Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom II/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XII.
JAKIEM BYŁO W BASTYLJI ŻYCIE TYCH, KTÓRZY ŚMIERCI OCZEKIWALI.

Gaston już chciał podziękować panu d’Argenson, ale się wstrzymał. Dziękując mu, zdawałoby się, że miał strach. Włożył więc swoje suknie, powyciągał mankietki i powrócił do bastylji tą samą drogą, którą był przyszedł.
«Nie chcieli zaciągnąć do wywodu słownego szlachcica wziętego na tortury, mówił sam do siebie; zadość im będzie osądzić mnie i na śmierć skazać.»
Ależ to zagrożenie torturą nie było bezkorzystném dla Gastona, bo wyobrażenie śmierci przedstawiało mu się obecnie łagodném i prostém, bez owéj przedwstępnéj katuszy, którą mu naczelnik policji tak dokładnie był opisał.
Co więcéj, wróciwszy do swojego pokoju, z radością powitał to wszystko, co mu się przed godziną tak straszném być zdawało. Ta izba więzienna przybrała postać wesołą a życie w niej było rozkoszném; najsmutniejsze napisy na ścianach były madrygałami w porównaniu gróźb dotykalnych, zdobiących mury izby tortur, nawet dozorcy więzienia wyglądali jak szlachta bardzo przyzwoita, porównywając ich z katami.
Jeszcze nie była upłynęła godzina, odkąd Gaston w swoim wypoczywał pokoju, przyglądając się z rozważaniem wszystkiemu, co teraz przy takiém porównaniu widok dlań przyjemny tworzyło, gdy przyszedł do niego major bastylji w towarzystwie dozorcy.
— Rozumiem pomyślał Gaston, to zaproszenie gubernatora, jest zapewne zwykłem hasłem, które się w podobnych przypadkach daje więźniowi, by go od katuszy oczekiwania śmierci uwolnić. Będę zapewne przechodził przez jaką, izbę z ubliettami, wpadnę w nie i umrę: niechaj się dzieje wola Boża!
Gaston powstał, uśmiechnął się smutno, żegnając swoje ponure więzienie, i udał się mocnym krokiem za majorem, a gdy przybyli do ostatniéj kraty, zdziwił się nie mało, że jeszcze go jaka ciemnica nie pochłonęła. Przebywając tę drogę wymawiał ciągle imię Heleny, by z niém na ustach umrzeć, ale żaden wypadek nie towarzyszył temu miłosnemu i poetycznemu zarazem wezwaniu; bo przebył spokojnie most zwodzony, wszedł na główny dziedziniec gmachu a potem do mieszkania gubernatora.
P. de Launay wybiegł na jego spotkanie.
— Dasz mi pan swoje słowo honoru, że nie pomyślisz o ucieczce, póki tutaj u mnie będziesz?.... Rozumie się, że gdy pana do twojego odprowadzą pokoju, będziesz zwolnionym z danego słowa, i wtedy znowu moją będzie rzeczą przedsięwziąć wszelkie środki, by sobie na dłużéj towarzystwo pańskie zapewnić.
— Daję panu moje słowo, odrzekł Gaston, ale tylko w takich granicach, jak to sam wyrzekłeś.
— To dobrze, chciej pan wejść, jesteś oczekiwany.
I gubernator wprowadził go do pokoju bardzo dobrze u meblowanego, chociaż w guście za Ludwika XIV, a moda ta poczęła już zadawnieniu ulegać. Gastona odurzyło zebranie liczne i woniejące różnemi pachnidłami, jakie tam zastał.
— Mam honor przedstawić państwu p. kawalera de Chaulay, ozwał się gubernator.
A potém wymienił nazwiska obecnych:
— Książe de Richelieu. Hrabia de Laval. P. kawaler Dumesnil. P. de Malezieux.
— Ah! zawołał Gaston z uśmiechem, wszyscy konspiratorowie rokoszu Cellamary.
— Prócz księcia i księżnéj du Maine, i samegoż księcia de Cellamare, odpowie, dział opat Brignant, kłaniając się z kolei:
— O panie, wyrzekł Gaston tonem zarzutu, zapominasz o dzielnym kawalerze d’Harmental i uczonéj pannie de Launay.
— D’Harmental leży w łóżku z powodu rany swojéj, odpowiedział Brigand.
— A panna de Launay, dodał kawaler Dumesnil, rumieniąc się z radości na jéj widok, ot właśnie nadchodzi, by nas przy objedzie obecnością swoją, zaszczycić.
— Chciej mnie pan przedstawić, wymówił Gaston, sądząc że pomiędzy więźniami nie robi się wielkich ceremonij, liczę na usłużność pana.
Kawaler Dumesnil ujął jego rękę i przedstawił go pannie de Launay.
Pomimo całéj władzy, jaką Gaston miał nad sobą, nie ustrzegł się jednakże, ażeby w ruchomych rysach jego nie przebijało się pewne zdziwienie.
— O, panie kawalerze! zawołał gubernator, zdybałem cię: zapewne i pan podzielałeś to zdanie trzech czwartych części Paryżan, że ja pochłaniam więźniów moich, nieprawdaż?
— Nie, panie, odpowiedział Gaston, ale sądziłem, że zaszczyt objadowania z panem został na inny dzień odłożonym.
— Jakto?
— Czy to zwyczajem jest pańskiém, odpowiedział mu Gaston, że więźniom swoim, ażeby im apetytu dodać, każesz przed objadem odbywać przechadzkę, taką, jaką ja...
— Ah prawda! zawołała panna de Launay, wszakżeż to pana dopiéro co na torturę! prowadzono?
— Tak jest pani, i potrzeba było tak wielkiéj przeszkody, by mnie zatrzymać od znajdowania się w tak miłém towarzystwie.
— O mój panie kawalerze, ozwał się gubernator, co o to, to do mnie pretensji nie miéj! bo to nie należy do jurysdykcyi mojéj. Dzięki Bogu! jestem tylko żołnierzem a nie sędzią. Potrzeba odróżnić togę od zbroi, jak mówi Cycero. Mojém zatrudnieniem jedynie jest pilnować pana, strzedz, ażebyś nie ociekł, i uczynić panu pobyt w bastylji tak miłym, byś znowu do niéj powrócił, i mnie towarzystwem swojém zaszczycił. Zaś czynnością pana d’Argenson jest, kazać pana torturować, ściąć, powiesić, na koło wpleść i ćwiartować, jeżeli mu tak wypadnie. Niechaj więc każdy w swoim pozostanie obrębie. Panno de Launay, waza na stole, dodał zwracając się ku niéj na widok roztwierających się podwoi do sali jadalnéj. Zechcesz pani rękę moję przyjąć? Przepraszam, panie Dumesnil, masz mnie za tyrana niewątpliwie, ale korzystam tylko z przywilejów gospodarza. Proszę do stołu, moi panowie!
— Ah jakaż to okropna rzecz, to więzienie! westchnął książę de Richelieu, umieszczony pomiędzy panną de Launay i hrabim de Laval, poprawiając starannie mankietki swoje.
— Czy podać panu ten półmisek z rakami? zapytał gubernator.
— Owszem, odrzekł książę, kucharz pański sporządza je doskonale, i chciałbym ażeby mój kucharz był spólnie ze mną konspirował, byłby z pobytu swojego w bastylji mógł nie jedno od pańskiego skorzystać.
— Panie hrabio, mówił dalej gubernator, masz szampana przed sobą, proszę nie zapominać o sąsiadce.
Laval nalał sobie kieliszek i z wyrazem ponurym wysączył go aż do ostatniéj kropli.
— Mam go wprost z Ai, wymówił gubernator.
— Dasz mi pan adres swojego dostarczyciela? zapytał książę de Richelieu, pana de Launay, bo jeżeli mi rejent nie każę wszystkich czterech głów moich uciąć, przysięgam, że ciągle pić będę... I jakżeż pan chcesz! nawykłem do tego w czasie troistego pobytu u pana, a jam skłonny do nawyknień.
— Otóż to panowie, bierzcie przykład z księcia de Richelieu, jest on jednym z najwierniejszych mi, to téż, ma tutaj już swój pokój, którego w nieobecności jego nikomu nie daję, chyba że wszystkie inne zajęte zostały.
— Ten rejent, mógłby nas zniewolić, ażeby każdy z nas już przy swoim się pozostał, wtrącił Brigand.
— Panie opacie, chciéj rozebrać te kuropatwy, przemówił gubernator, miałem sposobność zrobić tę uwagę, że w tém właśnie celują duchowni.
— Pochlebiasz mi pan, odpowiedział Brigand, przysuwając do siebie półmisek z kuropatwami, które począł z taką rozbierać zręcznością, iż dowiódł jak najdokładniéj, że pan de Launay znał się na ludziach.
— Panie gubernatorze, ozwał się głosem groźnym hrabia Laval, nie możesz mi pan powiedziéć, dla czego mnie dziś z rana o godzinie drugiéj zbudzono? Cóż znaczy ta nowa przezorność?
— To nie jest moją winą, panie hrabio, tylko pań tych i panów, którzy się nie chcą spokojnie zachować, pomimo przestróg, jakie im codziennie daję.
— Nam! zawołali na raz wszyscy biesiadujący.
— Tak, nie inaczéj, bo państwo w pokojach swoich dopuszczacie się tysiącznych przekroczeń regulaminu. Co chwila uwiadamiają, mnie o jakichciś korrespondencjach, biletach.
Richelieu na głos się rozśmiał a panna de Launay i kawaler Dumesnil zarumienili się nagle.
— Ale pomówimy o tém przy deserze, mówił gubernator daléj. Panie hrabio, zdrowie pańskie... Kawalerze de Chaulay, pan nie pijesz?
— Nie, panie, słucham.
— Powiedz raczéj, że marzysz. O, ja się tak łatwo oszukać nie dam.
— O czémże marzy? zapytał Malezieux.
— O czém pan chcesz, ażeby chłopiec dwudziesto-pięcioletni marzył. Widać, żeś się pan podstarzał, kochany poeto. Marzy o kochance swojéj, dalipan!
— A brawo! brawo! zawołał Malezieux, to jest ładnie, ślicznie. Mości książę, zrobiłem dystychon na panią du Maine.

Il vaut, miex separer, n’est-il-pas vrai, madame,
La tête de son corps, que le corps de son âme.

— Cóż książę powiesz o téj myśli, odtąd gdy ją w wierszu uwięziłem? zapytał Malezieux.

— Że mniéj warta, jak gdy się w prostéj mieściła prozie, panie poeto, odpowiedział książę.
— Cóżeś zrobił z panem de Pompadour, gubernatorze?
— Bardzo mi przykro było wtrącić go do ciemnicy, mości książę.
— Do ciemnicy? zapytał Gaston, i cóż on zawinił?
— Obił swojego dozorcę.
— Odkądże niewolno już szlachcicowi bić swoich ludzi? zapytał Richelieu.
— Dozorcy więzienia są królewskiemi ludźmi, mości książę, odpowiedział gubernator z uśmiechem.
— Powiedz raczéj, rejenta, odrzekł Richelieu.
— Różnica nie wielka.
— Ale tém słuszniejsza.
— Mogęż panu nalać kieliszek Chambertin’a, panie hrabio? zapytał gubernator.
— Dobrze, jeżeli zechcesz zemną wypić za zdrowie króla.
— Jak najchętniéj, skoro pan następnie wypijesz ze mną, za zdrowie rejenta.
— Nie mam już pragnienia, panie gubernatorze.
— Bardzo wierzę, boś pan dopiero taki kielich doskonałego szambertyna z piwnicy jego królewskiéj mości wypił.
— Jego królewskiéj mości? to wino jest z piwnicy rejenta?
— Zaszczycił mnie niém wczoraj, wiedząc że będę miał szczęście objadować dzisiaj z księciem panem.
— W takim razie, ten szambertyn jest zatrutym! zawołał Brigand wylewając resztę z kieliszka swojego na podłogę. Venenum tureus. Podaj mi pan swroję butelkę z winem, panie de Launay.
— Zanieś panu opatowi to wino.
— Oho! ozwał się Malezieux, opat wylewa swoję, nie sądziłem że takim jest fanatykiem dobréj sprawy.
— Pochwalimy cię, opacie, skoro to wino nie zgadza się z zasadami twojemi:
ale niesłusznie je wylałeś: poznaję tego szambertyna, piłem go dawniéj, i rzeczywiście, że pochodzi z piwnic rejenta, i drugiego takiego nigdzie nie znajdziesz. Czy duży masz zapas, panie gubernatorze?
— Tylko sześć butelek.
— Otóż widzisz, opacie, jakie popełniłeś świętokradztwo. Dla czegóżeś go nie dał sąsiadowi swojemu albo napowrót nie wlał w butelkę... Tam raczéj było jego miejsce a nie na podłodze: vinum in amphorum, mówił mój nauczyciel.
— Mości książę, ozwał się Brigand, pozwól sobie powiedziéć, że lepiéj umiesz po hiszpańsku jak po łacinie.
— Wcale nie źle, ale jest jeszcze jeden język, którym najgorzéj mówię a którego nauczyć się pragnę, to jest: Francuzki.
— A, bah! to byłoby za długo i nudno. Prędzej to książę uskutecznisz, gdy się każesz do akademii przyjąć.
— A pan, zwrócił się Richelieu do Gastona, czy także mówisz po hiszpańsku?
— Mówią, że mnie dla tego w bastylji zamknięto, odpowiedział Gaston, bom nadużywał języka hiszpańskiego.
— Mój panie, przerwał gubernator, uprzedzam cię, byś nic o polityce nie mówił inaczéj będę zmuszonym wstać od stołu, chociaż dopiéro w połowie objada jesteśmy; co byłoby rzeczą bardzo nieprzyjemną, bo znając waszą grzeczność, wiem, iżbyście i wy, bezemnie, nie zostali u stołu.
— Więc poproś pannę de Launay, ażeby nam o matematyce mówiła, pochwycił Richelieu, co zapewne nikogo nie zgorszy.
Panna de Launay zadrżała, jak gdyby ją kto ze snu twardego był zbudził. Siedząc naprzeciwko kawalera Dumesnil, rozpoczęła z nim rozmawiać oczami, co dla gubernatora wcale niebezpieczném nie było, ale unieszczęśliwiało pana de Maison-Rouge, naczelnika bastylji, szalenie zakochanego w pannie de Launay; czynił on wszystko, co tylko w mocy jego było, ażeby się jéj przypodobać, w czém go jednakże kawaler uprzedził.
Po powyźszém przemówieniu gubernatora, objad odbył się bardzo przyzwoicie, bez wzmianki o rejencie i ministrze jego. Więźniowie dla których te zebrania, dozwolone przez rejenta, wielką były rozrywką, starali się o czém inném mówić, a Gaston mógł by był powiedzieć, że jednym z najprzyjemniejszych i najdowcipniejszych objadów, w życiu jego, był ten w bastylji.
Nadto ciekawość jego była podnieconą. Znajdował się w obec ludzi, którzy dwoiście sławni byli, już to przez ojców swoich i talenta, już téż przez uświetnienie, jakie im rokosz Cellamary nadawał. I dziwną jest rzeczą, że te wszystkie osoby, czy to jako ludzie w świecie poszukiwani, czyli téż jako panowie znakomici, poeci albo uczeni, wszyscy zdawali mu się stać na równi z opiniją, jaką mieli.
Po skończonym objedzie odprowadzono znowu każdego z osobna. Każdy dziękował gubernatorowi za jego grzeczność, nie dostrzegłszy, że pomimo danego słowa, pokój przyległy sali jadalnéj napełniony był strażą, i że w ciągu objada wszyscy tak bacznie byli śledzeni, że niepodobieństwem było podać sobie i najmniejszy bilecik.
I Gaston tego nie spostrzegł, i całém tém przyjęciem był aż odurzony. Podobne postępowanie w więzieniu, o którém tylko z zgrozą mówiono, tak różne z sceną, która przed dwiema godzinami miała miejsce w sali tortur, pomięszało mu wszystkie myśli. Gdy koléj oddalenia się przyszła na niego, poprowadził daléj zaczętą zrana rozmowę z gubernatorem, zapytując go, czyliby brzytwy nie mógł dostać, która mu nieodbicie jest potrzebną, skoro ma widywać tak wykwintne zebranie.
— Jestem w rozpaczy, odrzekł gubernator, odmówienia panu rzeczy, która jak pojmuję, nieodzownie mu jest potrzebną. Ale mamy w regulaminie wyraźne zastrzeżenie, by się więźniowie bez pozwolenia naczelnika policji nie golili. Wejdź pan do mojego gabinetu, a znajdziesz tam papier, pióra i atrament, Napisz pan do niego, odeślę mu list, i mam nadzieję że wkrótce pożądaną, otrzymasz odpowiedź.
— Więc ci panowie, z którymi objad jadłem, i którzy tak dobrze byli ubrani i wygoleni, mają jakiś szczególny przywiléj?
— Bynajmniéj: i oni tak samo, jak to pan masz zrobić, prosili o pozwolenie. Nawet książę Richelieu, któregoś pan widział tak świeżo ogolonego i ufryzowanego, niegolony raz przez cały miesiąc, wyglądał jakby patryarcha jaki.
— Nie mogę pogodzić tej surowości w drobnych szczegółach z owém zebraniem pełném swobody, którego dopiéro co byłem świadkiem.
— I ja także mam przywileje moje, przywileje, które nie rozciągają się aż do brzytew, piór i książek, ale dozwalają mi zaprosić do mojego stołu, kogo zechcę, z pomiędzy więźniów moich; przypuszczać należy, że takie zaproszenie zawsze jest w pewnym rodzaju łaską, dodał z uśmiechem. Wprawdzie, że zarazem mam obowiązek zdać sprawę naczelnikowi policji, cokolwiekby przeciwko rządowi mówili; ale gdy im wzbraniam mówić o polityce, unikam zdrady gościnności, jakąbym popełnił, donosząc ich rozmowę.
— Ale czyż się nie lękają, że dozwalając panu takiéj zażyłości z więźniami, staniesz się dla nich zbyt, pobłażliwym, co się z postanowieniami rządu wcale nie zgadza?
— Znam obowiązki moje i umiem się do nich jak najściśléj zastosować. Ci wszyscy goście, których pan dziś u mnie widziałeś, a żaden z nich nie użala się na mnie, siedzieli już w ciemnicach, gdzie dotąd jeszcze nie jeden pozostał. Rozkazy dworu następują szybko po sobie, a jeden nie zgadza się z drugim. Ja je odbieram, wykonywam, a moi goście, wiedząc że na to nie wpływam a łagodzę wszystko o ile mogę, żadnéj urazy do mnie nie mają. Mam nadzieję, że i pan tak samo postąpisz, gdyby, czego nie przypuszczam bynajmniéj, jaki rozkaz, niezgodny z życzeniem twojém, do mnie nadszedł.
Gaston smutno się uśmiechnął.
— To ostrzeżenie bardzo jest użyteczném, wyrzekł, bo zdaje mi się, że nie długo będę korzystał z przyjemności, jaką dziś miałem. W każdym zaś razie odłączę osobę pańską od smutnych wypadków, jakie mnie spotkać mogą.
— Pan zapewne masz u dworu protektora jakiego?
— Żadnego nie mam.
— Może jaki wielowładny dobroczyńca czuwa nad panem?
— Nie znam żadnego.
— A, to potrzeba liczyć na traf pomyślny.
— Traf dla mnie nigdy pomyślnym nie był.
— Otóż może mu się właśnie uprzykrzyło być panu przeciwnym.
— A potém jestem Bretonem, a w Bretanii tylko w jednego wierzymy Boga.
— I ja o Bogu myślałem, mówiąc panu o szczęśliwym trafie.
Gaston napisał podanie swoje i oddalił się wielce zadowolony z gubernatora, z charakteru jego i sposobu postępowania.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.