Córka rejenta/Tom II/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Miałem lat dziesięć i byłem przy ojcu moim w Pontcalec, gdy dnia jednego stryj mój Chryzogon wezwał nas, by z nim zwiedzić króliczą jamę, o mil pare odległą; jadąc, spotkaliśmy w zarośla siedzącą kobiétę, która czytała. Zdziwiło nas to niezwyczajnie, bo u nas bardzo mała liczba chłopów czytać umie. Zatrzymaliśmy się więc, by jéj się przypatrzeć. Mam ją tak przed oczyma, jak gdyby to się było działo wczoraj, chociaż odtąd już lat dwadzieścia upłynęło. Miała na sobie zwykły ubiór Bretonek: czarną suknię i biały czepek; siedziała na wiązce janowcu, którą dopiéro co Była związała.
Mój ojciec jechał na koniu skarogniadym, stryj na młodym siwoszu, pełnym ognia i życia, a ja na białym kucyku, łagodnym jak baranek.
Kobiéta podniosła oczy i spojrzała na nas z pewnym wyrazem ciekawości, a widząc mnie pewnym w strzemionach moich, przy ojcu, który zdawał się być dumnym z swojego syna, powstała nagle i przystępując do mnie, zawołała:
— Jakaż szkoda!
— Coż znaczą te słowa? zapyTał mój ojciec.
— To znaczy, że nie lubię tego małego białego konika, odpowiedziała kobiéta.
— A to dla czego, matko?
— Bo on przyniesie nieszczęście dla waszego syna, panie de Pantcalec.
My Bretończykowie jesteśmy zabobonni, jak wam to wiadomo. Tak dalece, że mój ojciec, który jak pamiętasz, Mont-Louis, był człowiekiem rozsądnym i światłym, zatrzymał się pomimo nalegali stryja Chryzogona, byśmy daléj jechali, przerażony myślą, że mnie jakie nieszczęście spotkać może.
— Jednakżeż sam już nieraz na tym koniku jechałem, ozwał się mój ojciec do kobiéty, i znalazłem go zawsze bardzo spokojnym i bieg jego niezwyczajnie równym. Zresztą Klemens, nad wiek swój, dobrze NIm kieruje.
— Ja się na tém wszystkiém zupełnie nie znam, margrabio de Guis, odpowiedziała kobiéta, mówię tylko: że konik ten przyniesie nieszczęście panu Klemensowi.
— I zkądżeż to możesz wiedzieć?
— Widzę to, odrzekła z szczególném brzmieniem głosu.
— A kiedyż to nastąpi?
— Dziś jeszcze.
Mój ojciec zbladł i ja sam się przeraziłem. Tylko stryj Chryzogon, który był odbył wszystkie wojny w Hollandji i został niedowiarkiem bijąc się z hugenotami, rozśmiał się na całe gardło.
— Dalibóg, że ta poczciwa kobiecina jest w zmowie z królikami w Savenay! zawołał. I coż ty na to, Klemensie, może się wyrzeczesz polowania i do domu powrócisz?
— Chcę raczéj daléj z wami pojechać, mój stryju odpowiedziałem.
— Może się boisz przypadkiem, boś taki blady i zmieniony?
— Nie boję się niczego, odparłem.
Ale skłamałem, bom drżał wewnętrznie i bynajmniéj nie czułem téj odwagi, jaką, udawałem.
Ojciec mój wyznał mi późniéj, że gdyby nie wyrazy stryja, które go fałszywym wstydem przejęły, a następnie odpowiedź moja, która jego miłości własnéj pochlebiła, byłby mi kazał wrócić do domu, albo zamienić kucyka mojego na którego z wierzchowców służby naszéj: byłoby to jednakże złym przykładem dla chłopczyka w moim wieku, a przedmiotem drwinek dla stryja Chryzygona.
Puściłem się więc daléj na moim koniku; po dwóch godzinach jazdy stanęliśmy u jamy króliczéj i polowanie się zaczęło.
W czasie całego polowania aniśmy wspomnieli o owéj przepowiedni, dopiéro po ukończonéj rozrywce myśliwskiéj, gdyśmy się znowu razem zebrali, zawołał stryj Chryzogon:
— A co, Klemensie! Jeszcześto na swoim kucyku? Dalibóg, że z ciebie odważny jest chłopiec.
Rozśmiałem się, i mój ojciec także. Właśnie przebywaliśmy step gładki i równy, jak posadzka w tym tutaj pokoju. Nie było ani rowu, ani krzaczka jednego, któryby konia był mógł przestraszyć, a jednakżeż kucyk mój na raz jeden nagle uskoczył, spiął się i rzucił mnie w piasek o kilka kroków. Stryj Chryzogon się rozśmiał, ojciec mój zbladł, a ja nie ruszałem się z miejsca. Ojciec zeskoczył z konia, przybiegł i podniósł mnie, miałem nogę złamaną.
Niepodobna opowiedziéć żalu mojego ojca i krzyku służby, ale trudniéj jeszcze skreślić rozpacz stryja Chryzogona; ukląkł przy mnie, opatrzył nogę moję drżącą ręką, całował mnie, płakał, modlił się, i przez całą drogę, chociaż ojciec mój go pocieszał, o ile mógł, nic mu na to wszystko nie odpowiadał.
Sprowadzono najlepszego chirurga z Nantes, który oświadczył, że stan mój bardzo jest niebezpiecznym. Stryj ciągle tylko błagał matki mojéj o przebaczenie, i uważali, że przez ciąg całéj choroby mojéj, zupełnie zmienił zwykły tryb życia: zamiast pić i polować z oficerami, zamiast oddawać się ulubionemu rybołówstwu, nie odstępował i na chwilę jednę mojego łóżka.
Miałem febrę przez sześć tygodni a choroba cała trwała dłużéj jak cztery miesiące; ale uleczono mnie jak najzupełniéj. Gdym piérwszy raz wyszedł, towarzyszył mi stryj, podając mi rękę, a gdyśmy z przechadzki wrócili, począł żegnać się z nami.
— Cóż to się znaczy? dokądże jedziesz? zapytał ojciec mój zdziwiony.
— Uczyniłem ślub, że gdy to kochane dziecię wyzdrowieje, zostanę kartuzem, więc idę wykonać tę przysięgę.
Na to rodzice moi głośne poczęli rozwodzić żale. Jam się rzucił na szyję stryja, prosząc go, by z nami pozostał. Ale on był jednym z tych ludzi, silnéj i nieugiętéj woli, którzy nigdy danemu, nie uchybią słowu: nadaremnemi były wszystkie prośby nasze, stryj pozostał nieubłagany.
— Nie wiedziałem dotąd, mój bracie, wyrzekł, że Bóg ludziom niekiedy w tajemniczy objawia się sposób. Wątpiłem, i poddaję się karze. A nakoniec nie chcę, by mnie uciechy światowe pozbawiły szczęśliwości wiekuistéj.
Potém stryj nas uścisnął, siadł na koń puścił się cwałem i zniknął nam z oczu.
Został mnichem w Kartuzji w Morlaise; po dwóch latach ów niegdyś wesoły towarzysz i hulaka, ów przyjaciel niezrównany, zamienił się przedwcześnie w trupa zimnego i nieczułego na wszystko. A po trzech latach téj samotności umarł, zostawiwszy mi cały swój majątek.
— Straszna naprawdę historja! mówił śmiejąc się Ducouëdic. Ale ma ona swoję złą i dobrą stronę, bo ta stara nie przepowiedziała ci, że złamanie nogi zwiększy twój majątek w dwójnasób.
— Słuchajcie daléj! zawołał Pontcalec, więcéj ponury i poważny jak kiedykolwiek.
— Aha! więc to jeszcze nie koniec? zapytał Talhouet.
— Zaledwieście trzecią część słyszeli.
— Opowiadajże daléj; słuchamy.
— Słyszeliście o śmierci dziwacznéj barona de Caradec?
— Tak, bo on był naszym szkolnym kolegą w Rennes, ozwał się Mont-Louis; znaleziono go przed dziesięcioma laty zabitego w lesie, należącym do Chateaubriand.
— Słuchajcież więc; ale wiedzcie zarazem, że to jest tajemnicą, dotąd mnie tylko wiadomą, a odtąd powinna być jedynie przezemnie i przez was tylko znaną.
Trzej Bretończykowie, wielce zajęci opowiadaniem Pantcaleca, przyrzekli, że święcie dochowają sekretu.
— Otóż pomiędzy mną a Caradec’em, owym przyjacielem szkolnym, zaszły przykre niesnaski; zakochaliśmy się w jednéj i téj saméj kobiécie, a ja byłem szczęśliwszym od niego.
Jednego dnia udałem się na polowanie do lasu pod Chateaubriand. W wigiliją już wysłałem psy moje naprzód i dojeżdżacza, jechałem więc tylko z jednym służącym. Niezadługo ujrzałem idący przed sobą ogromny pęk suchych gałęzi: nie zwracało to bynajmniéj mojéj uwagi: ile że bardzo często napotykać można naszych chłopów, niosących pęki podobne, większe od nich samych i zakrywające ich całkiem. Po chwili ów pęk przedemną zatrzymał się, i ujrzałem profil zwróconéj ku mnie bokiem staréj kobiéty, która wsparta na swoim ciężarze, przystanęła na zakręcie drogi. Im więcéj się zbliżałem tém mniéj mogłem oczy od niej oderwać, wreszcie zanim dojechałem, jużem w niéj poznał ową starą wieśniaczkę, widzianą na drodze do Savenay, która mi nieszczęsny przypadek na białym kucyku była przepowiedziała.
Piérwszą myślą moją było, wyznaję szczerze, inną pojechać drogą, by uniknąć nieszczęsnéj wróżki, ale spostrzegła mnie zaraz i zdawało się, że na mnie z złośliwym uśmiechem czeka. Miałem wtedy dziesięć lat więcéj, jak przy naszém piérwszém spotkaniu się, wstyd mnie było zawrócić i zwolna jechałem daléj.
— Dzień dobry wicehrabio de Pontcalec, zawołała, jakżeż się miewa margrabia de Giers?
— Dobrze, moja matko, odpowiedziałem jéj, i byłbym zupełnie spokojny o jego zdrowie, gdybyś mnie zapewniła, że mu się nic złego w czasie mojéj nieobecności nie stanie.
— Oho! wyrzekła śmiejąc się, pan nie zapomniałeś Saweńskiego stepu. Dobrą wicehrabia masz pamięć. Ale to nie przeszkadza, byś tak samo, jak wtedy, nie poszedł za dobrą radą moją; bo człowiek jest ślepym.
— I jakążbyś mi dała radę? zapytałem.
— Ażebyś wicehrabia dziś na polowanie nie jechał.
— A to dla czego?
— Ażebyś bez straty jednéj chwili, zaraz do Pontcalec wracał.
— Nie mogę. Obiecałem się kilku przyjaciołom w Chateaubriand.
— Tém gorzéj, tém gorzéj, panie wicehrabio, bo będzie krew przelana na tém polowaniu.
— Czy moja?
— Twoja i jeszcze czyjaś.
— Ach! oszalałaś.
— To samo powiedział stryj Chryzogon. Jakżeż się miewa stryjaszek pana wicehrabiego?
— Czy nie wiesz, że umarł już przed siedmiu laty w Kartuzji w Morlais?
— Biedne, poczciwe człeczysko! długo w nic nie wierzył, tak jak wicehrabia, a potém gdy uwierzył, to już było zapóźno.
Pomimowolnie zadrżałem; ale fałszywy wstyd mi poszepnął, że hańbąby było podobnéj obawie ulegać, i że to tylko traf prosty ziścił przepowiednią mniemanéj czarownicy.
— O, widzę, że ci na jedném doświadczeniu nie dosyć, mój ładny paniczu. A więc jedźże sobie do Chateaubriand, skoro tego chcesz koniecznie, ale odeśléj przynajmniéj do Pontcalec ten piękny kordelas, który masz przy boku.
— A czemżeżby pan uciął nogę danielowi? ozwał się za mną mój służący.
— Twoim nożem, odpowiedziała kobiéta.
— Daniel jest królewskim zwierzem, więc mu podkolanek tylko kordelasem przeciąć się należy, odpowiedział służący.
— A zresztą czyliżeście mi nie przepowiedzieli matko, że krew moja przeleje się na tém polowaniu; to jest, że będę napadniętym? skoro zaś napadniętym zostanę, powinienem się bronić.
— Nie rozumiem co to wszystko ma znaczyć, odpowiedziała kobiéta, ale to wiem, że w miejscu pana, mój piękny rycerzu, usłuchałabym biednéj staruszki, i nie pojechałabym do Chateaubriand, albo odesłałabym przynajmniéj kordelas do Pontcalec.
— Czyż pan wicehrabia usłucha téj staréj czarownicy? zapytał mnie służący, obawiający się zapewne, ażebym mu z kordelasem nie kazał do Pontcalec wrócić.
Gdybym był sam, byłbym niezawodnie powrócił, ale w obec lokaja znowu fałszywemu uległem wstydowi.
— Dziękuję wam, moja poczciwa kobiéto, przemówiłem więc do niéj, ale nie widzę w tém co mi mówicie, żadnego powodu, bym do Chateaubriand pojechać nie miał. I kordelas zatrzymam... jeżeli będę napadniętym, potrzebnym mi będzie do obrony.
— Jedźże więc i broń się, wyrzekła stara, potrząsając głową; nikt nie potrafi uniknąć przeznaczenia swojego.
Nie dosłyszałem już reszty, bom w cwale z miejsca ruszył; obejrzałem się jednakże na zakręcie drogi i zobaczyłem ją idącą daléj z swoim ciężarem.
W godzinę potém byłem już w lesie, w waszym towarzystwie, — Mont-Louis i Talhouet, bo należeliście do tego polowania.
— Tak jest, odpowiedział, i zaczynam już wszystko pojmować.
— I ja także, dodał Mont-Louis.
— Tylko ja o niczém nie wiem, ozwał się Ducouëdic, mówże daléj, Pontcalec.
— Psy nasze pogoniły za danielem, a myśmy się rzucili w ich ślady; lecz po chwili usłyszeliśmy inne naszczekiwania, i przekonaliśmy się, że prócz nas, ktoś inny jeszcze poluje w tym lesie. Niezadługo skrzyżowały się te obydwa polowania w jedném miejscu, i psy moje omylone w tropie pogoniły za danielem, ściganym przez tamtę drugą sforę. Udałem się szybko za mojemi psami, zostawiając was wraz z całém myśliwstwem, w tém słyszę, że mnie już ktoś był uprzedził, bo psy moje skomlały, i dolatywał mnie odgłos harapnika, którym je okładano. Dobiegam i widzę Caradec’a, który je własną ręką smagał. Wiecie, żeśmy się nienawidzili wzajemnie, potrzeba więc było małéj tylko sposobności, by ta nienawiść z całą siłą wybuchnęła. Zapytałem go jakim prawem bije psy moje. Odpowiedź jego była bardziéj jeszcze wyzywającą, aniżeli moja zaczepka.
Byliśmy sami, młodzi, rywale, nienawidziliśmy się, każdy z nas miał broń u boku, więc dobyliśmy kordelasów, uderzyliśmy na siebie, i Caradec spadł z konia na wskroś przeszyty.
Niepodobna opowiedziéć wam, co się zemną działo, gdym go widział we krwi leżącego na ziemi, tarzającego się w boleściach konania. Dałem koniowi ostrogi, i jak szalony w głąb lasu popędziłem. Usłyszałem hallali, i piérwszy na miejsce przybiegłem. Pamiętam tylko, żeś mnie się zapytał, Mont-Louis, dla czegom tak blady?
— I ja to pamiętam, odpowiedział Mont-Louis.
— Przypomniałem sobie, wtedy przestrogę czarownicy i gorżkom żałował, żem jéj nie posłuchał: ten pojedynek tak sam na sam, zdawał mi się być zabójstwem raczéj. Nantes i cała okolica stała się dla mnie nieznośną, bo wszędzie o zamordowaniu Caradec’a mówiono. A chociaż mnie nikt nie posądzał, to jednakże skryty głos serca mego mnie obwiniał i po kilkadziesiąt razy sam chciałem się oddać w ręce sprawiedliwości.
Nakoniec opuściłem Nantes i udałem się do Paryża; pragnąłem zobaczyć jeszcze wprzódy czarownicę, ale nie wiedziałem gdzie ona mieszka i odszukać jéj nie mogłem.
— To dziwna rzecz, mówił Talhouet. A późniéj, czyliż widziałeś ją kiedy?
— O, poczekaj, odrzekł Pantcalec, bo teraz dopiéro straszne usłyszycie rzeczy.
Téj zimy, czyli raczéj jesieni, ale mówię zimy, bo śnieg sypał dnia tego, chociaż mieliśmy dopiéro listopad, wracałem z Gueur i chciałem popasać w Pontcalec-des-Aulnes, po odbytem polowaniu na bekasy w towarzystwie dwóch dzierżawców moich. Naziębliśmy wskroś, lecz w miejscu schadzki zastaliśmy rozpalony wielki ogień i zastawione jedzenie.
Wchodząc do izby, gdzie mnie ludzie moi witali, spostrzegłem siedzącą przy kominie starą kobiétę, która zdawała się drzemać. Obszerny płaszcz z czarnéj i szaréj wełny okrywał ją całkiem.
— Któż to jest? zapytałem się gospodarza, głosem zmienionym i drżąc pomimowoli.
— Jakaś stara żebraczka, nie znam jéj ale bardzo wygląda na czarownicę, odpowiedział mi. Była na wpół zmarznięta i umierająca z głodu i z znużenia. Prosiła mnie o jałmużnę, kazałem jéj wejść i dałem jej kawałek chleba, który zaraz zjadła, grzejąc się przy ogniu: teraz trochę zasnęła.
Postać przy kominku poruszyła się nieco.
— Cóż to się panu stało? ozwała się w téj chwili żona dzierżawcy, zupełnieś pan przemókł, a odzienie błotem zbryzgane aż ku ramionom.
— Otóż o mało, moja dobra Martyno, żeście sami, przygotowanego dla mnie jedzenia, nie spożyli.
— Doprawdy? zawołała poczciwa kobiéta przelękniona.
— Tak, bo zaledwie że pan nasz ocalał, odpowiedział jéj mąż.
— O mój Jezu przenajświętszy! i cóżże się stało?
— Wiesz, że bagna nasze przepełnione są trzęsawiskami, otóż zapędziłem się niezważając gdzie jestem, aż na raz jeden poczułem, że gręznę coraz bardziéj; wystrzeliłem więc na znak, i mąż twój nadbiegł, moja Martyno, i wydobył mnie z błota, w którem byłbym niezawodnie śmierć moję znalazł, i to śmierć okropną a głupią zarazem.
— Oh dla Boga, przez wzgląd na rodzinę swoję, nie narażajże się tak pan margrabia!
— Dajcie mu pokój, niechaj robi co mu się podoba, ozwał się od komina jakby głos grobowy... bo on taką śmiercią nie zginie, ja mu to przepowiadam.
I odsłaniając kaptur swojego szarego okrycia, poznałem w staréj żebraczce owę wróżkę widzianą na drodze do Savenay a następnie w lesie pod Chateaubriand.
Stanąłem nieruchomy i jakby zdrętwiały.
— Pan mnie znasz, nieprawdaż? zapytała mnie bez najmniejszego pomieszania.
Skłoniłem głowę na znak, że ją poznałem, ale nie miałem odwagi słowa wymówić. Wszyscy otoczyli nas w około.
— Nic, nie, margrabio de Guer, uspokój się, bo nie umrzesz w ten sposób.
— I zkądżeż to wiesz? zapytałem jąkając się, chociaż wgłębi duszy o jéj wiedzy przekonany byłem.
— Nie mogę ci na to odpowiedziéć, bo sama tego niewiem: wiesz dobrze, że się nie mylę.
— Jakżeż więc umrę? zapytałem, przyzywając wszystkich sił moich i krew zimną, by jéj to zrobić pytanie i odpowiedź posłyszéć.
— Umrzesz przez morze, panie margrabio.
— Jakto? zapytałem, co chcesz przez to powiedzieć?
— Co powiedziałam to powiedziałam, i jaśniéj tłumaczyć się nie mogę. Ale powtarzam, panie margrabio: strzeż się morza.
Moi wieśniacy spojrzeli na siebie z przestrachem, jedni się przeżegnali, drudzy poczęli zmawiać pacierze. Stara czarownica zaś, zakryła znowu głowę swoję kapturem, i nie odpowiedziała nam już i słówka.