Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom II/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XI.
B ASTYLIA.

A teraz pozwoli czytelnik, że go do bastjlji zaprowadzimy, do owego strasznego przybytku, na który każdy przechodzień ze zgrozą spoglądał, i który dla sąsiednich mieszkańców przedmiotem ciągłéj był trwogi; bo nieraz wśród nocy przedzierały się przez grube jej mury krzyki nieszczęśliwych, których na tortury brano, i dochodziły ich uszu, okropne w nich obudzając myśli. Do tego stopnia, że księżna de Les-diguières dnia jednego o téj królewskiéj fortecy napisała: że jeżeli gubernator nie rozkaże, by te ryki pacjentów jego ustały, będzie zniewoloną poskarżyć się królowi, że jéj zasnąć nie dadzą.
Ale od czasu rokoszu hiszpańskiego i pod łagodnym rządem Filipa Orleańskiego, nie słyszano już tych strasznych jęków boleści; zresztą towarzystwo hastylji było obecnie więcej wyszukaném: byli to ludzie zbyt dobrze ukształceni, ażeby mieli przeszkadzać wypoczynkowi tak znakomitych dam.
W jednym pokoju wieży narożnéj, na pierwszém piętrze, umieszczono jakiegoś więźnia, samego tylko. Była to wielka izba, podobna do przestronnego grobu, oświetlona dwoma oknami, strojnemi z niezrównanym zbytkiem w niezliczone mnóstwo krat i prętów żelaznych, przez które dzień tylko skąpo się wkradał; tapczan pomalowany, dwa stołki i mały czarny stolik wszystkie w niéj stanowiłysprzęty. Mury pokrywało mnóstwo napisów, które samotni więźniowie niekiedy dla rozrywki przeglądali.
— Cóż to pana obchodzi! Dosyć że wiem.
— Więc panu odpowiem tak, jak Achilles odpowiedział Agamemnonowi:
«Skoro wiesz, dla czegóż się pytasz?»
— Panie, ja nie żartuję, przerwał mu d’Argenson.
— I ja nie. Cytuję tylko Racine’a i nic więcéj.
— Miéj się pan na ostrożności, bo źle wyjdziesz na tym sposobie bronienia się.
— Czy pan sądzisz, że lepiéj na tém wyjdę, gdy się do wszystkiego przyznam?
— Nadaremnie zaprzeczasz faktowi, który do mojéj wiadomości doszedł.
— Więc pan pozwól, bym to w zwyczajnéj powtórzył prozie, com dopiero w pięknym wierszu wyrzekł: po cóż mnie pan zapytujesz o to, o czém tak dobrze uwiadomionym jesteś?
— Ho! ho! wyrzekł Argenson tonem tak zimnym a szyderczym zarazem, że się aż Gastonowi, pomimo całéj odwagi jego, przykro zrobiło. Cóżbyś mi naprzykład odpowiedział, gdybym się zapytał o przyjaciela pańskiego, kapitana la Jonquière?
— Odpowiedziałbym, odrzekł Gaston, blednąc pomimowoli, że z nim taka jak zemną nie zaszła pomyłka.
— Aha! zawołał d’Argenson, którego baczności nie uszło lekkie wzruszenie Gastona, to nazwisko porusza pana, jak mi się zdaje. Pan znasz zbliska kapitana la Jonquière?
— Znam go jako przyjaciela przyjaciół moich, którzy mnie jemu polecili, by mi Paryż pokazał.
— Tak jest, Paryż i jego okolice: palais-royal, ulice du Bac, la Muette, nieprawdaż, że z tą ostatnią szczególniéj pana miał poznajomić?
«Wiedzą o wszystkiem!>» wyrzekł Gaston w głębi duszy.
— A co, zapytał d’Argenson swoim żartobliwym głosem, nie masz tam pan jakiego Rasynowskiego wierszyka, by odpowiedzieć na to zapytanie?
— Możebym i miał, gdybym zrozumiał o co pan pytasz. Istotnie, żem chciał widzieć palais-royal, jest to przedmiot ciekawy o którym już wiele słyszałem; ulicę du Bac znam bardzo mało, a la Muette nieznana mi wcale, bom tam nigdy nie był.
— Nie mówię, ażebyś pan ją znał; ale kapitan la Jonquière miał pana tam zaprowadzić: czy możesz temu zaprzeczyć?
— Ani nie zaprzeczę, ani się też przyznam; ale odsyłam pana do niego, odpowie on na to pytanie najlepiéj, gdy tego uzna potrzebę.
— To jest zbyteczne, mój panie: zapytano go już i odpowiedział.
Dreszcz zimny przeszył serce Gastona: widocznie był zdradzonym, ale honor mu kazał milczeć: więc milczał.
D’Argenson czekał przez chwilę a widząc, że ciągle milczy, zapytał:
— Czy pan chcesz być konfrontowanym z kapitanem la Jonquière?
— Jestem w mocy pana, i możesz ze mną robić, co ci się stosowném być zdaje, odpowiedział. Lecz w duszy przyrzekł sobie, że gdy przed nim kapitan la Jonquière stanie, zgnębi go pogardą swoją.
— Dobrze, przemówił — po chwili d’Argenson, ponieważ pan jesteś w mocy mojéj, jak to sam wyrzekłeś, podoba mi się skazać cię obecnie na zwyczajne i niezwyczajne badanie. Wiesz pan co to jest? dodał, przyciskając na każdéj sylabie. Czy pan wiesz, co to jest kwestja zwyczajna i niezwyczajna?
Pot zimny oblał czoło Gastona, on się śmierci nie lękał, ależ tortura była gorszą od śmierci: każdy wychodził z rąk kata albo kaleką lub téż przynajmniéj oszpeconym. A jedno i drugie było okropném dla młodego człowieka.
D’Argenson jak przez szkło, czytał w sercu Gastona.
— Hola! zawołał.
Dwóch drabów weszło.
— Ten pan nie ma żadnego wstrętu do badania zwyczajnego i nadzwyczajnego, wyrzekł d’Argenson, więc go zaprowadźcie do izby badań.
«Otóż i nadeszła godzina próby, któréj się spodziewałem! poszepnął Gaston. O mój Boże, dodaj mi odwagi!»
I zdawało się, że go Bóg wysłuchał, po skinąwszy głową na znak, że do wszystkiego jest gotów, udał się pewnym krokiem ku drzwiom; przed nim szło dwóch stróżów a za nim d’Argenson.
Zeszli po kamiennych wschodach i minęli pierwsze więzienie w narożnéj wieży; potém przeprowadzili Gastona przez dwa dziedzińce.
W chwili, gdy przez drugi przechodzili dziedziniec, kilku więźniów, ujrzawszy przez kraty przystojnego młodzieńca i z pewną elegancją ubranego, zawołało:
— Hola! mój piękny panie, więc ciebie wypuszczają?
A głos kobiecy dodał:
— Gdy się ciebie o nas zapytają, mój panie, powiedz im, żeśmy nic nie zeznali.
Jakiś młody człowiek westchnął, mówiąc:
— Jakżeś szczęśliwym, mój panie, zobaczysz tę, którą kochasz.
— Mylisz się odpowiedział Gaston, jestem na torturę skazany.
Straszne po tych wyrazach nastąpiło milczenie, i ponury orszak szedł daléj; potém most zwodzony spuszczono i wsadzono Gastona do lektyki zakratowanéj i na klucz zamkniętéj, i zaniesiono go pod liczną strażą do arsenału, oddalonego tylko wąskiém przejściem od bastylji.
D’Argenson, idąc naprzód, już czekał na swojego więźnia w izbie tortur.
Gaston ujrzał izbę sklepioną, w któréj kamienie muru goło sterczały, a podłoga wilgotną była: w koło wisiały łańcuchy, okowy, powrozy i inne narzędzia dziwacznego kształtu. Naczynia z ogniem stały w głębi, a krzyże ś. Andrzeja umieszczono w węgłach.
— Widzisz pan tutaj, ozwał się d’Argenson, pokazując Gastonowi dwa ogniwa przytwierdzone do podłogi, oddalone na sześć stóp jedna od drugiéj, i rozdzielone drewnianą ławką na trzy stopy wysoką: do tych dwóch ogniw przywiązują się nogi i głowa pacjenta, a ten koziołek wsuwa mu się pod krzyż, tak że brzuch jego jest o dwie stopy wyżéj od twarzy; polem wlewa się w niego woda garnkiem zawierającym dwie miarki, liczba takich garnków jest oznaczona przy zwyczajném badaniu na ośm, a przy nadzwyczajném na dziesięć. Jeśli pacjent potykać nie chce, wtedy mu się nos ściśnie, a zaraz usta otworzy i połyka wodę. Ta kwestja, mówił d’Argenson podobny do pięknego mówcy, który się napawa każdym szczególikiem mowy swojéj, jest wielce przyjemną, chociaż jéj nie przenoszę nad kołki. Umiera się i od jednéj i od drugiéj, lecz kolki psują za nadto kształty pacjenta. Prawda, że woda niszczy zdrowie na przyszłość, jeżeli więzień odzyska wolność, chociaż te rzadko się zdarza, bo przy zwyczajném zaraz badaniu następuje zeznanie, gdy jest winnym, a niemal zawsze przy nadzwyczajném, chociaż jest bez winy.
Gaston blady i nieruchomy słuchał tylko i patrzał.
— Może pan wolisz kołki? zapytał d’Argenson, Hola! pokażcie panu kołki.
I jeden z katów przyniósł kilka kołków, skrwawionych i spłaszczonych na końcach licznemi uderzeniami młotka?
— Chcesz pan wiedzieć jak się to robi? mówił znowu d’Argenson: Otóż ściśnie się kolana i łydki pacjenta dwiema dębowemi deskami, to tak mocno, o ile tylko można. Potém jeden z tych tutaj ludzi bierze kołek i wbija go całą siłą pomiędzy ściśnione kolana pacjenta; po pierwszym bierze się drugi grubszy. Ośm takich kołków wbija się przy zwyczajném badaniu a dwa grube więcej przy nadzwyczajném. Ot, te! i popchnął nogą dwa ogromnie grube kołki. Ale uprzedzam pana, że te tutaj zgruchocą nogi, połamią kości tak jak gdyby były szklanne, a ciało zgniotą na miazgę, co straszliwą sprawia boleść.
— Dosyć, dosyć, mój panie! zawołał Gaston, chyba że chcesz zwiększyć męczarnie tym opisem. Ale jeżeli to czynisz tylko przez usłużność, bym wybierać umiał, to raczéj sam zrób wybór, boś pan dokładnie z tém wszystkiém obeznany; proszę tylko o to, ażebyś wybrał z tych dwóch tortur tę, która mi prędszą śmierć sprowadzi, a będę ci wielce wdzięcznym.
D’Argenson spojrzał na niego, niemogąc utaić uwielbienia, jakie pomimowoli w nim moc duszy młodego człowieka wznieciła.
— Tam do licha! zeznaj pan, a uwolnisz się od katuszy.
— Nie zeznam nic, mój panie, bo nie mam nic do zeznania.
— Nie chciej pan być Spartanem, i wierzaj mi, że dużo się krzyczy w czasie tortury, ale wśród tego krzyku mówi się także i trochę.
— Spróbuj pan.
Odważna i śmiała postawa Gastona, pomimo walki, jaką w nim natura staczała, objawiającej się w bladości jego i lekkiém drżeniu nerwowém, przekonywały d’Argensona o mocy duszy więźnia. Był on nawykłym do spraw podobnych, rzut oka jego rzadko go zwodził, wiedział, że nic nie wymoże na Gastonie, a jednakżeż jeszcze nalegał:
— Panie, jeszcze czas! nie zmuszaj nas, byśmy coś przeciwko twojéj osobie przedsięwzięli.
— Przysięgam panu, odrzekł Gaston, przysięgam w obec Boga, który nas słyszy, że jeżeli mnie weźmiesz na tortury, zamiast cóś zeznawać, zatrzymam oddech i uduszę się, jeżeli to tylko będzie w mocy mojéj. Osądź przeto sam, czy ulegnę groźbie, skorom postanowił że i ból nic na mnie nie wymoże.
D’Argenson skinął na katów, przystąpili do Gastona; ale zamiast mu odjąć odwagę, to ich zbliżenie się, jeszcze siłę jego zwiększyło; z spokojnym uśmiechem pomógł im przy zdejmowaniu mu sukien i odpinaniu mankietów.
— A więc wodna tortura? zapytał katów.
— Naprzód wodna, odpowiedział d’Argenson.
Pozaciągano postronki w ogniwa, zbliżono kozły, napełniono kubki wodą, a Gston ani drgnął.
D’Argenson rozmyślał.
Po dziesięciu dopiero minutach, które zdawały się być wiekiem Gastonowi, wymówił d’Argenson gniewnie:
— Puszczajcie pana i odprowadźcie go do bastylji.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.