Córka rejenta/Tom II/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
— Pan mówiłeś, że szlachta bretońska chce wspierać całemi siłami szlachtę francuzką. A czegóż-że chce szlachta francuzka?
— Wynieść na tron Francji, w przypadku śmierci króla swojego, króla Hiszpanii, jako jedynego następcę Ludwika XV.
— Dobrze, bardzo dobrze, przemówił Dubois, wpychając palec aż do połowy w rogową tabakierkę, i zażywając niuch spory z prawdziwém zadowoleniem.
— Ale pan tak mówisz o tych wszystkich rzeczach, jak gdyby król już był umarł, a przecież on żyje jeszcze! ozwał się rejent.
— Jego królewska mość delfin, książę Burgundyi, księżna Burgundyi i ich dzieci, znikli wszyscy w opłakany sposób.
Rejent zbladł z gniewu a Dubois zaczął kaszleć.
— Więc liczą na śmierć króla? zapytał rejent.
— Ogólnie, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Gaston.
— To wyjaśnia, jakim sposobem król hiszpański pomimo zrzeczenia się praw swoich, myśli wstąpić na tron Francyi. Nieprawdaż, mój panie? Ale pomiędzy ludźmi sprzyjającymi rejencyi, znajdzie niejaki opór.
Fałszywy Hiszpan wymówił to z pewnym przyciskiem.
— To téż i przewidziano następstwo, odpowiedział Gaston.
— Aa! przewidziano następstwo! zawołał Dubois. Dobrze, bardzo dobrze. A co? czyż nie mówiłem waszéj ekscelencji, że nasi Bretończykowie są niepospolici ludzie? Daléj panie, daléj.
Ale pomimo tego zachęcającego wezwania, Gaston milczał.
— I cóż daléj, mój panie? zapylał rejent, którego ciekawość obudziła się pomimowolnie. Słucham.
— To nie jest mój sekret, jaśnie oświecony panie.
— Więc nie posiadam zaufania waszych przewodzców.
— Przeciwnie... wasza ekcelencja sam jeden je posiadasz.
— Rozumiem. Ale kapitan jest przyjacielem naszym i ręczę panu za niego, tak jakby za samego siebie.
— Moje instrukcje nakazują mi powierzyć się tylko waszéj ekscelencji.
— Powiedziałem już panu, wyrzekł rejent z pewną dumą, że ja ręczę za kapitana.
— W takim razie, odparł Gaston z głębokim ukłonem, powiedziałem waszéj ekscelencyi już wszystko, com mógł powiedzieć.
— Czy słyszysz kapitanie? zawołał rejent, więc nas zostaw samych.
— Dobrze jaśnie oświecony panie, ale zanim wyjdę, mam waszéj ekscelencji także słów kilka do powiedzenia.
Gaston usunął się na stronę.
— Zmuś go wasza królewska mość do wyjawienia wszystkiego, szeptał Dubois, wydobądź całą tajemnicę z wnętrzności jego, druga taka sposobność pewno się nie zdarzy. I cóż wasza królewska mość mówisz o naszym Bretonie? chwacki chłopak, nieprawdaż?
— Chwat, całą gębą, odpowiedział rejent. Ma minę prawdziwie rycerską, oczy pełne odwagi i bystrości, i głowę nie dla kształtu tylko.
— Tém łatwiéj mu ją będzie można uciąć, mruknął Dubois, drapiąc się po nosie.
— Co ty gadasz?
— Nic, jestem zupełnie zdania waszéj królewskiéj mości. Panie de Chaulay, do widzenia się. Kto inny na mojém miejscu gniewałby się, że przy nim mówić nie chciałeś, ale ja wymagającym nie jestem, i byle tylko rzecz poszła pomyślnie, mniejsza tam o środki.
Chaulay skłonił się lekko.
— Otóż to, mówił Dubois sam do siebie, zdaje się, że nie mam bardzo wojennéj postawy. To wina tego djablego nosa, zawsze mi na przeszkodzie. Ale co tam! za to głowa dobra.
— Teraz jesteśmy sami, ozwał się rejent, po wyjściu Dubois, więc słucham pana.
— Wasza ekscelencja czynisz mi wielki zaszczyt.
— Mów, mój panie. Musisz się domyślać, żem bardzo niecierpliwy, nieprawdaż? wyrzekł rejent z uśmiechem.
— Tak jest, bo wasza ekscelencja zapewne się i dziwisz, że dotąd jeszcze nie nadeszła pewna depesza od kardynała Alberoniego, którą jaśnie oświecony pan miałeś odebrać.
— Nie inaczéj, odpowiedział rejent, zmuszony okolicznościami do kłamstwa.
— Wytłumaczę jaśnie oświeconemu panu to opóźnienie: posłaniec, mający wieść ową depeszę, leży chory w Madrycie. Baron Valef, przyjaciel mój, ofiarował usługi swoje. Wahano się jednakże przez dni kilka. Ale gdy powzięto przekonanie, ze się już w spisku Cellamary godnie był odznaczył, powierzono mu tę missją.
— Istotnie, odpowiedział rejent, że baron zaledwie uszedł czujności ajentów Dubois. Wiedz pan, że to niepospolita jest odwaga, chcieć dokonać, w połowie przerwanego w ten sposób dzieła. Wiem to, co do mnie, jak najlepiéj, że gdy rejent ujrzał aresztowanych, panią du Maine i księcia de Cellamare, a panów de Richelieu, de Malezieux, de Polignac, pannę Delaunay i Briganda w bastyli, a nikczemnego Legrange Chancel na wyspach ś. Małgorzaty, uważał już wszystko za skończone.
— Zawiódł się, jak jaśnie oświecony pan widzisz.
— Ale czyż się spiskowi bretońscy nie lękają, ażeby, gdy teraz powstaną, związkowym ich paryzkim głów nie pościnano?
— Przeciwnie, jaśnie oświecony panie, mają nadzieję ocalić ich, albo szukać chwały w spólnéj z nimi śmierci.
— Jakto, ocalić ich?
— Mówmy wprzódy o owéj depeszy, jaśnie oświecony panie, którą na ręce waszej ekscelencji składam.
— Bardzo dobrze.
Rejent list odebrał, ale gdy go chciał odpieczętować, dostrzegł adres: do Jego Ekscelencji Księcia Oliwares, i położył pismo na stole. Dziwna rzecz! bo ten sam człowiek z powodu swojego szpiegostwa pocztowego, przełamał niekiedy na dzień i sto pieczęci: ale prawda, że wtedy znajdował się w obec Dubois i Torcy, a teraz stał przed nim kawaler de Chaulay.
— I cóż, jaśnie oświecony panie? ozwał się Chaulay, nie pojmując tego jego wahania się.
— Pan wiesz zapewne co ta depesza zawiera?
— Mniej-więcéj, bo wiem co zrobić zamierzono.
— A więc powiedz mi, bo radbym wiedział o ile pan jesteś obznajmionym z tajemnicami gabinetu hiszpańskiego.
— Po pozbyciu się rejenta, mówił Gaston, nie spostrzegając lekkiego zadrżenia jakie całą postać księcia po tych wyrazach przebiegło, uznają tymczasowo w jego miejscu księcia du Maine. A książę du Maine zerwie natychmiast owo poczwórne przy mierze, zrobione przez nikczemnego Dubois.
— O, rzeczywiście żałuję, że tu nie masz kapitana la Jonquière. Byłby się ucieszył słysząc pana tak mówiącego. Proszę mówić daléj.
— Popędzą pretendenta z całą flotą ku brzegom Anglii, poburzą Prussy, Szwecją i Rossją przeciwko Holandji; cesarstwo, korzystając z téj walki, odbierze znowu Neapol i Sycyliją, do których ma prawo skutkiem związku swojego z domem książąt Sabaudji; ustanowią drugiego syna króla hiszpańskiego wielkim księciem Toskanii, która po śmierci ostatniego Medyceusza zostałaby bez pana; przyłączą katolickie Niderlandy do Francji; dadzą Sardyniją księciu Sabaudji, a Commachio papieżowi; zrobią Francję duszą wielkiéj ligi południa przeciwko północy; a jeżeli król Ludwik XV umrze, ukoronują Filipa V jako pana połowéj świata.
— Wiem to wszystko, mój panie: jest to spisek Cellamary, odświeżony na nowo.
Ale w tém, coś pan powiedział, jest jedno wyrażenie, którego nie rozumiem.
— Któréj, jaśnie oświecony panie?
— To jest: po pozbyciu się rejenta. I jakżeż go się chcą pozbyć?
— W dawnym planie było, jak waszéj ekscelencji wiadomo, by go uprowadzić i w więzienia w Saragossie albo w twierdzy Toledo osadzić.
— Tak, i plan ten z przyczyny ostrożności rejenta do skutku nie przyszedł.
— Bo też i wykonać się nie dał. Tysiące było zawad przeszkadzających ażeby rejent przybył do Saragossy albo Toledu. Czyż podobna takiego więźnia wieść przez całą Francją?
— Tak, to było trudno. Dla tego téż nigdy pojąć nie mogłem, jak na taki środek wpaść mogli. I widzę z zadowoleniem, że odstąpiono od tego projektu.
— Panie, bo można przekupić straże, uciec z więzienia lub twierdzy, wrócić do Francji, utraconą, władzę znowu odzyskać, i zgładzić tych, co przewodniczyli uprowadzeniu. Filip V i Alberoni nie mają się czego lękać; jego ekscelencja książę d’Oliwares przebył szczęśliwie granicę, i gdy jedna połowa spiskowych uchodzi przed zemstą rejenta, druga połowa odpowiada za wszystkich.
— Jednakże...
— Panie, mamy przed oczyma przykład ostatniéj konspiracji, i wasza ekscelencja sam dopiero co powiedziałeś, że panowie de Richelieu, de Polignac, de Malezieux, de Laval, Brigand i panna Dalaunay, siedzą jeszcze w Bastyllii.
— To wszystko jest bardzo logiczném, co pan mówisz.
— Gdy tymczasem pozbywając się rejenta...
— Ale i zabespieczyć się, by więcéj nie wrócił. Bo można uciec z więzienia, lub twierdzy, ale nie powraca się już z grobu, to jest, to, co pan chciałeś wyrazić, nieprawdaż?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Gaston z lekkiém zadrżeniem głosu.
— Teraz rozumiem cel missji pana. Przybyłeś do Paryża, by się pozbyć rejenta?
— Tak, jaśnie oświecony panie.
— By go zabić?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— I to pan, mówił rejent dalej, mierząc głębokiém spojrzeniem młodego człowieka, który się tak krwawej podjąłeś missji?
— Nie, panie, nigdybym z własnéj woli nic był na siebie przyjął roli zabójcy.
— A któż pana przymusił do tej roli?
— Nieszczęsne zrządzenie losu, jaśnie oświecony panie.
— Wytłumacz się pan.
— Utworzyliśmy komitet z pięciu szlachty, zespolony z ligą bretońską, to jest ligę cząstkową wśród wielkiego stowarzyszenia. I postanowiliśmy, że wszystko przez większość zadecydowaniem będzie.
— Rozumiem; i większość postanowiła, ażeby zabić rejenta?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie: czterech było za zabójstwem, a jeden tylko przeciwnie.
— A ten był?
— Gdybym i miał utracić zaufanie waszéj ekscelencji, to jednakże wyznać muszę, że to byłem ja.
— Ale jakżeż pan mogłeś wziąść na siebie wykonanie zamiaru, którego nie pochwalałeś?
— Postanowiono, by los ślepy naznaczył tego, który ma cios wymierzyć.
— I los...?
— Padł na mnie, jaśnie oświecony panie.
— Czemużeś pan nie odrzucił téj missji?
— Kréskowanie było tajemnice! I nikt, nie wiedział za czém głosuję. Byliby mnie wzięli za tchórza, za podlca.
— I pan przybyłeś do Paryża...?
— Wykonać to, co mi nakazano.
— Licząc na mnie?
— Jako na nieprzyjaciela rejenta: byś mi jaśnie oświecony pan w tém przedsięwzięciu dopomógł, które z tak blizka dotyczę Hiszpanii i które przyjaciół naszych z bastyllii wybawi.
— Czyż im tak wielkie grozi niebezpieczeństwo?
— Śmierć unosi się nad ich głowami. Rejent ma dowody i powiedział księciu de Richelieu, że gdyby i cztery miał głowy, to on trzyma w ręku swoim narzędzie, którémby mu wszystkie cztéry mógł kazać ściąć.
— Powiedział to w chwili uniesienia się gniewem.
— Jakto? wasza ekscelencja bronisz rejenta? jaśnie oświecony pan wahasz się w przyjęciu ofiary, gdy się znalazł człowiek, który się poświęca nie tylko dla zbawienia spólników swoich, ale zarazem i dla dwóch królestw!
— A jeżeli się przedsięwzięcie nie uda?
— Każda rzecz ma swoję dobrą i swoją złą stronę. Jeżeli ktoś nie może dopiąć najwyższego szczęścia: ocalenia ojczyzny swojéj, to mu jeszcze pozostaje zaszczyt zostać sprawy swojéj męczennikiem.
— Ale zważaj pan, że skoro ci ułatwię sposób zbliżenia się do rejenta, stanę się spólnikiem twoim.
— I to waszą ekscelencją zastrasza?
— Zapewne, bo gdy pana przyaresztują...
— Cóż więc, gdy mnie przyaresztują?
— Mogą ci za pomocą tortur wydrzeć nazwiska tych....
Gaston przerwał księciu poruszeniem i uśmiechem, wyrażającym najwyższą pogardę.
— Jaśnie oświecony pan jesteś cudzoziemcem, Hiszpanem, nie możesz znać uczuć szlachty francuzkiéj, dla tego waszéj ekscelencji przebaczam tę obrazę.
— Więc można liczyć na milczenie pana?
— Pontcalec, Ducouëdic, Talhoueti Mont-Louis, zwątpili na chwilę a potém przeprosili mnie.
— Dobrze, mój panie, wezmę to coś mi powiedział pod głęboką rozwagę, przyrzekam ci. Jednakżeż na twojem miejscu...
— Na mojém miejscu?...
— Wyrzekłbym się tego przedsięwzięcia.
— O, cóżbym nie dał, gdybym się od niego mógł był uchronić! Od owéj chwili wielkie w życiu mojém zaszły zmiany. Ale, co przedsięwziąłem, tego i dokonać muszę.
— Nawet i wtedy, gdy panu pomocy mojej odmówię?
— Komitet bretoński i ten wypadek przewidział, odpowiedział Gaston z uśmiechem.
— I postanowił...
— Że się bez tej pomocy obejdzie.
— Więc pana przedsięwzięcie...
— Jest nieodwołalném, jaśnie oświecony panie.
— Powiedziałem to, com miał panu powiedzieć, a teraz, gdy tego chcesz koniecznie; staraj się wykonać przedsięwzięty zamiar.
— Jaśnie oświecony pan chcesz już odejść.
— Czyliż mi jeszcze masz co do powiedzenia?
— Dziś nie, ale jutro... pojutrze...
— Masz pośrednika w kapitanie. Możesz mnie uprzedzić przez niego, gdy zapragniesz widzieć się zemną.
— Jaśnie oświecony panie, wymówił Gaston z pewną siłą, która się dziwnie dobrze z jego szlachetną postawą zgadzała, mówmy otwarcie: nie chcę takiego, jak on pośrednika. Wasza ekscelencja i ja, pomimo że się zupełnie co do stanu i zasług różnimy, jesteśmy jednakże sobie równi, chociażby tylko w obec rusztowania, które nam grozi. Mam pod tym względem nawet pewną przewagę, bo jest rzeczą widoczną, że w większe rzucam się niebezpieczeństwo aniżeli wasza ekscelencja. Ale i jaśnie oświecony pan jesteś takim samym konspiratorem, jak kawaler de Chaulay, z tą tylko różnicą, że będąc przewódzcą, masz prawo widzieć, jak głowa jego, przed głową waszéj ekscelencji spadnie. Niechaj mi więc wolno będzie mówić z jaśnie oświeconym panem, jakoby z równym sobie, i widzieć się z nim, gdy tego zajdzie potrzeba.
Rejent pomyślał chwilką.
— Bardzo dobrze, ale ja w tym tutaj domu nie mieszkam. Pan pojmujesz? I teraz, gdy nam wojna zagraża, mało kogo u siebie przyjmuję. Stanowisko moje we Francyi, jest przeto bardzo delikatném i tymczasowém tylko. Cellamare siedzi w więzieniu w Blois. Jestem tylko jakoby konsulem, biorącym pod swoją opiekę współkrajowców, albo téż mogącym za zakładnika posłużyć. Dla tego muszę być bardzo ostrożnym.
Rejent kłamał, i kłamiąc przymusowo, spieszył się, by jak najprędzéj wyrazić to, co miał powiedzieć.
— Pisz pan więc do mnie poste restante, pod adresem: Do pana André. Wymienisz godzinę, w któréj mnie widzieć zechcesz, a nie omieszkam tu przybyć.
— Przez pocztę mam pisać?
— Tak jest: będzie to tylko trzechgodzinna zwłoka. Polecę człowiekowi pewnemu, by czekał na twój list i zaraz mi go przyniósł. We trzy godziny późniéj, przybędziesz tutaj i rzecz skończona.
— Wasza ekscelencja tak mówisz, jak ci się zdaje, odpowiedział Gaston z uśmiechem, ale ja nawet nie wiem gdzie jestem. Nie znam ulicy ani numeru domu, bom tutaj w nocy przybył: Jakżebym zatém mógł trafić? Zróbmy to raczéj w inny sposób, jaśnie oświecony panie. Wasza ekscelencja żądałeś kilka godzin do namysłu. Niechżeż to więc będzie do jutra rana, a jutro o godzinie 11 przyślesz jaśnie oświecony pan po mnie. Potrzeba nam jak najzupełniejszy plan na przyszłość ułożyć, ażeby się przedsięwzięcie nasze udało, nie tak, jak owi konspiratorowie na rozstajnych drogach, w których lada wóz krzyżujący im drogę lub też deszcz albo burza wszelkie zgasi zapały.
— Bardzo to dobry jest pomysł, wyrzekł rejent. Więc jutro o godzinie 11 w tém tutaj miejscu, panie de Chaulay. Poślę po pana i odtąd już nie będziemy mieli tajemnicy przed sobą.
— Wasza ekscelencja racz przyjąć moje wysokie uszanowanie, wymówił Gaston z głębokim ukłonem.
\ — Do widzenia się, odrzekł rejent i od« kłonił mu się nawzajem.
W przedpokoju zastał Gaston tego samego przewodnika, który go tutaj był przyprowadził.
W drodze uważał, że idzie przez ogród, którego przedtém nie był widział, i że innemi drzwiami wychodzi. Przy drzwiach ten sam powóz czekał na niego, wsiadł, a konie w szybkim biegu ruszyły ku ulicy Bourdonnais.