Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom II/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.
JAK PRZEPĘDZANO NOCE W PASTYLII, OCZEKUJĄC DNIA.

Już dnia poprzedniego wieczorem dowiadywa się Gaston, czyli świeca jest więźniom dozwoloną, a zapytany o to dozorca, odpowiedział że nie. Gdy więc zmierzch zapadł, a o téj porze roku następuje to bardzo rychło, nie pytał już o to i położył się spokojnie; bo dzisiejsza wizyta w izbie tortur była dla niego wielką nauką filozoficzną.
I czyli to była ufność młodzieńcza, czy moc charakteru, albo téż, co więcéj znaczy, potrzeba natury, Gaston po niedługim czasie już w głębokim był śnie.
Trudnoby mu było powiedziéć, jak długo spał, gdy go nagle brzęk małego obudził dzwonka. Dzwonek ten, zdawało się, że jest w pokoju jego, a jednakżeż dojrzéć go nie mógł, chociaż wzrok silił, o ile to było podobna: bo i wśród dnia ciemność zalegała mieszkanie Gastona, a cóż dopiero w nocy!
Dzwonek dzwonił bezprzestannie, zwolna i łagodnie, jakby ostrożną i lękliwą poruszany ręką, która nie chce, ażeby go daleko słyszano. Nadstawiając ucha na wszystkie strony, Gaston doszedł, że ten odgłos wychodzi z komina. Powstał i pobiegł skąd go dźwięk ten dolatywał, i nie zawiódł się: dzwonek istotnie brzęczał w kominie.
Zajęły sprawdzeniem swojego domysłu, posłyszał stuk w podłogę, na któréj stał. Stukano czemś tępem, w pewnych niby wymierzonych przestankach.
Widoczną było rzeczą, że to dzwonienie i stukanie w podłogę, były dawane mu znaki przez sąsiednich więźniów.
Ażeby się mógł lepiéj po pokoju rozpatrzeć, Gaston odemknął firanki, zasłaniające promienie księżyca, będącego właśnie w całym blasku. Wtém dostrzegł coś przywiązanego do sznurka, który się po-za kratą jego okna wiewał.
— Dobrze, otóż będę miał zajęcie. Ale każdy z kolei, bo potrzeba porządku, zwłaszcza téż w więzieniu. Zobaczymy nasamprzód czego dzwonek chce odemnie, bo on powinien mieć pierwszeństwo.
I Gaston przystąpił do kominka, wyciągnął rękę i schwycił sznur jakiś. Na drugim końcu tegoż był przywiązany dzwonek. Gaston szarpnął za koniec wiszący, ale dzwonek się nie odezwał.
— Dobrze, ozwał się głos z rury komina, jakby z tuby, dobrze, więc jesteś?
— Jestem odpowiedział Gaston. Czegóż chcesz odemnie?
— Tam do licha! czego chcę? pogawędzić trochę.
— Bardzo dobrze. Więc gawędźmy.
— Nie jesteśże pan kawalerem de Chanlay, z którym miałem zaszczyt objadowania dzisiaj u pana de Launay?
— Tak jest, mój panie.
— W takim przypadku jestem na usługi pańskie.
— Sługa najniższy.
— Więc chciéj mi pan powiedzieć, jak daleko zaszła sprawa bretońska?
— Do bastylji, jak pan widzisz.
— Dobrze! zawołał głos, niemogąc stłumić wesołego oddźwięku.
— Przepraszam, ale cóż pana obchodzi to, co się dzieje w Bretanii?
— To jest, że gdy sprawa bretońska źle stoi, to się z nami dobrze obchodzą, a gdy jéj się wiedzie pomyślnie, to nam dokuczają. Ztąd dnia jednego z przyczyny nie wiem jakiéj sprawy, w któréj pewne rozgałęzienie naszéj upatrywali, powsadzali nas wszystkich do ciemnic.
— Oho! wyrzekł Gaston w duszy, ty bo nie wiesz, ale ja wiem.
A potém dodał:
— Uspokój się więc pan: interes bretoński źle stoi, dla tego mieliśmy honor objadować pospołu.
— Ej panie! zapewneś skompromitowany w téj sprawie?
— Lękam się tego.
— A, to mi proszę wybaczyć.
— Pan mnie raczéj chciéj wybaczyć. Ale otóż mam sąsiada, który tak stuka w podłogę, że niemal deski pękają; pozwól, że odpowiem niecierpliwemu.
— Zrób to, mój panie, bo jeżeli mnie moje wyrachowania topograficzne niemytą, powinien to być margrabia de Pompadour.
— Nie łatwo się o tém przekonam.
— Ej to nie tak trudno, jak pan sądzisz.
— Jakżeż więc?
— Nie stukaż on w sposób niezwyczajny?
— Tak jest. Czyliż ten sposób stukania ma jakieś znaczenie?
— Niezawodnie. To jest nasz sposób porozumienia się, gdy nie mamy szczęścia rozmawiania wprost z sobą, jak to obecnie czynimy.
— Chciej mi pan dać klucz do tego.
— To nie trudno. Każda litera ma swój porządek w alfabecie, nieprawdaż?
— Niezaprzeczenie.
— W alfabecie jest dwadzieścia-cztery liter.
— Nie liczyłem ich nigdy, ale zawierzam panu.
— Otóż jedno stuknięcie znaczy A; dwa stuknięcia B, a trzy C, i t. d.
— Rozumiem; ale ponieważ po-za oknem mojém widzę zwieszony sznureczek, który niecierpliwi się zapewne, a powyższy sposób rozmawiania dużo potrzebuje czasu, stuknę przeto parę razy w podłogę, by dać poznać sąsiadowi podemną, żem go słyszał, i spieszę do sznureczka.
— Idź pan! pospieszaj, zaklinam cię! bo o ile się domyślam sznurek ten wielkie dla mnie ma znaczenie. Ale wprzódy stuknij trzy razy w podłogę, co w języku bastyljowym znaczy cierpliwość; i więzień poczeka dopóki mu nowego nie dasz znaku.
Gaston stuknął trzy razy nogą od krzesła, i odtąd już nie posłyszał pod sobą stukania. Więc korzystał z téj chwili wytchnienia i pobiegł do okna.
To nie było rzeczą tak łatwą dosięgnąć krat z wewnątrz, ile że mur miał do sześciu stóp grubości; ale Gaston przysunął stół do okna, uchwycił się jedną ręką kraty a drugą po sznurek sięgnął; za co sznureczek zdawał się być bardzo wdzięcznym, bo począł się zwolna poruszać.
Gaston odwiązał paczkę, lecz była tak dużą, że się ledwie pomiędzy kratą przecisnęła.
Zawierała słojek konfitur i książkę.
Dostrzegł, że na papierze, pokrywającym słojek, było cóś napisane, ale dla ciemności w pokoju przeczytać nie mógł.
Tymczasem sznurek poruszał się ciągle, co zapewne miało znaczyć, że na odpowiedź czeka.
Gaston przypomniał sobie daną mu przez sąsiada od dzwonka naukę, wziął więc miotłę, stojącą w kącie, która służyła do omiatania pajęczyny, i uderzył nią trzy razy w sufit.
Bo wszakżeż wiemy, że trzy stuknięcia znaczyły w języku bastyljowym cierpliwość.
Więzień od pakiecika zrozumiał tę mowę bo od razu wciągnął do siebie sznurek, uwolniony z swojego ładunku.
Gaston znowu przybiegł do kominka.
— Hej tam! mój panie! zawołał.
— A co tam? jestem.
— Otóż otrzymałem za pośrednictwem sznurka garnuszek z konfiturami i książkę.
— Czy nie masz co napisanego w książce albo na garnuszku?
— W książce nie wiem, ale na garnuszku niezawodnie. Nieszczęście tylko, że dla ciemności przeczytać nie mogę.
— Poczekaj, dam ci światło.
— Ależ tego podobno wzbroniono więźniom?
— Tak jest, alem się o nie postarał.
— Spiesz się pan, bom i ja niecierpliwy dowiedzieć się, co tam napisano.
I przypuszczając, iż mu noc cała na rozmowie z trzema sąsiadami upłynąć może, Gaston począł się ubierać, ile że w pokoju wcale nie było ciepło.
Zaledwie ukończył swoją tualetę, gdy w kominie zwolna rozjaśniać się poczęło. Dzwonek opuścił się znowu, ale w téj chwili przemieniony w latarnkę.
Ta przemiana stała się w bardzo prosty sposób: odwrócono dzwonek tak, że się z niego zrobiła fiola, w którą wlano oleju, a w olej włożono i zapalono knotek.
Nienawykły jeszcze do życia w więzieniu i wynalazków, jakie się tam rodzą, Gaston podziwiał środek, uważając go jako bardzo dowcipny, że na chwilę zapomniał o książce i słojku z konfiturami.
— Chciéj mi pan powiedziéć, zapytał sąsiada, zkąd pan wziąłeś te wszystkie przedmioty do zfabrykowania sobie lampki?
— Nic prostszego: zażądałem dzwonka, by nim zadzwonić, gdy będę czego potrzebował i dano mi go! Potém oszczędzałem oliwy przy śniadaniach i objadach, dopóki sobie całéj nie napełniłem butelki. Knoty porobiłem z nitek wyskubanych z chustki do nosa. Znalazłem kawałek krzemienia, przechadzając się po łące; zrobiłem sobie hubkę ze spalonéj bielizny. Potem skradłem gubernatorowi, będąc u niego raz na objedzie, dość sporo zapałek. Skrzesałem ogień nożykiem, którym zatrzymał, i który mi zarazem posłużył do zrobienia otworu, przez który obecnie rozmawiamy.
— Biję czołem przed panem! zawołał Gaston, jako przed człowiekiem pełnym wynalazków.
— Dziękuję panu za komplement, ale zechciéj teraz zobaczyć, jaką ci książkę przesłano i co napisano na słojku.
— Ta książka, to jest Wirgiliusz.
— Tak. otóż właśnie, obiecała mi go! zawołał głos z takiém odbrzmieniem radości i szczęścia, że Gaston nie pojmował, ażeby Wirgiliusza z tak wielką oczekiwano niecierpliwością.
— A teraz zobacz pan słojek z konfiturami, bardzo proszę, mówił daléj sąsiad.

— Bardzo chętnie. Słucham pana.[1]
„Panie kawalerze!

„Dowiedziałam się, że zajmujesz pan pokój na pierwszem piętrze, którego okno jest pod mojem oknem: pomiędzy więźniami wszyscy są obowiązani do wzajemnej pomocy i usług; zjedz konfitury, a Wergiliusza prześlij kawalerowi Dumesnil, który ma okno tylko od podwórza.”
— Spodziewałem się tej przesyłki — powiedział głos. — Zostałem uprzedzony o niej podczas obiadu.
— Więc to pan, jesteś kawaler Dumesnil?— zapytał Gaston.
— Do usług pańskich! Racz pan odczepić dzwonek i na jego miejsce umocować na sznurku Wergiliusza.
— Ale bez dzwonka nie zdołasz pan czytać — zauważył Gaston.
— O! nie troszcz się pan o to — odrzekł więzień. — Zrobię sobie inną lampkę.
Gaston, ufający sprytowi sąsiada, nie opierał się dłużej: odjął dzwonek, zasadził go w szyjkę pustej butelki i umocował do sznurka Wergiliusza, wraz z listem, który wypadł był z książki. Sznurek powędrował wesoło do góry wraz z ciężarem.
W więzieniu, każdy martwy przedmiot nabiera wyrazu i życia.
— Dziękuję panu — przemówił głos — a teraz jeżeli pan sobie życzysz odpowiedzieć sąsiadowi z dołu...
— Zwalniasz mnie pan?
— Tak, ale niedługo odwołam się znowu do pana uprzejmości.
— Jestem na pańskie rozkazy. Tak więc jedno uderzenie na A?
— Tak, a na Z dwadzieścia i cztery.
Gaston uderzył rękojeścią miotły w podłogę na znak, że jest gotów do rozmowy, na co sąsiad odpowiedział natychmiast. Po upływie półgodziny więźniowie zdołali przeprowadzić następującą rozmowę.
— Jak się nazywasz?
— Gaston de Chanlay.
— A ja, margrabia de Pompadour.
W tem Gaston spojrzawszy w okno, zobaczył, że sznurek kołysze się gwałtownie.
Zapukał mocno trzy razy, prosząc o cierpliwość i zwrócił się do komina.
— Panie! — przemówił — mam zaszczyt donieść, że sznurek niecierpliwi się widocznie.
— Proś go pan o trochę cierpliwości: za chwilę będę gotów.
Gaston zapukał w sufit i powrócił do komina. Po chwili Wergiliusz zjechał na sznurku.
— Panie — zawołał Dumesnil — zechciej uwiązać Wergiliusza na końcu sznurka: ona na to czeka.
Gaston ciekawy był, czy kawaler odpisał pannie de Launay. Otworzył Wirgiliusza: nie było w książce żadnego listu, tylko niektóre wyrazy po podkreślane ołówkiem. Gaston przeczytał: meos amores i carceris oblivia longa. Zrozumiał, że w ten sposób wybierając i podkreślając wyrazy można było ułożyć pewną całość. Kawaler Dumesnil i panna de Launay wybrali jako odpowiednią do okoliczności, czwartą księgę Eneidy, opisującą miłość Didony i Eneasza.
— Zdaje się — pomyślał Gaston, otwierając okno i umocowując Wergiliusza — że odgrywam tu rolę skrzynki pocztowej.
Westchnął myśląc, że nie ma sposobu przesłania listu Helenie, która nic nie wie zupełnie, co się z nim dzieje. Natchnęło go to jeszcze większem współczuciem dla panny de Launay i kawalera Dumesnila. Powróciwszy do komina, powiedział:
— Możesz pan być spokojnym: odpowiedź pańska już doszła.
— Tysiączne dzięki! — zawołał Dumesnil. — Jeszcze jedno słowo, a potém pozwolę ci już spać spokojnie. Czyś pan rozmawiał z sąsiadem z dołu?
— Rozmawiałem.
— Kto on jest?
— Margrabia de Pompadour.
— Domyślałem się tego. Cóż ci powiedział?
— Zapytał, jak się nazywam; ale nie miał czasu na nic więcej. Ten sposób rozmawiania jest dowcipny, ale nie bardzo prędki.
— Trzeba przebić otwór: wtedy będziecie rozmawiali swobodnie, tak jak my.
— Ale czem przebić?
— Pożyczę panu mojego noża.
— Dzięki!
— Będzie to w każdym razie roztargnienie.
— Zatem, proszę.
Nóż, rzucony w otwór komina, padł u stóp Gastona.
— A teraz, może panu oddać dzwonek?
— Tak, bo jutro rano strażnicy zobaczyliby, że go niema, a do rozmowy z margrabią nie potrzeba światła.
— Zapewne, że nie.
Dzwonek powędrował i powrotem na górę.
— A teraz — przemówił głos — ponieważ potrzeba ci coś do popicia po konfiturach, przyślę ci butelkę szampana.
— Dziękuję odrzekł Gaston — nie pozbawiaj się pan tego przysmaku, o który ja niebardzo stoję.
— W takim razie, prześlij ją, po wywierceniu otworu, margrabiemu, który jest zupełnie innego zdania.
— Dziękuję ci, kawalerze.
— Dobranoc!
Sznurek pojechał w górę. Gaston spojrzał w okno: sznurek znikł.
— Ah! — westchnął. — Bastylia byłaby dla mnie rajem, gdybym tu miał w pobliżu Helenę!
Potem zabrał się do rozmowy z margrabią de Pompadour, która trwała do trzeciej rano i podczas której uwiadomił go, że przebije otwór w podłodze, ażeby mógł porozumiewać się bezpośrednio.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.




  1. Przypis własny Wikiźródeł Brakujący fragment str. 267-276 przepisano z wydania „Córka Regenta“ Aleksander Dumas (ojciec), Tygodnik Romansów i Powieści. 1896, T. 55, nr 1426, str. 522-524





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.