Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
JAŚNIE OŚWIECONY PANIE, JESTEŚMY BRETOŃCZYKAMI.

Gaston, jakeśmy to już powiedzieli, pozostał w pokoju na dole i ubierał się, a tymczasem Tapin wprawiał się do swojego nowego zawodu szynkarza. Tak dalece, że ku wieczorowi również dobrze jak poprzednik jego, a nawet i lepiéj, umiał miarki wina nalewać. Domyślał się że w wynagrodzeniu Bourguignon’a, przejdzie na rachunek i to, co on roztrwoni, przeto marnotrawstwo jego zwiększałoby tylko toż wynagrodzenie. Dlatego téż kupujący wieczorem, bardzo niezadowoleni z szynku wychodzili.
Ubrawszy się, Gaston chciał bliżéj jeszcze rozpoznać charakter kapitana la Jonquière, i począł przeglądać bibliotekę jego, która się na trzy dzieliła rodzaje: na książki arytmetyczne, teoretyczne i treści sprośnéj. Pomiędzy temi: Le parfait serpent-major, w dziwnéj jakiejś oprawie, zdawał się być najwięcéj czytanym; znajdowały się tam także pamiętniki kapitana i spis wydatków w wielkim utrzymywany porządku, tak jak przystoi na fujrera pułkowego. Tyle tych błahych rzeczy zdziwiło Gastona, ale mniemał, że one tylko są maską, po za którą ukrywa się spiskowy.
Gdy Gaston tak sumiennie przeglądał ten zbiór, Tapin wprowadził do niego jakiegoś człowieka, którego zaraz sam-na-sam z nim zostawił. Po wyjściu Tapina przystąpił tenże do Gastona, mówiąc, że jest przysłanym od kapitana la Jonquière, który sam przybyć nie mógł. Gaston zażądał dowodu téj jego missyi, i nieznajomy oddał mu list, zawarty w tych samych wyrazach i tegoż samego pisma, jak pozostawiona przez kapitana próbka, a następnie pokazał mu i przełamany pieniądz złoty. Gaston się przekonał, że rzeczywiście widzi przed sobą posłańca kapitana i wraz z nim wyszedł. Obydwaj wsiedli do karety, u któréj okna były zamknięte i pozasłaniane, w czém nic nie było zadziwiającego, zważając na powód przejażdżki. Gaston widział że przebyli rzekę przez Pont-Neuf i jadą ulicą nadbrzeżną. Przybywszy na ulicę du Bac (Promową) powóz się zatrzymał na jakimś dziedzińcu przed pawilonem. Tutaj, zanim Gaston tego zażądał, dobył nieznajomy ową karteczkę dziwnie wykrojonéj, i pokazał mu ją, coby go zupełnie było zaspokoiło, gdyby nawet był i powziął jakieś podejrzenie.
Otworzono drzwiczki, Gaston i towarzysz jego wysiedli, i weszli po czterech wschodach, do długiego, krętego korytarza, otaczającego główną komnatę pawilonu. Zanim Gaston podniósł portjerę, zasłaniającą wejście, obejrzał się na towarzysza swojego. Ale towarzysz jego już zniknął, i był tylko sam jeden.
Serce mu uderzyło gwałtownie. Miał mówić nie ze zwyczajnym już człowiekiem, nie chodziło tu już o proste narzędzie potrzebne do dzieła; była to dusza całego związku, którą miał zobaczyć, uosobiona idea rokoszu; był to pełnomocnik króla, przed którym miał stanąć jako reprezentant Francyi. Miał rozmawiać z Hiszpanią, wezwać cudzoziemców, by pospołu z nimi rozniecić wojnę w ojczyźnie jego. Miał grać do spółki z królestwem jedném o królestwo drugie.
Zadzwoniono w pokoju.
Na ten odgłos Gaston zadrżał. Spojrzał w zwierciadło: był bladym jak mara. Musiał się oprzeć o ścianę, bo się nogi pod nim uginały. Tysiąc myśli, które mu się dawniéj nigdy nie jawiły, zatrwożyły go nagle. Biedak, nie był jeszcze u kresu cierpień swoich.
Drzwi się otworzyły i stanął przed człowiekiem, w którym la Jonquière’a poznał.
— I tutaj znowu! pomruknął niechętnie.
Ale kapitan, pomimo swojego bystrego i doświadczonego wzroku, zdawało się, że nie dostrzegł chmury, jaka na czole kawalera zaległa.
— Chodź, kawalerze, zawołał, czekają nas.
Gaston, upewniony samą ważnością przedsięwziętego czynu, szedł daléj mocnym krokiem po kobiercu, który stąpanie jego tłumił. Zdawało mu się, że jest cieniem, ukazującym się drugiemu cieniowi. Bo tyłem do drzwi siedział jakiś człowiek, milczący i nieruchomy, jakoby zagrzebany w głębokim fotelu. Światło jedynéj świecy jarzącéj w całym pokoju, stojącéj w srebrnym świeczniku, za zasłonką, na stole, rozjaśniało tylko założone na krzyż nogi siedzącego. Głowa i ramiona zostawały w półcieniu.
Gaston dojrzał rysy jego: były wyraziste i szlachetne. A znał on się na ludziach rasowych i od razu dostrzegł, że to nie był drugi kapitan la Jonquière. Wyraz dobroci otaczał usta, a oko jego było duże, spojrzenie śmiałe i pewne, jak spojrzenie królów lub zwierząt drapieżnych. Na czole jego wyczytał myśli głębokie a w delikatniejszych obwodach dolnéj części twarzy, wielką przezorność i stałość. Te wszystkie spostrzeżenia zrobił jednakże wśród pomruki i mimo krezy koronkowéj.
— W tym tutaj widzę przynajmniéj orła, gdy tamten był tylko sępem albo raczéj krukiem, wyrzekł Gaston sam do siebie.
Kapitan la Jonquière stał z wyrazem wysokiego poszanowania, unosząc ramiona, by sobie nadać postawę wojskową. Nieznajomy patrzał się na kłaniającego mu się Gastona z takąż samą uwagą, z jaką mu się tamten był przyjrzał; powstał, odkłonił się z pewną godnością, uszedł kilka kroków a potém przystanął i oparł się na kominku.
— Pan kawaler de Chaulay, o którym waszéj ekscelencji miałem zaszczyt wspomnieć, ozwał się la Jonquière.
Nieznajomy znowu ukłonił się lekko ale nic nie odpowiedział.
— Cóż u licha! poszepnął mu Dubois, skoro wasza królewska mość nic do niego nie mówisz, to i on nic nie powie.
— Pan podobno z Bretonii przybywasz? zapytał wreszcie książę ozięble.
— Tak jest. Ale niech mi wasza ekscelencja raczy wybaczyć: pan kapitan la Jonquière wymienił nazwisko moje, a ja jeszcze nie wiem z kim mam honor mówienia. Zechciéj wasza ekscelencja usprawiedliwić tę moją niegrzeczność, lecz wszakżeż to nie ja pytam, tylko kraj cały.
— Masz pan słuszność, wymówił la Jonquière, wyjmując z pugilaresa, leżącego na stole papier, na którym szeroki znajdował się podpis wraz z pieczęcią króla hiszpańskiego.
— Tutaj jest odpowiedź, wyrzekł.
— Książe d’Oliwares, przeczytał Gaston.
Potém zwrócił się ku temu, którego mu pod tém nazwiskiem przedstawiono, i nie spostrzegając bynajmniéj zarumienienia się księcia, głęboki mu ukłon oddał.
— A teraz, pan nie będziesz się już wahał i przemówisz, jak mniemam, ozwał się nieznajomy.
— Sądziłem, że to ja nasamprzód mam coś usłyszeć, odpowiedział Gaston, trzymając się ciągle na stanowisku odporném.
— To jest prawda. Ale przecież zaczynamy dopiero rozmawiać. a w rozmowie każdy mówi z kolei.
— Wasza ekscelencja czynisz mi zbyt wielki zaszczyt, i ja dam przykład zupełnego zaufania.
— Słucham pana.
— Panie, stany bretońskie...
— Malkontanci bretońscy, przerwał mu książę z uśmiechem, pomimo znaku ostrzegającego, jaki mu Dubois zrobił.
— Owych malkontentów jest tylu, odrzekł Gaston, że mogą być uważani za reprezentantów całej prowincyi. Jednakżeż zatrzymam to wyrażenie, jakiego wasza ekscelencja użyłeś. Otóż malkontenci bretońscy przysłali mnie do waszéj ekscelencji, by się dowiedzieć o zamiarach Hiszpanii w tym względzie.
— Posłyszmy wprzódy co Bretanija czynić zamyśla, przemówił rejent.
— Panie, Hiszpania może liczyć na nas: ma nasze słowo, a wiara bretońska poszła w przysłowie.
— Ale jakież są wasze zobowiązania się względnie Hiszpanii?
— Wspierać, o ile możemy najlepiéj, usiłowania szlachty francuzkiéj.
— Przecież i wy jesteście szlachtą Francuzką.
— Panie, jesteśmy Bretończykami. Bretanija połączona traktatem z Francją, powinna się uważać jako zwolnioną, skoro Francja nie szanuje praw, tymże traktatem jéj nadanych.
— Tak, znam ja owę dawną historją o układach Anny, księżniczki bretońskiéj. Jest to już bardzo dawno, jak ten traktat podpisano.
Fałszywy la Jonquière uszczypnął rejenta z całéj siły.
— I cóż to szkodzi, odparł Gaston, skoro go każdy z nas na pamięć umie?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.