Córka rejenta/Tom II/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Obecnie Gaston już dłużéj łudzić się nie mógł: dzień nadszedł, w którym wziąść się miał do dzieła, a jeszcze do jakiego dzieła!
Poseł hiszpański wielkie na nim sprawił wrażenie, zdobił go pewien wyraz wyższości, i Gaston był przekonanym, że on niezawodnie prawdziwym jest szlachcicem.
Potém jakieś dziwne wspomnienie przebiegło mu umysł. Znalazł jakieś podobieństwo pomiędzy czołem surowém i bystremi oczyma hrabiego, a czołem pogodném i oczyma łagodnemi Heleny. Jedno z owych podobieństw niepewnych, oddalonych, jak gdyby myśl na jawie pamięcią senne przywoływała wrażenie. Gaston nie mógł sobie tego wytłumaczyć, ale pomimowolnie porównywał i łączył z sobą te dwie postaci.
W chwili gdy się już udał na spoczynek, znużony wypadkami dnia, zdawało mu się, że słyszy odgłos zbliżającego się konia na ulicy, że otworzono drzwi hotelu i że go dolatuje ożywiona rozmowa dwóch osób; niebawem jednakże drzwi znowu zamknięto, uciszyło się wszystko, i Gaston zasnął, tak jak się zasypia w tym wieku, chociaż będąc zakochanym i członkiem rokoszu.
Gaston bynajmniéj się nie omylił, bo rzeczywiście dźwięczała podkowa na ulicy a przed hotelem koń rżał, i rozmowa miała miejsce. A ten, który tak późno zawitał, był to poczciwy chłopek z Rambouillet, któremu młoda i ładna kobieta dała dwa luidory wynagrodzenia, by zawiózł liścik, o ile tylko koń wyskoczyć zdoła, do pana kawalera de Chaulay w hotelu Muids-d’amour, przy ulicy Bourdonnais.
Tą młodą i ładną kobietę znamy.
Tapin list odebrał, obejrzał go w około; potém odrzucił fartuch, w który się jako gospodarz hotelu był przybrał; polecił swojemu pierwszemu kucharzowi, by go tymczasem zastąpił, i pobiegł z całą szybkością swoich długich nóg do mieszkania Dubois, który tylko co był z domku przy ulicy du Bac powrócił.
— Oho! zawołał Dubois, list! przyjrzymy mu się bliżéj.
Odpieczętował go jak zręczny kuglarz, za pomocą gorącéj pary, i przeczytawszy, głośną wybuchnął radością.
— Wybornie! doskonale! wołał. Dzieci szybko idą naprzód; niech sobie lecą. A my w ręku mamy cugle i powstrzymamy ich, gdy tego będzie potrzeba.
Sztucznie znowu zapieczętował list i oddał go posłańcowi.
— Masz, oddaj mu to pismo! wyrzekł.
— Kiedy?
— Zaraz.
Tapin zwrócił się ku drzwiom.
— Nie, poczekaj... namyśliłem się. Jutro rano będzie dość czasu.
— A teraz, ozwał się Tapin, zatrzymując się znowu, czy pozwolisz sobie jaśnie wielmożny pan jednę osobistą zrobić uwagę?
— Gadajże!
— Jako ajent jaśnie wielmożnego pana pobieram dziennie trzy talary.
— Czy to niedosyć, hultaju?
— Dla ajenta dosyć, i nie żalę się na to. Ale, widzi Bóg, że za mało dla kupca.
O, bo to głupie rzemiosło.
— Pij dla rozrywki!
— Znienawidziłem wino, odtąd jak je sprzedaje.
— Bo widzisz jak się ono robi. Ale pij szampańskie, muszkatellowe, rozynkowe, jeżeli takie istnieje, a Bourguignon za wszystko zapłaci. Ale, otóż i rzeczywiście miał napad apoplektyczny, popełniłeś więc tylko chronologiczne kłamstwo.
— Na prawdę, jaśnie wielmożny panie?
— Rzeczywiście, przestraszyłeś go za nadto. Chciałeś wziąść po nim puściznę, obwiesiu!
— Nie, przysięgam, jaśnie wielmożnemu panu, bo to zatrudnienie wcale nie jest przyjemném.
— A więc dodam ci jeszcze po trzy talary dziennie, dopóki ten obowiązek wypełniać będziesz, a potém podaruję sklep starszej córce twojéj na posag. Idź i przynoś mi często podobne listy, a nie będziesz tego żałował.
Tapin powrócił do hotelu Muids-d’Amour, i stosownie do otrzymanego rozkazu zaczekał aż do dnia, by list oddać.
O godzinie szóstéj Gaston już był na nogach. I należy się oddać sprawiedliwość Tapinowi, bo skoro tylko posłyszał szmer w jego pokoju, pospieszył zaraz, by mu list doręczyć.
Gaston na pierwszy rzut oka poznał pismo, zarumienił się i zbladł zarazem. Ale czytając, bladość stawała się coraz widoczniejszą.
Tapin niby sprzątał w pokoju, lecz śledził go bacznie z ukosa.
List zawiérał co następuje:
«Mój kochany, podzielam zdanie Twoje i podobno że we wszystkiém słuszność miałeś. Pełnam obawy... jakiś powóz zajechał, i pani Desroches nakazuje być gotowy do odjazdu. Chciałam się temu oprzeć, zamknięto mnie w moim pokoju... Na szczęście, spostrzegam chłopa pasącego konia; daję mu dwa luidory, i on przyrzeka że list mój tobie doręczy. Czynią już ostatnie przygotowania do podróży. Za dwie godziny jedziemy do Paryża. Tam, będę się starała przesłać ci mój adres, a gdyby mi w tém przeszkodzono, to gotowani oknem wyskoczyć.»
«Bądź spokojnym, kobiéta która cię kocha, pozostanie godną Ciebie i siebie saméj.»
— Otóż-to! zawołał Gaston. Heleno, więc nie omyliłem się. O ósméj godzinie wieczorem. O mój Boże! odjechała. Panie Bourguignon, dla czegóż mi tego listu zaraz nie oddano?
— Wasza ekscelencja spałeś, i czekano na przebudzenie się, odpowiedział Tapin z najwyszukańszą grzecznością.
I cóż miał na to odpowiedzieć człowiekowi tak ugrzecznionemu. A potém, Gaston się lękał, by unosząc się gniewem nie zdradził tajemnicy swojéj. Wtém nagła przyszła mu myśl: ażeby u rogatek czatować na przybycie Heleny, która może jeszcze nie nadjechała do Paryża; więc ubrał się co tchu, przypasał szpadę i wychodząc, powiedział Tapinowi:
— Na przypadek, gdyby kapitan la Jonquière do mnie przyszedł, powiedz mu że będę w domu na godzinę dziewiątą.
Gaston cały spotniały stanął u rogatek, nie spotkał w drodze żadnego fiakra, musiał więc ciągle iść pieszo.
Tymczasem, gdy nadaremnie oczekuje przybycia Heleny, która już od godziny drugiéj z rana była w Paryżu, spojrzyjmy nieco po za siebie.
Widzieliśmy, jak rejent odebrał list od pani Desroches i przez tegoż samego posłańca odpowiedź jej swoję przesłał. Bo wszakżeż było rzeczą konieczną, chronić ją od dalszych zabiegów pana de Livry.
Ale któż on mógł być, ten młody człowiek? Dubois umiałby to najlepiéj powiedzieć. Dla tego téż, gdy Dubois około godziny piątéj się zjawił, by z rejentem na ulicę du Bac pojechać, zapytał go tenże:
— Któż to jest ten jakiś pan de Livry z Nantes?
Dubois podrapał się po nosie, bo widział do czego rejent zmierza.
— Livry... Livry... Zaczekaj wasza królewska mość...
— Tak, Livry?
— To tam jakiś szlachcic z prowincji...
— A, ba! to nie jest żadném wyjaśnieniem.
— Ej, bo któż go tam zna? Livry, to jest nazwisko nieznane.... Każ jaśnie oświecony pan przywołać pana d’Hazier.
— Błazen jesteś!
— Ależ jaśnie oświecony panie, ja się gienealogią nie trudnię wcale, jestem sobie gbur niegodny, po prostu.
— Już dosyć tych niedorzeczności.
— Cóż u licha! ten Livry zainteresował waszą królewską mość nie żartem.
Czyż nie oto chodzi, by komuś z tej rodziny dać order? W takim razie, starałbym się im wyszukać znakomite pochodzenie.
— Idź do djabła! a po drodze zawołaj mi Nocé’go.
Dubois uśmiechnął się miluchno i wyszedł.
W dziesięć minut późniéj ukazał się Nocé!
Był to człowiek czterdziestoletni, wysoki, przystojny, zimny, suchy, rozumny i dowcipkujący, jeden z najwierniejszych i najwięcéj ulubionych towarzyszy rejenta.
— Jaśnie oświecony pan kazałeś mnie przywołać? wymówił.
— Ach to ty Nocé? dzień dobry.
— Składam hołdy moje waszéj królewskiéj mości. Czy mogęż się jaśnie oświeconemu panu na co przydać?
— Tak, pożycz mi twojego domku na przedmieściu ś. Antoniego, ale niechaj będzie zupełnie pusty i czysty. Poślę. tam moich ludzi. Tylko żadnych elegancyj, proszę cię!
— Pewnie dla jakiéj skromnisi, jaśnie oświecony panie.
— Tak jest, dla skromnisi.
— To może lepszymby był dom w środku miasta? Bo domy na przedmieściu mają haniebną reputacją, ostrzegam waszą królewską mość.
— Osoba, którą tam umieszczę, nie wié o żadnéj reputacji, jaką mieć mogą te domy.
— A, to winszuję jaśnie oświeconemu panu.
— Ale milcz o tém, Nocé!
— Ani słówka nie powiem.
— Żadnych kwiatów, żadnych amblematów, niechaj tam nic takiego nie będzie. Każ pozdejmować wszystkie obrazy mniéj przyzwoite. Jakież tam są obicia?
— Te mogą pozostać, jaśnie oświecony panie, bardzo są przyzwoite.
— Po prawdy?
— Wszystko a la Maintenon.
— Niechżeż więc zostaną, ale odpowiesz mi za to.
— Nie chciałbym jednakże brać na siebie takiéj odpowiedzialności. Ja, bo nie jestem skromnisią; więc lepiéjby może było, kazać wszystkie ściany obedrzeć.
— Ba! na dzień jeden tylko, to niewarte. Może to cóś mitologicznego, czy nie?
— Hm! mruknął Nocé.
— A zresztą zabrałoby to wiele czasu, gdy tylko parę jeszcze godzin mam przed sobą. Dajżeż mi zaraz klucze.
— Tylko do siebie pobiegnę, za kwandrans będziesz je wasza królewska mość miał.
— Do widzenia się, Nocé! daj mi rękę. Żadnych czatów, żadnéj ciekawości, proszę cię o to!
— Jadę na polowanie i dopiero wtedy wrócę, gdy wasza królewska mość rozkażesz.
— Jesteś poczciwy i usłużny. Do widzenia się jutro!
Pewien przyzwoitego dla córki mieszkania rejent zaraz przyzwał panią Desroches i posłał berlinkę, która Heleny przywieść miała. Do córki zaś napisał, polecając pani Desroches, by jéj sama ten list przeczytała.
Namyśliłem się i pragnę ciebie mieć przy sobie. Przybywaj z panią Desroches bez straty jednéj chwili, a wielką mi sprawisz przyjemność. W Paryżu bliższą odemnie odbierzesz wiadomość.
Helena, po przeczytaniu jéj tegoż przez panią Desroches, zaczęła się wyjazdowi opierać, prosić, płakać, ale wszystko napróżno, bo musiała być posłuszną. I napisawszy list do Gastona, który mu przez chłopa przesłała, opuściła z żalem to mieszkanie, gdzie mniemała że znalazła ojca, i gdzie się z kochankiem swoim widziała.
Gaston, jakeśmy to wyżéj byli powiedzieli, pospieszył do rogatek i przybył tamże, gdy zaczęło dnieć. Kilka przyjechało powozów, ale żadnym Heleny nie było. Powoli zaczęła nadzieja z serca jego ustępować a mróz coraz bardziéj dokuczał, nie pozostało mu przeto nic więcéj do czynienia, jak powrócić do hotelu i cieszyć się myślą, że tam może list zastanie.
Gdy przechodził przez ogród Tuiljerjów godzina ósma wybiła. W téjże saméj chwili wszedł Dubois do sypialni rejenta; z miną tryumfującą i trzymając pugilares pod pachą.