewne...
— Przykroby mi było, gdyby tak zacny człowiek dłużéj jeszcze miał czekać, spieszę więc do niego. Dziękuję mój przyjacielu.
Urzędnik policyjny całkiem głowę stracił i skłonił się aż do ziemi.
Mont-Louis uścisnął rękę Pontcalec’a, Talhouet’a i Ducouëdic’a, poszepnął im słów kilka do ucha, i pobiegł do swojego mieszkania, gdzie, tak jak Pontcalec, aresztować się kazał.
Za ich przykładem poszli Talhouet i Ducouëdic, i o godzinie jedenastéj w nocy, całe dzieło dokonaném już było.
Wiadomość o tém aresztowaniu jeszcze téj nocy całe miasto przebiegła. Ale nikt się tego tak bardzo nie przestraszył, bo po piérwszém wrażeniu wywołaném powiedzeniem: aresztowano Pontcalec’a, Talhoueta Ducouëdic’a i Mont-Louis, każdy dodawał niebawem: Tak, ale ich parlament uwolni.
Nazajutrz jednakże, strwożyły się wszystkie umysły, gdy przybyła do Nantes komissja.
Komissja rozpoczęła działania swoje zaraz tego samego dnia, w którym przybyła. Zdziwiła się niemało, że nie doznała wielkiego przyjęcia z strony parlamentu, i że jéj szlachta zaraz swojego nie złożyła uszanowania. Silną nadano jéj władzę, spodziewała się, że się raczéj nagną przed nią a nie odważą się na obrazę, lecz przestrach ogólny był tak wielkim, że każdy tylko o sobie myślał.
Takiém było usposobienie Bretanii w kilka dni po aresztowaniu Pontcalec’a, Mont-Louis, Talhouet’a i Ducouedic’a. Zostawmy tę połowę spiskowych, ujętych w wieży przez Dubois, w Nantes, a zobaczmy co się w Paryżu z drugą dzieje połową.


XI.
B ASTYLIA.

A teraz pozwoli czytelnik, że go do bastjlji zaprowadzimy, do owego strasznego przybytku, na który każdy przechodzień ze zgrozą spoglądał, i który dla sąsiednich mieszkańców przedmiotem ciągłéj był trwogi; bo nieraz wśród nocy przedzierały się przez grube jej mury krzyki nieszczęśliwych, których na tortury brano, i dochodziły ich uszu, okropne w nich obudzając myśli. Do tego stopnia, że księżna de Les-diguières dnia jednego o téj królewskiéj fortecy napisała: że jeżeli gubernator nie rozkaże, by te ryki pacjentów jego ustały, będzie zniewoloną poskarżyć się królowi, że jéj zasnąć nie dadzą.
Ale od czasu rokoszu hiszpańskiego i pod łagodnym rządem Filipa Orleańskiego, nie słyszano już tych strasznych jęków boleści; zresztą towarzystwo hastylji było obecnie więcej wyszukaném: byli to ludzie zbyt dobrze ukształceni, ażeby mieli przeszkadzać wypoczynkowi tak znakomitych dam.
W jednym pokoju wieży narożnéj, na pierwszém piętrze, umieszczono jakiegoś więźnia, samego tylko. Była to wielka izba, podobna do przestronnego grobu, oświetlona dwoma oknami, strojnemi z niezrównanym zbytkiem w niezliczone mnóstwo krat i prętów żelaznych, przez które dzień tylko skąpo się wkradał; tapczan pomalowany, dwa stołki i mały czarny stolik wszystkie w niéj stanowiłysprzęty. Mury pokrywało mnóstwo napisów, które samotni więźniowie niekiedy dla rozrywki przeglądali.
— Cóż to pana obchodzi! Dosyć że wiem.
— Więc panu odpowiem tak, jak Achilles odpowiedział Agamemnonowi:
«Skoro wiesz, dla czegóż się pytasz?»
— Panie, ja nie żartuję, przerwał mu d’Argenson.
— I ja nie. Cytuję tylko Racine’a i nic więcéj.
— Miéj się pan na ostrożności, bo źle wyjdziesz na tym sposobie bronienia się.
— Czy pan sądzisz, że lepiéj na tém wyjdę, gdy się do wszystkiego przyznam?
— Nadaremnie zaprzeczasz faktowi, który do mojéj wiadomości doszedł.
— Więc pan pozwól, bym to w zwyczajnéj powtórzył prozie, com dopiero w pięknym wierszu wyrzekł: po cóż mnie pan zapytujesz o to, o czém tak dobrze uwiadomionym jesteś?
— Ho! ho! wyrzekł Argenson tonem tak zimnym a szyderczym zarazem, że się aż Gastonowi, pomimo całéj odwagi jego, przykro zrobiło. Cóżbyś mi naprzykład odpowiedział, gdybym się zapytał o przyjaciela pańskiego, kapitana la Jonquière?
— Odpowiedziałbym, odrzekł Gaston, blednąc pomimowoli, że z nim taka jak zemną nie zaszła pomyłka.
— Aha! zawołał d’Argenson, którego baczności nie uszło lekkie wzruszenie Gastona, to nazwisko porusza pana, jak mi się zdaje. Pan znasz zbliska kapitana la Jonquière?
— Znam go jako przyjaciela przyjaciół moich, którzy mnie jemu polecili, by mi Paryż pokazał.
— Tak jest, Paryż i jego okolice: palais-royal, ulice du Bac, la Muette, nieprawdaż, że z tą ostatnią szczególniéj pana miał poznajomić?
«Wiedzą o wszystkiem!>» wyrzekł Gaston w głębi duszy.
— A co, zapytał d’Argenson swoim żartobliwym głosem, nie masz tam pan jakiego Rasynowskiego wierszyka, by odpowiedzieć na to zapytanie?
— Możebym i miał, gdybym zrozumiał o co pan pytasz. Istotnie, żem chciał widzieć palais-royal, jest to przedmiot ciekawy o którym już wiele słyszałem; ulicę du Bac znam bardzo mało, a la Muette nieznana mi wcale, bom tam nigdy nie był.
— Nie mówię, ażebyś pan ją znał; ale kapitan la Jonquière miał pana tam zaprowadzić: czy możesz temu zaprzeczyć?
— Ani nie zaprzeczę, ani się też przyznam; ale odsyłam pana do niego, odpowie on na to pytanie najlepiéj, gdy tego uzna potrzebę.
— To jest zbyteczne, mój panie: zapytano go już i odpowiedział.
Dreszcz zimny przeszył serce Gastona: widocznie był zdradzonym, ale honor mu kazał milczeć: więc milczał.
D’Argenson czekał przez chwilę a widząc, że ciągle milczy, zapytał:
— Czy pan chcesz być konfrontowanym z kapitanem la Jonquière?
— Jestem w mocy pana, i możesz ze mną robić, co ci się stosowném być zdaje, odpowiedział. Lecz w duszy przyrzekł sobie, że gdy przed nim kapitan la Jonquière stanie, zgnębi go pogardą swoją.
— Dobrze, przemówił — po chwili d’Argenson, ponieważ pan jesteś w mocy mojéj, jak to sam wyrzekłeś, podoba mi się skazać cię obecnie na zwyczajne i niezwyczajne badanie. Wiesz pan co to jest? dodał, przyciskając na każdéj sylabie. Czy pan wiesz, co to jest kwestja zwyczajna i niezwyczajna?
Pot zimny oblał czoło Gastona, on się śmierci nie lękał, ależ tortura była gorszą od śmierci: każdy wychodził z rąk kata albo kaleką lub téż przynajmniéj oszpeconym. A jedno i drugie było okropném dla młodego człowieka.
D’Argenson jak przez szkło, czytał w sercu Gastona.
— Hola! zawołał.
Dwóch drabów weszło.
— Ten pan nie ma żadnego wstrętu do badania zwyczajnego i nadzwyczajnego, wyrzekł d’Argenson, więc go zaprowadźcie do izby badań.
«Otóż i nadeszła godzina próby, któréj się spodziewałem! poszepnął Gaston. O mój Boże, dodaj mi odwagi!»
I zdawało się, że go Bóg wysłuchał, po skinąwszy głową na znak, że do wszystkiego jest gotów, udał się pewnym krokiem ku drzwiom; przed nim szło dwóch stróżów a za nim d’Argenson.
Zeszli po kamiennych wschodach i minęli pierwsze więzienie w narożnéj wieży; potém przeprowadzili Gastona przez dwa dziedzińce.
W chwili, gdy przez drugi przechodzili dziedziniec, kilku więźniów, ujrzawszy przez kraty przystojnego młodzieńca i z pewną elegancją ubranego, zawołało:
— Hola! mój piękny panie, więc ciebie wypuszczają?
A głos kobiecy dodał:
— Gdy się ciebie o nas zapytają, mój panie, powiedz im, żeśmy nic nie zeznali.
Jakiś młody człowiek westchnął, mówiąc:
— Jakżeś szczęśliwym, mój panie, zobaczysz tę, którą kochasz.
— Mylisz się odpowiedział Gaston, jestem na torturę skazany.
Straszne po tych wyrazach nastąpiło milczenie, i ponury orszak szedł daléj; potém most zwodzony spuszczono i wsadzono Gastona do lektyki zakratowanéj i na klucz zamkniętéj, i zaniesiono go pod liczną strażą do arsenału, oddalonego tylko wąskiém przejściem od bastylji.
D’Argenson, idąc naprzód, już czekał na swojego więźnia w izbie tortur.
Gaston ujrzał izbę sklepioną, w któréj kamienie muru goło sterczały, a podłoga wilgotną była: w koło wisiały łańcuchy, okowy, powrozy i inne narzędzia dziwacznego kształtu. Naczynia z ogniem stały w głębi, a krzyże ś. Andrzeja umieszczono w węgłach.
— Widzisz pan tutaj, ozwał się d’Argenson, pokazując Gastonowi dwa ogniwa przytwierdzone do podłogi, oddalone na sześć stóp jedna od drugiéj, i rozdzielone drewnianą ławką na trzy stopy wysoką: do tych dwóch ogniw przywiązują się nogi i głowa pacjenta, a ten koziołek wsuwa mu się pod krzyż, tak że brzuch jego jest o dwie stopy wyżéj od twarzy; polem wlewa się w niego woda garnkiem zawierającym dwie miarki, liczba takich garnków jest oznaczona przy zwyczajném badaniu na ośm, a przy nadzwyczajném na dziesięć. Jeśli pacjent potykać nie chce, wtedy mu się nos ściśnie, a zaraz usta otworzy i połyka wodę. Ta kwestja, mówił d’Argenson podobny do pięknego mówcy, który się napawa każdym szczególikiem mowy swojéj, jest wielce przyjemną, chociaż jéj nie przenoszę nad kołki. Umiera się i od jednéj i od drugiéj, lecz kolki psują za nadto kształty pacjenta. Prawda, że woda niszczy zdrowie na przyszłość, jeżeli więzień odzyska wolność, chociaż te rzadko się zdarza, bo przy zwyczajném zaraz badaniu następuje zeznanie, gdy jest winnym, a niemal zawsze przy nadzwyczajném, chociaż jest bez winy.
Gaston blady i nieruchomy słuchał tylko i patrzał.
— Może pan wolisz kołki? zapytał d’Argenson, Hola! pokażcie panu kołki.
I jeden z katów przyniósł kilka kołków, skrwawionych i spłaszczonych na końcach licznemi uderzeniami młotka?
— Chcesz pan wiedzieć jak się to robi? mówił znowu d’Argenson: Otóż ściśnie się kolana i łydki pacjenta dwiema dębowemi deskami, to tak mocno, o ile tylko można. Potém jeden z tych tutaj ludzi bierze kołek i wbija go całą siłą pomiędzy ściśnione kolana pacjenta; po pierwszym bierze się drugi grubszy. Ośm takich kołków wbija się przy zwyczajném badaniu a dwa grube więcej przy nadzwyczajném. Ot, te! i popchnął nogą dwa ogromnie grube kołki. Ale uprzedzam pana, że te tutaj zgruchocą nogi, połamią kości tak jak gdyby były szklanne, a ciało zgniotą na miazgę, co straszliwą sprawia boleść.
— Dosyć, dosyć, mój panie! zawołał Gaston, chyba że chcesz zwiększyć męczarnie tym opisem. Ale jeżeli to czynisz tylko przez usłużność, bym wybierać umiał, to raczéj sam zrób wybór, boś pan dokładnie z tém wszystkiém obeznany; proszę tylko o to, ażebyś wybrał z tych dwóch tortur tę, która mi prędszą śmierć sprowadzi, a będę ci wielce wdzięcznym.
D’Argenson spojrzał na niego, niemogąc utaić uwielbienia, jakie pomimowoli w nim moc duszy młodego człowieka wznieciła.
— Tam do licha! zeznaj pan, a uwolnisz się od katuszy.
— Nie zeznam nic, mój panie, bo nie mam nic do zeznania.
— Nie chciej pan być Spartanem, i wierzaj mi, że dużo się krzyczy w czasie tortury, ale wśród tego krzyku mówi się także i trochę.
— Spróbuj pan.
Odważna i śmiała postawa Gastona, pomimo walki, jaką w nim natura staczała, objawiającej się w bladości jego i lekkiém drżeniu nerwowém, przekonywały d’Argensona o mocy duszy więźnia. Był on nawykłym do spraw podobnych, rzut oka jego rzadko go zwodził, wiedział, że nic nie wymoże na Gastonie, a jednakżeż jeszcze nalegał:
— Panie, jeszcze czas! nie zmuszaj nas, byśmy coś przeciwko twojéj osobie przedsięwzięli.
— Przysięgam panu, odrzekł Gaston, przysięgam w obec Boga, który nas słyszy, że jeżeli mnie weźmiesz na tortury, zamiast cóś zeznawać, zatrzymam oddech i uduszę się, jeżeli to tylko będzie w mocy mojéj. Osądź przeto sam, czy ulegnę groźbie, skorom postanowił że i ból nic na mnie nie wymoże.
D’Argenson skinął na katów, przystąpili do Gastona; ale zamiast mu odjąć odwagę, to ich zbliżenie się, jeszcze siłę jego zwiększyło; z spokojnym uśmiechem pomógł im przy zdejmowaniu mu sukien i odpinaniu mankietów.
— A więc wodna tortura? zapytał katów.
— Naprzód wodna, odpowiedział d’Argenson.
Pozaciągano postronki w ogniwa, zbliżono kozły, napełniono kubki wodą, a Gston ani drgnął.
D’Argenson rozmyślał.
Po dziesięciu dopiero minutach, które zdawały się być wiekiem Gastonowi, wymówił d’Argenson gniewnie:
— Puszczajcie pana i odprowadźcie go do bastylji.


XII.
JAKIEM BYŁO W BASTYLJI ŻYCIE TYCH, KTÓRZY ŚMIERCI OCZEKIWALI.

Gaston już chciał podziękować panu d’Argenson, ale się wstrzymał. Dziękując mu, zdawałoby się, że miał strach. Włożył więc swoje suknie, powyciągał mankietki i powrócił do bastylji tą samą drogą, którą był przyszedł.
«Nie chcieli zaciągnąć do wywodu słownego szlachcica wziętego na tortury, mówił sam do siebie; zadość im będzie osądzić mnie i na śmierć skazać.»
Ależ to zagrożenie torturą nie było bezkorzystném dla Gastona, bo wyobrażenie śmierci przedstawiało mu się obecnie łagodném i prostém, bez owéj przedwstępnéj katuszy, którą mu naczelnik policji tak dokładnie był opisał.
Co więcéj, wróciwszy do swojego pokoju, z radością powitał to wszystko, co mu się przed godziną tak straszném być zdawało. Ta izba więzienna przybrała postać wesołą a życie w niej było rozkoszném; najsmutniejsze napisy na ścianach były madrygałami w porównaniu gróźb dotykalnych, zdobiących mury izby tortur, nawet dozorcy więzienia wyglądali jak szlachta bardzo przyzwoita, porównywając ich z katami.
Jeszcze nie była upłynęła godzina, odkąd Gaston w swoim wypoczywał pokoju, przyglądając się z rozważaniem wszystkiemu, co teraz przy takiém porównaniu widok dlań przyjemny tworzyło, gdy przyszedł do niego major bastylji w towarzystwie dozorcy.
— Rozumiem pomyślał Gaston, to zaproszenie gubernatora, jest zapewne zwykłem hasłem, które się w podobnych przypadkach daje więźniowi, by go od katuszy oczekiwania śmierci uwolnić. Będę zapewne przechodził przez jaką, izbę z ubliettami, wpadnę w nie i umrę: niechaj się dzieje wola Boża!
Gaston powstał, uśmiechnął się smutno, żegnając swoje ponure więzienie, i udał się mocnym krokiem za majorem, a gdy przybyli do ostatniéj kraty, zdziwił się nie mało, że jeszcze go jaka ciemnica nie pochłonęła. Przebywając tę drogę wymawiał ciągle imię Heleny, by z niém na ustach umrzeć, ale żaden wypadek nie towarzyszył temu miłosnemu i poetycznemu zarazem wezwaniu; bo przebył spokojnie most zwodzony, wszedł na główny dziedziniec gmachu a potem do mieszkania gubernatora.
P. de Launay wybiegł na jego spotkanie.
— Dasz mi pan swoje słowo honoru, że nie pomyślisz o ucieczce, póki tutaj u mnie będziesz?.... Rozumie się, że gdy pana do twojego odprowadzą pokoju, będziesz zwolnionym z danego słowa, i wtedy znowu moją będzie rzeczą przedsięwziąć wszelkie środki, by sobie na dłużéj towarzystwo pańskie zapewnić.
— Daję panu moje słowo, odrzekł Gaston, ale tylko w takich granicach, jak to sam wyrzekłeś.
— To dobrze, chciej pan wejść, jesteś oczekiwany.
I gubernator wprowadził go do pokoju bardzo dobrze u meblowanego, chociaż w guście za Ludwika XIV, a moda ta poczęła już zadawnieniu ulegać. Gastona odurzyło zebranie liczne i woniejące różnemi pachnidłami, jakie tam zastał.
— Mam honor przedstawić państwu p. kawalera de Chaulay, ozwał się gubernator.
A potém wymienił nazwiska obecnych:
— Książe de Richelieu. Hrabia de Laval. P. kawaler Dumesnil. P. de Malezieux.
— Ah! zawołał Gaston z uśmiechem, wszyscy konspiratorowie rokoszu Cellamary.
— Prócz księcia i księżnéj du Maine, i samegoż księcia de Cellamare, odpowie, dział opat Brignant, kłaniając się z kolei:
— O panie, wyrzekł Gaston tonem zarzutu, zapominasz o dzielnym kawalerze d’Harmental i uczonéj pannie de Launay.
— D’Harmental leży w łóżku z powodu rany swojéj, odpowiedział Brigand.
— A panna de Launay, dodał kawaler Dumesnil, rumieniąc się z radości na jéj widok, ot właśnie nadchodzi, by nas przy objedzie obecnością swoją, zaszczycić.
— Chciej mnie pan przedstawić, wymówił Gaston, sądząc że pomiędzy więźniami nie robi się wielkich ceremonij, liczę na usłużność pana.
Kawaler Dumesnil ujął jego rękę i przedstawił go pannie de Launay.
Pomimo całéj władzy, jaką Gaston miał nad sobą, nie ustrzegł się jednakże, ażeby w ruchomych rysach jego nie przebijało się pewne zdziwienie.
— O, panie kawalerze! zawołał gubernator, zdybałem cię: zapewne i pan podzielałeś to zdanie trzech czwartych części Paryżan, że ja pochłaniam więźniów moich, nieprawdaż?
— Nie, panie, odpowiedział Gaston, ale sądziłem, że zaszczyt objadowania z panem został na inny dzień odłożonym.
— Jakto?
— Czy to zwyczajem jest pańskiém, odpowiedział mu Gaston, że więźniom swoim, ażeby im apetytu dodać, każesz przed objadem odbywać przechadzkę, taką, jaką ja...
— Ah prawda! zawołała panna de Launay, wszakżeż to pana dopiéro co na torturę! prowadzono?
— Tak jest pani, i potrzeba było tak wielkiéj przeszkody, by mnie zatrzymać od znajdowania się w tak miłém towarzystwie.
— O mój panie kawalerze, ozwał się gubernator, co o to, to do mnie pretensji nie miéj! bo to nie należy do jurysdykcyi mojéj. Dzięki Bogu! jestem tylko żołnierzem a nie sędzią. Potrzeba odróżnić togę od zbroi, jak mówi Cycero. Mojém zatrudnieniem jedynie jest pilnować pana, strzedz, ażebyś nie ociekł, i uczynić panu pobyt w bastylji tak miłym, byś znowu do niéj powrócił, i mnie towarzystwem swojém zaszczycił. Zaś czynnością pana d’Argenson jest, kazać pana torturować, ściąć, powiesić, na koło wpleść i ćwiartować, jeżeli mu tak wypadnie. Niechaj więc każdy w swoim pozostanie obrębie. Panno de Launay, waza na stole, dodał zwracając się ku niéj na widok roztwierających się podwoi do sali jadalnéj. Zechcesz pani rękę moję przyjąć? Przepraszam, panie Dumesnil, masz mnie za tyrana niewątpliwie, ale korzystam tylko z przywilejów gospodarza. Proszę do stołu, moi panowie!
— Ah jakaż to okropna rzecz, to więzienie! westchnął książę de Richelieu, umieszczony pomiędzy panną de Launay i hrabim de Laval, poprawiając starannie mankietki swoje.
— Czy podać panu ten półmisek z rakami? zapytał gubernator.
— Owszem, odrzekł książę, kucharz pański sporządza je doskonale, i chciałbym ażeby mój kucharz był spólnie ze mną konspirował, byłby z pobytu swojego w bastylji mógł nie jedno od pańskiego skorzystać.
— Panie hrabio, mówił dalej gubernator, masz szampana przed sobą, proszę nie zapominać o sąsiadce.
Laval nalał sobie kieliszek i z wyrazem ponurym wysączył go aż do ostatniéj kropli.
— Mam go wprost z Ai, wymówił gubernator.
— Dasz mi pan adres swojego dostarczyciela? zapytał książę de Richelieu, pana de Launay, bo jeżeli mi rejent nie każę wszystkich czterech głów moich uciąć, przysięgam, że ciągle pić będę... I jakżeż pan chcesz! nawykłem do tego w czasie troistego pobytu u pana, a jam skłonny do nawyknień.
— Otóż to panowie, bierzcie przykład z księcia de Richelieu, jest on jednym z najwierniejszych mi, to téż, ma tutaj już swój pokój, którego w nieobecności jego nikomu nie daję, chyba że wszystkie inne zajęte zostały.
— Ten rejent, mógłby nas zniewolić, ażeby każdy z nas już przy swoim się pozostał, wtrącił Brigand.
— Panie opacie, chciéj rozebrać te kuropatwy, przemówił gubernator, miałem sposobność zrobić tę uwagę, że w tém właśnie celują duchowni.
— Pochlebiasz mi pan, odpowiedział Brigand, przysuwając do siebie półmisek z kuropatwami, które począł z taką rozbierać zręcznością, iż dowiódł jak najdokładniéj, że pan de Launay znał się na ludziach.
— Panie gubernatorze, ozwał się głosem groźnym hrabia Laval, nie możesz mi pan powiedziéć, dla czego mnie dziś z rana o godzinie drugiéj zbudzono? Cóż znaczy ta nowa przezorność?
— To nie jest moją winą, panie hrabio, tylko pań tych i panów, którzy się nie chcą spokojnie zachować, pomimo przestróg, jakie im codziennie daję.
— Nam! zawołali na raz wszyscy biesiadujący.
— Tak, nie inaczéj, bo państwo w pokojach swoich dopuszczacie się tysiącznych przekroczeń regulaminu. Co chwila uwiadamiają, mnie o jakichciś korrespondencjach, biletach.
Richelieu na głos się rozśmiał a panna de Launay i kawaler Dumesnil zarumienili się nagle.
— Ale pomówimy o tém przy deserze, mówił gubernator daléj. Panie hrabio, zdrowie pańskie... Kawalerze de Chaulay, pan nie pijesz?
— Nie, panie, słucham.
— Powiedz raczéj, że marzysz. O, ja się tak łatwo oszukać nie dam.
— O czémże marzy? zapytał Malezieux.
— O czém pan chcesz, ażeby chłopiec dwudziesto-pięcioletni marzył. Widać, żeś się pan podstarzał, kochany poeto. Marzy o kochance swojéj, dalipan!
— A brawo! brawo! zawołał Malezieux, to jest ładnie, ślicznie. Mości książę, zrobiłem dystychon na panią du Maine.

Il vaut, miex separer, n’est-il-pas vrai, madame,
La tête de son corps, que le corps de son âme.

— Cóż książę powiesz o téj myśli, odtąd gdy ją w wierszu uwięziłem? zapytał Malezieux.

— Że mniéj warta, jak gdy się w prostéj mieściła prozie, panie poeto, odpowiedział książę.
— Cóżeś zrobił z panem de Pompadour, gubernatorze?
— Bardzo mi przykro było wtrącić go do ciemnicy, mości książę.
— Do ciemnicy? zapytał Gaston, i cóż on zawinił?
— Obił swojego dozorcę.
— Odkądże niewolno już szlachcicowi bić swoich ludzi? zapytał Richelieu.
— Dozorcy więzienia są królewskiemi ludźmi, mości książę, odpowiedział gubernator z uśmiechem.
— Powiedz raczéj, rejenta, odrzekł Richelieu.
— Różnica nie wielka.
— Ale tém słuszniejsza.
— Mogęż panu nalać kieliszek Chambertin’a, panie hrabio? zapytał gubernator.
— Dobrze, jeżeli zechcesz zemną wypić za zdrowie króla.
— Jak najchętniéj, skoro pan następnie wypijesz ze mną, za zdrowie rejenta.
— Nie mam już pragnienia, panie gubernatorze.
— Bardzo wierzę, boś pan dopiero taki kielich doskonałego szambertyna z piwnicy jego królewskiéj mości wypił.
— Jego królewskiéj mości? to wino jest z piwnicy rejenta?
— Zaszczycił mnie niém wczoraj, wiedząc że będę miał szczęście objadować dzisiaj z księciem panem.
— W takim razie, ten szambertyn jest zatrutym! zawołał Brigand wylewając resztę z kieliszka swojego na podłogę. Venenum tureus. Podaj mi pan swroję butelkę z winem, panie de Launay.
— Zanieś panu opatowi to wino.
— Oho! ozwał się Malezieux, opat wylewa swoję, nie sądziłem że takim jest fanatykiem dobréj sprawy.
— Pochwalimy cię, opacie, skoro to wino nie zgadza się z zasadami twojemi:
ale niesłusznie je wylałeś: poznaję tego szambertyna, piłem go dawniéj, i rzeczywiście, że pochodzi z piwnic rejenta, i drugiego takiego nigdzie nie znajdziesz. Czy duży masz zapas, panie gubernatorze?
— Tylko sześć butelek.
— Otóż widzisz, opacie, jakie popełniłeś świętokradztwo. Dla czegóżeś go nie dał sąsiadowi swojemu albo napowrót nie wlał w butelkę... Tam raczéj było jego miejsce a nie na podłodze: vinum in amphorum, mówił mój nauczyciel.
— Mości książę, ozwał się Brigand, pozwól sobie powiedziéć, że lepiéj umiesz po hiszpańsku jak po łacinie.
— Wcale nie źle, ale jest jeszcze jeden język, którym najgorzéj mówię a którego nauczyć się pragnę, to jest: Francuzki.
— A, bah! to byłoby za długo i nudno. Prędzej to książę uskutecznisz, gdy się każesz do akademii przyjąć.
— A pan, zwrócił się Richelieu do Gastona, czy także mówisz po hiszpańsku?
— Mówią, że mnie dla tego w bastylji zamknięto, odpowiedział Gaston, bom nadużywał języka hiszpańskiego.
— Mój panie, przerwał gubernator, uprzedzam cię, byś nic o polityce nie mówił inaczéj będę zmuszonym wstać od stołu, chociaż dopiéro w połowie objada jesteśmy; co byłoby rzeczą bardzo nieprzyjemną, bo znając waszą grzeczność, wiem, iżbyście i wy, bezemnie, nie zostali u stołu.
— Więc poproś pannę de Launay, ażeby nam o matematyce mówiła, pochwycił Richelieu, co zapewne nikogo nie zgorszy.
Panna de Launay zadrżała, jak gdyby ją kto ze snu twardego był zbudził. Siedząc naprzeciwko kawalera Dumesnil, rozpoczęła z nim rozmawiać oczami, co dla gubernatora wcale niebezpieczném nie było, ale unieszczęśliwiało pana de Maison-Rouge, naczelnika bastylji, szalenie zakochanego w pannie de Launay; czynił on wszystko, co tylko w mocy jego było, ażeby się jéj przypodobać, w czém go jednakże kawaler uprzedził.
Po powyźszém przemówieniu gubernatora, objad odbył się bardzo przyzwoicie, bez wzmianki o rejencie i ministrze jego. Więźniowie dla których te zebrania, dozwolone przez rejenta, wielką były rozrywką, starali się o czém inném mówić, a Gaston mógł by był powiedzieć, że jednym z najprzyjemniejszych i najdowcipniejszych objadów, w życiu jego, był ten w bastylji.
Nadto ciekawość jego była podnieconą. Znajdował się w obec ludzi, którzy dwoiście sławni byli, już to przez ojców swoich i talenta, już téż przez uświetnienie, jakie im rokosz Cellamary nadawał. I dziwną jest rzeczą, że te wszystkie osoby, czy to jako ludzie w świecie poszukiwani, czyli téż jako panowie znakomici, poeci albo uczeni, wszyscy zdawali mu się stać na równi z opiniją, jaką mieli.
Po skończonym objedzie odprowadzono znowu każdego z osobna. Każdy dziękował gubernatorowi za jego grzeczność, nie dostrzegłszy, że pomimo danego słowa, pokój przyległy sali jadalnéj napełniony był strażą, i że w ciągu objada wszyscy tak bacznie byli śledzeni, że niepodobieństwem było podać sobie i najmniejszy bilecik.
I Gaston tego nie spostrzegł, i całém tém przyjęciem był aż odurzony. Podobne postępowanie w więzieniu, o którém tylko z zgrozą mówiono, tak różne z sceną, która przed dwiema godzinami miała miejsce w sali tortur, pomięszało mu wszystkie myśli. Gdy koléj oddalenia się przyszła na niego, poprowadził daléj zaczętą zrana rozmowę z gubernatorem, zapytując go, czyliby brzytwy nie mógł dostać, która mu nieodbicie jest potrzebną, skoro ma widywać tak wykwintne zebranie.
— Jestem w rozpaczy, odrzekł gubernator, odmówienia panu rzeczy, która jak pojmuję, nieodzownie mu jest potrzebną. Ale mamy w regulaminie wyraźne zastrzeżenie, by się więźniowie bez pozwolenia naczelnika policji nie golili. Wejdź pan do mojego gabinetu, a znajdziesz tam papier, pióra i atrament, Napisz pan do niego, odeślę mu list, i mam nadzieję że wkrótce pożądaną, otrzymasz odpowiedź.
— Więc ci panowie, z którymi objad jadłem, i którzy tak dobrze byli ubrani i wygoleni, mają jakiś szczególny przywiléj?
— Bynajmniéj: i oni tak samo, jak to pan masz zrobić, prosili o pozwolenie. Nawet książę Richelieu, któregoś pan widział tak świeżo ogolonego i ufryzowanego, niegolony raz przez cały miesiąc, wyglądał jakby patryarcha jaki.
— Nie mogę pogodzić tej surowości w drobnych szczegółach z owém zebraniem pełném swobody, którego dopiéro co byłem świadkiem.
— I ja także mam przywileje moje, przywileje, które nie rozciągają się aż do brzytew, piór i książek, ale dozwalają mi zaprosić do mojego stołu, kogo zechcę, z pomiędzy więźniów moich; przypuszczać należy, że takie zaproszenie zawsze jest w pewnym rodzaju łaską, dodał z uśmiechem. Wprawdzie, że zarazem mam obowiązek zdać sprawę naczelnikowi policji, cokolwiekby przeciwko rządowi mówili; ale gdy im wzbraniam mówić o polityce, unikam zdrady gościnności, jakąbym popełnił, donosząc ich rozmowę.
— Ale czyż się nie lękają, że dozwalając panu takiéj zażyłości z więźniami, staniesz się dla nich zbyt, pobłażliwym, co się z postanowieniami rządu wcale nie zgadza?
— Znam obowiązki moje i umiem się do nich jak najściśléj zastosować. Ci wszyscy goście, których pan dziś u mnie widziałeś, a żaden z nich nie użala się na mnie, siedzieli już w ciemnicach, gdzie dotąd jeszcze nie jeden pozostał. Rozkazy dworu następują szybko po sobie, a jeden nie zgadza się z drugim. Ja je odbieram, wykonywam, a moi goście, wiedząc że na to nie wpływam a łagodzę wszystko o ile mogę, żadnéj urazy do mnie nie mają. Mam nadzieję, że i pan tak samo postąpisz, gdyby, czego nie przypuszczam bynajmniéj, jaki rozkaz, niezgodny z życzeniem twojém, do mnie nadszedł.
Gaston smutno się uśmiechnął.
— To ostrzeżenie bardzo jest użyteczném, wyrzekł, bo zdaje mi się, że nie długo będę korzystał z przyjemności, jaką dziś miałem. W każdym zaś razie odłączę osobę pańską od smutnych wypadków, jakie mnie spotkać mogą.
— Pan zapewne masz u dworu protektora jakiego?
— Żadnego nie mam.
— Może jaki wielowładny dobroczyńca czuwa nad panem?
— Nie znam żadnego.
— A, to potrzeba liczyć na traf pomyślny.
— Traf dla mnie nigdy pomyślnym nie był.
— Otóż może mu się właśnie uprzykrzyło być panu przeciwnym.
— A potém jestem Bretonem, a w Bretanii tylko w jednego wierzymy Boga.
— I ja o Bogu myślałem, mówiąc panu o szczęśliwym trafie.
Gaston napisał podanie swoje i oddalił się wielce zadowolony z gubernatora, z charakteru jego i sposobu postępowania.


XIII.
JAK PRZEPĘDZANO NOCE W PASTYLII, OCZEKUJĄC DNIA.

Już dnia poprzedniego wieczorem dowiadywa się Gaston, czyli świeca jest więźniom dozwoloną, a zapytany o to dozorca, odpowiedział że nie. Gdy więc zmierzch zapadł, a o téj porze roku następuje to bardzo rychło, nie pytał już o to i położył się spokojnie; bo dzisiejsza wizyta w izbie tortur była dla niego wielką nauką filozoficzną.
I czyli to była ufność młodzieńcza, czy moc charakteru, albo téż, co więcéj znaczy, potrzeba natury, Gaston po niedługim czasie już w głębokim był śnie.
Trudnoby mu było powiedziéć, jak długo spał, gdy go nagle brzęk małego obudził dzwonka. Dzwonek ten, zdawało się, że jest w pokoju jego, a jednakżeż dojrzéć go nie mógł, chociaż wzrok silił, o ile to było podobna: bo i wśród dnia ciemność zalegała mieszkanie Gastona, a cóż dopiero w nocy!
Dzwonek dzwonił bezprzestannie, zwolna i łagodnie, jakby ostrożną i lękliwą poruszany ręką, która nie chce, ażeby go daleko słyszano. Nadstawiając ucha na wszystkie strony, Gaston doszedł, że ten odgłos wychodzi z komina. Powstał i pobiegł skąd go dźwięk ten dolatywał, i nie zawiódł się: dzwonek istotnie brzęczał w kominie.
Zajęły sprawdzeniem swojego domysłu, posłyszał stuk w podłogę, na któréj stał. Stukano czemś tępem, w pewnych niby wymierzonych przestankach.
Widoczną było rzeczą, że to dzwonienie i stukanie w podłogę, były dawane mu znaki przez sąsiednich więźniów.
Ażeby się mógł lepiéj po pokoju rozpatrzeć, Gaston odemknął firanki, zasłaniające promienie księżyca, będącego właśnie w całym blasku. Wtém dostrzegł coś przywiązanego do sznurka, który się po-za kratą jego okna wiewał.
— Dobrze, otóż będę miał zajęcie. Ale każdy z kolei, bo potrzeba porządku, zwłaszcza téż w więzieniu. Zobaczymy nasamprzód czego dzwonek chce odemnie, bo on powinien mieć pierwszeństwo.
I Gaston przystąpił do kominka, wyciągnął rękę i schwycił sznur jakiś. Na drugim końcu tegoż był przywiązany dzwonek. Gaston szarpnął za koniec wiszący, ale dzwonek się nie odezwał.
— Dobrze, ozwał się głos z rury komina, jakby z tuby, dobrze, więc jesteś?
— Jestem odpowiedział Gaston. Czegóż chcesz odemnie?
— Tam do licha! czego chcę? pogawędzić trochę.
— Bardzo dobrze. Więc gawędźmy.
— Nie jesteśże pan kawalerem de Chanlay, z którym miałem zaszczyt objadowania dzisiaj u pana de Launay?
— Tak jest, mój panie.
— W takim przypadku jestem na usługi pańskie.
— Sługa najniższy.
— Więc chciéj mi pan powiedzieć, jak daleko zaszła sprawa bretońska?
— Do bastylji, jak pan widzisz.
— Dobrze! zawołał głos, niemogąc stłumić wesołego oddźwięku.
— Przepraszam, ale cóż pana obchodzi to, co się dzieje w Bretanii?
— To jest, że gdy sprawa bretońska źle stoi, to się z nami dobrze obchodzą, a gdy jéj się wiedzie pomyślnie, to nam dokuczają. Ztąd dnia jednego z przyczyny nie wiem jakiéj sprawy, w któréj pewne rozgałęzienie naszéj upatrywali, powsadzali nas wszystkich do ciemnic.
— Oho! wyrzekł Gaston w duszy, ty bo nie wiesz, ale ja wiem.
A potém dodał:
— Uspokój się więc pan: interes bretoński źle stoi, dla tego mieliśmy honor objadować pospołu.
— Ej panie! zapewneś skompromitowany w téj sprawie?
— Lękam się tego.
— A, to mi proszę wybaczyć.
— Pan mnie raczéj chciéj wybaczyć. Ale otóż mam sąsiada, który tak stuka w podłogę, że niemal deski pękają; pozwól, że odpowiem niecierpliwemu.
— Zrób to, mój panie, bo jeżeli mnie moje wyrachowania topograficzne niemytą, powinien to być margrabia de Pompadour.
— Nie łatwo się o tém przekonam.
— Ej to nie tak trudno, jak pan sądzisz.
— Jakżeż więc?
— Nie stukaż on w sposób niezwyczajny?
— Tak jest. Czyliż ten sposób stukania ma jakieś znaczenie?
— Niezawodnie. To jest nasz sposób porozumienia się, gdy nie mamy szczęścia rozmawiania wprost z sobą, jak to obecnie czynimy.
— Chciej mi pan dać klucz do tego.
— To nie trudno. Każda litera ma swój porządek w alfabecie, nieprawdaż?
— Niezaprzeczenie.
— W alfabecie jest dwadzieścia-cztery liter.
— Nie liczyłem ich nigdy, ale zawierzam panu.
— Otóż jedno stuknięcie znaczy A; dwa stuknięcia B, a trzy C, i t. d.
— Rozumiem; ale ponieważ po-za oknem mojém widzę zwieszony sznureczek, który niecierpliwi się zapewne, a powyższy sposób rozmawiania dużo potrzebuje czasu, stuknę przeto parę razy w podłogę, by dać poznać sąsiadowi podemną, żem go słyszał, i spieszę do sznureczka.
— Idź pan! pospieszaj, zaklinam cię! bo o ile się domyślam sznurek ten wielkie dla mnie ma znaczenie. Ale wprzódy stuknij trzy razy w podłogę, co w języku bastyljowym znaczy cierpliwość; i więzień poczeka dopóki mu nowego nie dasz znaku.
Gaston stuknął trzy razy nogą od krzesła, i odtąd już nie posłyszał pod sobą stukania. Więc korzystał z téj chwili wytchnienia i pobiegł do okna.
To nie było rzeczą tak łatwą dosięgnąć krat z wewnątrz, ile że mur miał do sześciu stóp grubości; ale Gaston przysunął stół do okna, uchwycił się jedną ręką kraty a drugą po sznurek sięgnął; za co sznureczek zdawał się być bardzo wdzięcznym, bo począł się zwolna poruszać.
Gaston odwiązał paczkę, lecz była tak dużą, że się ledwie pomiędzy kratą przecisnęła.
Zawierała słojek konfitur i książkę.
Dostrzegł, że na papierze, pokrywającym słojek, było cóś napisane, ale dla ciemności w pokoju przeczytać nie mógł.
Tymczasem sznurek poruszał się ciągle, co zapewne miało znaczyć, że na odpowiedź czeka.
Gaston przypomniał sobie daną mu przez sąsiada od dzwonka naukę, wziął więc miotłę, stojącą w kącie, która służyła do omiatania pajęczyny, i uderzył nią trzy razy w sufit.
Bo wszakżeż wiemy, że trzy stuknięcia znaczyły w języku bastyljowym cierpliwość.
Więzień od pakiecika zrozumiał tę mowę bo od razu wciągnął do siebie sznurek, uwolniony z swojego ładunku.
Gaston znowu przybiegł do kominka.
— Hej tam! mój panie! zawołał.
— A co tam? jestem.
— Otóż otrzymałem za pośrednictwem sznurka garnuszek z konfiturami i książkę.
— Czy nie masz co napisanego w książce albo na garnuszku?
— W książce nie wiem, ale na garnuszku niezawodnie. Nieszczęście tylko, że dla ciemności przeczytać nie mogę.
— Poczekaj, dam ci światło.
— Ależ tego podobno wzbroniono więźniom?
— Tak jest, alem się o nie postarał.
— Spiesz się pan, bom i ja niecierpliwy dowiedzieć się, co tam napisano.
I przypuszczając, iż mu noc cała na rozmowie z trzema sąsiadami upłynąć może, Gaston począł się ubierać, ile że w pokoju wcale nie było ciepło.
Zaledwie ukończył swoją tualetę, gdy w kominie zwolna rozjaśniać się poczęło. Dzwonek opuścił się znowu, ale w téj chwili przemieniony w latarnkę.
Ta przemiana stała się w bardzo prosty sposób: odwrócono dzwonek tak, że się z niego zrobiła fiola, w którą wlano oleju, a w olej włożono i zapalono knotek.
Nienawykły jeszcze do życia w więzieniu i wynalazków, jakie się tam rodzą, Gaston podziwiał środek, uważając go jako bardzo dowcipny, że na chwilę zapomniał o książce i słojku z konfiturami.
— Chciéj mi pan powiedziéć, zapytał sąsiada, zkąd pan wziąłeś te wszystkie przedmioty do zfabrykowania sobie lampki?
— Nic prostszego: zażądałem dzwonka, by nim zadzwonić, gdy będę czego potrzebował i dano mi go! Potém oszczędzałem oliwy przy śniadaniach i objadach, dopóki sobie całéj nie napełniłem butelki. Knoty porobiłem z nitek wyskubanych z chustki do nosa. Znalazłem kawałek krzemienia, przechadzając się po łące; zrobiłem sobie hubkę ze spalonéj bielizny. Potem skradłem gubernatorowi, będąc u niego raz na objedzie, dość sporo zapałek. Skrzesałem ogień nożykiem, którym zatrzymał, i który mi zarazem posłużył do zrobienia otworu, przez który obecnie rozmawiamy.
— Biję czołem przed panem! zawołał Gaston, jako przed człowiekiem pełnym wynalazków.
— Dziękuję panu za komplement, ale zechciéj teraz zobaczyć, jaką ci książkę przesłano i co napisano na słojku.
— Ta książka, to jest Wirgiliusz.
— Tak. otóż właśnie, obiecała mi go! zawołał głos z takiém odbrzmieniem radości i szczęścia, że Gaston nie pojmował, ażeby Wirgiliusza z tak wielką oczekiwano niecierpliwością.
— A teraz zobacz pan słojek z konfiturami, bardzo proszę, mówił daléj sąsiad.

— Bardzo chętnie. Słucham pana.[1]
„Panie kawalerze!

„Dowiedziałam się, że zajmujesz pan pokój na pierwszem piętrze, którego okno jest pod mojem oknem: pomiędzy więźniami wszyscy są obowiązani do wzajemnej pomocy i usług; zjedz konfitury, a Wergiliusza prześlij kawalerowi Dumesnil, który ma okno tylko od podwórza.”
— Spodziewałem się tej przesyłki — powiedział głos. — Zostałem uprzedzony o niej podczas obiadu.
— Więc to pan, jesteś kawaler Dumesnil?— zapytał Gaston.
— Do usług pańskich! Racz pan odczepić dzwonek i na jego miejsce umocować na sznurku Wergiliusza.
— Ale bez dzwonka nie zdołasz pan czytać — zauważył Gaston.
— O! nie troszcz się pan o to — odrzekł więzień. — Zrobię sobie inną lampkę.
Gaston, ufający sprytowi sąsiada, nie opierał się dłużej: odjął dzwonek, zasadził go w szyjkę pustej butelki i umocował do sznurka Wergiliusza, wraz z listem, który wypadł był z książki. Sznurek powędrował wesoło do góry wraz z ciężarem.
W więzieniu, każdy martwy przedmiot nabiera wyrazu i życia.
— Dziękuję panu — przemówił głos — a teraz jeżeli pan sobie życzysz odpowiedzieć sąsiadowi z dołu...
— Zwalniasz mnie pan?
— Tak, ale niedługo odwołam się znowu do pana uprzejmości.
— Jestem na pańskie rozkazy. Tak więc jedno uderzenie na A?
— Tak, a na Z dwadzieścia i cztery.
Gaston uderzył rękojeścią miotły w podłogę na znak, że jest gotów do rozmowy, na co sąsiad odpowiedział natychmiast. Po upływie półgodziny więźniowie zdołali przeprowadzić następującą rozmowę.
— Jak się nazywasz?
— Gaston de Chanlay.
— A ja, margrabia de Pompadour.
W tem Gaston spojrzawszy w okno, zobaczył, że sznurek kołysze się gwałtownie.
Zapukał mocno trzy razy, prosząc o cierpliwość i zwrócił się do komina.
— Panie! — przemówił — mam zaszczyt donieść, że sznurek niecierpliwi się widocznie.
— Proś go pan o trochę cierpliwości: za chwilę będę gotów.
Gaston zapukał w sufit i powrócił do komina. Po chwili Wergiliusz zjechał na sznurku.
— Panie — zawołał Dumesnil — zechciej uwiązać Wergiliusza na końcu sznurka: ona na to czeka.
Gaston ciekawy był, czy kawaler odpisał pannie de Launay. Otworzył Wirgiliusza: nie było w książce żadnego listu, tylko niektóre wyrazy po podkreślane ołówkiem. Gaston przeczytał: meos amores i carceris oblivia longa. Zrozumiał, że w ten sposób wybierając i podkreślając wyrazy można było ułożyć pewną całość. Kawaler Dumesnil i panna de Launay wybrali jako odpowiednią do okoliczności, czwartą księgę Eneidy, opisującą miłość Didony i Eneasza.
— Zdaje się — pomyślał Gaston, otwierając okno i umocowując Wergiliusza — że odgrywam tu rolę skrzynki pocztowej.
Westchnął myśląc, że nie ma sposobu przesłania listu Helenie, która nic nie wie zupełnie, co się z nim dzieje. Natchnęło go to jeszcze większem współczuciem dla panny de Launay i kawalera Dumesnila. Powróciwszy do komina, powiedział:
— Możesz pan być spokojnym: odpowiedź pańska już doszła.
— Tysiączne dzięki! — zawołał Dumesnil. — Jeszcze jedno słowo, a potém pozwolę ci już spać spokojnie. Czyś pan rozmawiał z sąsiadem z dołu?
— Rozmawiałem.
— Kto on jest?
— Margrabia de Pompadour.
— Domyślałem się tego. Cóż ci powiedział?
— Zapytał, jak się nazywam; ale nie miał czasu na nic więcej. Ten sposób rozmawiania jest dowcipny, ale nie bardzo prędki.
— Trzeba przebić otwór: wtedy będziecie rozmawiali swobodnie, tak jak my.
— Ale czem przebić?
— Pożyczę panu mojego noża.
— Dzięki!
— Będzie to w każdym razie roztargnienie.
— Zatem, proszę.
Nóż, rzucony w otwór komina, padł u stóp Gastona.
— A teraz, może panu oddać dzwonek?
— Tak, bo jutro rano strażnicy zobaczyliby, że go niema, a do rozmowy z margrabią nie potrzeba światła.
— Zapewne, że nie.
Dzwonek powędrował i powrotem na górę.
— A teraz — przemówił głos — ponieważ potrzeba ci coś do popicia po konfiturach, przyślę ci butelkę szampana.
— Dziękuję odrzekł Gaston — nie pozbawiaj się pan tego przysmaku, o który ja niebardzo stoję.
— W takim razie, prześlij ją, po wywierceniu otworu, margrabiemu, który jest zupełnie innego zdania.
— Dziękuję ci, kawalerze.
— Dobranoc!
Sznurek pojechał w górę. Gaston spojrzał w okno: sznurek znikł.
— Ah! — westchnął. — Bastylia byłaby dla mnie rajem, gdybym tu miał w pobliżu Helenę!
Potem zabrał się do rozmowy z margrabią de Pompadour, która trwała do trzeciej rano i podczas której uwiadomił go, że przebije otwór w podłodze, ażeby mógł porozumiewać się bezpośrednio.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.




  1. Przypis własny Wikiźródeł Brakujący fragment str. 267-276 przepisano z wydania „Córka Regenta“ Aleksander Dumas (ojciec), Tygodnik Romansów i Powieści. 1896, T. 55, nr 1426, str. 522-524





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.