Córka rejenta/Tom II/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dubois, wychodząc od kawalera, uwielbiał traf szczęśliwy, jak to już nieraz był czynił, że w ręku jego znowu spoczęły losy Francyi i rejenta. Na sali zobaczył Leveille’go, rozmawiającego z Tapinem, i skinął by za nim poszedł. Leveille miał był wykonać zniknięcie prawdziwego la Jonquère, gdy więc na ulicy stanęli, zapytał go Dubois z ciekawością, co się z czcigodnym kapitanem zrobiło?
Leveillé odstawił go do Vincennes, związanego i zkneblowanego, jak przynależy, by nie przeszkadzał działaniom rządu: był to sposób systemu zapobiegającego, nader wygodnego dla ministrów w owym czasie.
Objaśniony w tym ważnym przedmiocie, Dubois w, zamyśleniu szedł daléj. Część jedna dopiéro przedsięwziętéj pracy była uskutecznioną, i to część łatwiejsza. Bo teraz potrzeba było skłonić rejenta, by się z całą energią oddał rodzajowi zatrudnień, jakiemi się brzydził, to jest: polityce podstępu i zdrady.
Dubois zaczął od wywiadywania się, gdzie rejent bawi i co robi.
Książe był właśnie w swoim gabinecie nieprzeznaczonym do roztrząsania spraw publicznych, ale poświęconym pracy, pracy nie rejenta, lecz artysty, i kończył rysunek, przygotowany przez Humberta, chemika jego, który przy sąsiednim stole zajmował się zabalsamowaniem ibisa, pochodzącego od Egipcjan, którego jak twierdził, sam był wynalazł. W tymże czasie czytał jeden z sekretarzy księciu jakąś korrespondencją, do któréj pisma tajemnego tylko sam rejent miał klucz.
Nagle drzwi się otworzyły, i z wielkiém zdziwieniem rejenta, dla którego gabinet ten był zwykle ucieczką, odźwierny donośnym głosem oznajmił p. kapitana la Jonquière.
Rejent się obejrzał.
— La Jonquière! powtórzył, cóż to jest?
Humbert i sekretarz spojrzeli na siebie zdumieni, że do ich ustronia tak bez ceremonii wprowadzono jakiegoś nieznajomego.
W téj chwili podługotawa i kończasta głowa, podobna do kuny, wsunęła się przez uchylone drzwi.
Rejent nie poznał od razu Dubois, doskonale przebranego; lecz zdradził go jego nos kończasty, bo takiego drugiego w całém państwie nie było.
Wyraz nadzwyczajnéj wesołości zastąpił teraz dawniejsze zdziwienie rejenta.
— Jakto! tyśżeś to, opacie? zawołał, parskając śmiechem. I cóż znaczy ta nowa maskarada?
— To znaczy, jaśnie oświecony panie, że zmieniam barwę i z lisa przemieniam się w lwa. A teraz panie chemiku i panie sekretarzu, zróbcie mi tę przyjemność i idźcie sobie gdzieindziéj, wypchać słomą ptaka i list przeczytać.
— A to dla czego? zapytał rejent.
— Bo mam z waszą królewską mością o ważnych przedmiotach do mówienia.
— Idź do djabla z twojemi interessami! czas minął, przyjdź jutro, zawołał rejent.
— Wasza królewska mość nie zechcesz; ażebym do jutra w tém brzydkim okryciu pozostał. Mógłbym nagle umrzéć. Byłbym niepocieszony!
— Zrób jak ci się podoba. Postanowiłem sobie, że resztę dnia rozrywce poświęcę.
— To doskonale! bo ja właśnie przybyłem, skłonić waszą królewską mość, byś się także przebrał.
— Ja? co ty gadasz Dubois? wymówił rejent, przypuszczając, że Dubois mówi tylko o jednej z jego zwyczajnych maskarad.
— Aż ci ślinka do ust idzie, panie Alain, nieprawdaż?
— I cóżeś urządził? gadajże.
— Niechaj się wprzódy chemik i sekretarz wydalą.
— Czy za tém obstajesz?
— Koniecznie.
— Skoroś się uwziął...
I rejent pożegnał przyjazném poruszeniem ręki Humberta a znakiem rozkazującym sekretarza.
Wyszli obydwaj.
— A teraz powiedz, zapytał rejent, czego chcesz odemnie?
— Chcę waszéj królewskiéj mości przedstawić młodego człowieka, tylko co przybyłego z Bretanii, poleconego mi szczególniéj. Jest to śliczny chłopiec.
— Jakżeż się nazywa?
— Kawaler Gaston dc Chaulay.
— De Chaulay?... powtórzył rejent, czytając w pamięci swojéj. Nie znam tego nazwiska.
— Do prawdy?
— A tak. Zdaje mi się, żem je już kiedyś słyszał, ale gdzie i przy jakiéj okoliczności, to tego już nie pamiętam... I po cóż ten twój protegowany do Paryża przyjeżdża?
— Nie chcę waszą królewską mość miłéj pozbawić niespodzianki, on to sam jaśnie oświeconemu panu najlepiej powie, poco do Paryża przybył.
— Ja kto! mnie?
— To jest: jego ekscelencj i księciu d’Oliwares, którego miejsce wasza królewska mość raczysz łaskawie zastąpić.
O, to jest bardzo zręczny konspirator, ten mój protegowany; lecz dzięki policyi mojéj, téj saméj co to waszą królewską mość w Rambouillet śledziła, udało mi się, bo już wiém o wszystkiém. Miał polecenie być tutaj w Paryżu u jakiegoś kapitana la Jonquière, który go miał księciu d’Oliwares przedstawić. Teraz mnie wasza królewska mość zrozumiałeś, nieprawdaż?
— Bynajmniéj, wyznaję szczerzę.
— Otóż byłem kapitanem la Jonquière, ale mi niepodobna być zarazem i księciem d’Oliwares.
— Więc przeznaczyłeś tę rolę?...
— Waszéj królewskiéj mości.
— Dziękuję ci. Chcesz pewnie, bym za pomocą fałszywego nazwiska, zbadał tajemnicę...
— Nieprzyjaciół waszéj królewskiéj mości! przerwał Dubois. Piękna mi zbrodnia! I niby to jaśnie oświeconego pana zmiana sukien i nazwiska tak bardzo wiele kosztuje, jak gdybyś ich pomocy już w innych okolicznościach nie był używał!... Pomnij wasza królewska mość, że dzięki swojemu charakterowi awanturniczemu, jakim nieba waszą królewską mość obdarzyły, życie nasze, to jest nas obudwóch, jest ciągłą tylko maskaradą. Tam do licha! skoro się jaśnie oświecony pan już nazywałeś Alain i Jan, możesz się także, bez ujmy najmniejszéj, nazywać jego ekscelencją księciem d’Oliwares!
— Mój kochany, toćże ja się chętnie przebieram, jeżeli żart taki ma mi sprawić rozrywkę, ale...
— Ale skoro to przebranie ma zapewnić pokój Francyi, zapobiedz intrygantom, by nie zburzyli powszechnego porządku kraju, przeszkodzić najemnym zabójcom, by nie pchnęli sztyletem waszéj królewskiéj mości, czyn taki jest niegodnym, jaśnie oświecony panie.
Pojmuję to wszystko zupełnie. Co innego, gdyby chodziło o uwiedzenie téj małéj mosiężniczki niedaleko Pont Neuf, albo téj ładnéj wdowy przy ulicy ś. Augustyna, to przecież warto byłoby trudu.
— Ależ pochwycił rejent, gdybym, jak zwykle, zgodził się na to czego żądasz, cóż z tego daléj wyniknie?
— Z tego wyniknie, że się wasza królewska mość przekonasz, iż uwidzeń nie mam sam, i zezwolisz czuwać nad sobą, gdy tego sam czynić nie chcesz.
— Ale gdy się pokaże, że rzecz ta niewarta takiego zachodu, będęż raz na zawsze uwolnionym od napastować twoich?
— Daję w zastaw mój honor!
— Opacie, jeżeli ci to za jedno, to wołałbym inne zaklęcie się.
— O, wasza królewska mość jesteś aż nadto wybrednym: zarzeka się na to, na co się zarzekać można.
— Temu hultajowi wszystko się wiedzie.
— Wasza królewska mość zezwalasz?
— Znowu będą nudy.
— Przekonasz się jaśnie oświecony pan inaczéj.
— Zdaje mi się, dalibóg, że sam robisz spiski, by mnie straszyć niemi.
— A więc muszą być bardzo zręcznie ułożone, o czém się wasza królewska mość przy obecnym przekonasz.
— Cieszysz się z niego?
— Znajduję go bardzo przyjemnym.
— Jeżeli się nie ulęknę, to biada tobie!
— Jaśnie oświecony pan za wiele żądasz.
— Pochlebiasz mi tylko, bo nie jesteś pewien twojéj konspiracji.
— Zaręczam waszą królewską mość, że doznasz pewnego wrażenia i będziesz szczęśliwym, że występujesz w postaci księcia d’Oliwares.
I Dubois, lękając się, by rejent nie uchylił się znowu od zamiaru, na który jeszcze niezupełnie był zezwolił, ukłonił się i wyszedł.
Jeszcze nie było upłynęło pięć minut po jego wyjściu, gdy kurjer szybko wbiegł do przedpokoju i list paziowi doręczył: paź go zaraz odprawił i wszedł do rejenta, który na sam widok pisma, nie mógł swojego ukryć zdziwienia.
— Pani Desroches! zawołał, więc zaszło cóś nowego!
Złamał pieczątkę i przeczytał:
«Młoda dama, którą mi wasza królewska mość powierzyłeś, nie zdaje mi się być bespieczną tutaj.»
— Ba! zawołał rejent, a potém czytał daléj:
«Pobyt w mieście, którego się wasza królewska mość dla niéj lękasz, zdaje mi się; że sto razy jest właściwszym aniżeli ta samotność, i nie czuję się dosyć na siłach, by osobę, którą wasza królewska mość, czyniąc mi zaszczyt, pod moję oddałeś opiekę, strzedz o tyle, ilebym chciała i o ile tego jest potrzeba.»
— Oho! pomruknął rejent, rzeczy zaczynają się gmatwać, jak mi się wydaje.
„Jakiś młody człowiek pisał wczoraj do panny Heleny, krótko przed przybyciem Waszéj Królewskiéj Mości, a dzisiaj rano zjawił się w pawilonie: chciałem go wyprosić, ale panna Helena rozkazała mi tak stanowczo, być posłuszną i oddalić się, żem po jéj ognistém spojrzeniu, po jéj skinieniu królewskiém, łatwo poznała, (Jaśnie Oświecony Pan wybaczyć raczysz), żem w niéj poznała ród do rozkazywania nawykły.
— O tak, wymówił rejent uśmiechnąwszy się pomimowoli, jest ona prawdziwą córką moją.
A potém dodał:
— Któż to być może, ten młody człowiek? Jakiś elegancik; który ją widział w rozmównicy klasztoru. Gdyby mi przynajmniéj jego nazwisko była wymieniła, ta błaźnica Desroches.
I czytał dalej:
„Zdaje mi się, Jaśnie Oświecony Panie, że ten młody człowiek i panna Helena już od dawna się znają. Bo chcąc usłużyć Waszéj Królewskiéj Mości, pozwoliłam sobie podsłuchać ich, i w chwili gdy nieco głos podniósł, dosłyszałam mimo drzwi podwójnych te wyrazy: »widzieć ciebie jak dawniéj«.
«Niechże mnie przeto Wasza Królewska Mość raczy wybawić z niebespieczeństwa, jakie mojemu nadzorowi grozi; a zarazem błagam Waszéj Królewskiéj Mości o wydanie mi na piśmie rzeczywistego, stanowczego rozkazu, którymbym się przed gniewem panny Heleny zasłonić mogła.»
— Cóż u licha! zawołał rejent, a to mi się pięknie interes wikła; miałażby się już była zakochać? to jest niepodobna! Wychowana tak surowo, samotnie, może w jedynym klasztorze we Francyi, gdzie mężczyźni nigdy daléj nie wchodzą, jak do rozmównicy; w części kraju, gdzie twierdzą że obyczaje są tak czyste. Nie, to zapewne tylko jaka przygoda, któréj la Desroches nie pojmuje, przyzwyczajona do zdrożności dworskich i podrażniona figlami drugich córek moich... Ale cóż ona mi lam więcéj pisze.
«P. S. Powzięłam bliższe wiadomości w hotelu pod Tygrysem królewskim: ten młody człowiek przybył wczoraj o godzinie 7-éjwieczorem, to jest, o trzy kwandranse wcześniéj jak panna Helena. Przyjechał drogą z Bretonii, a więc tą samą, co i ona. Jedzie pod nazwiskiem p. de Livry.“
— Oho! zawołał rejent, to już na większe niebezpieczeństwo zakrawa. To jak gdyby był plan naprzód ułożony. Dalibóg, że Dubois by mnie wyśmiał, gdybym mu o tém mówił. Jakżeżby nicował moje rozprawy o czystości młodych dziewcząt, wychowanych daleko od Wersalu i Paryża. Ale mam nadzieję, że wbrew policyi swojéj, hultaj o tém się nie dowie.
— Hola! paziu!
Wszedł paź, który był list przyniósł.
Książe naprędce słów kilka napisał.
— Gdzie jest ten posłaniec z Rambouillet zapytał.
— Czeka na odpowiedź jaśnie oświeconego pana.
— Dobrze, oddaj mu ten list i niechaj natychmiast wraca.
W chwili potém kurjer w szybkim pędzie wyjechał z dziedzińca.
Tymczasem Dubois, przygotowując widzenie się Gustawa z fałszywym księciem d’Oliwares, zrobił w głowie swojéj następujące małe obliczenie:
— Trzymam rejenta w ręku z powodu jego własnéj osoby, jako też i pod względem owéj młodéj dziewczyny; czyli to, jeżeli intryga z nią ma charakter więcéj poważny, czyli téż, jeżeli zupełnie jest małoznaczącą: jeżeli jest małoznaczącą, zgubię ją przesadzając winę; jeżeli zaś rzeczywiście jest ważną, będę miał zasługę przed księciem, żem ją odkrył. Ale niepotrzeba chcieć od razu dwie muchy zabić: bis repetita placent... Otóż i znowu cytacja!... Gburze jakiś, czyliż się tego nigdy nie odzwyczaisz?... Otóż tak, jak postanowiłem: ocalić nasamprzód księcia a potém córkę jego, a będzie nagroda dwojaka... Tak... niemożna inaczej... pierwéj księcia... Bo chociaż młoda dziewczyna upadnie, nikt na tém cierpiéć nie będzie; ale gdyby pewien człowiek umarł, całe państwo byłoby zgubioném!... Zacznijmy od księcia.
I skutkiem tego postanowienia wysłał Dubois bardzo spiesznego gońca do pana de Montorau w Nantes.
Powiedzieliśmy już, że pan de Montorau był dawniéj rządcą Bretonii.
Ależ w tym czasie i Gaston zrobił postanowienie swoje. Wstyd go było, że miał do czynienia z człowiekiem takim, jak la Jonquière, a nadto, że przyjął względem takiego hultaja stanowisko podrzędne. Cieszył się, że odtąd będzie miał tylko do czynienia z naczelnikiem godnym tego przedsięwzięcia; gdyby zaś w nim spostrzegł tęż samą podłość i sprzedajność, postanowił natychmiast do Nantes powrócić, opowiedzieć przyjaciołom wszystko i zapytać ich, co mu daléj czynić wypada.
O Helenę się nie lękał, bo znał jej niezłomną odwagę, jéj miłość i wiarę nieograniczoną. Wiedział, iżby raczéj umarła, zanimby miała chociaż mimowolny powód zarumienienia się, w obec swojego kochanka.
Przekonał się z radością, że szczęście odzyskania ojca nie zmniejszyło jéj uczuć dla niego, ani téż, że obecne świetne położenie dozwoliło jéj o przeszłości zapomniéć. Drugostronnie obawa, co do owego tajemniczego ojcostwa, nie odstąpiła go i na chwilę po rozstaniu się z Heleną: bo któryż król nie uznałby takiéj córki? chyba gdyby temu cóś hańbiącego na przeszkodzie stało.
Gaston ubrał się starannie. Upiększył młodość swoję tak świeżą i powabną tém wszystkiem, w czemkolwiek ówczesna korzystna moda, wdzięki jego męzkiéj twarzy otoczonéj czarnym włosem, podwyższyć zdołała. Płaszcz aksamitny obwisł swobodnie na barkach jego; białe pióro okrążając zlekka kapelusz zwieszało się zręcznie. Gaston spojrzawszy w zwierciadło, wyznał z uśmiechem sam przed sobą, że jest spiskowym wcale ujmującéj powierzchowności.
Tymczasem i rejent, stosownie do namowy Dubois, włożył ubiór z czarnego aksamitu i ukrył połowę niemal twarzy po-za szeroką koronkową krezą, by go Gaston nie poznał przypadkiem, ile że portret jego wszędzie można było napotkać. Mieli się zejść w małym domku na przedmieściu Saint-Germain, zajętym przez metressę Dubois, którą tenże uprosił, by się na teraz z niego wyniosła. Znajdował się tamże pomiędzy dwoma korpusami gmachu pawilon odosobniony, zamknięty, ciężkiemi obiciami ozdobiony.
Rejent w zamkniętej berlince opuścił tyłami Palais-royal, i stanął o godzinie piątéj, to jest o zmierzchu, w umówioném miejscu.