Córka rejenta/Tom II/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
— Szczegóły téj sceny mogą się zatrzeć w méj pamięci, ale wrażenie, jakiego doznałem, nigdy. Nie pozostał się dla mnie odtąd i cień wątpliwości, a ta przepowiednia była dla mnie już jakoby rzeczywistością. Gdybyście mi się i w oczy rozśmieli, tak jak to niegdyś uczynił wuj mój Chryzogon, to jednakżeż nie odjęlibyście mi wiary, że i ta wróżba się ziści: że morze o śmierć mnie przyprawi. Dla tego téż postanowiłem, że gdyby te ostrzeżenia, któreśmy otrzymali sprawiedliwe były, gdyby mnie ścigali wysłańcy Dubois, a u brzegu czekała na mnie łódka i nie potrzebowałbym daléj na niej uciekać, jak do Belle-Isle, to pomimo tego wszystkiego oddałbym się raczéj tym, którzyby mnie ścigali, mówiąc: «Czyńcie co do was należy, ja z rąk waszych nie umrę, bo wiém, że tylko morze życiu mojemu zagraża a inaczéj nie lękam się śmierci.»
Trzéj Bretończykowie wysłuchali w milczeniu powyższego opowiadania, które w obecnych okolicznościach przybrało niejako uroczystą na siebie barwę.
— Otóż teraz pojmujemy, mój przyjacielu, twoją, niezrównaną odwagę, ozwał się po chwili Ducouëdic: rodzaj śmierci jaki ci przeznaczono, zasłania cię od wszelkiego innego niebezpieczeństwa, które z tamtym styczności nie ma. Miéj jednakże na względzie, ażeby ta anegdotka nie stała się głośną, boby zmalała zasługa twoja, nie w oczach naszych, którzy ciebie ocenić umiemy, ale drudzy powiedziećby mogli, żeś się dla tego z taką odwagą rzucił do spisku, że nie możesz być ani ściętym, ani rozstrzelanym i t. p., a dotąd jeszcze niemasz zwyczaju, by spiskowych topiono.
— A możeby i prawdę wyrzekli, odpowiedział Pontcalec z uśmiechem.
— Ależ my, kochany margrabio, którzy nie mamy podobnego zabezpieczenia osób naszych, nie byłożby słusznie, gdybyśmy się zastosowali do tego ostrzeżenia, udzielonego nam może przez kogoś przyjaznego nam, i opuścili Nantes a nawet i Francją co rychléj?
— To ostrzeżenie może być fałszywém, bo zdaje mi się, że ani w Nantes ani gdziekolwiekbądź indziéj, nic o zamiarze naszym nie wiedzą.
— I podług wszelkiego podobieństwa nikt o tém wiedziéć nie będzie, nim Gaston dzieła swojego dokona, dodał Talbouet, wówczas będziemy się chyba tylko entuzjazmu zbytniego lękali, a entuzjazm nikogo nie zabija. Ty jednakże Pontcalec, stroń od każdego portu morskiego, nie wsiadaj nigdy na żaden statek, a możesz być pewnym lat Matuzalowych.
Rozmowa byłaby się całkiem w żartobliwą przemieniła, pomimo grożących im okoliczności, gdyby i Pontcalec był chociaż w połowie tak do niéj usposobionym, jak przyjaciele jego; lecz miał czarownicę ciągle przed oczyma, gdy odsłoniła kaptur i głosem grobowym przepowiadała mu jego przyszłość. Nadto nadeszło i kilku szlachty, należących także do spisku, wejściem tajemném i w różnych przebraniach, którym tutaj miejsce schadzki naznaczono.
Nie mieli wszakżeż powodu obawiania się policji na prowincji, bo policja w Nantes nie była tak uorganizowaną, chociaż Nantes do większych miast we Francji należało, aby niepokoiła tak wielce konspiratorów, znających miejscowość, mających powagę imienia i znaczenie towarzyskie za sobą. Potrzeba więc było, ażeby dyrektor policji paryzkiéj, rejent albo Dubois, wysłali szpiegów szczególnych, którzy znowu, dla braku świadomości miejscowéj, różności ubioru i języka, zaraz bywali podejrzanymi dla tych, których śledzić mieli; ztąd też niebawem o ich przybyciu wiedziano, zanim jeszcze krok piérwszy w któremkolwiekbądź mieście na prowincji zrobili.
Jakkolwiek stowarzyszenie bretońskie liczném było, będziemy tutaj mówili tylko o czterech, wyżéj wymienionych naczelnikach, bo oni zajmowali główne karty historji z powodu ich znaczenia, rodowości, majątku, rozumu i odwagi, mając przez to i przewagę nad spólnikami swoimi.
Radzono na tém posiedzeniu o nowéj opozycji przeciwko edyktowi pana de Montesquieu i o uzbrojeniu wszystkich obywateli bretońskich w przypadku jakiego gwałtu marszałka. Był to, jak widzimy, początek wojny domowéj, do któréj wzywali, rozwijając sztandar poświęcony. Zepsute obyczaje dworu i rejenta, świętokradztwo, jakiego się Dubois dopuszczał, dostatecznym do tego były powodem, by tyle religijna prowincja rzuciła anatema na rząd tak niegodny, jak się wyrażali, który nastąpił po gorliwém i surowém panowaniu Ludwika XIV.
To ogólne powstanie łatwém było do uskutecznienia, ile że i lud był niechętny wojsku które niejako z zuchwałą ufnością kraj było zajęło. Zaciągnieni przez Montesquieu oficerowie, niedzielący zabaw szlachty, unikali wszelkich z malkontentami stosunków, już to z dumy, już też z karności wojskowéj, co ich jednakże wiele kosztowało, bo w owym czasie oficerowie stali na równi z szlachtą, która tak jak i oni szpadę nosiła.
Pontcalec oznajmił współtowarzyszom cały plan powstania, ułożony przez komitet naczelny, nieprzypuszczając że w téj saméj chwili, gdy przedsiębrał środki do zburzenia rządu, policja Dubois otoczyła ich mieszkania, by ich ująć. Skutkiem tego wracający z tajemnéj narady, z daleka już widzieli przed drzwiami domów swoich, błyszczące bagnety i fuzje gwardzistów, mogli więc, przynajmniéj w większéj części, uchronić się ucieczką od niebezpieczeństwa: co wcale trudném do wykonania nie było, bo cała prowincja będąc z sobą w porozumieniu, zdolną była udzielić im schronienia; zresztą byli to wszystko zamożni właściciele dóbr ziemskich, którzy u dzierżawców swoich albo zarządzających ich dobrami, troskliwie ukryci być mogli. Znaczna zaś część potrafiła ujść do Hollandji Hiszpanii i Anglii, pomimo przyjaznych stosunków, jakie Dubois z temi dwoma państwami zawiązał.
Pontcalec, Ducouëdic, Mont-Louis i Talhouet, wyszli, jak zwykle, razem. Mieszkanie Mont-Louis było najbliższém miejsca tajemnych posiedzeń, gdy więc zbliżali się do niego dostrzegli przez okna jak ze światłem przebiegano pokoje, i wartę przede drzwiami, zagradzające je muszkietem.
— Oho! zawołał Mont-Louis, zatrzymując towarzyszy swoich, cóż to jest? cóż się to u mnie dzieje?
— Rzeczywiście, że zaszło coś nowego, dodał Talhouet, bo zdaje mi się, żem w i dział wartę i przed hotelem Rueńskiém.
— I niceś nam o tém nie mówił? zawołał Ducouëdic, należało się to jednakże.
— Nie chciałem być alarmistą i raczéj wolałem sobie powiedzieć, że to tylko jest patrol.
— Ależ to z pułku Pikardskiego, poszepnął Mont-Louis, który się był wrócił i teraz znowu nadszedł.
— To istotnie dziwną jest rzeczą! ozwał się Pontcalec, ale przekonajmy się: ztąd niedaleko do mojego mieszkania, idźmy tą tutaj uliczką, a jeżeli i mój dom jest strzeżonym, wtedy już nam żadna nie pozostanie wątpliwość i będziemy wiedzieli co nam czynić wypada.
Idąc więc daléj w milczeniu i ściśnieni jeden do drugiego, by w razie napaści mogli silniejszy dać odpór, przybyli na róg ulicy, gdzie Pontcalec mieszkał, i dostrzegli, że dom jego nietylko jest strzeżonym ale nawet całkiem zajęty. Oddział złożony z dwudziestu ludzi rozpędzał lud, który się przed nim gromadził.
— Teraz to już przestaje być żartem, wyrzekł Ducouëdic, bo chyba, że się wszczął pożar w naszych domach, skoro się te mundury tam kręcą. Co do mnie, kłaniam wam się najuniżeniéj i wynoszę się.
— I ja także, ozwał się Talhouet. Udaję się do Saint-Nazare a ztamtąd do la Croisic. Idźcie zemną, i wierzcie mi, że najlepiéj sobie poradzicie. Wiem tam o statku, który ma do Nowéj Ziemi popłynąć a kapitan jego, był dawniéj w usługach moich. Skoro na stałym lądzie powietrze dla nas nie będzie dość zdrowém, wsiądziemy na statek, i daléj w imię Boże!
— Hejże Pontcalec, dodał Mont-Louis, zapomnij nateraz o swojéj czarownicy i uchodź z nami.
— O nie, nie, nie, odrzekł Pontcalec, potrząsając głową, znam przyszłość moję pod tym względem i nie lękam się o nią: zresztą uważcie, panowie, że jesteśmy naczelnikami i że tą ucieczką przedwczesną zły przykład dajemy; niewiedząc nawet, czyli nam rzeczywiste grozi niebezpieczeństwo. Niemasz przeciwko nam żadnego dowodu: la Jonquière jest nieskazitelny a Gaston nieugięty; wszakżeż w listach swoich, wczoraj dopiéro odebranych, mówi nam, że wkrótce wszystko się skończy: i może w téj chwili wymierzył już cios, który Francją od rejenta uwolnił. Cóżby o nas mówiono, gdybyśmy uciekali w téj chwili, gdy Gaston działał? Zły przykład nasz, popsułby całą sprawę: zważajcie, moi panowie, że wam już nie rozkazuję jako przewodzca, lecz radzę jako prawy obywatel; nie potrzebujecie więc być posłusznymi, bo was od przysięgi waszéj uwalniam, ale jabym nie uciekał, będąc na waszém miejscu. Daliśmy przykład poświęcenia się, a najgorsze coby nas spotkać mogło, jest to: iżbyśmy jeszcze dali i przykład męczeństwa; lecz rzeczy nie dojdą do tego stopnia, jak mniemam.
Gdy nas uwiężą, parlament bretoński sądzić nas będzie. A któż w nim zasiada? przyjaciele i wspólnicy nasi. Jesteśmy bezpieczniejsi w więzieniu, od którego oni mają klucze, aniżeli na jakim statku, od lada wiatru zależnym. Zresztą, nim parlament się zbierze, cała Bretanija powstanie, osądzą nas, lecz zarazem i uwolnią, a wolni będziemy zwycięzcami.
— Ma słuszność! zawołał Talhouet. Mój stryj, bracia moi, cała rodzina i wszyscy przyjaciele moi są skompromitowani: ocaleję albo umrę pospołu z nimi.
— To jest bardzo pięknie, przemówił Mont-Louis, ale muszę ci powiedziéć, mój kochany Talhouet, że o téj całéj sprawie gorsze od ciebie mam wyobrażenie: bo zapewne jesteśmy w ręku samego Dubois. Dubois nie jest szlachcicem i dla tego nienawidzi szlachtę; nie lubię takich ludzi mięszanych, którzy stanowczo do żadnej nie należą klassy: ani do szlachty, ani do księży, ani téż żołnierzami nie są. Prawdziwy szlachcic, żołnierz albo duchowny, opiera się na znaczeniu stanu swojego i zasad; inaczéj ma się z Dubois. Co do mnie, odwołuję się, według zwyczaju naszego, do wyroku większości; a jeśli większość będzie za ucieczką, z całej duszy na to się zgodzę.
— I ja z tobą, wyrzekł Ducouëdic. Montesquieu może być o wszystkiem lepiéj uwiadomiony, aniżeli nam się wydaje, i jeśli to Dubois nas w szponach swoich trzyma, jak twierdzi Mont-Louis, to się z nich tak łatwo nie wymkniemy.
— A ja wam powiadam, moi panowie, że powinniśmy zostać, wymówił Pontcalec; obowiązkiem każdego naczelnika w wojsku jest zginąć na czele żołnierzy swoich, a przewodzca spisku powinien ginąć na czele swojego związku.
— Pozwól sobie powiedzieć, moj kochany, ozwał się Mont-Louis, że ciebie twoja czarownica oślepia. Gotów jesteś utopić się z własnéj chęci, aby się tylko jéj przepowiednia ziściła. Ja zaś pud względem wieszczbiarek entuzjastą wcale nie jestem, wyznaję, a ponieważ nie wiem jaką śmiercią umrę, przeto w obecnéj okoliczności pewną mam obawę.
— Mylisz się! zawołał Pontcalec z powagą, bo mnie nic innego, prócz obowiązku nie wstrzymuje. A wreszcie, jeżeli mnie na śmierć nie skażą, to i was także nie: jestem waszym naczelnikiem, odwołam się do tego tytułu w obec sędziów moich, chociaż go się zrzekam na teraz. Bądźmy loicznymi, przez miłość Boską! i nie pierzchajmy jak trzoda owiec lękająca się wilka. Co u licha! jesteśmy żołnierzami, i mielibyśmy się ulądz zrobienia urzędowéj wizyty parlamentowi? Bo nic innego ztąd nie wyniknie: zrobią nam proces porządny i na tém koniec. Zajęte ławy czarnemi sukniami, uśmiechy porozumienia się pomiędzy sędzią a obwinionym, i nawzajem pomiędzy obwinionym a sędzią, i to jest wszystko. Dubois nam wojnę wypowiedział, przyjmijmy ją, a gdy nas parlament z oskarżenia zwolni, zwycięztwo nasze nad nim odniesione będzie ważniejszém, jak gdybyśmy byli z Bretanii wszystkie wypędzili wojska.
— Panowie, przedewszystkiém posłuchajcie, wymówił Ducouëdic: Mont-Louis wniósł, byśmy się do decyzji większości odnieśli. Jestem za zdaniem Mont-Louis.
— Bardzo słusznie, dodał Talhouet.
— Nie zrobiłem téj propozycji ze strachu, ozwał się Mont-Louis, ale by nie wpaść wilkowi w paszcze, skoro mu kaganiec włożyć możemy.
— Niepotrzebnie się tłumaczysz, Mont-Louis, odrzekł Pontcalec, znamy ciebie. Przyjmujemy twój wniosek i oddaję go pod głosowanie.
I ze zwykłym sobie spokojem, Pontcalec przystąpił do téj formułki, od któréj zależało ich życie, jakby do każdej innéj, podrzędnéj wagi.
— Niechżeż ci, wymówił, którzy przenoszą ucieczkę nad los wątpliwy, jaki nas czeka, jednę rękę podniosą do góry.
Ducouëdic i Mont-Louis podnieśli ręce.
— Dwóch przeciwko dwom, wyrzekł Talhouet, to na nic się nie zdało: więc idźmy za natchnieniem swojém.
— Tak, ależ wiecie, że ja, jako prezydujący, mam dwa głosy, mówił Pontcalec.
— To jest prawda! wyrzekli Mont-Louis i Ducouëdic.
— Niechżeż więc teraz ci, którzy chcą pozostać, ręce podniosą, wymówił znowu Pontcalec.
I on i Talhouet podnieśli ręce. Że zaś Pontcalec miał dwa głosy, przeto większość z ich strony była.
To obradowanie na środku ulicy mogłoby się było śmieszném wydawać, gdyby nie było chodziło o śmierć lub życie czterech pierwszych obywateli bretońskich.
— Otóż nie mieliśmy podobno słuszności, ozwał się Mont-Louis, a teraz, margrabio, rozkaz: będziemy tobie powolni.
— Obaczcie pierwéj co zrobię, a potém możecie robić co zechcecie.
I po tych słowach udał się wprost do mieszkania swojego, a za nim szli trzéj przyjaciele. Gdy stanął u drzwi, strzeżonych przez oddział gwardzistów, uderzył w ramię jednego z nieb, mówiąc:
— Mój przyjacielu, proszę cię, byś wywołał oficera swojego.
Żołnierz przekazał to żądanie sierżantowi, który wywołał kapitana.
— Czegóż pan chcesz? zapytał kapitan Pontcalec’a.
— Radbym wejść do siebie.
— Któż pan jesteś?
— Margrabia de Pontcalec.
— Cicho! poszepnął mu oficer, milcz pan i uciekaj co tchu, jestem tutaj, bym aresztował pana.
— Nikogo się nie wpuszcza! dodał na cały głos, odpychając Pontcalec’a ode drzwi, przed któremi natychmiast cały szereg żołnierzy stanął.
Pontcalec pochwycił rękę oficera, uścisnął ją i dodał:
— Jesteś zacnym młodzieńcem, mój panie, ale muszę wejść do mojego domu. Dziękuję, oby cię Bóg wynagrodził!
Oficer zdziwiony, kazał się wojsku rozstąpić i Pontcalec a za nim trzéj przyjaciele, przebyli dziedziniec pospołu. Rodzina jego, stojąca w progu, wydała na ten widok okrzyk boleści i przestrachu.
— Cóż to jest? zapytał margrabia spokojnie, cóż się tu dzieje?
— To jest, że aresztuję pana, odrzekł urzędnik policji paryzkiéj uśmiechającemu się Pontcalec’owi.
— Dalibóg, żeś pięknego dzieła dokonał, mój panie, ozwał się Mont-Louis, i widać, że zręczny z ciebie człowiek: jesteś urzędnikiem do szczególnych poruczeń policji paryzkiéj, a potrzeba ażeby ci, których masz aresztować, sami do ciebie przychodzili i ujęli cię za kołnierz.
Ajent zdumiały skłonił się temu, który tak żartobliwie do niego przemawiał w chwili, w którejby nie jeden głowę był stracił, i zapytał o nazwisko jego.
— Jestem Mont-Louis, mój kochany. Poszukaj czyli rozkaz twój nie rozciąga się i do mnie, a jeżeli tak jest, to przystąp do wykonania.
— Panie, odpowiedział ajent policyjny, kłaniając się coraz niżéj, o ile zdziwienie jego wzrastało, to nie ja, ale mój kolega Ducherson ma pana aresztować. Mamżeż go zawołać?
— Gdzież on jest? zapytał Mont-Louis.
— W mieszkaniu pańskiém, czeka tam zapewne...
— Przykroby mi było, gdyby tak zacny człowiek dłużéj jeszcze miał czekać, spieszę więc do niego. Dziękuję mój przyjacielu.
Urzędnik policyjny całkiem głowę stracił i skłonił się aż do ziemi.
Mont-Louis uścisnął rękę Pontcalec’a, Talhouet’a i Ducouëdic’a, poszepnął im słów kilka do ucha, i pobiegł do swojego mieszkania, gdzie, tak jak Pontcalec, aresztować się kazał.
Za ich przykładem poszli Talhouet i Ducouëdic, i o godzinie jedenastéj w nocy, całe dzieło dokonaném już było.
Wiadomość o tém aresztowaniu jeszcze téj nocy całe miasto przebiegła. Ale nikt się tego tak bardzo nie przestraszył, bo po piérwszém wrażeniu wywołaném powiedzeniem: aresztowano Pontcalec’a, Talhoueta Ducouëdic’a i Mont-Louis, każdy dodawał niebawem: Tak, ale ich parlament uwolni.
Nazajutrz jednakże, strwożyły się wszystkie umysły, gdy przybyła do Nantes komissja.
Komissja rozpoczęła działania swoje zaraz tego samego dnia, w którym przybyła. Zdziwiła się niemało, że nie doznała wielkiego przyjęcia z strony parlamentu, i że jéj szlachta zaraz swojego nie złożyła uszanowania. Silną nadano jéj władzę, spodziewała się, że się raczéj nagną przed nią a nie odważą się na obrazę, lecz przestrach ogólny był tak wielkim, że każdy tylko o sobie myślał.
Takiém było usposobienie Bretanii w kilka dni po aresztowaniu Pontcalec’a, Mont-Louis, Talhouet’a i Ducouedic’a. Zostawmy tę połowę spiskowych, ujętych w wieży przez Dubois, w Nantes, a zobaczmy co się w Paryżu z drugą dzieje połową.