Córka rejenta/Tom II/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
— Ah! to ty, Dubois? wymówił rejent, spostrzegając ministra swojego.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Dubois, wydobywając papiery z pugilaresu. I cóż tam, Bretończykowie nasi, czy zawsze chwaty?
— Cóż to są za papiery? zapytał rejent, który pomimo rozmowy swojéj z Gastonem a raczéj może właśnie z powodu téjże, pewną miał dla niego sympatją.
— O, nic, jaśnie oświecony panie. Nasamprzód protokół tego, co się wczoraj działo pomiędzy panem kawalerem de Chaulay a księciem d’Oliwares.
— Więceś nas podsłuchał?
— Tam do licha! i cóżbyś wasza królewska mość chciał, ażebym robił?
— I słyszałeś?
— Wszystko. I cóż jaśnie oświecony pan sądzisz o pretensjach jego królewskiéj mości katolickiéj?
— Myślę, że może nim rządzą, a sam w niczém żadnego nie ma udziału.
— A kardynał Alberoni?... Nie żarty, jak ten hultaj obrabia Europę. Pretendent w Anglii; a Prussy, Szwecja i Bossja ślicznie rozdzierają Hollandją; cesarstwo znowu odbiera Neapol i Sycylją; wielkie księstwo Toskanii dla drugiego syna Filipa V, Sardynia księciu Sabaudji; Comachio dla papieża; a Francja Hiszpanii. To mi to plan!
— Który z dymem uleci. To są marzenia, nic więcéj tylko marzenia!
— A ów komitet bretoński, czyliż to także marzenie?
— Wyznać muszę, że rzeczywiście istnieje.
— A sztylet naszego konspiratora, czyliż to także marzenie tylko?
— Nie powiem, iż mi się zdaje, że go w silnéj trzyma dłoni.
— O, jaśnie oświecony panie, żaliłeś się, że do tamtego spisku należeli tylko ludzie cuchnący wodą różaną. Otóż, mniemam, że obecnie wasza królewska mość więcéj jesteś zadowolonym, bo ci ręki nie żałują.
— Wiesz ty, mówił rejent, zamyślając się, że to jest silna natura ten kawaler de Chaulay?
— To dobrze! brakuje tylko, byś wasza królewska mość powziął fantazją uwielbiania tego hultaja. Znam jaśnie oświeconego pana, jesteś zdolnym do tego.
— Czemuż to książęta tylko pomiędzy nieprzyjaciółmi swoimi takie napotykają dusze!
— Dla tego, jaśnie oświecony panie, że nienawiść jest namiętnością, a poświęcenie się częstokroć podłością tylko. Ale teraz, racz wasza królewska mość porzucić na chwilę wyżyny filozofii i zniżyć się do prostéj pracy materjalnéj, to jest: położyć dwa podpisy...
— Jakież?
— Nasamprzód potrzeba mianować jednego kapitana majorem.
— Kapitana la Jonquière?
— O nie! Jest to ladaco, którego portret każemy na szubienicy powiesić, gdy on sam już nam potrzebnym nie będzie. Na teraz potrzeba go jeszcze oszczędzić.
— I jakiż to więc kapitan?
— Dzielny oficer, którego wasza królewska mość spotkałeś jest temu dni ośm, czyli raczéj nocy ośm, przy ulicy Saint-Honoré.
— Nie rozumiem co chcesz mówić?
— Widzę, że potrzeba waszéj królewskiéj mości dopomódz przypomnieć go sobie; jaśnie oświecony pan masz złą pamięć.
— Gadajże wyraźniéj; z tobą niemożna nigdy do końca trafić.
— Otóż powiem w dwóch słowach: przed ośmiu nocami wychodziłeś jaśnie oświecony pan, przebrany za muszkietera, w towarzystwie Nocé’go i Semiane’a, malemi drzwiczkami przy ulicy Richelieu.
— To prawda... Ale cóż się stało na ulicy Saint-Honoré?
— Czy wasza królewska mość chcesz posłyszeć?
— Zrobisz mi tém przyjemność.
— Jaśnie oświeconemu panu niczego odmówić nie mogę.
— A więc gadajże.
— Wasza królewska mość wieczerzałeś w owym domku przy ulicy Saint-Honoré.
— Z Nocé’em i Semianem?
— Nie, jaśnie oświecony panie, Nocé i Simiane wieczerzali także, ale każdy gdzieindziéj.
— Jego królewska mość rejent wieczerzał zatém; właśnie podano deser, gdy jakiś oficer chwat, omyliwszy się zapewne, począł uporczywie stukać we drzwi. Jego królewska mość zniecierpliwiony wyszedł i zbeształ natręta, który mu tak nie w porę wieczerzę przerwał. Natręt jakoś hardéj natury, pochwycił za szpadę, a jego królewska mość nie leniwy gdy chodzi o wykonanie jakiéj niedorzeczności, dobył swojego rapiera i stawił czoło oficerowi.
— I jakiż był skutek tego pojedynku?
— Że jego królewska mość odebrał lekkie draśnięcie w łopatkę a natomiast przeszył na wskróś piersi przeciwnikowi swojemu.
— Ależ ta rana nie jest niebespieczną, jak sądzę? zapytał rejent z zajęciem.
— Nie, na szczęście.
— Bogu dzięki!
— Ależ to nie wszystko jeszcze.
— Jakto?
— Zdaje się, że jego królewska mość upatrzyłeś sobie cóś do tego oficera.
— Nie widziałem go nigdy przedtem.
— Jak gdyby książęta potrzebowali widzieć tych ludzi, którym chcą dokuczyć.
Oni w oddaleniu ranią.
— Cóż chcesz powiedzieć? gadajże.
— Chcę powiedzieć, żem się wywiedział, iż oficer ten już był kapitanem od lat ośmiu, i gdy wasza królewska mość zostałeś rejentem, kazałeś go skasować.
— A, to zapewne na to zasłużył.
— Mam jeden pomysł, jaśnie oświecony panie, to jest: ażeby nas papież uznał, jako niechybiących nigdy.
— Popełnił zapewne jaką podłość, tchórzostwo.
— Był to jeden z najdzielniejszych żołnierzy w całéj armii.
— A więc dopuścił się jakiegoś czynu niegodnego.
— Jest to jeden z najgodniejszych ludzi w świecie.
— A, to mu potrzeba wynagrodzić tę niesprawiedliwość.
— Wybornie! Otóż właśnie przyrządziłem nominacją na majora.
— Dawaj Dubois, dawaj! Doprawdy, że ty masz czasem cóś dobrego w sobie.
Szatański uśmiech skrzywił twarz Dubois, który właśnie jakiś drugi papier z pugilaresu dobywał.
Rejent go śledził niespokojnym wzrokiem.
— Cóż znaczy ten drugi papier? zapytał.
— To znaczy jaśnie oświecony panie, by popełnić niesprawiedliwość, spełniwszy czyn sprawiedliwy.
— Rozkaz aresztowania kawalera de Chaulay i odprowadzenia go do bastyllii! zawołał rejent. O hultaju! poznaję teraz dla czegoś mnie tamtym dobrym złudził czynem. Ale poczekaj chwileczkę, coś podobnego potrzebuję namysłu.
— Czyż wasza królewska mość myślisz, że pragnę ażebyś nadużył władzy swojéj? zapytał Dubois, śmiejąc się.
— Nie, jednakże...
— Jaśnie oświecony panie, skoro kto ma w ręku swoim władzę rządzenia królestwem, to téż i przedewszystkim rządzić powinien.
— Ależ zdaje mi się, mój panie gburze, że jestem panem...
— Wynagradzać, tak; ale zawsze pod warunkiem wymierzania i kary. Równowaga sprawiedliwości ginie, jeżeli jednę szalę ślepa i ciągła łaskawość przeciąża. Postępowanie podobne, jakbyś jaśnie oświecony pan sobie zawsze chciał postępować, i jak to często nawet robisz, nic jest dobrocią ale raczéj słabością. Jakąż nagrodę przeznaczasz jaśnie oświecony pan dla tych, co na nią zasłużyli, skoro winnych nie karzesz?
— Żądając po mnie, ażebym był surowym, nie powinieneś mi był tego młodego człowieka przedstawić, mówił rejent zniecierpliwiony, tém bardziéj, iż czuł, że broni szlachetnéj ale jednakże zawsze złéj sprawy. Dałeś mi go poznać i wartość jego ocenić, a lepiejby było, gdybym był myślał, że to jest sobie tylko zwyczajny konspirator.
— Tak, bo teraz, pokazawszy się pod obsłonką romansową, wyobraźnia artystowska waszéj królewskiéj mości, Pan Bóg wié, co sobie tworzy. Ale przecież wszystko z sobą pogodzić można: rób jaśnie oświecony pan dociekania chemiczne z Humbertem, rysuj z Audranem, ciesz się muzyką z Lafarem, baw się wasza królewska mość w miłość z całym światem, lecz zemną racz tylko o polityce rozprawiać.
— A, Boże mój kochany! zawołał rejent, czyż życie moje, szpiegowane, dręczone, spotwarzone, warte, ażebym go bronił?
— Ależ tu nie o życie waszéj królewskiéj mości chodzi. A pomiędzy wszystkiemi potwarzami, jakie na jaśnie oświeconego pana rzucono, i przeciwko którym już powinieneś być uzbrojonym, nikt waszej królewskiéj mości nie śmiał tchórzostwa zarzucić, nawet i najzjadliwsi nieprzyjaciele. Co tam!... w Steinkerque, w Nerwindzie i w Leridzie, dowiodłeś jaśnie oświecony pan, jak mało cenisz życie swoje. Gdybyś wasza królewska mość był zwyczajnym człowiekiem, ministrem, albo nawet i jakim księciem krwi, i został zabiły, to tylko jedno serce więcéj przestałoby bić. Ale nie wchodząc czyli to było słusznie lub nie, wasza królewska mość chciałeś zająć jedno z pierwszych miejsc pomiędzy panami świata. Unieważniłeś przeto testament Ludwika XIV, odpędziłeś od korony i jego dzieci nieprawe, które już po nią sięgały, zrobiłeś się rejentem Francji, więc śmierć waszéj królewskiéj mości, nie byłaby śmiercią, zwyczajnego człowieka, lecz runąłby filar, podpierający Europę, w niweczby się obróciły nasze prace, z ostatnich lat czterech, i wszystkoby w około zniszczało. Spojrzyj jaśnie oświecony pan na Anglją: otóż i kawaler de Saint-George występuje znowu w szalonéj postaci pretendenta. A Hollandja! czyliż nie pójdzie na pastwę Szwecji, Pruss i Rossyi? Austryi dwugłowny orzeł pociąga ku sobie Wenecją i Medjolan, by sobie wynagrodzić za stratę Hiszpanii. Spojrzyj teraz wasza królewska mość na Francją, a Francya już nie jest Francją, tylko wazalką Filipa V. Nakoniec, spojrzyj jaśnie oświecony pan na Ludwika XV, owego ostatniego potomka, czyli raczéj na ostatni szczątek największego państwa, jakie kiedykolwiek świat oświecało; na owe dziecię, któreśmy gorliwością czuwania nad niém, uchronili, by nie podzielało losu ojca swojego, matki i stryjów, by je zachować dla tronu przodków swoich. To dziecię padłoby znowu w ręce tych, których prawo cudzołożne powołuje na następców jego. A więc w około tylko morderstwo i zniszczenie, pożar i rozpacz, wojna domowa i z zagranicą. I dla czegóż to wszystko? Bo się spodobało jego królewskiéj mości Filipowi orleańskiemu uważać siebie ciągle tylko jako dowódzcę armii w Hiszpanii, i zapomnieć o tém, że nim być przestał, zostawszy rejentem Francji.
— Więc ty żądasz tego? zawołał rejent, biorąc pióro w rękę.
— Jeszcze chwilkę, jaśnie oświecony panie. Nie chcę, by mówiono, że w tak ważnéj sprawie uległeś jedynie nastawianiu mojemu. Powiedziałem tylko to, com miał powiedzieć. Zostawiam jaśnie oświeconego pana samego, czyń co zechcesz. Mam kilka interesów do załatwienia. Za kwandrans powrócę.
I Dubois skłonił się z uszanowaniem i wyszedł.
Zostawszy sam, rejent w głębokie pogrążył się dumanie. Cała ta sprawa tak ciemna i z taką prowadzona wytrwałością, uobecniła się w umyśle jego, czarnemi otoczona widmami. Mężnie stawiał czoło na polu bitwy, śmiał się z przedsięwzięć Hiszpanów, by nieprawych synów Ludwika XIV porwać, ale obecnie przejmował go przestrach, z którego sobie sam sprawy zdać nie umiał. Pomimowolnie czuł pociąg niezwyczajny i pewien rodzaj uwielbienia dla tego młodego człowieka, którego sztylet nad jego głową był wzniesiony; chwilami nienawidził go, i znowu go usprawiedliwiał a nawet i kochał. Mniemał, że Dubois, który, jak małpa piekielna, przyczajona nad dogorywającą zdobyczą, śledzi ów spisek i szponami swojemi sięga aż na dno serca jego, uzbrojony jest wyższą wolą i rozumem. Czuł, że w obecnych okolicznościach byłby słabo swojego bronił życia, chociaż mu nigdy jeszcze na odwadze nie zbywało. Trzymał pióro w ręku a rozkaz przed jego leżał oczyma.
— Tak, mówił sam do siebie, Dubois ma słuszność, bo życie moje, które tak często narażam, już nie do mnie należy. Wczoraj mówiła mi to samo matka moja. I któż odgadnie, coby się z światem stało, gdybym teraz żyć przestał? Może to samo, co się działo po śmierci Henryka IV. Po dziesięciu latach pokoju i oszczędności, pozyskawszy miłość ludu, zamierzał właśnie przyłączyć Alzacją do Francji, a może nawet Lotaryngiją i Flandrją; książę Sabaudji, zostawszy jego zięciem, miał sobie utworzyć państwo w Medjolańskiem, a okrawkami tegoż królestwa zbogacić rzeczpospolitą wenecką, wzmocnić książąt Modeny, Florencji i Mantui. Wtedy, Francja stała na czele wszystkich poruszeń europejskich. Wszystko czekało tego, wielkiego wypadku, przygotowanego pracą całego życia króla prawodawcy i żołnierza. Gdy 13 maja przejeżdżał powóz z liberją królewską przez ulicę la Ferronerie... I jedna chwila zniszczyła wszystko! Całą pomyślność przeszłą i wszystkie nadzieje przyszłości. I potrzeba było całego wieku i takiego ministra jak Richelieu a króla takiego jak Ludwik XIV, by zagoić rany Francji, zadane jéj sztyletem Ravaillaca!... Tak. Dubois ma słuszność: powinienem oddać tego młodego człowieka sprawiedliwości ludzkiéj. Przecież to nie ja go sądzić będę. A nakoniec, dodał z uśmiechem, wszakżeż mam prawo ułaskawienia!
I zaspokojony wewnętrznie tą prerogatywą królewską, którą w imieniu Ludwika XV wykonywał, szybko rozkaz podpisał, zadzwonił na pokojowca i udał się, by tualety swojéj dokończył.
W dziesięć minut późniéj, drzwi zcicha się otworzyły i Dubois wsunął znowu swoją kunią głowę, zwolna i ostrożnie. Przekonawszy się, że pokój jest próżny, zbliżył się do stolika przy którym książę był siedział; nagłym rzutem oka dostrzegł, że rejent podpisał rozkaz, i z uśmiechem tryumfującym złożył papier w czworo, schował go do kieszeni i wyszedł z wyrazem zupełnego zadowolenia.