Córka rejenta/Tom II/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pozwoli czytelnik, że teraz spojrzymy nieco po-za siebie: bo zajmując się głównymi bohaterami powieści naszéj, zostawiliśmy w Bretonii ludzi, którzy także na pewne zasługują współczucie. Nie mają oni wprawdzie zbyt wielkiego udziału w obecnym romansie, ale przyzywa ich historja swoim głosem niezłomnym, więc musimy jej być posłusznymi na teraz.
Przy pierwszéj zaraz konspiracji, Bretanija wielki miała udział w ruchu, jaki jéj nadali nieprawi, lecz wylegitymowani synowie królewscy, gdy z powodu roszczeń tychże, których swoimi książętami nazywała, przywołała im na pomoc nawet nieprzyjaciół, z którymi Ludwik XIV przez lat 60 a Francja od dwóch wieków zaciętą toczyła walkę.
Jednego wieczoru posłyszano głośniejsze imiona, zapisane do tego rokoszu. Rejent oznaczył to bardzo dowcipnie wyrażeniem: że ujął głowę i ogon, lecz mylił się, bo rzeczywiście schwycił tylko głowę i tułów. Głową było zebranie legitymowanych, król hiszpański i jego niedołężny ajent, książę de Cellamare; a tułowem owi dzielni i rozumni ludzie, którzy zapełnili bastylję. Nie ujęto zaś jeszcze ogona: ogon ten zbrojny w groty, jak ogon skorpiona, jedynie był zastraszającym.
Naczelnicy bretońscy odnowili projekt, ułożony przez kawalera de Rohan za czasów Ludwika XIV; wymieniamy tutaj kawalera de Rohan, bo każdemu rokoszowi potrzeba nadać imię jego przewodzcy. Obok księcia, który był próżnym i poślednim człowiekiem, siało dwóch mężów dzielnych, jeden jako myśl, a drugi jako wykonawca. Jednym z nich był Latréaumonl, szlachcic normandzki. a drugim Affinius Van der Enden, filozof holenderski. Latréaumontchciał pieniędzy, więc tylko był ramieniem: Alfinius żądał rzeczypospolitéj, więc był duszą. Nadto pragnął tę rzeczpospolitą objąć w królestwie Ludwika XIV, by przezto wielkiemu królowi tém większą zrządzić przykrość, który nienawidził wszystkich republikanów, gdyby i o trzysta mil byli oddaleni; który prześladował i zgubił wielkiego pensjonarza hollandji, Jana de Witt, w czém się okrutniejszym od stadhudera, księcia Oranii, okazał: tamten, mieniąc się być wrogiem pensjonarza, mścił się na nim za osobiste obelgi, gdy przeciwnie, Ludwik XIV doznał tylko życzliwości i najlepszych chęci z strony tego wielkiego męża.
Otóż Affinius chciał rzeczypospolitéj w Normandji, i mianował kawalera de Rohan jej protektorem; spiskowi bretońscy, chcąc kraj swój pomścić za kilka obelg, miotanych nań za czasów rejencji, chętnie uznali rzeczpospolitą, choćby i pod protektoratem Hiszpana. W każdym zaś razie wielkie otworzyły się widoki dla księcia du Maine.
Nastąpiło więc, że pierwszym zaraz oświadczeniom Hiszpanów, Bretończykowie chętnego nastawili ucha. Nie mieli oni wprawdzie większych pobudek do niezadowolenia, jak inne prowincje, ale wówczas nie byli jeszcze jawnie wcielonymi do narodowości francuskiéj. Mieli na dobre wojnę rozpocząć, i to było ich celem. Richelieu przygnębiał ich surowo; nie czuli już obecnie żelaznéj jego ręki, więc się chcieli usamowolnić pod rządem Dubois. Poczęli ścigać nienawiścią swoją administratorów nasłanych im przez rejenta. Każdą rewolucją zwykle poprzedzały rozruchy.
Montorau otrzymał rozkaz czuwać nad stanami: był to urząd jakoby wicekróla. Słyszano skargi ludzi a odbierano im jednak pieniądze. Stany żaliły się bardzo, lecz nie dawały pieniędzy, mówiąc, że im się nadzorca nie podoba. Powód ten zdawał się być bardzo błahym panu de Montesquiou, człowiekowi dawnego rządu, nawykłemu do sposobu postępowania Ludwika XIV.
— Nie możecie złożyć tego zażalenia u stóp jego królewskiéj mości, odpowiedział im, bo będziecie uważani jako buntownicy. Zapłaćcie pierwéj, a potém skarżcie się. Król wysłucha wasze żale ale nic o tém nie chce wiedzieć, że macie wstręt do człowieka, którego wyborem swoim zaszczycił.
Rzecz tak się miała: pan de Montorau był w owym czasie intendentem prowincji, w czém cała jego polegała wina, chociaż Bretończycy mniemali, że mają słuszny powód żalenia się na niego. Każdy inny w jego miejscu, byłby tak samo ich nienawiść na siebie ściągnął. Montesquiou więc nie przyjął tych warunków i obstawał przy pobieraniu datku z łaski (don gratuit), a stany trwały w odmawianiu go.
— Panie marszałku, mówił mu jeden z deputowanych, zapominasz się, mowa podobna byłaby właściwą dla jenerała jakiego w kraju przez niego zdobytym, ale nie w obec ludzi wolnych, zaopatrzonych w przywileje. Nie jesteśmy ani wrogami, ani też żołnierzami: tylko obywatelami i panami w własnéj siedzibie. W zamian tego, czego od króla żądamy, to jest: by odwołał pana de Montorau, który nie posiada przychylności ludu całéj prowincji, z chęcią przystaniemy na nałożony na nas podatek, ale jeżeli rząd tylko swoim widokom dogadzać zechce, zatrzymamy pieniądze nasze i wytrwamy z nienawistnym nam intendentem.
Pan de Montesquiou skrzywił twarz pogardliwie i odwrócił się tyłem do deputowanych, którzy toż samo zrobili, i rozeszli się, każdy swoję zachowując godność.
Marszałek jednakże chciał końca czekać cierpliwie: pochlebiał sobie, że posiada zdolność dyplomatyczną i przypuszczał, że prywatne zebrania uskutecznią to, co ślepe obstawanie za rządem, tak nie w porę było zagmatwało. Lecz szlachta bretońska jest dumną. Upokorzona poprzedniém postępowaniem marszałka, pozostała u siebie nie ukazując się więcéj w salonach jego. Pozbawiony więc całkiem ich towarzystwa, zawiedziony w oczekiwaniu swojém, przeszedł od pogardy do gniewu, a od gniewu do szalonych postanowień. I tego to właśnie oczekiwała Hiszpanija.
Montesquiou, który korrespondował z władzami w Nantes, w Quimper, w Vannes i Rennes, oświadczył im, że teraz widzi, iż ma do czynienia z samymi tylko buntownikami, lecz że postawi na swojém, a jego dwunastotysięczny korpus nauczy Bretończyków grzeczności i prawdziwéj wielkości duszy.
Stany się zebrały; szlachtę z ludem Bretanii przedziela tylko krok jeden, iskra się zatliła i stowarzyszyli się wszyscy obywatele. Oświadczyli nawzajem panu de Montesquiou, że jeżeli on ma dwanaście tysięcy żołnierza, Bretanija może ich sto tysięcy postawić, którzy uzbrojeni w kamienie, w widły a nawet i w strzelby, potrafią tamtych nauczyć, by się nie mieszali w to, co do nich nie należy.
I marszałek przekonał się, że na prowincji stowarzyszyło się rzeczywiście sto tysięcy zbrojnego ludu. Zastanowił się przeto, i dla dobra rządu, rzeczy pozostały takiemi jak były. Wtedy to złagodzona szlachta, widząc się poważaną, ułożyła podanie swoje w przyzwoitszéj formie. Lecz Dubois łącznie z radą rejencji nie chciał się do niczego przychylić: uważając to podanie, jako krok jawnej nieprzyjaźni.
Montorau, Montesquiou, Pantcalec i Talhouet poczęli ciągłe pomiędzy sobą toczyć spory. Pantcalec, człowiek serca i wykonania, połączył się z malkontentami na prowincji, i z tego to żywiołu bezkształtnego dotąd, powstał zarodek walki, którąśmy widzieli.
Teraz już cofnięcie się było niepodobném: walka ta stawała się coraz groźniejszą, a dwór przypuszczał, że to tylko jest bunt przeciwko nałożonym podatkom, i nie dojrzał w tém bynajmniéj sprawy hiszpańskiéj. Bretończykowie, podkopujący cichaczem rejencją, wołali głośno: «Precz z podatkami! precz z Montorau.» i krzyk ten zagłuszał ich antypatryotycznę mowy i działania. Jednakżeż rejent, mogący uchodzić za jednego z najzręczniejszych polityków swojego czasu, odgadł podstęp, nie dostrzegłszy go jeszcze. Domyślał się, że za tą zasłoną, wcale inne ukrywa się widmo, odwołał więc pana de Montorau, by się w domniemaniach swoich utwierdzić. Spiskowi tém podejściem zostali odkryci, bo gdywszystko było zadowoloném, oni jedni na poprzedniém zatrzymali się stanowisku.
Wtedy Pontcalec wraz z przyjaciółmi swoimi, ułożył wiadomy nam projekt; użyli środków gwałtownych, by dojść do celu, do którego teraz na innéj drodze dojść nie mogli. Powstanie dzisiaj już nie miało téj przyczyny co dawniéj, ale z pod ciepłego jeszcze popiołu, można było wydobyć iskierkę, któraby nowy rozetliła pożar.
Hiszpanija czuwała. Alberoni, pobity przez Dubois w głośnéj sprawie Cellamarego, pragnął odwetu, i wszelkie skarby zgromadzone na korzyść związku w Paryżu i krew hiszpańską, wszystko przesłał do Bretanii, ażeby ich tam ze skutkiem użyto. Ale to obecnie już było zapóżno, Nie wierzył temu a ajenci jego go łudzili. Pantcalec wyobrażał sobie, że rozpocząć wojnę, było rzeczą zupełnie możebną, lecz wówczas Francja wypowiedziałaby wojnę Hiszpanii. Wyobrażał sobie także, że zabić rejenta było rzeczą również możebną, ale nie Chaulay, tylko on sam powinien był wvkonać to, czegoby i najpierwszy wróg Francji w owym czasie nic był uskutecznić doradzał.
Liczył na przybycie hiszpańskiego statku, z ładunkiem broni i pieniędzy; lecz statek ten nie przybył. Czekał na wiadomość od Chaulaya, a to był la Jonquière, który do niego pisał, a jeszcze jaki la Jonquière!...
Jednego wieczoru zebrał się Pantcalec wraz z przyjaciółmi w małéj izdebce, w Nantes, niedaleko starego zamku. Byli smutni, zwątpiali, gdy im Ducouëdic oznajmił, że odebrał karteczkę, w któréj mu radzono, by co rychléj uciekał.
— I ja wam takąż samą pokazać mogę, ozwał się Mont-Louis; wsunięto mi ją pod szklankę u stołu, co żonę moję, niewiedzącą o niczém, wielce przestraszyło.
— Co do mnie, wyrzekł Talhouet, to czekam i nie lękam się niczego. Kraj się uspokoił i nowiny z Paryża są pomyślne.
Każdego dnia rejent kogoś z uwięzionych w bastylji, za sprawę hiszpańską, wypuścić każe.
— I ja wam także z kolei opowiem jakie dziwne odebrałem dziś ostrzeżenie.
Pokażcie wasze karteczki, porównamy pismo, bo to może jaki podstęp.
— Tego nie przypuszczam, i skoro nam radzą ucieczkę, to zapewne jesteśmy jakiém zagrożeni niebezpieczeństwem; więc nie mamy powodu lękać się o opinią naszą, bo o téj mowy być nie może. Sprawy bretońskie już są skończone: twój brat, Talhouet’cie, i kuzyn, uciekli do Hiszpanii? Salduc, Rohan, Kerantec, Sambilly, członek parlamentu, zniknęli, i uznano ich obawę za słuszną. Wyznaję przeto otwarcie, że po odebraniu powtórnego ostrzeżenia, ujeżdżam natychmiast.
— Nie mamy się czego lękać, mój kochany, ozwał się Pantcalec, bo sprawa nasza nigdy jeszcze w tak kwitnącym nie była stanie: dwór nie ma żadnego podejrzenia, bo inaczéj pewnoby nas już niepokojono. La Jonquière pisał wczoraj; donosi, że Chaulay jedzie do la Muette, gdzie rejent zupełnie prywatnie żyje, bez najmniejszéj straży.
— A jednak jesteś niespokojnym, pochwycił Ducouëdic.
— Wyznaję to, ale nie z tego powodu, jak mniemasz.
— O cóżże więc?
— Coś osobistego.
— Dotyczącego się ciebie?
— Li tylko mnie. Ależ nie mógłbym się lepszym powierzyć przyjaciołom, jak wam, i wszakżeż mnie znacie dostatecznie. Gdyby mnie kiedy niepokojono i gdybym miał wybierać pomiędzy ucieczką a pozostaniem się tutaj, by ujść grożącego mi niebezpieczeństwa... Otóż pozostałbym się, a wiecież wy dla czego?
— Nie.
— Mam strach.
— Ty? Pantcalec? Ty i strach! To są dwa sprzeczne z sobą wyrazy.
— O mój Boże, moi kochani, ocean wprawdzie zbawieniem jest naszém, bo każdy z nas z łatwością jednę z tysiąca bark, krążących po Loarze, znaleść może, któraby go z Paimboeuf do Saint-Nazaire przeniosła. Ale to, co was ocali, śmiercią jest dla mnie.
— Nie rozumiem cię, wymówił Talhouet.
— Przestraszasz nas, dodał Mont-Louis.
— Więc mnie posłuchajcie, przyjaciele moi.
I Pantcalec, zaczął opowiadać co następuje, słuchali go z religijną uwagą, bo wiadomo było, że bardzo ważnym musiał być powód, który na obawę jego zasłużył.