Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CÓRKA
REJENTA
przez
ALEKSANDRA DUMAS
Z FRANCUZKIEGO.
TOM I.

WARSZAWA,
Nakładem Drukarni
POD FIRMĄ JULIANA KACZANOWSKIEGO
przy ulicy Senatorskiéj Nr. 463.

1850.


Wolno drukować, z warunkiem złożenia w Komitecie
Cenzury, po wydrukowaniu prawem przepisanej liczby
eksemplarzy.
w Warszawie d. 15 (27) Września 1849
CENZOR
P. Dubrowski.




I.
KSIENI W XIII WIEKU.

Osmego lutego w roku 1719, właśnie w chwili gdy zegar godzinę szóstą uderzył, wjechał pod rzymski przedsionek opactwa w Chelles, poprzedzony dwoma dojeżdżaczami, powóz ozdobiony trzema lilijami Francyi, z dodatkami herbowemi domu orleańskiego.
Przed perystylem powóz się zatrzymał: paź zeskoczył, drzwiczki otworzył i dwóch z niego podróżnych niebawem wysiadło.
Pierwszym z nich był człowiek w wieku około lat czterdziestu pięciu do czterdziestu sześciu; niski, dosyć otyły, czerwony, swobodny w ruchach swoich i mający pewien wyraz wyższości i zwierzchnictwa.
Drugi, zstępujący zwolna i ostrożnie po trzech stopniach powozu, był także niski, ale chudy i albo wiekiem lub też trudami życia styrany; w twarzy jego, jakkolwiek niezupełnie brzydkiéj i pomimo bystrości rozumu, który błyszczał w oczach jego i wyrazu złośliwości widocznego w zagięciu ust, było cóś nader nieprzyjemnego. Zdawał się być bardzo niewytrzymałym na zimno, bo idąc za towarzyszem swoim drżał jednakże chociaż szerokim otulony płaszczem.
Pierwszy z dwóch przybyłych rzucił się szybko ku wschodom, wbiegł po nich, jako człowiek dobrze miejscowości świadomy, wszedł do przestronnego przedpokoju, kłaniając się kilku zakonnicom, które się aż ku ziemi pochyliły, i wleciał raczéj aniżeli wszedł do salonu od przyjmowania gości, będącego w antresolach. Wyznać należy, że owa surowość, będąca pierwszą cechą wnętrza klasztoru, tutaj nigdzie spostrzedz się nie dała.
Drugi, który zwolna na wschody wstąpił, udał się tąż samą co tamten drogą, ukłonił się tymże samym zakonnicom, które się przed nim prawie również nisko jak przed towarzyszem jego pochyliły, i także wszedł do salonu, nie spiesząc się jednakże wcale.
— A teraz, ozwał się pierwszy, grzejąc się przy kominku zaczekaj tu na mnie. Idę do niéj i za dziesięć minut skończą, się wszystkie nadużycia, o których mi mówiłeś. Jeźli się ona zaprze i będę potrzebował dowodów, zawołam cię.
— Dziesięć minut! jaśnie oświecony panie, odpowiedział płaszczem otulony; miną dwie godziny a jeszcze wasza królewska mość ani wspomniesz o przyczynie odwiedzin swoich. O! wielebna matka zakonnic w Chelles, wielkim jest adwokatem, czy jaśnie oświecony pan przypadkiem tego nie wiesz?
I mówiąc to, przyciągnął krzesło poręczowe bliżéj kominka, rozparł się w niem bez ceremonii i postawił swoje chude nogi na przymurku.
— O mój Boże! bynajmniéj! — odpowiedział niecierpliwie ten, którego tytułowano wasza królew. mość, i gdybym o tem mógł kiedy zapomnieć, nie zaniedbałbyś mi przypomnieć, chwała panu Bogu! Prawdziwy z ciebie kusiciel, po cóżeś mnie tu dziś zwabił, przy takiéj zawiei i śniegu?
— Bo tego wasza królewska mość wczoraj zrobić nie raczyłeś.
— Wczoraj było to niepodobieństwem. Obiecałem się właśnie na godzinę piątą milordowi Stair.
— Do owego małego domku przy ulicy Dobrych dzieci. Więc milord już nie mieszka w hotelu poselstwa angielskiego?
— Czyliż ci już tego nie zakazałem, byś mnie śledził?
— Jaśnie oświecony panie, obowiązkiem moim jest niesłuchać takich rozkazów.
— Niechżeż i tak będzie! ale pozwól mi przynajmniéj skłamać, gdy mi się podoba, i zachowaj pewną przyzwoitość, byś mi nie dał poczuć, żeś się poznał na mojém kłamstwie, pragnąc mi tém dowieść o ile policya twoja jest doskonałą.
— Jaśnie oświecony pan niechaj będzie spokojny: odtąd już wszystko będę wierzył.
— Nie zobowiązuje się do wzajemności, panie opacie, bo właśnie tutaj, zdaje mi się, żeś się pomylił.
— Jaśnie oświecony panie, wiem co mówię, nie tylko że powtórzę to com mówił, ale i udowodnię.
— Zważaj-że, niemasz tu żadnéj wrzawy, żadnego światełka: prawdziwa cisza klasztorna. Twoje doniesienia są nieprawdziwe, mój kochany. Zaniedbują się ajenci nasi.
— Wczoraj jaś. ośw. panie była tu orkiestra złożona z piędziesięciu grajków. Tam, gdzie tak pobożnie przyklękła owa młoda siostra konwirska[1], stał bufet. Oszczędzę waszą król, mość, nie wyliczając czém był zastawiony, ale wiem wszystko. W galeryi zaś na lewo, gdzie obecnie przyrządzają skromną wieczerzę, złożoną z soczewicy i sera, dla poświęconych Bogu dziewic, odbywały się tańce, pijatyka i....
— I cóż więcéj?
— Dwieście par bawiło się w miłość, jaśnie oświecony panie.
— Diabla sprawa! Ale jesteś-że pewnym tego co mówisz?
— Jak gdybym na własne był widział oczy! Otóż więc jest dobrze, że jaśnie oświecony pan dzisiaj przybyłeś, ale byłoby lepiéj, gdybyś się wczoraj był wybrał. Wszakżeż taki rodzaj życia nie przystoi mniszkom, jaśnie oświecony panie.
— Nie, rzeczywiście. Jest on właściwszym dla księży, nieprawdaż opacie?
— Jestem człowiek polityk, jaśnie oświecony panie.
— A więc i córka moja jest ksienią polityczną, i na tém koniec.
— O, mniejsza o to. Niechaj i tak pozostanie, skoro się waszéj królewskiéj mości podoba. Nie jestem ja wcale tak drobiazgowy w tém, co się dotyczę moralności, jaśnie oświecony pan to wiesz najlepiéj. Będą mnie znowu opiewać jutro, tak jak mnie opiewano wczoraj i jak będą opiewali po jutrze, ale i oto mniejsza! Co mi tam taka piosneczka! „Piękna ksieni zkąd przychodzisz?“ owszem będzie to stanowiło piękną całość z śpiewką: „Dokąd idziesz księże opatie?“ —
— No, no, już dobrze. Czekaj mnie tutaj; będę łajał.
— Wierzaj mi wasza królewska mość, że jeżeli się z tego przedsięwzięcia chcesz wywiązać, to łaj lepiéj tutaj, łaj przedemną, a będę pewniejszym skutku. A jeżeli ci rozumowania zabraknie lub pamięci, daj tylko znak a zaraz waszéj królewskiéj mości na pomoc pospieszę.
— Masz słuszność, odpowiedział ten, który przyjął na siebie sprostować zdróżności zakonnic w Chelles i w którym czytelnik zapewne już poznał rejenta, Filipa Orleańskiego. Tak, to zgorszenie powinno ustać.... choćby tylko w części. Niechaj ksieni odtąd dwa razy w tydzień przyjmuje, niechaj ustanie ten tłok i te tańce; i potrzeba ponaprawiać zamki, ażeby tak pierwszy lepszy sobie tutaj nie wchodził, jakby dojeżdzacz do lasu. Księżniczka Orleańska porzuciła zbytki i przejęła się myślami religijnemi; zamieniła palais-royal na opactwo w Chelles, i to wbrew woli mojéj, który się temu sprzeciwiałem. Niechżeż teraz chociaż przez pięć dni w tygodniu będzie ksienią, a pozostaną jéj jeszcze dwa, w których może być wielką damą: czy to nie dosyć?
— Bardzo dobrze, jaśnie oświecony panie, bardzo dobrze, doskonale, wasza królewska mość zaczynasz rzecz pojmować.
— Czy ci to dogadza, powiedz?
— Tego właśnie potrzeba. Otóż zdaje mi się, że mniszka, która ma 30 pokojowców, piętnastu lokai, dziesięciu kucharzy, ośm powozów, sforę; która fechtuje, gra na basetli, trąbi, krew puszcza, rumbarbarum daje, peruki robi, toczy nóżki do fotelów, strzela z pistoletów i puszcza fajerwerki, że taka mniszka, jaśnie oświe. panie, nie bardzo w klasztorze się nudzi.
— I cóż tam! zawołał książę na starą zakonnicę, która z pękiem kluczy przez pokój przechodziła, czyż nie uprzedzono wielebnej ksieni o mojém przybyciu? Chciałbym wiedzieć czy mam pójść do niéj, czyli tutaj na nią zaczekać?
— Wielebna matka idzie, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała z poszanowaniem siostra, pokłoniwszy się nisko.
— To prawdziwe szczęście! — poszepnął rejent, który wreszcie począł uważać, że szanowna ksieni go nieco lekce waży i jako córka i jako poddana.
— Dalej-że jaśnie oświeceny panie, przypomnij sobie książę owę sławną parabolę o Chrystusie, wypędzającym kupczących z świątyni. Znasz ją wasza królewska mość, znałeś ją i musisz ją sobie przypominać; nauczyłem ją jaśnie oświeconego pana, gdym był jego preceptorem, wraz z wielu innemi jeszcze rzeczami. Wypądź wasza królewska mość troszkę tych muzykusów, fizyków, komedjantów i anatomistów. Tylko trzech z każdéj professyi, a na słowo moje, że będziemy mieli ładną eskortę, wracając.
— Bądź spokojny, czuję się właśnie natchnionym do kazania.
— Otóż i w sam raz, odpowiedział Dubois wstawając, bo właśnie nadchodzi.
I w téjże chwili otworzyły się podwoje i na progu stanęła oczekiwana.
Powiedzmyż teraz w dwóch słowach, kim była owa szanowna osoba, która zbytkiem i różnemi szaleństwami potrafiła rozniecić gniew Filipa Orleańskiego, człowieka najbardziéj dobrodusznego i najpobłażliwszego ojca w całéj Francy i i Nawarze.
Panna de Chartres, Ludwika Adelajda Orleańska, była drugą córką rejenta i to najładniejszą z pomiędzy trzech. Miała płeć piękną, piękne oczy, śliczną kibić i wypieszczone rączki; zęby jéj szczególną odznaczały się pięknością, tak że księżna elektorowa, jéj babka, mieniła je być sznurem pereł w koralowém schowaniu. Nadto tańczyła dobrze, śpiewała jeszcze lepiéj, grała od ręki i wtórowała wybornie: jéj nauczycielem muzyki był Cauchereau, jeden z pierwszych artystów opery, i tak wielkie przy nim robiła postępy, jak rzadko robią kobiety a tém mniéj księżniczki. Ale też panna de Chartres z wielką pilnością przykładała się do jego nauki. Późniéj może gorliwość ta wyjaśnioną będzie czytelnikowi, tak jak wyjaśnioną została jéj matce.
Zresztą wszystkie jéj upodobania były więcéj męzkie, i zdawało się, że zamieniła płeć i skłonności z bratem swoim Ludwikiem. Lubiła psy, konie, i przejażdżki konne. Po dniach całych bawiła się floretem, strzelała z pistoletu lub karabinu, puszczała ognie sztuczne, w niczém nie dzieliła zwykłych zatrudnień niewieścich i bynajmniéj nie myślała o powierzchowności swojéj, która przecież na to zasługiwała.
Z pośród tego wszystkiego najwięcéj jednakże zajmowała się muzyką, i to jéj zamiłowanie zbliżało się aż do fanatyzmu: rzadko bardzo opuściła które przedstawienie opery, zwłaszcza gdy występował jéj nauczyciel, Cauchereau, i wtedy to okazywała mu uwielbienie swoje, sypiąc oklaski jakby jaka zwyczajna kobieta. Jednego razu, w jakimś nader trudnym śpiewie, artysta przeszedł sam siebie, a księżniczka w uniesieniu zawołała:
— Ach brawo! brawo! mój kochany Cauchereau.
Księżna Orleańska uważała to zachęcenie nie tylko za nader żywe, ale i ów wykrzyknik za zbyt śmiały w ustach księżniczki krwi. Uznała przeto, że panna de Chartres dosyć już zna muzykę, Cauchereau został dobrze zapłacony i oznajmiono mu, że ponieważ godziny muzykalne jego uczennicy ustały, bytność jego w palais-royal jest zbyteczną.
Nadto skłoniła księżna swoją córkę, by na dni kilkanaście pojechała do klasztoru w Chelles, gdzie była ksienią przyjaciółka jéj, siostra marszałka de Villars.
Zapewne to w tym czasie powzięła panna de Chartres zamiar usunięcia się od świata. Bo w końcu wielkiego tygodnia r. 1718, uprosiła swojego ojca, że jéj pozwolił święta wielkanocne w opactwie w Chelles przepędzić. Po świętach zaś, zamiast powrócić do palais-royal i zająć znowu miejsce księżniczki krwi, panna de Chartres prosiła, by jéj dozwolono w Chelles zakonnicą zostać.
Książe, twierdząc, że dosyć już mieć jednego mnicha w rodzinie, tak nazywał prawego syna swojego Ludwika, chociaż i jeden z synów jego naturalnych był Opatem w Saint-Albin, czynił wszystko, co tylko mógł, ażeby córkę od tego od wieść zamiaru. Ale właśnie może owe przeszkody, jakie znalazła, zachęciły ją w tém przedsięwzięciu, przełamała je, i dnia 23 sierpnia 171S r. wyrzekła śluby zakonne.
Wówczas to książę Orleański, zważywszy że córka jego, jakkolwiek zakonnica, nie przestała jednakże być księżniczką krwi, starał się wnijść w układy z panną de Villars. Dwadzieścia tysięcy dochodu, które zapewniono siostrze marszałka, zapewniły pannie de Chartres jéj miejsce, i mianowano ją ksienią w Chelles. Od roku już zajmowała ten stopień wysoki, i to w sposób tak niewłaściwy, jakieśmy widzieli, że ściągnęła na siebie uwagę księdza Dubois i rejenta, którzy przecież nie uchodzili za tak bardzo prawowowiernych chrześcian.
Ksieni opactwa w Chelles ukazała się więc na rozkaz swojego ojca, ale już nie otoczona owym dworem eleganckim i poziomym, który był uleciał wraz z cieniami nocy, lecz postępowało za nią sześciu duchownych w czarnych ubiorach, z zapalonemi gromnicami w ręku, co niejako przekonywało rejenta, że córka już naprzód do jego stosuje się woli. Znikł wyraz uciech, swawoli i rozpusty, a w miejscu tegoż napotykano surowe spojrzenia i ponure przybory.
Jednakże rejent sobie pomyślał, że czas, który na czekaniu spędził, mógł wystarczyć do przygotowania owéj posępnéj ceremonii.
— Nienawidzę hipokryzyi, ozwał się tonem cierpkim, i łatwiéj przebaczam ułomności, która się przedemną płaszczykiem udanéj cnoty nie okrywa. Te wszystkie gromnice, moja pani, wydają mi się, jak gdyby były resztkami wczorajszego światła jarzęcego. Czyż wszystkie twoje kwiaty w ubiegłéj nocy powiędły a twoi współbiesiadnicy są tak znużeni, że mi ani jednego bukieciku i ani jednego tancerza pokazać nie możesz?
— Panie, odpowiedziała ksieni poważnie, zawiodłeś się, jeżliś przybył szukać tutaj rozrywek i zabaw.
— Tak, widzę to, przemówił rejent, spojrzawszy na widma, które córkę, jego otaczały, widzę że wczoraj obchodziliście tutaj ostatni wtorek i żeście go dzisiaj pochowali.
— Czy po to tu przybyłeś, panie, ażeby mnie wziąść na indagacyą? W każdym razie, to co tu widzisz, zgadza się zapewne najzupełniéj z oskarżeniami, które na mnie do waszej królewskiéj mości zaniesiono.
— Przybyłem tutaj, odpowiedział rejent, zaczynając niecierpliwić się na myśl, że go oszukać chciano, przybyłem tutaj, moja pani, by ci powiedzieć, że rodzaj życia, jaki prowadzisz, wcale mi się niepodoba. Twoje wczorajsze sprawy nie przystoją zakonnicy, a dzisiejsza surowość niestosowna dla księżniczki krwi. Wybieraj raz na zawsze, albo być ksienią albo też waszą królewską mością. Poczynają bardzo źle o tobie mówić w świecie, a ja mam dosyć własnych nieprzyjacioł, nie ażebyś jeszcze z głębi klasztoru twoich na mnie popuścić miała.
— Niestety, panie! odparła ksieni tonem poddania się, wyprawiając bale, uczty, koncerta, które wymieniano jako najświetniejsze w Paryżu, nie zdołałam się podobać owym nieprzyjaciołom, ani tobie panie, ani nawet saméj sobie, a cóż dopiero dzisiaj, gdy żyję zamknięta i samotna. Wczoraj po raz ostatni zetknęłam się z światem, dzisiaj, nie spodziewając się odwiedzin twoich, panie, zrobiłam jedno postanowienie i nie odstąpię od niego.
— I jakież to? zapytał rejent niewątpiąc bynajmniéj, że chodzi o jakie nowe szaleństwo, które tak były właściwe jego córce.
— Przybliż się panie do okna i wyjrzyj, odpowiedziała ksieni.
Rejent, na to wezwanie, przystąpił do okna i zobaczył, że na dziedzińcu wielki rozpalono ogień. W téjże chwili i Dubois, ciekawy jak gdyby był rzeczywistym Opatem, przysunął się także do niego.
Do owego ognia przybiegali jacyś bardzo zajęci ludzie i wrzucali w płomień różne dziwacznych kształtów przedmioty.
— Cóż to jest? zwrócił rejent zapytanie do ciekawie przypatrującego się Dubois.
— To, co się teraz pali? zapytał opat.
— Tak jest.
— Na uczciwość, jaśnie oświecony panie że to zupełnie jest podobne do basetli.
— Jest to rzeczywiście basetla, ozwała się ksieni, basetla moja, doskonała basetla Valery’ego.
— I ty to palisz? zawołał rejent.
— Te wszystkie instrumenta są tylko źródłem zguby, odrzekła ksieni tonem, który najgłębszy żal i skruchę oznaczał.
— Ach! ach otóż i klawikord! przerwał jéj książę.
— Mój klawikord, panie; był tak doskonałym, że mnie zwracał do myśli światowych. Dziś rano skazałam go na zagładę.
— Jakiemiż to papierami i księgami podtrzymują ten ogień? zapytał Dubois, którego to widowisko do najwyższego zajmowało stopnia.
— Nuty moje, które kazałam spalić.
— Twoje nuty? zadziwił się rejent.
— Tak jest, a nawet i twoje, panie, odpowiedziała ksieni. Przypatrz się dobrze, a zobaczysz i całą operę twoję, Panthea, gdy jéj koléj nadejdzie. Pojmiesz zapewne, że zrobiwszy raz takie postanowienie, powinnam była wszystko od razu do skutku doprowadzić.


II.
RODZINA STANOWCZO SIĘ POPRAWIA

— Ależ pani oszalałaś, mówił daléj rejent; rozniecić ogień nutami i utrzymywać go basetlami i klawikordem, to aż za nadto wielki zbytek!
— Pokutuje, panie.
— Hm! powiedz raczéj, że na nowo chcesz swój dom urządzić, i że się tego środka chwyciłaś, by sobie inne sprzęty kupić, straciwszy upodobanie w dawniejszych.
— Nie, panie, to nie to.
— A więc cóż? mów otwarcie.
— Otóż znudziły mnie zabawy i przedsięwzięłam cóś innego robić.
— I cóż będziesz robiła?
— Otóż niebawem zwiedzę z zakonnicami mojemi sklepienie, gdzie spocznie ciało moje, i miejsce w którem mnie pogrzebią.
— Niech mnie diabli wezmą! ozwał się Dubois, na czysto straciła głowę jaśnie oświecony panie.
— Będzie to bardzo budującém, nieprawdaż moi panowie? zapytała ksieni poważnie.
— Niezawodnie; i nie wątpię, że gdy to się rozgłosi, więcéj się z tego naśmieją aniżeli z biesiad twoich.
— Chodźcie panowie! mówiła daléj, chce się położyć na chwile w mojéj trumnie: jest to upodobanie, które powzięłam od niejakiego czasu.
— Masz pani czas po temu, rzekł Dubois, a zresztą ta rozrywka nie jest wynalazku pani, bo ją sobie wymyślił Karól V, zostawszy mnichem, nic wiedząc, tak samo jak i pani, na co to czyni.
— Więc zemną nie pójdziesz, panie? zapytała ksieni, zwracając się wprost do ojca.
— Ja! zawołał książę, który bynajmniej posępnych rozmyślań nie lubił, ja mam zwiedzać grobowe sklepienia! iść posłuchać śpiewu De Profundis! Nie, zaiste! i jedyna rzecz tylko mnie pociesza, niemogąc ujść nieszczęsnego De Profundis i grobu, że wtedy nic nie będę widział i słyszał.
— Ach panie! zawołała ksieni zgorszona, więc nie wierzysz w nieśmiertelność duszy?
— Jesteś tak obłąkana, iżby cię zamknąć należało, moja córko. I ten diabli Dubois, który mi obiecał orgią a zaprowadził na pogrzeb!
— Słowo daję waszej królewskiej mości odparł Dubois, że wołałbym raczej wczorajsze szaleństwa.
Ksieni się skłoniła i postąpiła ku drzwiom Książe z opatem spojrzeli na siebie, niewiedząc czyli się śmiać lub zapłakać.
— Jeszcze słówko! zawołał rejent nacórkę. Czy twoje obecne postanowienie jest niecofnioném? Alboli też chwilowym paroksyzmem, którego ci twój spowiednik udzielił? Jeżeli to jest stałe przedsięwzięcie, ani słowa nie rzeknę; ale jeżeli tylko febrą, to cię każę, wyleczyć. Do licha! jest przecież Moreau i Chirac, którym dobrze płacę.
— Panie, odpowiedziała ksieni, zapominasz, że dosyć znam medycynę, ażebym się sama wyleczyć potrafiła, gdybym tego widziała potrzebę. Mogę cię więc zapewnić, że chorą nie jestem: jestem Jansenistką i nic więcéj.
— Ach krzyknął książe, otóż to jest robota księdza le Domo. Obmierzły Benedyktynie! Lecz co do niego, to mam środek, który go wyleczy.
— Jakiż? zapytała ksieni.
— Bastyllję, odpowiedział, i wyszedł rozżarty a za nim Dubois, śmiejący się do rozpuku.
— Otóż widzisz, przemówił do niego po długiem milczeniu i gdy już do Paryża dojeżdżali, że twoje doniesienia były fałszywe i niedorzeczne. Miałem taką, ochotę do kazania, a sam kazania słuchać musiałem.
— Wasza królewska mość szczęśliwym jesteś ojcem! I składam powinszowanie moje, co do poprawy młodszéj córki jaśnie oświeconego pana, panny de Chartres. Na nieszczęście, że starsza córka, księżna Berry....
— Och! tamta, nie mów mi o niéj, Dubois, jest to rana niezagojona. I gdy jestem w złym humorze....
— To?
— Mam ochotę korzystać z chwili i na raz wszystko skończyć.
— Ona jest w Luksemburgu.
— Podobno.
— Więc jedzmy do Luksemburga.
— Ty zemną?
— Nie opuszczę waszéj królewskiéj mości téj nocy.
— Ba!
— Mam pewne widoki co do waszéj królewskiéj mości.
— Co do mnie? — Zawiozę jaś. ośw. pana na wieczerzę.
— Będąż tam i kobiety?
— Tak jest.
— Ileż ich będzie?
— Dwie.
— A mężczyzn?
— Dwóch.
— Więc dwie pary? zapytał księże.
— Otóż to.
— I zabawięż się?
— Zdaje mi się.
— Pamiętaj, Dubois, że wielką na siebie bierzesz odpowiedzialność.
— Jaśnie oświecony pan lubisz nowość?
— Lubię.
— Niespodzianki?
— To właśnie.
— Otóż i będą, to jest wszystko, co nateraz powiedzieć mogę.
— A więc dobrze! odpowiedział rejent. Jedzmy naprzód do Luksemburgu, a potém?....
— Potem na przedmieście Ś-go Antoniego. I skutkiem tego postanowienia rozkazano stangretowi zatrzymać się przed Luksemburgiem.
Cokolwiek jednakże rejent pod tym względem mówił, księżna Berry, do któréj właśnie jechał, była najulubieńszą córką jego. Mając lat siedm, ciężko zachorowała i lekarze oświadczyli że umrze; wtedy to książę, który jak wiadomo oddawał się nieco sztuce lekarskiéj, począł ją leczyć w swoim sposobie, i ocalała. Odtąd jego miłość ojcowska dla niéj zamieniła się w słabość, pozwalał jéj robić co tylko chciała, a było to dziecię krnąbrne i nieugiętéj woli. Jéj wychowanie stało się przez to bardzo zaniedbaném i dowolném, co jednakże nie przeszkodziło, że ją Ludwik XIV za wnuka swojego, księcia Berry, wydał.
Wiadomo, jak nagle śmierć jednym zamachem troiste pokolenie królewskie zagarnęła, bo w przeciągu kilku miesięcy umarł delfin, książę i księżna Burgundyi, i książę Berry.
Księżna Berry została wdową w dwudziestym roku życia, kochała ojca swojego niemal tyle ile on ją kochał; mając wybór pomiędzy towarzystwem w Wersalu a zebraniem w palais-royal, piękna, młoda i goniąca za zabawami nie wahała się ani na chwilę: podzielała więc uczty, zabawy a niekiedy i orgje księcia; ztąd rozeszły się na raz jeden z Saint-Cyr i Sceaux różne potwarze, pochodzące od pań dc Maintenon i du Maine, które w najgorszém świetle ten stosunek ojca do córki wystawiały. Książe Orleński, ze zwykłą sobie obojętnością, mnéj zważał na te pogłoski, zamienione w końcu na potępiające ich oskarżenia; a jakkolwiek te oskarżenia żadnego historycznego nie mają charakteru, w przekonaniu ludzi, znających dobrze ową epokę, pozostały jednakżeż bronią w ręku tych, którzy zawsze są skłonni do czernienia prywatnego życia człowieka, by zmniejszyć jego wielkość polityczną.
Co większa: tą swoją wzrastającą pobłażliwością, książe sam uprawdopodobnił owe wieści. Dodał córce do sześciu tysięcy liwrów dochodu, jeszcze cztery tysiące, z własnego majątku, co razem miljon czyniło. Zarazem oddał jéj pałac luksemburski i utrzymywał oddział gwardyi dla jéj osoby. Co zaś najwięcéj oburzyło zwolenników dawnéj etykiety, to to, że tylko ramionami ruszył, gdy księżna na czele orszaku trąbiącego i brząkającego na cymbałach przez środek Paryża przejeżdżała. A powszechnie się zgorszono, gdy się rozśmiał z pustoty księżnéj, która na tronie trzy stopy wysokim, przyjmowała posła weneckiego, chociaż czyn ten mógłby nas był poróżnić z Rzecząpospolitą wenecką.
Ale co większa jeszcze: już się miał przychylić do jéj nowego żądania, również jak poprzednie niewłaściwego, coby niezawodnie całą szlachtę było oburzyło: bo chciała mieć baldachim w teatrze; — gdy szczęściem dla pokoju powszechnego, a na nieszczęście dla domowego szczęścia rejenta, księżna nagle zakochała się w kawalerze de Riom.
Ten kawaler de Riom był młodszym synem jednego szlachcica z Auwernii, i wnukiem czyli prawnukiem księcia Lauzun; przybył on około 1717 roku do Paryża szukać szczęścia, i znalazł je w Luksenburgu. Wprowadzony do księżnej przez panią de Mouchy, któréj był kochankiem, nie zaniedbał użyć owego familijnego wpływu, który dziadkowi jego, księciu de Lauzun, pięćdziesiąt lat wprzódy, tak posłużył u panny de Montpensier; i niezadługo został ogłoszony jéj kochankiem, z wszelkiemi do tego stopnia prawami, pomimo oporu swojego poprzednika, pana de Lahaie, którego do Danii wysłano.
Księżna Berry miała przeto tylko dwóch kochanków, co dla księżniczki owego czasu niemal cnotą było: Lahaie’a, do którego się nie przyznawała, i Rioma, którego jawnie przyznała. Nie było to wszakżeż dostatecznym powodem do takiéj zażartości, z jaką prześladowano księżną. Była ku temu inna przyczyna, o któréj wspomina Saint-Simon, jako też i inni historycy owego czasu, i to raczéj owa przejażdżka po Paryżu z cymbałami i trąbami, i ten tron nieszczęsny o trzech stopniach, na którym posła weneckiego przyjmowała, a nakoniec i to niesłychane wymaganie baldachim! w teatrze, ile że już i gwardyą przyboczną, miała.
Ale nie z powodu to tego ogólnego na nią oburzenia, pogniewał się książę orleański na córkę: dręczyła go przewaga, jaką Riom miał nad nią.
Riom był wychowańcem Lauzun’a, który z rana strzaskał rękę księżnéj Monaco korkiem tego samego buta, który mu wieczorem córka Gastona orleańskiego z nogi ściągnąć musiała. I tenże Lauzun, względnie co do księżniczek krwi, straszne mu był dał nauki, których się Riom uważnie trzymał: „córy Francyi“ — mawiał Lauzun — »zwyczajne, by im zawsze kijem nad głową grozić». Pełen ufności w doświadczenie swojego dziadka, Riom idąc wskazaną przez niego drogą, zdołał tak ujarżmić księżną Berry, że nie odważyła się już dać balu bez jego zezwolenia, że nie była na operze, gdy tego nie chciał, że nawet sukni bez poradzenia go się nie włożyła.
Z tąd wynikło że książe, który bardzo swoją córkę kochał, znienawidził Rioma o tyle, o ile na to jego wcale niepodejrzliwy charakter zezwalał, bo wszakżeż go Riom od niéj oddalił. Pod poborem więc dogodzenia widokom księżnéj, darował pułk Riomowi, a potém zrobił go rządcą miasta Cognac; w końcu kazał mu tam wyjechać, co ową mniemaną łaskę w zupełną niełaskę zamieniło, podług sądu osób, które się wszystkiemu zbliska przypatrywały.
I sama księżna złudzić się nie pozwoliła, bo przybiegła do palals-royal, chociaż dopiero co po połogu, i prosiła, błagała ojca, ale wszystko napróżno. Następnie poczęła się dąsać, wyrzekać, grozić, ależ i to nic nie pomogło. W końcu oświadczyła mu swój gniew nieprzebłagany i odjechała dodając, że pomimo rozkazu jego, Riom pozostanie w Paryżu.
Nazajutrz ponowił książe swój rozkaz, by Riom wyjeżdżał, i tenże z wszelką uległością odpowiedział, że natychmiast rozkaz ten wypełni.
I rzeczywiście, nazajutrz, to jest w wigiliją dnia tego, w którym się nasze opowiadanie zaczyna, Riom opuścił w całéj okazałości pałac luksemburgski, i Dubois uwiadomił księcia, że nowy gubernator wyjechał o godzinie dziewiątéj wieczorem z całym dworem swoim do Cognac.
W tym przeciągu czasu rejent nie widział się z córką, i gdy mówił, że chce korzystać z swojego usposobienia gniewnego i od razu z nią skończyć, udał się raczéj do niéj, by przebaczenie uzyskać, nie zaś by ją połajać.
Dubois, który znał księcia, wiedział dobrze co się święci, gdy mu tenże swój zamiar oznajmił, ależ Riom pojechał do Cognac, i życzenie opata się ziściło. W czasie nieobecności tamtego, miał nadzieję, że potrafi nasunąć księżnie którego z nowych sekretarzów gabinetu, albo jednego z oficerów gwardyi, któryby w jéj sercu zatarł pamięć Rioma. Wówczas Riom odebrałby rozkaz pojechania do Hiszpanii i połączenia się z armią Berwika, i zapomnianoby zupełnie o nim jak o Lahaie w Danii.
Nie był to wprawdzie projekt bardzo moralny ale natomiast planik nader logiczny. Niewiadomo czyli go minister spoinie z panem swoim obmyślił.
Powóz zatrzymał się przed Luksemburgiem, oświetlonym jak zwyczajnie. Książe wysiadł i wbiegł szybko po wschodach, jak to zwykle czynił; Dubois, którego księżna nienawidziła, pozostał skulony w powozie.
Po chwili wrócił książe z wyrazem twarzy bardzo niezadowolonym.
— Ach! ach! jaśnie oświecony panie zawołał Dubois, czyliż nieprzyjęto waszéj królewskiej mości?
— Niemasz księżnéj w Luksemburgu.
— I gdzieżby była? czy nie u Karmelitek?
— Jest w Meudon.
— W Meudon? Na końcu lutego i w taką niepogodę! Podejrzywam to nagłe zamiłowanie wsi, jaśnie oświecony panie.
— I ja takiże. Bo cóżby u licha w Mendon robiła?
— To się łatwo dowiedzieć.
— Na przykład?
— Jedźmy tam.
— Do Meudon! zawołał książę na stangreta, wskakując do karety. Za dwadzieścia minut powinieneś tam stanąć.
— Pozwól sobie wasza królewska mość zrobić uwagę, że te konie już dzisiaj dwadzieścia mil (dix lieues) uszły, ozwał się stangret pokornie.
— Niechaj padną, byłem tylko był w Meudon za minut dwadzieścia.
Nie było już co odpowiedzieć na tak wyraźny rozkaz; stangret zaciął konie a szlachetne zwierzęta, niby zdziwione że się względem nich do takiéj posunięto ostateczności, ruszyły z miejsca tak szybko, jak gdyby tylko co ze stajni były wyszły.
W czasie całéj drogi Dubois był milczącym a książę myślami swojemi zajęty; od chwili do chwili wysyłali to jeden to drugi badawcze spojrzenia na gościniec, lecz niczego godnego uwagi nie dostrzegli, a gdy przybyli do Meudon, książę jeszcze nic znaleść nie mógł, coby jego zamartwione i sprzeczne z sobą myśli nieco rozplatać było zdołało.
Wysiedli obydwaj. Objaśnienia pomiędzy ojcem a córką mogły potrwać długo, i Dubois wołał w wygodniejszern miejscu, aniżeli w powozie, na księcia poczekać.
Pod wystawą zastali szwajcara w galowéj liberyi. Nie poznał księcia zatulonego w futro a opata aż poza uszy tkwiącego w płaszczu, i zatrzymał ich. Książe się odsłonił.
— Przepraszam jaśnie oświeconego pana, ale nie wiedziałem, że wasza królewska mość jesteś spodziewanym.
— Nic nie szkodzi, odpowiedział książę. Spodziewany albo niespodziewany, przybyłem. Niechaj to który z pokojowców księżnie oznajmi.
— Więc jaśnie oświecony pan należysz do ceremonii? zapytał szwajcar widocznie pomięszany.
— Naturalnie że jego królewska mość należy do ceremonii! odpowiedział Dubois, niedozwalając odezwać się księciu, który tylko co miał zapytać, o jakiéj tu ceremonii mowa.
— To każę waszą, królewską mość wprost do kaplicy zaprowadzić.
Książe i Dubois spojrzeli na siebie, jako ludzie, którzy nic nie pojmują, co się dzieje.
— Do kaplicy? zapytał książe.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, bo ceremonija zaczęła się już od dwudziestu minut.
— Cóż to się znaczy? poszepnął książę, pochylając się ku opatowi, czyliżby i ta została mniszką?
— Prędzejbym przypuścił, że ślub bierze, odpowiedział Dubois.
— Do stu djabłów! krzyknął rejent. Brakowałoby tylko tego jeszcze! i rzucił się na wschody a zanim Dubois pospieszał.
— Jaśnie oświecony pan nie każę się zaprowadzić? pytał szwajcar.
— Niepotrzeba, wołał rejent już na końcu wschodów, znam drogę.
Z zadziwiającą szybkością przy tuszy swojéj, przebiegał książę korytarze i pokoje, a za nim zdążał Dubois pełen ciekawości szatańskiej, podobny do Mefistolesa, towarzyszącego temu nowemu szperaczowi wielkiéj tajemnicy, którego nie nazywano Faustem lecz Filipem Orleańskim.
I tak stanęli u drzwi kaplicy, które jakkolwiek zamknięte, otworzyły się jednakże za pierwszém popchnięciem.


III.
SZCZÓR I MYSZ.

Dubois nie omyli się w swoich przypuszczeniach.
Riom, przybyły potajemnie, klęczał obok księżnej przed prywatnym jałmużnikiem téjże, gdy pan de Pons, krewny Rioma, i margrabia de Larochefoucauld, kapitan przybocznej gwardy księżny Berry, trzymali baldachim nad niemi. Panowie de Monchy i de Lauzun stali jeden po prawéj, drugi po lewéj stronie ślub biorących.
— Otóż pewna, że szczęście nam nie sprzyja, jaśnie oświecony panie. Przychodzimy o dwie minuty zapóźno.
Mordieu! zawołał książę rozjątrzony, biegnąc ku chórowi. Zobaczymy!
— Sza, jaśnie oświecony panie! Jako opat, winienem wstrzymać waszą królewską mość od popełnienia świętokradztwa. Ach, i gdyby się to jeszcze na coś przydało!.... ale tutaj byłoby wszystko daremne!
— A więc zaślubieni? zapytał książę, cofając się po-za kolumnę, pociągniony temi wyrazami towarzysza swojego.
— Jak najzupełniej! I teraz nie odżeniłby ich i sam djabeł bez asystencji ojca świętego.
— A więc napiszę do Rzymu.
— Nie czyn wasza królewska mość tego, nie nadużywaj kredytu swojego! Lepiéj go zachowaj, gdy będę miał zostać kardynałem.
— Ależ takiego mesaliansu cierpieć nie można!
— Mesalianse są dziś bardzo w modzie, i tylko o tém mówią. Jego królewska mość Ludwik XIV mesaliował się z panią de Maintenon, któréj jaśnie oświecony pan, jako wdowie jego, dziś pensją wyliczasz. Księżniczka de Montpensier mesaliowała się z panem de Lauzun. Sam się mesaliowałeś, żeniąc się z panną de Blois, i zmesaliowałeś się wasza królewska mość do tego stopnia, że gdyś o tém matce swojéj, księżnie elektorowéj mówił, odpowiedziała jaśnie oświeconemu panu policzkiem. I ja sam, czyliż i ja się nie mesaliowałem, biorąc za żonę córkę nauczyciela wiejskiego? Otóż widzisz wasza królewska mość, że po tylu dostojnych przykładach, i córka waszéj królewskiéj mości mogła się mesaliować zkolei.
— Milcz szatanie!
— Nadto, prawił Dubois daléj, miłostki księżnéj Berry, dzięki wrzaskom opata świętéj Sulpicyi, poczęły robić więcéj hałasu aniżeli przystoi. Był to skandal publiczny, który ślub ten tajemny; świadomy jutro całemu Paryżowi, uśmierzy rodzina waszej królewskiéj mości stanowczo się poprawia.
Książe Orleański odpowiedział na to straszném przekleństwem, a Dubois się uśmiechnął, owym uśmiechem, któregoby mu i sam Mefistofeles był pozazdrościł.
— Ciszéj tam! zawołał Szwajcar, niewiedząc kto robi tę wrzawę i który pragnąłby nowozaślubieni nie stracili i jednego słówka z pobożnéj przemowy jałmużnika.
— Sza, jaśnie oświecony panie, powtórzył Dubois, przeszkadzasz ceremonii.
— Zobaczysz, pochwycił książę, że jeżeli nie umilkniemy, to ona nas każę za drzwi wypchnąć.
— Ależ ciszéj! zawołał po raz drugi Szwajcar, uderzając halabardą swoją w podłogę chóru, właśnie gdy księżna Berry poleciła panu de Mouchy, by zobaczył co tę wrzawę spowodowało.
Pan de Mouchy pospieszył rozkaz księżnej wykonać, i spostrzegając dwie osoby chroniące się w cieniu, przystąpił do nich krokiem śmiałym i z podniesioną głową.
— Któż tu robi ten hałas? zapytał, i któż wam pozwolił wnijść do kościoła, moi panowie?
— Ten, który ma ochotę was wszystkich oknem powyrzucać, odrzekł rejent, ale który w téj chwili poprzestaje na tém, że tobie poleca, byś oznajmił panu Riom rozkaz, ażeby natychmiast do Cognac powrócił, a księżnę Berry zawiadomił, że jéj zakazuję na zawsze wstęp do palais-royal.
Po tych słowach rejent wyszedł, dając znak opatowi Dubois, by się za nim udał. Pan de Mouchy na ten widok pozostał wraz z wielkim brzuchem swoim, jak w ziemię wryty.
— Do palais-royal! zawołał książę wskakując do karety.
— Do palais-royal? powtórzył Dubois żywo. Nie, panie, wasza królewska mość zapominasz o naszym układzie. Towarzyszyłem jaśnie oświeconemu panu pod warunkiem, byś wasza królewska mość i mnie następnie towarzyszyć raczył. Panie woźnico! na przedmieście śgo Antoniego.
— Jedz do djabła, jam nie głodny.
— Dobrze. Książe jeść nie potrzebujesz.
— I cóż będę robił, nie jedząc i nie bawiąc się?
— Wasza królewska mość będziesz się patrzał jak inni się bawią i jedzą.
Cóż przez to chcesz powiedzieć?
— Ot to, że Pan Bóg właśnie zabrał się, by samemi cudami jaśnie oświeconego pana obsypać, co niezawsze się zdarza, a więc potrzeba niezatrzymywać się w połowie drogi. Widzieliśmy dzisiaj już dwa, bądźmyż obecni i trzeciemu.
— Trzeciemu?
— Tak, numer drugi, impasse Godet. Liczba nieparzysta podoba się Panu Bogu. Spodziewam się, żeś jaśnie oświecony pan nie zapomniał swojéj łaciny.
— Wytłumacz się, proszę, odrzekł rejent, niebędąc na teraz bynajmniej do żartów usposobiony. Ty, bo jesteś dość brzydkim, ażeby posłużyć za model do Sfinksa, ale co do mnie, to jestem już za stary, bym miał przyjąć rolę Edypa.
— A więc się wytłumaczę: że zobaczywszy córki swoje, dotąd pustotom i szałowi oddane, czyniące pierwszy krok rozsądny, zobaczysz jaśnie oświecony pan teraz syna swojego, robiącego pierwszy krok szaleństwa.
— Ludwika?
— Księcia Ludwika w osobie. Odmraża on się dzisiejszéj nocy, i to właśnie na to widowisko, tyle chlubne dla ojca, zaprosiłem waszą królewską mość.
— Książe pokręcił głową z wyrazem zwątpienia.
— Pokręcaj wasza królewska mość głową, tyle ile zechcesz, ale to co powiedziałem jest prawdą.
— I jakimże sposobem ocknął się z tego swojego otrętwienia?
— Wszelkiemi sposobami. Poleciłem kawalerowi, ażeby z nim pierwszą próbę fechtowania odbył. A teraz wieczerza z nim i z dwiema kobietami.
— I jakież to kobiety?
— Znam z nich tylko jednę. Kawaler miał przyprowadzić drugą.
— I on na to zezwolił.
— O mało, że go w rękę nie pocałował.
— Na mój honor, Dubois, myślę, że gdybyś był żył za czasów Ludwika ś., byłbyś go w końcu i do panny Filon zaprowadził.
Uśmiech tryumfu przemknął się po twarzy opata.
— Otóż wasza królewska mość pragnąłeś, by książę Ludwik umiał bronią robić, jak to jaśnie oświecony pan dawniéj robiłeś i passją masz robić jeszcze i dzisiaj. Przysposobiłem wszystko do tego.
— Naprawdę?
— Rzeczywiście. Kawaler w czasie kolacji skłóci się z nim trochę na sposób niemiecki. Można jemu zaufać w téj mierze. Chciałeś wasza królewska mość ażeby i jaką porządną zawiązał miłostkę, a jeżeli się oprze syrenie, którą ku niemu wysłałem, powiem że jest ś. Antonim.
— Czyś ty ją wybrał?
— Jak to! jaśnie oświecony panie, wszakżeż tu chodzi o honor familii, a wtedy tylko sobie ufam. A więc orgja dzisiejszéj nocy, a jutro rano pojedynek. Zaś jutro wieczorem, nasz neofita będzie się mógł z dobrem sumieniem Ludwik Orleański podpisać.....
— Prawdziwe licho z ciebie! wymówił książę, śmiejąc sig po raz pierwszy po odwiedzinach swoich w Chelles, i zgubisz syna tak jak zgubiłeś ojca.
— Zależy to od woli waszéj królewskiéj mości. Ale on powinien być księciem, albo w prawo albo w lewo: mężczyzną albo mnichem. Niechaj wybiera, bo pora po temu. Wasza królewska mość masz tylko jednego syna, który już liczy lat szesnaście, nie posyłasz go na wojnę, pod pozorem, że jest jedynakiem, a naprawdę, że książe nie wie jakby się tam znalazł.
— Dubois!
— Otóż jutro będziemy wiedzieli czego się trzymać.
— Piękna sprawa!
— Więc wasza królewska mość przypuszczasz, iż wyjdzie z honorem?
— Dosyć już, nic dobrego, nie czujesz-że, iż mnie obrażasz? Jak gdyby to było niepodobieństwem, ażeby się młody człowiek krwi mojéj zakochał, a cudem szczególnym, gdyby książę mojego imienia, wziął szpadę do ręki. Dubois, mój kochany, urodziłeś się opatem i tak umrzesz.
— Nie panie, o nie! Tani do licha! ja czegoś lepszego żądam.
Rejent się rozśmiał.
— Przynajmniéj, że ty, masz ambicją, a ów niedołęga, Ludwik, niczego nie żąda. Wiesz jednakże, że te twoje wymagania bardzo mnie bawią, więcej aniżelibyś sądził.
— Doprawdy! nie myślałem nigdy, że ze mnie taki trefniś.
— Przez skromność tylko, mój kochany, bo jesteś najzabawniejszém stworzeniem w świecie, jeżeli me najprzewrolniejszém. I przysięgam, że w dniu w którym zostaniesz arcybiskupem....
— Kardynałem, jaśnie oświecony panie.
— Ach! więc ty kardynałem chcesz zasiać?..
— Zanim będę papieżem.
— Dobrze. Więc przysięgam, że w dniu w którym zostaniesz....
— Papieżem.
— Nie, kardynałem, w dniu tym bardzo się będą śmieli w palais-royal, masz na to moję słowo.
— Ej co tam! w Paryżu lepiéj się zaśmieją. Ale jak wasza królewska mość powiedziałeś, jestem czasem trefnisiem i chcę rozśmieszyć.
Powóz zatrzymał się na przedmieściu ś. Antoniego, przed domem zasłoniętym wysokim murem, po-za którym rosnące topole do reszty go zakryły.
— Czyż to nie tutaj jest mały domek Nocé’go? zapytał rejent.
— Tak jest. Jaśnie oświecony pan masz dobrą pamięć: pożyczyłem go na dzisiaj od niego.
— Czyliżeś aby wszystko dobrze urządził? Wieczerza, będzież smaczna i godna księcia krwi?
— Obstalowałem ją sam, i księciu Ludwikowi na niczém zbywać nie będzie. Lokaje ojca jego usługują mu; kucharz ojca jego gotuje dla niego, i poumizga się....
— Komuż?
— Zobaczysz to jaśnie oświecony pan na własne oczy. Ma to być niespodzianka...
— A wino?
— Z własnéj piwnicy Waszéj królewskiéj mości. I mam nadzieję, że po tym winku krew rodzinna przemówi.
— Zemną, bo nie miałeś tyle pracy, nieprawdaż, kusicielu?
— Jestem wymowny, ależ przyznać należy, że i z księcia był chwat. Wchodźmy.
— Ty masz klucz?
— A jakże!
Dubois wydobył klucz z kieszeni, włożył go ostrożnie w dziurkę od zamka, drzwi otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia i znów się również cicho zamknęły, gdy wszedł rejent i minister jego. Były to prawdziwe drzwi małych domków niby znające swoję powinność względem wielkich panów, którzy im czynili zaszczyt przestąpienia ich progu.
Przez szpary zamkniętych żaluzyj było widać światło, a stojący w sieni na straży lokaje oznajmili dostojnym gościom, że uczta już się zaczęła.
— Tryumfujesz, opacie, przemówił rejent.
— Spieszmy, jaśnie oświecony panie, bom ciekawy, co książę Ludwik porabia.
— O, i jam ciekawy.
— Więc idżmyż, nie mówiąc i słówka.
Rejent milczący wszedł za Dubois do gabineciku, zastawionym kwiatami, zkąd można było widzieć i słyszeć ucztujących.
— O! zawołał książę, poznając gabinecik, jestem w miejscu znajomém.
— Więcéj znajomém, aniżeli wasza królewska mość sądzisz. Ale pomniéj, jaśnie oświecony panie, że cokolwiek zobaczysz lub posłyszysz, należy się milczeć lub pocichu mówić.
— Nie troszcz się o to!
I obydwaj zbliżyli się do otworu, prowadzącego na salę, przyklęknęli na kanapie i odsunęli kwiaty, by lepiéj widzieć, co się tam dzieje.
Syn rejenta, chłopiec piętnastoletni, siedział w fotelu, właśnie na przeciwko swojego ojca. Z drugiéj strony stołu, plevcami do dwóch ciekawych, umieścił się kawaler. Dwie kobiety, nader postrojone, uzupełniały ową partie carrée, przez opata zapowiedzianą: jedna siedziała przy młodym księciu, druga obok kawalera.
Amfitryon téj uczty pił, rozprawiał, a kobieta siedząca obok niego, to się krzywiła to ziewała.
— A co? mówił rejent, usiłując rozpoznać kobietę, siedzącą naprzeciw niego, zdaje mi się, że znam tę twarzyczkę.
I lornetował ją z większą jeszcze uwagą. Dubois śmiał się w duchu.
— Co u licha! mówił znowu rejent, kobieta ciemnego włosa i oczu niebieskich.
— Ciemnego włosa i oczu niebieskich. Cóż daléj jaśnie oświecony panie?
— Kibić zachwycająca, rączka śliczna...
— Cóż daléj?
— Pyszczek różowy...
— Daléj!
— Tam do diabła! nie mylę się: to mysz!
— No i cóż!
— Jak to hultaju, musi aleś właśnie mysz wybrać?
— Dziewczyna tak zachwycająca, nimfa opery. Zdawało mi się, że ta będzie najstosowniejsza.
— To więc owa niespodzianka, którą mi obiecywałeś, mówiąc że mu usługują lokaje ojca, że pije wino ojcowskie i że się umizga...
— Metresie swojego ojca. Tak, panie.
— Nieszczęsny! krzyknął książe, cóżeś zrobił?
— Ej co tam! odrzekł Dubois.
— I że to ona przystała!
— Toć-to jéj rzemiosło!
— Z kimżeż ona myśli, że jest.
— Z szlachcicem wiejskim, który przybył do Paryża, by swoję schedę przejeść.
— Któż jest ta druga?
— Nic o niéj nie wiem. Kawaler ją zaprosił.
W téj chwili kobieta, siedząca obok kawalera, dosłyszała po za sobą jakieś szeptanie i obróciła się.
— Ach! ale... nie mylę się! krzyknął Dubois odurzony z kolei.
— Co takiego?
— Ta druga!
— I cóż ta druga?
Ładna wspoł-biesiadniczka obróciła się znowu.
— To Julia! zawołał Dubois, o nieszczęsna!
— A otóż i wszystko w najlepszym porządku: moja metressa i twoja!.... słowo honoru, dałbym nie wiedzieć co, gdybym się mógł naśmiać do woli.
— Poczekaj wasza królewska mość, chwilkę cierpliwości!
— Ale czyś ty oszalał? cóż u licha chcesz robić?.... Dubois, rozkazuję ci pozostać. Chcę zobaczyć jak się to wszystko skończy.
— Posłusznym waszéj królewskiéj mości, ale zrobię jedno wyznanie....
— Jakież?
— Że już nie wierzę w cnotę niewieścią.
— Dubois! zawołał rejent, rzucając się na kanapę, gdy i opat toż samo zrobił, jesteś wyborny, na moje słowo. Umieram ze śmiechu.
— Śmiejmy się, jaśnie oświecony panie, ale ostrożnie; masz wasza królewska mość słuszność: potrzeba się końcowi tego wszystkiego przypatrzyć.
I obydwaj serdecznie się naśmiali, a potém znowu dawniejsze zajęli miejsce, by nowe poczynić spostrzeżenia.
Biedna mysz ziewała, że aż ją, szczęki bolały.
— Wie wasza królewska mość, że książę Ludwik wcale niema miny odurzonego.
— Wygląda jak gdyby wcale nie był pił.
— A owe butelki co tam stoją, czyliż to co zawierały samo się ulotniło?
— Masz słuszność. Ale jakżeż poważny ten mniemany szlachcic.
— Cierpliwości! Poczyna się już ruszać, coś mówi... słuchajmy!
W téj chwili młody książę się podniósł i odepchnął butelkę, którą mu mysz podawała.
— Chciałem tylko zobaczyć, co to jest orgia, wymówił poważnie. Widziałem i odchodzę bynajmniéj niezadowolony. Mędrzec powiedział Ebrietas omne vitium delegit.
— Cóż to on tam nuci u licha? zapytał książe.
— Źle, aj źle! poszepnął Dubois.
— Jakto, mój panie! zawołała w tejże chwili sąsiadka młodego księcia, z uśmiechem, który pokazał zęby tak równe, jak najpiękniejszy sznurek pereł. Jakto! pan nie lubisz wieczerzać?
— Nie lubię ani jeść ani pić, kiedy nie mam głodu i pragnienia.
— Błazen! pomruknął książę, i obrócił się do Opata, który sobie usta przygryzał.
Towarzysz księcia Ludwika, śmiejąc się wymówił:
— Ależ książę robisz wyjątek, co do nudzenia się swojego, z naszych miłych współtowarzyszek?
Ludwik Orleański się zarumienił i odrzekł:
— Nie rozumiem pana.
— Mówię, że pan nie po pełnisz téj niegrzeczności względem tych dam tutaj, opuszczając tak wcześnie ich towarzystwo.
— Jest już późno, mój panie.
— Ba! odparł kawaler, zaledwie północ.
— A potém... dodał książę, szukając wymówki, a potém... jestem zaręczony.
Kobiety w głos się rozśmiały.
— Jakiż osioł! pomruknął Dubois.
— A co?
— Przepraszam, zapomniałem, że to jest syn waszéj królewskiéj mości.
— Mój kochany, ozwał się kawaler, jesteś taki parafianin, że aż strach!
— Cóż to się znaczy! zawołał rejent. Jakżeż on w ten sposób może do księcia krwi przemawiać?
— Jest on uprzedzonym, by udawał że nie wie kogo ma przed sobą i miał księcia za zwyczajnego szlachcica. A z resztą, mówiłem mu, by go podrażnił.
— Przepraszam mój panie, ozwał się książę Ludwik, mówiłeś cóś do mnie, a że i ta pani właśnie do mnie zagadała, nie uważałem coś pan powiedział.
— I pan chcesz ażebym powtórzył, to com powiedział? zapytał kawaler z drwinkami.
— Radbym usłyszeć.
— A więc powiedziałem! Jesteś pan taki parafianin, że aż strach.
— Szczycę się tém, mój panie, bo mnie to odróżnia od pewnego Paryżanina, z którym się znam.
— Wcale nie źle! pochwycił książę.
— Phu!... dodał Dubois.
— Jeżeli się to do mnie stosuje, odpowiem panu, że jesteś niegrzecznym. Co do mnie, mniejsza o to, bo mi pan możesz zdać sprawę z tej niegrzeczności, która jednakże w obec tych dam, jest niczém niewytłumaczoną.
— Twój napastnik posuwa się za daleko, mój opacie, przemówił książę niespokojny, bo zaczną się rąbać niebawem.
— To ich wtedy wstrzymamy.
Młody książe miny nie skrzywił, ale wstał, obszedł stół do koła, i przystępując do współ-towarzysza swojego, poszepnął mu cóś zcicha.
— Otóż widzisz! mówił rejent, coraz więcej niespokojny, do opata. Tam do licha, ja nie chcę, aby mi go zabito.
Ależ Ludwik nic więcéj nad to kawalerowi nie powiedział:
— Rękę na serce, mój panie, czyliż naprawdę tutaj się bawisz? Co do mnie, nudzę się straszliwie. Gdybyśmy byli sami mówił bym z tobą o jednej kwestyi, kto ra mnie wielce zajmuje; to jest o szóstym rozdziale wyznań ś. Augustyna.
— Jak to! zawołał kawaler z zadziwieniem wcale nie udaném, pan zajmujesz się religiją? To za rychło, jak mi się zdaje.
— Nie jest nigdy zawczesnie, odparł książę nauczająco, zajmować się zbawieniem swojém.
Rejent westchnął głęboko. Dubois podrapał się po nosie.
— Posłuchaj! chciałbym pewno o tém rozprawiać — mówił znowu książę Ludwik. Ś-ty Heronim twierdzi że łaska w tedy tylko jest skuteczną, gdy.....
— Niech cię piorun trzaśnie! krzyknął kawaler. Gdybyś był pił wino, powiedział bym, że ci w głowie zaszumiało.
— Teraz, mój panie, powiem ci z kolei, że to ty jesteś niegrzecznym; i odpowiedziałbym ci w tym samym sposobie, gdyby to nie było grzechem, zważać na obelgi.... Dzięki Bogu, jestem lepszym od ciebie chrześcianinem.
— Kiedy się wieczerza w małym domku, nie chodzi bynajmniéj o zasługę być dobrym chrześcianinem, ale raczéj dobrym współbiesiadnikiem. Lecz drwię z takiego towarzysza, jak pan jesteś. Wołałbym samego ś. Augustyna.... choćby i po nawróceniu jego.
Młody książe zadzwonił. Wszedł lokaj.
— Odprowadź tego pana i poświeć mu, wyrzekł tonem pełnym godności, Co do mnie, odjadę za kwadrans. Masz pan swój powóz, kawalerze?
— Nie, nie mam.
— W takim razie, mój jest na rozkazy twoje. Przykro mi, że nadal nie mogę korzystać zeznajomości z panem. Ale już powiedziałem: nasze upodobania różnią się zupełnie z sobą, nadto wracam na wieś.
— Tam do licha! czyliżby wyprawił swojego współbiesiadnika, by sam z kobietami pozostać.
— Byłoby to zabawnie, odrzekł rejent, ależ tak nie jest.
W tym czasie, kawaler się oddalił, a Ludwik Orleański zostawszy sam z dwiema na dobre spiącemi kobietami, wyciągnął z jednéj kieszeni duży zwój papierów, a z drugiéj, kamizelkowej, mały ołówek srebrny, i począł na marginesach robić notatki z gorliwością zupełnie teologiczną, wśród dymiących jeszcze półmisków i butelek na wpół dopiero próżnych.
— Jeżeli ten książę miałby kiedyś stanąć na przeszkodzie linii starszéj, byłbym bardzo nieszczęśliwym. I gdzież jest ten, któryby śmiał powiedzieć, że wychowuję dzieci moje w nadziei osiągnienia tronu?
— Przysięgam waszéj królewskiéj mości, żem zachorował, ozwał się Dubois.
— Ach, moja młodsza córka Jansenistką, starsza filozowką, a mój syn jedynak teologiem! Nie posiadam się ze złości. Daję słowo, że chciałbym spalić tych wszystkich, co taki zły wpływ wywierają.
— Nie czyń wasza królewska mość tego, boby mówiono, że idziesz torem wielkiego króla i pani de Maintenan.
— Niechżeż więc sobie żyją. Ale pojmujesz-że tego mazgaja, który już pisze jakieś in-folio? A to potrzeba rozum postradać! Zobaczysz, że jak umrę, to on każę moje obrazy, Dafne i Chloe, ręką kata spalić.
Z dziesięć minut zajmował się Ludwik swojemi notatkami; potém schował manuskrypt starannie do kieszeni, toż samo i ołówek, nalał sobie szklankę wody, umaczał w téjże skórkę chleba, zmówił pobożnie pacierz, i z prawdziwym smakiem i przyjemnością spożył ten posiłek anachorety.
— Ach, to wyrzeczenie si<ę wszystkiego! pomruknął rejent stroskany. Lecz powiedz mi, Dubois, któż go tego u diabła nauczył?
— Nie ja, przysięgam!
Ludwik się podniósł i znowu zadzwonił.
— Powóz czy czeka? zapytał lokaja.
— Czeka, jaśnie oświecony panie.
— To dobrze, jadę. A co do tych pań, śpią one teraz; a gdy się przebudzą, będziesz na ich rozkazy.
Lokaj się pokłonił a młody książę wyszedł tak poważnym krokiem, jak arcybiskup gdy swojego błogosławieństwa udziela.
— Bodaj cię mór udusił, żeś mnie zrobił spektatorem tego wszystkiego! zawołał reient do najwyższego stopnia zniechęcony.
— Szczęśliwy ojcze! odparł Dubois, troiście szczęśliwy! Dzieci waszéj królewskiej mości kanonizują się instynktowo, a świat spotwarza tę świętą rodzinę! Na mój kapelusz kardynalski! chciałbym, aby tu byli obecnymi książęta linii starszéj.
— A więc im pokażę, jak ojciec naprawia błędy swojego syna. Chodź, Dubois.
— Nie rozumiem waszej królew. mości.
— Dubois! niech mnie diabli biorą, ależ i ciebie zaraza dosięgła.
— Mnie?
— Ciebie. Jest przed nami wykwintna wieczerza, wyborne winko.... Ejże Dubois! Jam głodny.... Dubois, jam spragniony.... Idźmyż i korzystajmy z tego, co nam ów mazgaj zostawił.... Rozumiesz mnie teraz?
— Zaprawdę, myśl doskonała! zawołał Dubois zacierając ręce, i wasza królewska mość jesteś tylko sam jeden, który stoisz n a równi z własną sławą.
Dwie kobiety spały ciągle. Dubois i książę wybiegli z swojego ukrycia i weszli na salę. Rejent zajął miejsce swojego syna a Dubois kawalera.
Rejent przeciął szpagat u szampanki, korek wystrzelił i zbudził obiedwie kobiety.
— Aha! więc przecież raz się pan napijasz, przemówiła Mysz.
— A ty raz przecież oczy otworzysz, odpowiedział książe.
Głos ten uderzył rozespaną, jak gdyby nie była pewną siebie, czyli się na prawdę obudziła, podniosła się nieco, lecz poznając rejenta, upadła znowu na krzesło i po dwa razy wymówiła imię Julii, towarzyszki swojéj.
A Julią, zdawało się, że oczarowało szydercze spojrzenie i skrzywiona twarz opata.
— Dalejże, Myszko, mówił książe, jesteś dobrą dziewczyną, jak widzę. Kazałem cię przez Dubois zaprosić na wieczerzę. Miałaś tyle innych zatrudnień pod ręką, a jednakże przyszłaś.
Współtowarzyszką Myszy, więcéj od tamtéj przestraszona, spoglądała to na księcia, to na opata, to na przyjaciółkę swoję.
— Cóż tobie jest, panno Julio? zapytał jéj Dubois, czyliżby się książę mylił? I czyliżeś tu nie dla nas przyszła?
— Nie mówię tego, odpowiedziała panna Julia.
Mysz się rozśmiała.
— Jeżeli to wasza królewska mość nas tutaj przywołać kazałeś, sam o tém wiesz najlepiéj; a jeżeli nie, to wasza królewska mość jesteś niedyskretnym i w takim razie nie odpowiadam.
— I cóż opacie! zawołał książę, śmiejąc się szczerze, czyż ci nie mówiłem, że to dowcipna dziewczyna?
— A ja, odpowiedział Dubois, nalewając wina dwom dziewczynom, nie mówiłem-że jaśnie oświeconemu panu, że to wyborne jest winko?
— Powiedz, Myszko, nie poznajesz-że tego wina?
— Naprawdę, jaśnie oświecony panie, że się ma z winem tak samo, jak z kochankami.
— Rozumiem, a ty nie masz tak rozległéj pamięci.... To pewna, że jesteś, nietylko najodważniejszą dziewczyną, ale zarazem i najpoczciwszą, jaką znam. Ty, bo nie jesteś hipokrytką, i książę westchnął.
— Skoro więc jaśnie oświecony pan to z téj strony bierzesz.....
— To co?
— Zadam ja kilka pytań jaśnie oświeconemu panu.
— Dobrze.
— Znasz się wasza królewska mość na snach?
— Jestem wróżbitą.
— Więc mi jaśnie oświecony pan możesz wytłómaczyć mój sen?
— Lepiéj aniżeli ktokolwiek inny. A jeżeli się zatchnę, to mam przecież opata przy sobie, który mnie dwa miliony rocznie kosztuje, by odgadnąć dobre i złe sny w mojém państwie. Więc gadajże co ci się śniło.
— Wiesz jaśnie oświecony pan, że znudzone czekaniem waszéj królewskiéj mości, zasnęłyśmy obiedwie z Juliją.
— Wiem o tém, i spałyście bardzo smacznie, gdyśmy weszli.
— Otóż, jaśnie oświecony panie, nie tylko żem spała, ale śniłam nawet.
— Doprawdy?
— Rzeczywiście. Nie wiem czy i Julija śniła, ale co do mnie, zdawało mi się, że widzę....
— Słuchaj Dubois, sądzę, że to będzie coś interessującego, zawołał książe.
— W miejscu pana opata siedział jakiś oficer, nie zajmowałam się nim wcale i zdaje mi się, że on dla Julii przyszedł.
— Czy słyszysz, moja panno? przerwał Dubois, strasznie ciebie obwiniają, Julija, mniej przytomna, i którą dla zrównoważenia Myszy nazwano Szczurem, milczała rumieniąc się.
— A któż był na mojém miejscu? pytał książę.
— Ach! otóż to właśnie, o czém mówić chciałam, odpowiedziała Mysz. W miejscu gdzie teraz wasza królewska mość usiadłeś, siedział... to jest w śnie moim.
— Rozumie się! zawołał książę.
— Siedział młody i ładny chłopiec, niemający więcéj jak lat piętnaście lub szesnaście, ale taki jakiś dziwaczny, taki niezwyczajny, jakby jaka młoda panienka; tylko, że po łacinie mówił.
— Ach, cóż to ty prawisz, moja Myszko!
— Wreszcie, po całogodzinnéj rozmowie o przedmiotach teologicznych, — po rozprawach bardzo zajmujących o ś. Hieronimie i Augustynie, po uwagach nadzwyczaj światłych o Jansenismie, wystaw sobie wasza królewska mość, śniło mi się, że usypiam.
— Tak dalece, że i teraz śni ci się, że śnisz.
— Nie inaczjé, i to wszystko zdaje mi się być tak powikłanym, żem bardzo ciekawa rozwiązania. Nie mogąc sama przyjść z tém do końca, wiedząc, że żądać tego od Julii byłoby daremném, udaję się więc do waszéj królewskiéj mości, który wielkim jesteś wieszczbiarzem, jak to sam wyrzekłeś, z prośbą o wyjaśnienie tego snu mojego.
— Myszko, mówił książę, nalewając jej znowu kieliszek wina, skosztuj tego na serjo, sądzę żeś spotwarzyła twoje podniebienie.
— Rzeczywiście, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała Mysz wypróżniwszy kieliszek, to wino przypomina mi pewne winko, którego nie piłam jak....
— Tylko w palais-royal?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— A więc, skoroś je tylko w palais royal piła, jest rzeczą pewną: że tam jeno jest takie, nie prawdaż? Bywasz dosyć w świecie, ażebyś téj sprawiedliwości mojéj piwnicy oddać nie miała.
— I oddaję jéj tę sprawiedliwość, jawnie i głośno.
— Skoro więc takiego wina nigdzie niemasz, tylko w palais-royal, więc téż ja, a nie kto inny, to wino tu przysłałem.
— Wasza królewska mość?
— Ja albo Dubois, to to samo. Wszakżeż wiesz, że on ma nie tylko klucze od mojego worka ale zarazem i od piwnicy.
— Klucze od piwnicy, to być może, odważyła się wreszcie panna Julija słówko przemówić, ale co się tyczy worka, to o tém należałoby wątpić.
— Czy słyszysz, Dubois? zawołał rejent.
— Jak to wasza królewska mość musiałeś uważać, to dziecię bardzo rzadko przemawia, ale za to, gdy się odezwie, to jakby ś. Jan złotousty, bo samemi tylko sentencjami. A jeżeli jato wino tu przysłałem, to nie dla kogo innego, tylko dla księcia Orleńskiego.
— Ale ich jest dwóch, wtrąciła Mysz.
— Otóż-to! zawołał książe.
— Syn i ojciec, Ludwik Orleański i Filip Orleański.
— Domyślasz się Myszko, domyślasz!
— Jakto! zawołała tancerka, pokładając się na fotelu i śmiejąc się głośno.
— Jak to! ten młody chłopaczek, ta panienka, ten teolog, Janzenista....
— Idź że sobie!
— Com go to w moim śnie widziała?
— No, tak jest.
— Tam, gdzie wasza królewska mość teraz siedzisz?
— W tém samém miejscu.
— To był księże Ludwik Orleański?
— On sam.
— O, jaśnie oświecony panie, jakżeż jest niepodobien do waszéj królewskiéj mości, i jakżem kontenta, żem się ocknęła.
— Ale ja nie, przemówiła Julija.
— I cóż waszéj królewskiéj mości mówiłem! zawołał Dubois. Ty zaś Julijo, moje dziecię, wartaś tyle złota ile ważysz.
— Więc mnie zawsze kochasz, moja Myszko? pytał rejent.
— Mam słabość do waszéj królewskiéj mości.
— Pomimo snów twoich?
— Czasem nawet właśnie z przyczyny tych snów, jaśnie oświecony panie.
— To nie bardzo jest pochlebném, jeżeli wszystkie sny twoje podobne do dzisiejszego.
— O, niechaj wasza królewska mość nie przypuszcza, ażebym co noc cierpiała na zmorę.
Odpowiedź ta utwierdziła rejenta w tém mniemaniu, że Mysz jest dowcipną dziewczyną. Przerwana wieczerza zaczęła się na nowo i potrwała do godziny trzeciéj z rana. Poczém rejent odwiózł Mysz karetą syna swojego do palais-royal, a Dubois Szczura powozem rejenta do jéj mieszkania.
Zanim się udał na spoczynek, rejent walczący przez ciąg całego wieczora z smutkiem swoim, napisał jeszcze list i zadzwonił
— Bastjanie, mówił do niego, zważaj, by list ten odszedł dziś rano kurjerem nadzwyczajnym i oddanym został do rąk własnych.
List ten był adresowany: Do pani Urszuli, przełożonéj Augustjanek w Clisson.


IV.
CO SIĘ DZIAŁO DWIE NOCY POŹNIEJ O MIL PIĘĆDZIESIĄT OD PALAIS ROJAL.

We dwie nocy po téjże, w któréj rejent tyle doznając zawodów, jeździł z Paryża do Chelles, z Chelles do Meudon, a z Mendon na przedmieście ś. Antoniego, wydarzyła się w okolicach Nantes scena, której najmniejszych szczegółów nie możemy opuścić, by nie zaszkodzić zrozumiałości naszego opowiadania. Przenosimy zatém czytelnika prawem romansisty, na miejsce tegoż wydarzenia.
Na drodze do Clisson, o milę od Nantes, niedaleko klasztoru, sławnego przez pobyt w nim Abelarda, wznosił się dom wielki, czarny, otoczony wysokiemi ciemnemi drzewami, jakiemi Bretanja jest przepełniona. Zarośla przy drodze, zarośla przy ogrodzeniu, gęstwiny okiem nieprzejrzane, przecięte tylko wysoką kratą drewnianą, na któréj był krzyż i która zarazem jedyne wejście stanowiła, otóż to obraz zewnętrzny tego domu. Po za tą kratą był ogród, a w głębi widziano w murze małe, wązkie drzwiczki, wiecznie zamknięte. Z daleka, mieszkanie to odosobnione i posępne, wyglądało jak więzienie pełne smutków i boleści; zbliska, przekonano się, że to był klasztor zaludniony młodemi Augustjankami, oddanemi regule nie bardzo surowéj, zważając na obyczaje bretańskie, lecz bardzo uciążliwéj w porównaniu z Wersalem i Paryżem.
Dom ten był z trzech stron niedostępny; z czwartéj zaś, przeciwnej ode drogi, obmywał staw niewielki podnóże muru; o stóp dziesięć ponad tą powierzchnią wodną, znajdowały się dopiero okna refektarza.
Staw, jako i wszystko w około, był bardzo starannie utrzymywanym; otaczał go płot, zasłoniony niczliczoném mnóstwem trzciny i szerokiemi liśćmi wodnych roślin i kwiatów. Wieczorem mnogie ptastwo zalegało tęż trzcinę, świergocąc wesoło aż do zachodu słońca. Potém, z pierwszemi cieniami nocy, uroczysty zapadał spokój, przechodzący zewnątrz we wnętrze klasztoru; mgła lekka powiała nad wodą, podobna do białego widma unosiła się w mrocznéj przestrzeni, któréj ciszę niekiedy tylko odzywanie się świerszcza, ostry głos puchacza albo ponury i przeciągły krzyk sowy przerywał.
Żelazna krata otwierała się na staw, by dać przejście napływowi wody z małego strumyka. Po drugiéj stronie była takaż sama krata, lecz nie do otworzenia. Przecisnąć się zaś pod nią, płynąc z wodą albo pod wodę, było niepodobieństwem, ponieważ drążki żelazne głęboko w łoże strumienia były zapuszczone.
W lecie widziano wśród trzciny i kwiatów kołyszące się na stawie czółno rybackie. Było ono własnością ogrodnika, który go używał, zarzucając sieć lub wędkę w rybniejszych miejscach, co było jedną z rozrywek dla biednych samotnic klasztoru.
Ale niekiedy także, letnią porą, w noc ciemną, otwierała się krata tajemniczo; jakiś mężczyzna milczący, okryty płaszczem wsiadał w czółno, które, rzekłbyś, iż się samo odhaczyło od żelaznego pręcika kraty, i zwolna, bez najlżejszego szmeru, niby niedostrzeżonym podmuchem pędzone, z cicha podpłynęło do murów klasztoru i zatrzymało się pod jedném z okien refektarza. Wtedy to posłyszano znak umówiony, naśladujący głos świerszcza, wołanie puchacza albo krzyk sowy, i młoda dziewczyna ukazała się w oknie, nie dość gęsto zakratowaném, by z niego jej śliczna, jasno-włosa główka wychylić się nie mogła, ale zbyt wysoko będącém, ażeby młody człowiek w płaszczu, pomimo wszelkich usiłowań, mógł był choć rękę jéj schwycić.
Potrzeba im więc było na cichéj i czuléj poprzestać rozmowie, któréj słów połowę szmer wody i szelest wietrzyka z sobą unosił. Po upłynionéj w ten sposób godzinie, nastąpiły pożegnania, trwające znowu godzinę. Następnie umówiła się młoda para kiedy się znowu zobaczyć mają, i jaki sobie znak dadzą, poczém łódka wróciła tą drogą, jaką była przypłynęła. Krata zamknęła się tak cicho, jak ją poprzednio otworzono. A młodzian, oddalając się, przesłał całus do okna, które młoda dziewczyna z westchnieniem opuściła.
Ale obecnie nie było lato. Jesteśmy, jak już wyżéj powiedziano, na początku lutego, strasznéj zimy r. 1719; piękne gęste drzewa pokrył szron srebrzysty, weseli goście osamotnili trzcinę i zarosłe, szukając cieplejszego nieba lub schronienia. Kwiaty i rośliny leżą zmrożone na zielonawych lodach, przyprószonych śniegiem. I dom czarny przybrał jeszcze żałobniejszą postać, jak zwykle, pokryty białym płaszczem, niby całunem, począwszy od dachu lśniącego się szronem aż do podnóża zasłanego śniegiem.
Więc dzisiaj już niemożna przebyć stawu czółenkiem, bo cała jego powierzchnia zlodowaciała.
A jednakże, pomimo ciemności nocy i ostrego zimna, jakiś jeździec, sam jeden, wyjechał z Nantes, by się błąkać po polach, bo się nie udał drogą wiodącą z Nantes do Clisson, ale wybrał drożynkę po nad kanałem, odbiegającą na kilkaset kroków od wielkiego gościńca. Będąc już na drożynce, jeździec opuścił cugle i dozwolił wolnego biegu wierzchowcowi, doskonałemu koniowi rasowemu, który zamiast biedz naprzód, zwolna postępował i ostrożnie, bo jakkolwiek droga zdawała się być równą jak po stole, przerzynały ją jednakże głębokie koleje, wyboje i kamienie, które śnieg zdradziecko pokrywał. Kawałek drogi wszystko szło dobrze: wiatr, niemogąc przeszkodzić nocnemu jeźdźcowi, szamotał tylko płaszczem jego; nagie drzewa jakby czarne kościo-trupy, pozostawały na prawo i na lewo, a blask śniegu, jedyne światło jakie rozwidniało jego awanturniczą wyprawę, dozwolił mu zaledwie drogę rozpoznać. Jednakże niezadługo, pomimo całéj ostrożności, koń potknął się o polny kamień, poczuwszy cugle powstał natychmiast, ale jeździec dostrzegł, że zakulał. Z razu nie zważał na to i jechał daléj, lecz po chwili kulenie stawało się coraz znaczniejszém, sądząc przeto że może kamyk wcisnąwszy się pod kopyto, dolega koniowi, rycerz z siadł zeń i począł nogę jego opatrywać: dostrzegł że zgubił podkowę i że noga była skrwawioną. Obejrzał się po za siebie i na śniegu dostrzegł także ślady krwi.
Młody podróżny zdawał się być tym wypadkiem nieprzyjemnie dotknięty, i właśnie przemyśliwał nad tém, jakby złemu zaradzić, gdy pomimo gęstego pokładu śnieżnego, posłyszał tentent zbliżających się koni. Nadstawił ucha czyli się nie myli, a przekonawszy się, że kilku ludzi jedzie tąż co i on drogą, i wiedząc że, jeżeli przypadkiem za nim gonią, w kilku chwilach go dopędzą, poradził sobie natychmiast: wsiadł szybko na koń, zjechał z drogi, ukrył się za kilkoma wywróconemi drzewami, dobył szpady z pochwy a pistoletu z olstry, i czekał napaści.
Po chwili nadjechało kilku ludzi, co koń mógł wybiedz, i można było, pomimo ciemności, dostrzedz ich szare płaszcze i białego konia pod jednym z nich. Było ich czterech i jechali w zupełném milczeniu. Nieznajomy ukryty, powstrzymał nawet oddech swój, a koń jego, jak gdyby zrozumiał niebezpieczeństwa, stał nieruchomie jak kamienny. Niesłysząc żadnego szelestu, kawalkada minęła wywrócone drzewa; nieznajomy już przypuszczał, że się pozbył owych nie w porę mu przybyłych natrętów, ktokolwiekby oni byli, gdy ciż przystanęli niespodzianie. Ten, który się zdawał być ich przewódzcą, zsiadł z konia, dobył latarnki z pod płaszcza, zapalił ją i rozjaśnił drogę. Niewidząc już śladów które im dotąd były przewodniczyły, zwrócili się, rozpoznali miejsce, gdzie się jeżdziec samotny był zatrzymał, i zwracając latarkę ku drzewom, z łatwością dostrzegli, pomimo ich nieruchawości i milczenia, człowieka i konia.
Zadzwoniły natychmiast kurki u kilku pistoletów.
— Hola! panowie! zawołał wtedy właściciel skaleczonego konia, odzywając się pierwszy. Któż jesteście i czego chcecie?
— To on! zawołało kilka głosów, nie omyliliśmy się.
Człowiek z latarnką począł się zbliżać ku nieznajomemu.
— Ani na krok bliżej, bo zabiję! krzyknął jeździec. Wymieńcie nazwiska swoje, i to zaraz, bym wiedział z kim mam do czynienia.
— Nie zabijaj nikogo, panie de Chaulay, odpowiedział człowiek z latarnką spokojnym głosem, i schowaj swoje pistolety do olstrów, zawierzaj mi.
— Ach! toś ty, margrabio de Pontcalec? odpowiedział ten, którego nazwano de Chaulay.
— Tak jest, mój panie.
— I cóż tu porabiasz, proszę?
— Chcę zażądać od ciebie niektórych objaśnień, co do twojego postępowania. A więc przybliż się i odpowiadaj, jeżeli łaska.
— To zaproszenie brzmi dziwnie, margrabio, czy nie mógłbyś innych użyć wyrazów, skoro sobie życzysz, bym na nie odpowiedział?
— Przybliż się, Gastonie, mamy rzeczywiście z tobą do mówienia, mój kochany.
— A, to co innego! zawołał Chaulay. Znam twój sposób przestawania, Mont-Louis. Ale wyznaję, żem jeszcze nie nawykł do manie rów pana de Pontcalec.
— Maniery moje są szczere i otwarte, jak przystoi na Bretona, który niema żadnéj tajemnicy dla przyjaciół swoich, mój panie, odpowiedział margrabia, i który z wszelką otwartością jest gotów odpowiedziéć na każde zapytanie, zrobione z takąż otwartością, z jaką on je czyni.
— I ja się przyłączam do pana Mont-Louis, ozwał się jeszcze głos jeden, by prosić Gastona, ażeby nam się po przyjacielsku wytłumaczył. Naszym pierwszym interessem jest, jeżeli się nie mylę, nie rozpoczynać wojny pomiędzy sobą.
— Dziękuję ci, Ducouëdic, odrzekł kawaler; to także jest i mojém zdaniem, i dla tych powodów poddaję się.
I po tych stówach pokoju schował pistolety do olstrów a szpadę w pochew, i zbliżył się do kalwakady, czekającéj, na środku drogi, ostatecznego wypadku powyższej rozmowy.
— Panie do Talhouet, przemówił margrabia de Pontcalec, tonem człowieka, który je sobie przywłaszczył, albo któremu nadano prawo rozkazywania, zważaj by się nikt do nas nie zbliżył, zanim nas o tém uprzedzisz.
Pan de Talhouet począł natychmiast na swojém koniu w dużej przestrzeni okrążać współ-towarzyszy, mając oko i ucho na straży, jak mu to polecono.
— A teraz, mówił dalej Pontcalec, siadając na koń, zgaśmy już latarnkę, bośmy już znaleźli, czegośmy szukali.
— Ależ panowie, ozwał się na to kawaler de Chaulay, pozwólcie sobie powiedziéć, że wszystko co się tu dzieje, bardzo mi się dziwném wydaje. Więc to za mną goniliście, jak się domyślam? Więc mnie szukaliście, jak to sami mówicie? znaleźliście mnie i możecie teraz zgasić latarnkę. Cóż to wszystko znaczy? Jeżeli to ma być żart, przyznam się, że czas i pora nie po temu.
— Nie panie, odpowiedział margrabia de Pontcalec, swoim ostrym i grubém głosem. To nie jest żart ale indagacja.
— Indagacja? zawołał kawaler, marszcząc brwi.
— Tak jest.... raczéj tłumaczenie się tylko, pochwycił Mont-Louis.
— Indagacja czyli tłumaczenie się, mniejsza o to! Okoliczność za nadto jest ważną, ażeby igrać słowami lub badać ich znaczenie. Indagacja czyli tłumaczenie się, wszystko to jedno, powtarzam, ale odpowiadaj na zapytanie nasze, panie de Chaulay.
— Rozkazujesz zbyt surowo, margrabio, wyrzekł kawaler.
— Jeżeli rozkazuję, to widać że mam prawo po temu. Jestemże waszym zwierzchnikiem lub nie?
— Jesteś nim, niezaprzeczenie. Ale to cię nie upoważnia, byś zapomniał o względach, jakie szlachcicowi przystoją.
— Panie de Chaulay, oj panie de Chaulay! te wszystkie trudności, jakie czynisz, bardzo na wybiegi zakrawają. Dałeś słowo być posłusznym, bądźżeż nim teraz.
— Dałem słowo być posłusznym, mój panie, ale nie być służalcem.
— Przysięgłeś słuchać jak niewolnik. Słuchajże teraz, albo poddaj się skutkom twojego nieposłuszeństwa.
— Panie margrabio!....
— Daléjże, mój kochany Gastonie, mów, proszę cię, im prędzéj tém lepiéj. Jedném słówkiem możesz wszelkie podejrzenia uśmierzyć.
— Podejrzenia! krzyknął Gaston, blady i drżący z gniewu, więc wy mnie podejrzywacie?
— Nieinaczéj, podejrzywamy cię, odpowiedział Pontcalec z swoją otwartością surową. Czyliż sądzisz, że nie mając ciebie w podejrzeniu, bylibyśmy gonili za tobą? Niby to dla zabawki tylko, jeszcze w czasie takiéj niepogody!
— O! jeźli tak się ma, margrabio, odrzekł Gaston ozięble, jeżli mnie podejrzywasz, to powiedz o co, słucham.
— Przypomnij sobie szczegóły, kawalerze. Nas czterech zrobiło spisek; nie wzywaliśmy pomocy twojéj, ale sam nam się oświadczyłeś, mówiąc, że prócz ogólnego dobra, by nam dopomódz, masz i własną obrazę do pomszczenia. Czyliż nie tak było?
— Tak, rzeczywiście.
— I przyjęliśmy cię, przyjęli jak brata. Opowiedzieliśmy ci wszystkie nadzieje nasze i zamiary. Co więcéj, na ciebie los przypadł, wymierzenia ciosu najpożyteczniejszego a zarazem i pełnego chwały. Każdy z nas byłby chętnie z tobą się pomieniał: odmówiłeś. Czyliż i to nie prawda?
— Nie wyrzekłes ani słówka, margrabio, któreby świętą prawdą nie było.
— Dzisiaj rano ciągnęliśmy losy. A dziś wieczorem powinieneś być na drodze do Paryża..... I gdzież ciebie znajdujemy? Otóż na drodze do Clisson, gdzie przebywają najzaciętsi nieprzyjaciele niezależności bretonskiéj, tam, gdzie mieszka i marszałek de Montesquiou, wróg nasz główny.
— Ah panie! zawołał kawaler z pogardą.
— Odpowiedz słowami, jasno i otwarcie, a nie owemi pogardliwemi uśmiechami. Odpowiedz, panie de Chaulay, rozkazuję ci.
— Odpowiadaj, Gastonie! zawołali razem Ducouedic i Mont-Louis, odpowiadaj przez miłość Boga!
— I cóż mam wam odpowiedziéć?
— Wytłumacz nam tę twoję częstą, nieobecność od kilku miesięcy; ową tajemnicę, którą się otaczasz, niechcąc dwa razy w tygodniu uczestniczyć naszym nocnym zebraniom. Otóż Gastonie, wyznajemy szczerze, że to wszystko wielce nas niepokoi. Jedno słówko, Gastonie, a zniszczysz tę trwogę.
— I to potwierdza twoją winę, mój panie, żeś się ukrył, zamiast jechać daléj.
— Dla tegom daléj nie jechał, że koń mój się skaleczył. Możecie zobaczyć ślad krwi na śniegu.
— Ale dla czegóżeś się skrył?
— Bo chciałem nasamprzód wiedziéć, kto mnie goni. Nie mamżeż téj saméj przyczyny obawy co i wy, że mnie aresztować mogą?
— Ale dokądżeś jechał?
— Gdybyście byli jechali daléj i śledzili mnie, jak dotąd, bylibyście wiedzieli, że nie do Clisson jadę.
— Ale także i nie do Paryża?
— Panowie, proszę, miejcie zaufanie do mnie i nie zdradzajcie tajemnicy mojéj. Jest to tajemnica młodego człowieka, od któréj nie tylko mój honor lecz i honor jednej jeszcze osoby zależy. Wy nie wiecie jak jestem pod tym względem sumiennym, aż do zbytku może.
— Więc to jest tajemnica miłosna? zapytał Mont-Louis.
— Tak jest, i to tajemnica pierwszéj miłości!
— To tylko wybieg! krzyknął Pontcalec.
— Margrabio! zawołał Gaston z dumą.
— Za nadto błahe jest to coś powiedział, mój kochany, pochwycił Ducouedic. I jakżeż to wierzyć, że masz miłosną schadzkę przy tak strasznéj niepogodzie, że to rendez-vous nie jest w Clisson, gdyż w całéj okolicy niemasz żadnego domu, prócz klasztoru Augustjanek?
— Panie de Chaulay, przerwał z oburzeniem margrabia de Pontcalec, zarzekłeś się na życie swoje, że mnie, jako zwierzchnikowi swojemu, będziesz posłusznym, że się z ciałem i duszą, naszéj świętéj sprawie poświęcisz! Panie de Chaulay, nasze przedsięwzięcie jest niebezpieczném: postawiliśmy na kartę nasze majątki, wolność, życie, i więcéj aniżeli to wszystko, bo honor! Chcesz-że odpowiadać kategorycznie i jasno na zapytania, które ci uczynię w imieniu nas wszystkich, i ażeby odpowiedź twoja wszelkie zniosła wątpliwości? Jeżeli zaś nie, panie de Chaulay, wówczas, daję ci na to moje słowo rycerskie, roztrzaskam ci czaszkę pistoletem, wsparty prawem, jakie mi własnowolnie na twoje dałeś życie.
Głucha i głęboka cisza nastąpiło po tych wyrazach: ani jeden głos nie odezwał się za Gastonem. W milczeniu zwracał on wzrok swój kolejno na przyjaciół, a każdy odwracał od niego oczy.
— Margrabio! przemówił wreszcie Gaston wzruszony, nie tylko, że mnie znieważasz podejrzeniem swojém, ale nadto przeszywasz mi i serce; tego podejrzenia inaczéj nie mogę zniszczyć jak powierzając ci moję tajemnicę. Miejże ją, dodał, i wydzierając kartę z swojego pugilaresu, nakreślił na niéj pospiesznie ołówkiem słów kilka. Trzymam ją w jednéj ręce a w drugą biorę odwiedziony pistolet. Chcesz-że teraz odwołać obelgę, jaką mnie okryłeś? inaczéj, daję i ja moje słowo rycerskie, że sam sobie czaszkę roztrzaskam, a gdy umrę, przeczytasz tajemnicę moję. Wówczas, margrabio, przekonasz się czylim był winny.
I Gaston przyłożył sobie pistolet do skroni, z ową zimną rozwagą, jaka czyn podobny poprzedzać zwykła.
— Gastonie, Gastonie! krzyknął Mont-Louis a Ducouedic za rękę go schwycił. Wstrzymaj się, na Boga! Margrabio, on jest gotów wykonać to, co powiedział. Gastonie! nieprawdaż, ty nie będziesz miał tajemnic dla braci swoich, skoro ciebie w imieniu żon swoich i dzieci zaklną, byś im się odsłonił?
— O, ja przebaczę, zawołał margrabia, przebaczam mu chętnie! a co więcéj, kocham go! On to wie, dali pan! Niechaj nam tylko udowodni niewinność swoję, a gotowym do każdego zadość uczynienia, jakiego on sam zażąda. Ale zanim to nastąpi, do niczego się nie zobowięzuję. On jest młody, sam jeden, nie ma ani żony, ni dzieci, ni matki, którychby szczęście narażał: ryzykuje tylko własne życie. A to życie ceni tyle, ile je ceni każdy, licząc dopiero lat dwadzieścia. Ale wraz z swojém życiem naraża on i nasze.... Jednakżeż, z tém wszystkiém, niechaj tylko jedno słówko wyrzecze, na usprawiedliwienie się swoje, a pierwszy mu objęcie moje otworzę.
— A więc, margrabio, ozwał się Gaston po kilku chwilach milczenia, jedź za mną a zadowolę cię.
— A nas? zapylali Mont-Louis i Ducouedic.
— Jedźcież i wy, moi panowie, jesteście wszyscy rycerzami. I jedno i to samo ryzykuję, czy powierzając mój sekret jednemu albo czterem.
Margrabio! zawołał na Talhoueta, który w tym czasie ciągle był na straży. Talhouet przyłączył się zaraz do nich i udał się za kawalerem, bez uczynienia i jednego zapytania.
Następnie udali się zwolna w dalszą drogę, bo koń Gastona ciągle kulał. Kawaler, jadąc na ich czele, prowadził ich ku klasztorowi. Za pół godziny stanęli nad strumykiem. Na dziesięć kroków od kraty, Gaston się zatrzymał.
— To tutaj! przemówił.
— Tutaj?
— Przy klasztorze Augustjanek?
— Tutaj, panowie. W klasztorze znajduje się młoda dziewczyna, którą kocham od roku, poznawszy ją na processyi Bożego ciała w Nantes. I ona mnie spostrzegła. Poszedłem za nią, śledziłem ją i napisałem list do niéj.
— Ale jakimże sposobem widujesz się z nią? — zapytał margrabia.
— Sto luidorów zjednało mi pomoc ogrodnika. Dał mi drugi klucz od téj kraty. Latem podpływam łódką, aż do murów klasztoru. Na dziesięć stóp od powierzchni stawu jest okienko, przy którem ona mnie czeka: gdyby było widniéj, moglibyście ją tutaj ztąd dostrzedz, ja ją widzę i pomimo ciemności.
— Pojmuję te schadzki letnią porą, ale teraz jest zima i czółno płynąć nie może.
— Niezawodnie, panowie, ale w miejscu łódki, staw dziś zamarznięty, i po lodzie przejść zdołam. Może się załamie podemną i pochłonie mnie. Tém lepiéj, bo i wasze podejrzenia wtedy wraz zemną, jak mniemam, zatoną.
— Spadł mi wielki ciężar z serca, ozwał się Mont-Louis. O mój biedny Gastonie, jakżeś mnie uszczęśliwił! I nie zapominaj, że to Ducouedic i ja, ręczyliśmy za ciebie. Kochany kawalerze! zawołał margrabia, wybacz i chodź mnie uściskać.
— Jak najchętniéj! ależ, margrabio, zniszczyłeś jednę część mojego szczęścia.
— A to jak?
— Niestety! nie chciałem by ktokolwiek wiedział, że kocham. Tyle mi potrzeba złudzenia i odwagi. Bo czyliż to nie dzisiaj mam ją pożegnać na zawsze?
— Kto to wie, mój kochany! Zdaje mi się, że zbyt posępnie spoglądasz na przyszłość.
— Wiem, co mówię, Mont-Louis.
— Jeżeli ci się uda, (a z twoją odwagą, szczerém przedsięwzięciem i krwią zimną, powinno ci się udać), wówczas Frąncya będzie szczęśliwą, staniesz się panem wszystkiego, cokolwiek ci się spodoba.
— Ah margrabio! jeżeli mi się uda, to dla was będzie dobrze. Co do mnie, przeznaczenie moje jest już niecofnioném.
— Dalejże, kawalerze, miej nadzieję. A tymczasem dozwól, byśmy nieco śledzili twoje przedsięwzięcie miłosne.
— Czyliż jeszcze o mnie wątpisz, margrabio?
— Tak jest, kochany Gastonie: ja sam sobie nie ufam, i to jest bardzo naturalnie, bo odkąd mam zaszczyt być waszym przewódzcą, odtąd cała na mnie polega odpowiedzialność. Powinienem więc czuwać nad wami, chociaż pomimo woli waszéj.
— W takim razie, miéj baczność margrabio, bo mnie bardziéj się spieszy, stanąć tam przy tym murze, aniżeli tobie widziéć przeprawę moję. Nie dam ci długo czekać.
Gaston przywiązał konia swojego do drzewa. Otworzył kratę, dzięki desce, która leżąc w poprzek strumyka, mostek stanowiła; szedł ponad ogrodzeniem, by ominąć miejsce, w którem spadek wody przeszkadzał jéj zmarznięciu, i wstąpił na lód, który głucho i przeciągle zatrzeszczał pod jego nogami.
— W imię Boga! krzyknął Mont-Louis, tłumiąc jednakże głos. Gastonie, miéj rozwagę!
— Bogu się oddaję. Patrzaj, margrabio.
— Gastonie! zwołał Pontcalec, ja ci wierzę. Ja ci wierzę, Gastonie!
— Otóż to podwaja moję odwagę! odpowiedział kawaler.
— A teraz, Gastonie, jedno jeszcze słówko: Kiedyż się udasz w podróż?
— Jutro o tym czasie, margrabio, będę już według wszelkiego podobieństwa, o mil kilkanaście na drodze do Paryża.
— Wróćże jeszcze, byśmy cię uścisnęli i pożegnali. Powróć na chwilkę do nas Gastonie!
— Z największą chęcią.
I kawaler wrócił do brzegu, gdzie go kolejno wszyscy uścisnęli, a potém zaczekali jeszcze, dopóki Gaston nie odbędzie swojéj niebezpiecznéj przeprawy, by mu na wypadek potrzeby, natychmiast z pomocą pospieszyć.


V.

Pomimo trzeszczenia lodu, Gaston odważnie szedł naprzód, a im więcéj się zblizał, tém bardziéj biło mu serce, bo coraz jaśniéj rozpoznawał, że staw wezbrał, skutkiem deszczów poprzednich, i że może potrafi dosięgnąć okna, stanąwszy przy murze.
I nie omylił się w tém bynajmniéj. Stanąwszy następnie u celu swojéj wędrówki, zbliżył dłonie jednę do drugiéj i naśladował krzyk sowy. Okno otworzyło się zaraz.
Jako najsłodszą nagrodę za przebyto trudy i niebezpieczeństwa, ujrzał niebawem, niemal tuż obok swojéj głowy, śliczną główkę ukochanéj, gdy rączka ciepła i miękka rękę jego spotkała. To było po raz pierwszy. Gaston ujął tę rączkę i z uniesieniem do ust ją przycisnął.
— Gastonie, więc przybyłeś pomimo mrozu, po lodzie, nieprawdaż? A ja ci w moim liście tego uczynić zakazywałem. Woda zaledwie, że się ścięła dopiero.
— Z twoim listem na sercu, mniemam że dla mnie niemasz niebezpieczeństwa. Lecz cóżeś mi miała powiedzieć, tak smutnego, ważnego? płakałaś?
— Niestety! mój miły, od dziś rana nic innego nie robię.
— Od dziś rana, poszepnął Gaston z smutnym uśmiechem: to jest dziwna! i ja także, i jabym płakał od samego rana, gdybym nie był męzczyzną.
— Co mówisz Gastonie?
— Nic ważnego, moja droga. Ale cóż się z tobą, dzieje? Jakież masz zmartwienie, Heleno! powiedz mi!
— Niestety! jak ci wiadomo, nie od siebie zależę. Jestem biedną sierotą, wychowaną tutaj, i klasztor ten jest dla mnie wszystkiém, moim domem, ojczyzną, całym światem moim. Nie widziałam nigdy matki mojéj, nie znałam ojca mojego! Podobno, że matka umarła a ojciec daleko. Jest jakaś niewidzialna nademną władza, o któréj wie tylko przełożona nasza. Dziś rano, nasza wielebna matka przyzwała mnie do siebie, i ze łzami w oczach oznajmiła mi, że ztąd wyjeżdżać muszę.
— Wyjeżdżać, Heleno? opuszczasz klasztor?
— Rodzina moja mnie przyzywa, Gastonie.
— Twoja rodzina, mój Boże!... Jakież to znowu dla nas nowe nieszczęście!
— Ach tak, Gastonie, to jest nieszczęście, chociaż mi wielebna matka mówiła, że to wielka dla mnie radość. Ale ja byłam szczęśliwą w tym klasztorze, nie żądałam więcéj od Boga, tylko tutaj pozostać, dopóki żoną twoją nie będę. Bóg inaczéj rozrządził. Cóż się stanie zemną?
— I ów rozkaz, który cię ztąd uprowadza?...
— Nie dozwala żadnéj zwłoki, Gastonie.
Niestety! zdaje się, że familija moja jest możną, że jestem córką jakiegoś pana wielkiego. Gdy mi wielebna matka oznajmiła, że mam klasztor opuścić, rozpłakałam się i padłam jéj do nóg. Mówiłam jej, że niczego nie pragnę, tylko przy niéj pozostać. Ale się domyśliła, że ja do tego inny mam powód.
Poczęła mnie pytać, badać... Daruj, Gastonie, czułam potrzebę powierzyć się komuś, coby mnie żałował. I powiedziałam jéj wszystko, Gastonie: że ty mnie kochasz i że ja ciebie kocham. Zataiłam tylko sposób widywania się naszego, bom się bała, by mi nie zabroniono widzieć cię raz jeszcze, pożegnać się z tobą.
— I czyliżeś jéj nie powiedziała, jakie są moje widoki względem ciebie, Heleno? że związany na teraz z pewném towarzystwem, które ma mną rozrządzać przez pół roku, a może i przez rok cały, po upływie tegoż czasu, skoro tylko wolnym będę, złożę u stóp twoich imię moję, majątek i życie.
— Powiedziałam jéj to, Gastonie, i właśnie to mnie naprowadza na myśl, że jestem córką jakiegoś wielkiego pana, bo mi matka Urszula odpowiedziała: »potrzeba byś zapomniała o kawalerze, moja córko, ponieważ rodzina twoja może nie zezwoli na ten związek.«
— Czyliż ja nie należę do jednéj z pierwszych rodzin Bretanii? I jakkolwiek bogaczem nie jestem, to jednakże majątek mój czyni mnie niezależnym. Czyliżeś jej to objaśniła, Heleno?
— Och powiedziałam: Gaston mnie bierze, jako sierotę bez imienia i majątku. Można mnie z nim rozłączyć, matko, ale byłoby straszną niewdzięcznością z méj strony, gdybym go kiedy zapomnieć miała, i nie zapomnę go nigdy!
— Heleno, jesteś aniołem! i ty się nie domyślasz, kto są ci krewni, co cię przyzywają do siebie, i jaki los ci przeznaczają?
— Nie. Jest to podobno głęboka, niedościgła tajemnica, od któréj całe szczęście moje zależy. Lękam się tylko, Gastonie, by ci krewni nie byli wielkimi panami. Bo zdaje mi się, może się mylę.... ale zdawało mi się, że nawet sama przełożona nasza.... mówiła do mnie, nie wiem jak ci to powiedzieć, Gastonie. ale.... mówiła to mnie z pewnym rodzajem uszanowania.
— Do ciebie, Heleno?
— Tak jest.
— To coraz lepiéj! i Gaston westchnął głęboko.
— Jakto, coraz lepiéj? zawołała Helena. Gastonie, czyliż ty się cieszysz z tego.
— Nie, Heleno; ale się cieszę, że znajdujesz w téj chwili rodzinę, gdy możesz utracić przyjaciela.
— Utracić przyjaciela, Gastonie? Nie mam tylko ciebie! Czyliżbym ciebie utracić miała?
— Jestem przynajmniéj zmuszony, pożegnać cię na czas pewien.
— Co mówisz?
— Że przeznaczenie chciało nas we wszystkiém podobnymi do siebie uczynić, i że nietylko ty sama nie wiesz, co cię jutro czeka.
— Gastonie, Gastonie! dziwną jest mowa twoja.
— Heleno! i mnie jakaś przeciwność popycha, któréj winienem być posłusznym; i ja jestem poddany jakiéjś wyższéj i niezłomnéj władzy.
— I ty także? o mój Boże!
— A władza ta, Heleno, może mi rozkazać opuścić cię za tydzień, za dni kilkanaście, za miesiąc.... może mi rozkazać, bym nie tylko ciebie ale nawet i Francją opuścił!
— Ach co ty mówisz Gastonie?
— Że w uniesieniu miłości mojéj, a raczéj z powodu egoizmu mojego, nie śmiałem ci tego pierwéj powiedzieć. Szedłem z zamkniętemi oczyma daléj a daléj. Dzisiaj rano przejrzałem. Muszę cię pożegnać, Heleno!
— I cóż daléj będzie?.... Cóż zamyślasz?.... I cóż się stanie z tobą?
— Niestety! każde z nas ma swoję tajemnicę, Heleno, odpowiedział Gaston, smutno potrząsając głową. Oby twoja nie była tak straszną jak moja, to jest wszystko o co błagam Boga.
— Gastonie!
— Czyliż nie ty pierwsza wyrzekłaś, że się rozstać musimy? Heleno, byłaś pierwszą, coś miała odwagę wyrzec mnie się. O, i bądź błogosławioną za tę odwagę, będzie ona dla mnie przykładem; bo ja, o, bo ja jéj nie miałem!
I po tych słowach, przycisnął znowu do ust ładną rączkę, która ciągle w dłoni jego spoczywała, i pomimo wszelkich usiłowań jakie czynił, by gwałtowny żal stłumić, Helena poczuła, że płakał gorżko.
— O mój Boże, mój Boże! westchnęła, cóżeś my tak złego zrobili, że tyle jesteśmy nieszczęśliwi?
Na ten wykrzyknik, Gaston podniósł głowę.
— Poczekajmy! zawołał, niby sam do siebie mówiąc. Miejmy odwagę i nadzieję! są w życiu naszém takie konieczności, którym niepodobna się oprzeć i uniknąć ich. Poddajmy się tym wyrokom, Heleno, każde ze swéj strony; poddajmy się bez oporu i sarkania, może tém właśnie złe pokonamy losy. Zobaczymysz się jeszcze przed wyjazdem twoim?
— Wątpię: jadę już jutro.
— I którąż drogą?
— Paryską.
— Jakto! dokądże jedziesz?
— Do Paryża.
— Wielki Boże! krzyknął Gaston, wszakżeż i ja do Paryża jadę.
— I ty także Gastonie?
— I ja także! i ja jechać muszę. Myśmy się wzajemnie zwodzili: nie rozstajemy się wcale.
— O mój Boże, Boże! co ty to mówisz, Gastonie?
— Niesłusznieśmy się na opatrzność żalili, i ona mści się na nas, dozwalając nam tego czegobyśmy się nigdy nie byli ośmielili żądać. Nie tylko że się ciągle, w czasie podróży będziem widzieli, lecz zobaczymy się i w Paryżu. Boć i w Paryżu niezupełnie będziemy rozdzieleni. Jakżeż odbędziesz tę podróż?
— Powozem klasztoru, podobno pocztą, ale z długiemi przestankami, bym się zbytecznie nie utrudziła.
— Któż jedzie z tobą?
— Jedna z zakonnic, będzie mi towarzyszyła aż na miejsce i oddawszy w ręce osób, które mnie wyglądają, znowu powróci do swojego klasztoru.
— Więc wszystko idzie jak najlepiéj Heleno. Ja za tobą jadę konno, niby ci zupełnie obcy i nieznany podróżny. Każdego wieczora będziemy z sobą mówili, a jeżeli to się nie uda, to przynajmniej widzieć cię będę. Jesteśmy tylko w połowie rozłączeni, Heleno!
I obojga, z całą ufnością młodego wieku w przyszłość, powitawszy się ze łzami i z skłopotanym umysłem, żegnali się teraz z uśmiechem na ustach i nadzieją w sercu, Gaston przebył również szczęśliwie, jak poprzednio, po zmarzniętéj powierzchni stawu, i dobiegł drzewa, przy którem konia swojego był uwiązał; lecz w miejscu skaleczonego wierzchowca, znalazł konia pana de Mont-Lonis, i, dzięki téj względności przyjaciela, stanął w przeciągu trzech kwandransy w Nantes, nie doznawszy w drodze najmniejszego wypadku.


VI.
PODRÓŻ.

W dalszym ciągu nocy Gaston napisał swój testament, który nazajutrz złożył u notaryusza w Nantes.
Zapisał cały swój majątek Helenie de Chaverny; zaklinał ją, by na przypadek jego śmierci, nie zrzekła się świata, ale raczéj korzystała z pięknego daru życia; prosił ją nadto, by pierwszemu synowi, ponieważ on jest ostatnim rodziny swojéj, nadała imię Gastona.
Następnie poszedł po raz ostatni pożegnać przyjaciół swoich, a nasamprzód p. de Mont-Louis, z którym żył bliżéj, i który go wczoraj, z pomiędzy czterech, najwięcéj ochraniał; oświadczył wielką nadzieją jaką pokłada w dobry skutek całego przedsięwzięcia; otrzymał od Pantcalec’a połowę przełamanego pieniądza złotego i list do kapitana la Jonquiere, korrespondenta spiskowych w Paryżu, a tenże miał go zaznajomić z osobami znakomitemi w stolicy, do których był wysłany. Gaston włożył do walizy całą gotówkę, jaką na teraz posiadał, i w towarzystwie jednego tylko lokaja, nazwiskiem Owen, będącego w usługach jego już od lat trzech, opuścił Nantes. Przyjaciele jego uznali za rzecz konieczną dla uniknięcia podejrzeń, by mu nikt więcéj nie towarzyszył.
Była południowa godzina. Ranek śliczny. Słońce zimowe wspaniale oświecało zaśnieżone pole, połyskujące w promieniach, jego; wisiory lodowe na drzewach zdawały się być djamentowemi skalaktytami, a jednakżeż gościniec był niemal pustym. Gaston ani przed sobą ani po-za sobą nie mógł dojrzeć znanej mu zielonéj karety, którą poczciwe Augustjanki w Clisson, zwykły pensjonarki swoje na łono rodziny ich odsyłać albo znów przywozić. Zwolna jechał daléj, a na młodéj jego twarzy, widać było naprzemian to wesołość, to strapienie, które mu serce ściskało, co zwykle bywa, gdy zapatrujemy się na piękną naturę, strwożeni myślą, że się może już niedługo nią cieszyć będziemy.
Gaston przed wyjazdem z Nantes ułożył się był z przyjaciółmi, że pierwszy jego przystanek będzie w Mans; lecz miał powody ku temu, by się do téj umowy nie stosować. Nasamprzód nie chciał bardzo pospieszać, w czém mu nawet i droga lodami pokryta dogadzała. Przed lokajem swoim udawał jednakżeż pośpiech; ale gdy koń jego dwa razy się pośliznął a wierżchowiec służącego upadł, wyraźną miał przyczynę jechać noga za nogą.
Co do lokaja, temu, zdawało się, że daleko bardziéj się spieszy aniżeli panu jego. Dało się to wprawdzie wytłumaczyć, że jako służący, znał tylko-li trudy podróży, ztąd życzył sobie jak najprędzéj w miejscu stanąć; nadto pragnął poznać Paryż, o którym mu cuda opowiadano, i gdyby był mógł przypiąć skrzydła koniom, byłby to chętnie uczynił.
Gaston wolniutenko jechał aż do Oudon ale pokazało się, że powóz Augustjanek w Clisson jeszcze wolniej się posuwał. W owym czasie ekstrapoczty były bardzo w złym stanie, i potrzeba raczéj było pocztyljona, aniżeli konie, biczem popędzać; inaczéj była to najnędzniejsza furmanka, wcale niepospieszna, zwłaszcza, jeżeli same tylko kobiety podróżowały.
W Oudon kawaler się zatrzymał, stanął w oberży pod Wozem uwieńczonym, bo ztamtąd wychodziły dwa okna na gościniec; nadto dowiedział się także, że właśnie w tym zajeździe stawają niemal wszystkie powozy.
Pod czas gdy mu obiad przyrządzono, a było to około godziny drugiéj z południa. Gaston na balkonie stał jakby na straży, nie spuszczając drogi z oka i na jednę chwilkę. Ale nie dojrzał tak daleko, jak tylko okiem mógł zasięgnąć, oczekiwanéj karety zielonéj.
Zniecierpliwiony pomyślał, że go Helena może wyprzedziła, poskoczył więc do okna, prowadzącego na dziedziniec, by zobaczyć będące tam powozy. Karety zielonéj i tutaj nie było, ale dostrzegł, że lokaj jego z wielkiém zajęciem rozmawia z jakimś człowiekiem w szarym, niby żołnierskim płaszczu. Następnie tenże człowiek dosiadł dobrego konia pocztowego i pomimo śniegu, grudy i lodu, ruszył tak szybko z miejsca, jakby na złamanie karku, znać mu bardzo pilno było. Oddalający się tentent przekonał Gastona, że on drogą ku Paryżowi zdąża.
W téj chwili spojrzał Owen w górę i zobaczył swojego pana; zaczerwienił się mocno, jakby na złym uczynku schwytany, i usiłując pokryć swoje pomieszanie, począł szczotkować wyłogi liberyi i otrząsać śnieg z butów. Gaston go zawołał, a jakkolwiek z widoczną niechęcią, był jednakże posłusznym temu rozkazowi.
— Z kimżeś to rozmawiał? zapytał kawaler.
— Tam z jednym człowiekiem, panie, odpowiedział z miną głupowatą lecz zarazem i pełną złośliwości, właściwą chłopom naszym.
— Bardzo dobrze. Ale któż jest ten człowiek?
— Jakiś podróżny, żołnierz, pytał mnie o drogę.
— O drogę?.... Dokądże jedzie.
— Do Rennes.
— Ale ty nie znasz tej drogi.
— To też pytałem się o nią wprzódy gospodarza.
— A dla czegóż to on sam się o nią nie pytał?
— Pokłócił się z nim przy zapłacie za swój objad i już więcéj z nim mówić nie chciał.
— Ha! pomruknął Gaston.
To wszystko zdawało się być bardzo naturalném, a jednakżeż Gaston posępnie się zamyślił. Owen służył mu w prawdzie wiernie, ależ stryj jego był pierwszym pobojowcem u pana de Monterau, dawnego gubernatora Bretanii, który skutkiem licznych zażaleń został wreszcie zastąpiony przez pana de Montesquieu. I to właśnie stryj ten, tak mu był wiele o Paryżu mówił, tak cudny o nim był obraz skreślił, że Owen gorąco pragnął zwiedzić stolicę, co wszakżeż teraz ziścić się miało.
Po chwilowym namyśle rozproszyły się podejrzenia Gastona co do Owena, i powiedział sobie, że to może jego zamiar, do którego całéj swojéj potrzebował odwagi, czynił go tak podejrzliwym i nieśmiałym, im bardziéj się do celu zbliżał. Jednakżeż pozostała chmurka na jego czole, od chwili gdy dostrzegł rozmawiającego Owena z człowiekiem w szarym płaszczu, a na domiar złego i zielonej karety widać nie było.
Przez chwilkę jednę napadła go myśl, (a wszakżeż i najczystsze serca niekiedy tak naganne mają domysły) że Helena tylko wybiegu użyła, by się z nim rozstać bez kłótni i gniewu; ale niebawem znowu powiedział sobie, że w drodze różne zdarzają, się wypadki a ztąd i opóźnienia. Usiadł więc znowu do stołu, chociaż już był zjadł obiad, co wchodzącego Owena nieco zdziwiło.
— Wina! zawołał Gaston, czując iż mu potrzeba utrzymać się w pewnéj powadze, jak to był poczuł przed chwilą Owen w swojém pomieszaniu.
Owen już był zabrał butelkę, zaledwie napoczętą, i która mu się prawnie należała; z tém większém przeto zdziwieniem spojrzał na pana, zwykle bardzo skromnie żyjącego.
— Wina? powtórzył zdumiony.
— Tak, wina! zawołał zniecierpliwiony kawaler, wina! Chcę pić, i coż w tém dziwnego?
— Nic panie.
I Owen zawołał na chłopca oberkowego, który niebawem drugą przyniósł butelkę.
Gaston wypił jeden kieliszek; nalał sobie drugi i wypił.
Owen wielkiemi na niego patrzał oczyma. Nakoniec sądząc, że to jest jego obowiązkiem (a może i interesem, bo i ta druga butelka z prawa mu się dostać powinna była) przedsięwziął wstrzymać go od dalszego nadużycia, ku któremu zmierzał.
— Panie, przemówił, słyszałem że pić na mrozie bardzo odurza. Zapominasz pan nadto, że mamy długą drogę przed sobą, że im dłużej zabawimy, tém zimniéj będzie, i może nawet koni pocztowych już nie dostaniemy.
Gaston zatopiony w myślach nic na tę uwagę, poniekąd bardzo słuszną, nie odrzekł.
— Pozwól sobie pan powiedzieć, mówił Owen daléj, że teraz już godzina trzecia, a o czwartéj zmierzch zapada.
To nastawanie lokaja zdziwiło Gastona.
— Coś ci się bardzo spieszy, ozwał się przeto, może gdzie masz schadzkę z owym podróżnym, który ciebie o drogę pytał?
— To jest niepodobna, odpowiedział Owen nietracąc miny, bo przecież panu mówiłem, że on do Rennes pojechał, a my jedziemy do Paryża.
Zarumienił się jednakże, spotkawszy bystre spojrzenie swojego pana, i Gaston już miał usta otworzyć, by mu jeszcze kilka pytań zrobić, gdy posłyszał turkot pojazdu od strony Nantes; poskoczył więc do okna i.... ujrzał karetę zieloną.
Na ten widok Gaston zapomniał o wszystkiém, dozwolił Owenowi przyjść do przytomności, a sam szybko wybiegł z pokoju.
Teraz przyszła koléj na lokaja, pobiedz do okna i zobaczyć co jego pana tak zainteresowało. Wybiegł na balkon i zobaczył także ów powóz zielony. Człowiek kapicą nakryty zsiadł z kozła i wysadził z powozu młodą kobietę w czarnym płaszczyku i siostrę Augustjankę. Panie te, żądając oddzielnego pokoju, oświadczyły, że zaraz po obiedzie daléj pojadą.
Ażeby się jednakże dostać do owego oddzielnego pokoju, potrzeba było przejść przez salę, gdzie Gaston niby zupełnie obojętny, stanął przy piecu. Jedno krótkie spojrzenie porozumiało z sobą kochanków, a Gaston mocno się ucieszył, poznawszy w człowieku zakapturzonym ogrodnika, od którego klucz miewał od kraty. Było to w obecnych okolicznościach bardzo szczęśliwym wypadkiem.
Gaston miał tyle władzy nad sobą, że mu dozwolił przejść bez zatrzymania go; ale gdy ogrodnik powrócił i ku stajni się udał, pospieszył za nim, by go się wypytać, lękając się, ażeby on z Oudon zaraz do klasztoru nie powrócił.
Został, po pierwszém zaraz słowie, zupełnie zaspokojonym w tej mierze: ogrodnik miał obiedwie kobiety odprowadzić aż do Rambouillet, gdzie się Helena zatrzymać miała, a potém z siostrą Teressą do Clisson wrócić; tak rozkazała przełożona, by siostrę samą jednę na niebezpieczeństwa długiéj drogi nie narażać.
W końcu téj rozmowy, która się odbyła we drzwiach stajni, Gaston podniósł oczy i dostrzegł że go Owen z kolei teraz śledzi. Ta ciekawość jego lokaja bardzo mu się nie podobała.
— Cóż ty tam robisz? zapytał kawaler.
— Czekam na rozkazy pańskie.
Nic w tém nie było dziwnego, że znudzony bezczynnością lokaj wyglądał przez okno. Gaston tylko czoło zmarszczył.
— Czy znasz tego chłopaka? zapytał następnie ogrodnika.
— Owena, służącego pańskiego? wyrzekł zdziwiony tém zapytaniem. Zapewne go znam, toćżeśmy z jednych okolic.
— Tém gorzéj! poszepnął Gaston.
— O, to jest dobry i poczciwy chłopiec.
— Mniejsza o to! ale mu nie mów i słówka o pannie Helenie.
Ogrodnik przyrzekł milczeć. A wszakżeż i on w tém był interessowany, by o jego stosunkach z kawalerem nic nie wiedziano. Bo gdyby odkryto, że mu klucza od kraty pożyczał, zapewne by go oddalono, a posada ogrodnika w klasztorze Augustjanek, bardzo była zyskowną dla tego, co z niéj umiał korzystać.
Gaston powrócił na salę, gdzie zastał czekającego nań Owena. Potrzeba mu było wydalić go ztamtąd, kazał mu więc iść konie osiodłać.
Ogrodnik tymczasem nacierał na pocztyljonów, i dokazał tego, że zaledwie wyprzężono konie, a już znowu założono świeże. Powóz więc był gotów, i po chwili podróżne nasze, posiliwszy się skromnym objadem, bo to było w dzień postu, przebiegły powtórnie salę. U drzwi zastały Gastona z odkrytą głową, gotowego by im podać rękę przy wsiadaniu. Tego rodzaju grzeczności młodych mężczyzn dla dam, były bardzo zwyczajne w owym czasie, z resztą i Augustjance Gaston nie był zupełnie obcym. Przyjęła więc grzeczności jego nietylko bez zżymania się, ale mu nawet uprzejmym podziękowała uśmiechem. Wsadziwszy siostrę Teressę, miał Gaston prawo ofiarować usługi swoje i Helenie, więc dopiął tego czego pragnął.
— Panie, konie już osiodłane, ozwał się Owen za kawalerem.
— Dobrze, wypiję jeszcze kieliszek wina, a potém daléj w drogę.
Gaston po raz ostatni ukłonił się paniom, gdy powóz ruszył z miejsca; on zaś wbiegł do pokoju i kazał sobie podać trzecią butelkę wina, na wielkie zdziwienie Owena, bo i druga również jak pierwsza zniknęła: powiedzieć tu należy, że Gaston z tych trzech butelek ani trzech całych kieliszków nie wypił.
Tém nowém zatrzymaniem się przy stole, zyskał Gaston znowu kwadrans czasu, poczém, niemając już żadnego powodu pozostania dłużej w Oudon, i spiesząc się teraz niemal tyle co Owen, dosiadł szybko konia i w dalszą puścił się drogę.
Nie ujechali jeszcze ćwierć mili drogi, gdy na zakręcie gościńca, dostrzegli zieloną karetę, pod którą lód się załamała koła głęboko w kolejach zagrzęły. Pomimo usiłowań ogrodnika i zaklęć pocztyijona, którym liczne towarzyszyły razy wymierzone biczem na biedne szkapiny, kareta ani drgnęła z miejsca.
Ten wypadek był prawdziwym darem nieba dla Gastona, bo przecież nie mógł kobiet w takiém położeniu będących odstąpić? I ogrodnik powitał w Owenie swojego współziomka, który go pod kapicą nie był od razu poznał. Więc co tchu obydwaj zeskoczyli z konia; że zaś poczciwa siostra Augustjanka wielce się lękała, otworzono drzwiczki od karety i obiedwie panie z niéj wysiadły; potém, skutkiem połączonych starań Gastona, Owena i ogrodnika, kareta niebawem wydźwigniętą została. Panie znowu wsiadły, i wszyscy w dalszą udali się podróż, Znajomość taką, przysługą rozpoczęta, wielce korzystną była dla Gastona, i gdy noc zapadać poczęła, siostra Teressa nieśmiało zawołała kawalera: czy też droga jest bezpieczną? biedna Augustjanka, nieopuszczająca nigdy swojego klasztoru, mniemała, że złodzieje zalegają gościńce. Gaston pod tym względem niezupełnie ją zaspokoił, ale jéj oświadczył, że ponieważ droga ich jest jedna i ta sama, i że i one mają się zatrzymać w Ancenis, przeto wraz z swoim służącym będzie im towarzyszył.
Ta ofiara, którą uważała za najwyższą grzeczność i którą bez najmniejszego wahania się przyjęła, wielce uspokoiła siostrę Teressę.
W czasie téj komedyi, Helena doskonale odegrała swoję rolę, co dowodzi, że każda młoda dziewczyna, choćby i najnieuczńsza, prosta i niewinna, ma w sobie pewien zaród do udawania, oczekujący tylko chwili sposobnéj, by się rozwinąć.
Jadąc daléj do Ancenis, droga stawała się coraz węższą, śliską i wywrotną, Gaston więc jechał tuż obok karety, co dozwoliło siostrze Teressie z łatwością kilka zapytań mu zrobić. Dowiedziała się zatem, że on się nazywa de Livry, jest bratem najulubieńszéj pensjonarki Augustjanek, która opuściwszy klasztor, zaślubiła przed trzema laty p. de Mont-Louis. Z tych więc powodów nie widziała nic niewłaściwego w przyjęciu eskorty i usługi kawalera, czemu Helena, rozumie się, bynajmniej przeciwną nie była.
Zatrzymano się w Ancenis, jak było naprzód umówioném. Gaston z równąż grzecznością i względami wysadził je znowu z powozu. Ogrodnik potwierdzi! to wszystko, co Gaston o pannie de Livry był powiedział, tak, że siostra Teressa nic podejrzywać nie mogła; wyznała nawet, że kawaler ten jest bardzo przyzwoity, grzeczny i skromny, bo ile razy się do nich zbliża lub oddala, zawsze im się głęboko ukłoni.
Nazajutrz także, bardzo się ucieszyła, gdy w chwili wsiadania do powozu, ujrzała go już na koniu wraz z lokajem swoim. Szybko na ich widok z konia zeskoczył i ze zwykłą sobie galanterją, ofiarował znowu usługi swoje i pomógł im wsiąść do karety. Uskuteczniając to, poczuła Helena, że jéj bilecik w rękę wsunął. Jednym rzutem oka zapewniła go, że wieczorem będzie miał odpowiedź.
Droga dzisiaj gorszą jeszcze była aniżeli wczoraj, i ciągła pomoc niezbędną, a zatém Gaston i na mgnienie oka nie odstąpił karety. Co chwila, to albo koło zatarło się w kolei, i Gaston musiał dopomódz ogrodnikowi, by je wyważyć; to znowu pod górę jazda była trudna i panie musiały wysiąść. To też i poczciwa Augustjanka nie miała słów na okazanie wdzięczności swojej Gastonowi.
— Mój Boże, cóżbyśmy były poczęły, mawiała do Heleny, gdyby nam Pan Bóg tego poczciwego rycerza nie był na ratunek zesłał!
Wieczorem, zanim do Angers dojechali, zapytał ich Gaston w którym hotelu myślą stanąć. Augustjanka poradziła się tabliczki, na któréj wszystkie miejsca zanotowane były, gdzie się zatrzymać miały, i odpowiedziała, że pod Złotą broną. Przypadek zdarzył, że w tymże samym hotelu i kawaler zamierzył nocować; wysłał więc naprzód Owena, by zamówił pokoje.
Przybywszy na miejsce, otrzymał Gaston, wysadzając Helenę, mały bilecik, który w czasie obiadu była napisała. Dziecię już zapomniało o wszystkiém, co sobie byli powiedzieli owéj nocy przez okno: mówiła mu tylko o ich wzajemnej miłości, jak gdyby ona wiecznie potrwać miała; pisała o ich spólném szczęściu, jak gdyby ono nie razem z ich podróżą skończyć się miało!
Gaston przeczytał ten liścik z głębokim smutkiem. On się nie łudził, i patrzał się na przyszłość pełen rozpaczy. Przykuty przysięgą swoją do spisku, wysłany do Paryża, by straszną wypełnić missją, uważał obecne chwile szczęśliwe, tylko jako odwłokę nieszczęścia; ależ to nieszczęście straszne i niczém nie wstrzymane istniało ciągle, i miało ich wkrótce niechybnie dosięgnąć.
Ale były i takie chwile, w których o wszystkiém zapominał, to jest, gdy jechał obok karety albo podawał rękę Helenie idącéj pod górę. W tedy to tak czule rozmawiały ich oczy, że aż serca ze zbytku szczęścia topniały. Były to wyrazy przez nich tylko zrozumiane, zawierające przysięgę wiecznéj miłości! Były to uśmiechy anielskie, ukazujące chwilami otwarte niebo Gastonowi. Raz po raz wychylała młoda dziewczyna z karety śliczną główkę, niby to przypatrując się dolinom i wzgórzom; ale Gaston dobrze wiedział, że to nie doliny i pagórki, choćby i najładniéjsze, nadawały jéj oczom ów cudny wyraz tęschnoty.
Rzeczy tak stanęły, że Caston miał tysiąc powodów, nie oddalać się i na chwilkę jednę od karety. Były to dla biedaka jedyne, pierwsze a może i ostatnie zabłyski szczęścia. Gorzko niekiedy zasarkał na swój los nieszczęsny, że poznawszy, urok szczęścia po raz pierwszy w życiu, ma je niebawem utracić na zawsze: zapominał, że on sam rzucił się do tego spisku, który go może na wygnanie lub pod miecz katowski zaprowadzić. A nie było środka, by zejść z téj drogi zguby, gdy tymczasem ujrzał inną, któraby go wprost do szczęścia była powiodła. Prawda, że wtedy, kiedy się zaciągnął do tego związku, nie znał jeszcze Heleny, był sam jeden na świecie, miał dopiero lat 22 i mniemał, że świat mu zaprzecza wszystkiego, że go niemiłosiernie z wszelkich uciech życia wydziedziczył. Dnia jednego ujrzał Helenę, i świat mu się ukazał, jakim jest rzeczywiście: pełnym obietnic dla tego, który umie czekać na ich spełnienie się, i pełnym nagród dla tego, który na nie zasłużył[2]. Ale już była zapóźno: już się był zapuścił tak daleko, że cofnąć się nie mógł. Musiał więc iść naprzód i dojść do wytchniętéj sobie mety, szczęśliwéj lub nieszczęsnéj, lecz to pewna, że zawsze trudnéj i niebezpiecznéj.
Ztąd też i wszystko dwoisty dla niego miało urok, czy to lekkie uściśnienie ręki, czy pół słówko, westchnienie, albo też muśnięcie go po twarzy wełnianéj sukienki Heleny, gdy do powozu wsiadała.
Przy tekiém zajęciu zapomniał naturalnie o Owenie i podejrzeniach swoich, które była zrodziła chwila złego humoru i które szybko uleciały, jak owe nocne ptaki, gdy słońce zajaśnieje. Gaston przeto nie dostrzegł, że wciągu drogi, pomiędzy Oudon a Mans, Owen dwa razy jeszcze z podobnymi ludźmi, jak był tamten pierwszy, rozmawiał, i którzy także drogą do Paryża pojechali.
Owen zaś, niebędąc zakochanym, widział wszystko co się dzieje pomiędzy Gastonem a Heleną.
W miarę jednakże jak się posuwali, Gaston stawał się coraz posępniejszym, bo już swojego szczęścia nie liczył na dni, lecz na godziny: tydzień już im ubieżał w podróży, i choćby jeszcze wolniej jechali, zawsze kiedyś ta podróż skończyćby się musiała. A gdy w Chartres zapytany oberżysta siostrze Teressie odpowiedział: »Jeżeli trochę pospieszycie to staniecie jutro w Rainbouillet« — Gastonowi się zdawało, że wyrzekł: »Jutro rozłączycie się na zawsze«
Helena dostrzegła jak głębokie wrażenie te wyrazy sprawiły na Gastonie, bo tak pobladł, że aż pobiegła ku niemu i zapytała, czyli nie zasłabł. Gaston ją smutnym zaspokoił uśmiechem.
Ależ i w sercu Heleny zrodziło się pewne zwątpienie. Niestety! biedne dziecię kochało, tak jak kobiety kochać zwykły, to jest: z całą siłą, a raczéj z całą słabością swoją, by wszystko miłości swojéj poświęcić. Nie pojmowała, ażeby Gaston, jako mężczyzna, nie mógł był zwalczyć przeciwności losu, która ich rozdzielała. Jakkolwiek w mury klasztorne nie przeciśnie się żadna z owych szkodliwych książek, romansami nazwanych, to jednakże możnaby przypuścić, że rąk Heleny doszły jakie tomy Kleili albo Wielkiego Cyrusa, i z nich to wyczytała, jak sobie rycerze i dziewice w owych czasach w podobnym wypadku radzili, to jest: uciekając od prześladowców swoich i szukając jakiego szanownego pustelnika, któryby ich przed krzyżem drewnianym, przy kamiennym ołtarzyku zaślubił. Często jeszcze potrzeba było wyrwać młodą dziewicę z rąk jéj prześladowców, przekupić strażników, rozbić mury, poprzebijać czarnoksiężników i olbrzymów, co jednakże wszystko dokonaném zostało, na wielką chwałę zakochanego rycerza. Tutaj zaś obeszłoby się bez tego wszystkiego: nie było straży do przekupienia, ani mułu do rozbicia, bo drzwiczki u karety otwierały się z łatwością; niepotrzeba było dnego czarnoksiężnika przebijać ni też olbrzyma, a ogrodnik nie był bynajmniéj strasznym i podobno już naprzód do wszystkiego gotowym, skoro i klucz od kraty dawał.
Helena nie pojmowała więc, że Gaston tak łatwo ulegał wyrokom opatrzności, i byłaby raczéj wolała, ażeby im się w czemkolwiek był opierał.
Biedaczka pod tym względem niesłusznie go posądziła: i po jego głowie podobne krążyły myśli i dręczyły go nie mało! W spojrzeniu młodéj dziewczyny wyczytał, że potrzebowałby tylko jedno słówko wyrzec a poszłaby zanim na koniec świata. Miał dużo złota w swojéj walizie. Któregokolwiek wieczora Helena, zamiast iść na spoczynek, niespostrzeżona mogłaby zejść na dół. Wsiedliby do powozu, przy którym założonoby prawdziwie dobre konie pocztowe, i pojechaliby sobie tak szybko, jak jadą ci wszyscy, co płacić umieją. Za dwa dni przebyliby granicę, uszliby wszelkiej pogoni, byliby wolni i szczęśliwi, nie na jednę godzinę, nie na dzień, miesiąc albo rok cały, lecz na całe życie.
Ale jedno małe słówko opierało się temu wszystkiemu, kilka połączonych z sobą literek, pełnych wielkiéj myśli dla jednych a dla drugich żadnéj niemającéj wartości. Słówkiem tem był wyraz honor!
Gaston zobowiązał się honorem swoim czterem ludziom honoru; imiona ich były; Pontcalec, Mont-Louis, Ducouëdic i Talhouet. Byłby shańbionym, gdyby słowa nie dotrzymał.
I postanowił znieść nieszczęście swoje w całéj jego rozciągłości, a danego słowa dotrzymać; ale ile razy to zwycięztwo odniósł nad sobą, tyle razy poczuł ból straszny, dotkliwy w sercu.
Byłoto w jednéj z owych chwil walki i zwycięstwa, gdy Helena na niego spojrzała i przestraszyła się zblednięcia jego: bo gdy siebie zwyciężył to zbladł.
Helena spodziewała się, że tegoż samego wieczora Gaston coś stanowczego przedsięweźmie albo przynajmniéj wyrzecze, bo to już byt ostatni wieczór, ależ nad jéj spodziewanie Gaston nic nie przedsiębrał i milczał, Z ściśnioném przeto sercem i z zalanemi oczyma udała się na spoczynek, przekonana, że Gaston jej tyle nie kocha, ile ona jego.
Omyliła się, bo Gaston się nawet nie położył tej nocy, a nazajutrz był tak bladym i zrozpaczonym, jak jeszcze nigdy.
Z Charles, gdzie kochankowie tak smutną i łzawą noc przepędzili, udali się do Rambouillet. W Chartres, Owen znowu rozmawiał z jednym, z owych szarych płaszczy, którzy, niby strażnicy rozstawieni byli po drodze, i weselszy jak kiedykolwiek, że już tak blisko jest Paryża, dalszą przyspieszył podróż.
W jednéj z wiosek przystanęli, by śniadać, i śniadanie odbyło się milcząco i smutno. Augustjanka dumała, że wieczorem już uda się napowrot do swojego kochanego klasztoru; Helena rozmyśliwała, że gdyby Gaston teraz cóś chciał przedsięwziąść, już byłoby zapóźno. A Gaston marzył, że już tego wieczora pozbawionym zostanie towarzystwa ukochanéj i połączy się z gronem ludzi tajemnych, nie znanych mu, do których go jakieś straszne dzieło na zawsze przykuto.
Około godziny trzeciéj z południa, stanęli przy tak Stroniem wzgórzu, że potrzeba było wysiąść. Gaston podał rękę swoję Helenie a ogrodnik wspierał kroki Augustjanki. Kochankowie szli więc obok siebie. Helena milczała, lecz łzy jéj lica zalały; Gaston mniemał, że mu boleść piersi rozsadzi.
Pierwsi stanęli na wysokości wzgórza, długą chwilę pierwéj aniżeli Augustjanka i ogrodnik, i dojrzeli, tuż przed sobą na widokręgu, wieżę a w około niéj liczne domy, jakby owce cisnące się do swojego pasterza.
Było to Rambouillet. Nikt im tego nie powiedział, ależ oboje od razu odgadli. Gaston, więcéj przygnębiony, bo nie płakał, pierwszy przerwał milczenie.
— Tam! zawołał, wskazując wieżę i domy, losy nasze rozdzielą się może na zawsze. O Heleno! zaklinam cię, zachowaj pamięć o mnie, i cokolwiek się stanie, nie złorzecz mi!
— Mówisz mi tylko rozpaczliwe wyrazy, mój kochany, odrzekła Helena. Potrzebuję odwagi, a ty, zamiast mnie wesprzeć, odbierasz mi ją jeszcze i serce rozdzierasz. Czyż mi nic nie masz do powiedzenia, coby mnie choć trochę pocieszało? Teraźniejszość jest straszną, wiem o tém; ale czyż i przyszłość jest tak straszną? Przyszłość nasza obejmuje lat wiele a więc i nadziei wiele. Jesteśmy młodzi, kochamy się, i czyż nam żaden nie pozostaje środek, by obecną złą dolę pokonać? O Gastonie! ja w sobie tyle czuję mocy, że gdybyś mi powiedział.... ależ jestem szalona, bo to ja sama tylko cierpię, i sama tylko pocieszam!
— Rozumiem cię, Heleno, przemówił Gaston, potrząsając głową, Ty chcesz tylko przyrzeczenia, nic więcéj, nie prawdaż? Powiedz więc, nie jestem-że bardzo nieszczęśliwy: bo nie mogę ci nic przyrzekać!... Każesz mieć nadzieję: ja rozpaczam. Gdybym miał do rozrządzenia, nie mówię latami dwudziestu, lub dziesięcioma, ale jednym rokiem tylko, oddałbym ci go chętnie i byłbym aż nadto szczęśliwy. Ależ tak nie jest: w chwili gdy się rozłączymy, utracisz mnie a ja ciebie. Od jutra nienależę już do ciebie.
— Nieszczęsny! krzyknęła Helena, więc mnie oszukałeś, mówiąc że mnie kochasz? Więc jesteś zaręczony z inną kobietą?
— O biedna moja! odrzekł Gaston, pod tym względem mogę, cię przynajmniéj zaspokoić: nie mam innéj kochanki, jak ciebie; nie mam innéj narzeczonéj tylko ciebie.
— A więc możemy jeszcze być szczęśliwi. Gastonie, a jeżeli wyjednam zezwolenie na połączenie się nasze u familii mojéj?
— Heleno, czyż nie widzisz, że każdy twój wyraz rozdziera mi serce?
— Powiedz-że mi przynajmniéj cośkolwiek:
— Heleno, są obowiązki, od których uchronić się niepodobna, są więzy, których zerwać niemożna!
— Ja żadnych nie uznaję! zawołała młoda dziewczyna. Chcą mi dać rodzinę, majątek, imię.... A ja, Gastonie, wyrzecz jedno słówko a wszystko dla ciebie porzucę. Dla czegóż byś ty cóś podobnego dla mnie uczynić nie miał?
Gaston pochylił głowę i milczał. W téj chwili i Augustjanka nadeszła; że zaś zmrok zapadać zaczął, więc nie dostrzegła zmienionych twarzy obojga.
Kobiety wsiadły znowu do powozu, ogrodnik zajął miejsce na koźle, a Gaston i Owen wskoczyli na koń, i ruszyli dalej ku Rambouillet.
O pół mili od miasta, Augustjanka przyzwała sama Gastona, który się natychmiast do drzwiczek karety zbliżył.
Otóż chciała mu zrobić uwagę, że może ktoś na spotkanie Heleny wyjedzie i że obecność obcych twarzy, a zwłaszcza mężczyzn, mogłaby być źle uważaną. Gaston toż samo już był pomyślał, ale nie miał odwagi, by się z tém odezwać. Przystąpił na krok bliżéj: Helena oczekiwała czegoś, miała jeszcze nadzieję. I jakąż-to nadzieję biedna jeszcze mieć mogła? sama tego nie wiedziała. Że może boleść popchnie Gastona do jakiéjś ostateczności!.... Ale Gaston tylko głęboko się skłonił, podziękował paniom, że dozwoliły, by im towarzyszył, i chciał się oddalić.
Helena nie była zwyczajną kobietą, widziała, że Gaston ma śmierć w swojém łonie.
— Jest-że to pożegnanie tylko do zobaczenia się? zapylała odważnie.
Młody człowiek zbliżył się drżący.
— Do zobaczenia się! odpowiedział, jeżeli pani łaskawie pozwolisz.
I szybkim oddalił się truchtem.


VII.
JEDEN POKÓJ W HOTELU POD TYGRYSEM KRÓLEWSKIM, W RAMBOUILLET.

Gaston się oddalił, nie powiedziawszy i słowa o środkach widywania się ich i gdzie zostawać będzie, lecz Helena sądziła, że to właśnie jest rzeczą mężczyzny, tém się zająć. Ścigała go oczyma, dopóki w ciemnościach nocy nie zniknął; w kwadrans późniéj, stanęli w Rambouillet.
Tutaj dobyła Augustjanka papierek z swojéj szerokiéj kieszeni i przy świetle latarni, umieszczonéj przy drzwiczkach powozu, przeczytała.
»Pani Desroches, w hotelu pod tygrysem królewskim«
W téjże chwili nadbiegła kobieta, która już była na nie w jednym z pokojów hotelu czekała; przystąpiła do powozu, ukłoniła się z poszanowaniem i pomogła paniom wysiąść z karety. Poprowadziła je następnie, poprzedzona lokajem niosącym dwie latarnie malowane, ciemnym chodnikiem. Otworzono drzwi do bardzo ładnéj sieni. Pani Desroches usunęła się prosząc Helenę i siostrę Teressę, by weszły. I po chwili już siedziały na wygodnéj sofie, grzejąc się przy żwawym ogniu kominkowym.
Pokój, w którym bawiły, był duży, ładny, i pięknie umeblowany. Gust z epoki wielkiego króla, nie doszedłszy jeszcze czasów kapryśnéj mody, zwanéj dzisiaj rococo, we wszystkiém był widoczny. Co się zaś tycze architektury, ta była w stylu poważnym i smutnym. Duże zwierciadła w złoconych ramach wisiały nad kominkiem i naprzeciwko kominka; piękny pająk z świecznikami złoconemi spuszczał się od sufitu; dwa lwy złocone podpierały kratę kominkową.
Czworo drzwi prowadziło z tego salonu:
Pierwszemi weszły podróżne nasze.
Drugie prowadziły do sali jadalnéj, która była ogrzana, oświetlona i stół w niéj nakryty.
Trzecie wychodziły do sypialnego pokoju, bardzo skromnie przybranego.
A czwarte były zamknięte.
Helena podziwiała te wszystkie okazałości, jako też i milczenie służących, ich wyraz spokojny i pełen uszanowania, tyle różny od wesołych twarzy usłużnych oberżystów, widzianych w drodze. A Augustjanka, szepcząc swoje benedicite, spoglądała pożądliwie na stół zastawiony, winszując sobie w duszy, że to nie był dzień postny.
Po chwili, pani Desroches, która była towarzyszyła do salonu dwom podróżnym a potém zostawiła ja same, weszła doń po raz drugi, przystąpiła do Augustjanki i oddała jéj list, który zakonnica z wielkim otworzyła pospiechem.
Zawierał on co następuje:
»Siostra Teressa może przenocować w Rambouillet albo tego wieczora jeszcze do klasztoru wracać, jeżeli zechce. Odbierze dwieście luidorów, jako dar Heleny dla jéj kochanego klasztoru. Następnie odda swoją pensyonarkę w ręce pani Desroches, która jest zaszczycona zaufaniem krewnych Heleny.«
U spodu listu, gdzie zwykle podpis się kładzie, był jakiś znaczek, który siostra porównała z pieczątką listu, przywiezionego z sobą z Clisson: były zupełnie zgodnie z sobą.
— Dalej-że, kochane dziecię, ozwała się po chwili, pożegnamy się z sobą po wieczerzy.
— Jakto! czy już? zawołała Helena, którą już tytko siostra Teressa z jéj ubiegłą przeszłością łączyła.
— Tak, moje dziecię. Ofiarowano mi w prawdzie, bym dziś jeszcze tutaj nocowała, ale wolę ja co rychléj wracać: tęschnię za naszym ukochanym domem w Bretanii, gdzie mi wszystko jest na ręku i gdzie do mojego szczęścia, tylko ciebie teraz nie stanie, kochane dziecię.
Helena rzuciła się z płaczem na szyję poczciwéj zakonnicy: przypomniały jéj się młode lata, tak mile śród przychylnych sobie towarzyszek spędzone, czy to, że im przełożona poleciła tę względność dla niéj, czyli też, że rzeczywiście na nią zasłużyła. W cudném wyobrażeniu myśli, którego nauka nigdy wytłumaczyć nie potrafi, widziała zieloną grabinę, staw przejrzysty, słyszała dzwonków srebrzyste odgłosy, i całe to życie, które obecnie było już tylko dla niéj jakby snem ubiegłym, przesunęło się w jasnych i żywych barwach przed jej zamkniętemi oczyma.
I siostra Teressa gorącemi zalewała się łzami, żal jéj nawet apetyt odebrał, i zabierała się do odjazdu nie posiliwszy się jeszcze. Pani Desroches przypomniała im dopiero, że wieczerza na stole, dodając: że skoro szanowna siostra zamierza na noc całą puścić się w drogę, to się powinna w przody posilić, bo wszystkie oberże będą zamknięte i nic nie dostanie do jadła, aż chyba jutro rano. Prosiła ją zatém, ażeby cośkolwiek spożyta albo przynajmniéj z sobą na zapas wzięta.
Rozumowanie tak logiczne przekonało siostrę Teressę, usiadła więc przy stole i wezwała Helenę do swojego towarzystwa. Helena umieściła się na przeciwko niéj, ale nic do ust wziąść nie mogła. Zakonnica zjadła nieco owocu i wypiła pół kieliszka wina hiszpańskiego: następnie wstała, uścisnęła znowu Helenę, która ją chciała do powozu odprowadzić, ale pani Desroches zauważyła, że hotel był przepełniony podróżnymi, i byłoby niewłaściwie, gdyby wychodziła z pokoju i narażała się na ich spojrzenie.
Helena chciała widzieć się jeszcze z ogrodnikiem, i on prosił, by ją mógł pożegnać, lecz mało się tém życzeniem jego zajmowano. Jednakżeż gdy Helena tego zażądała, kazano go zawołać i pożegnać tę, któréj według wszelkiego podobieństwa już więcej zobaczyć nie miał.
W chwilach ważniejszych w życiu, a Helena była właśnie w takiéj chwili, wszystko wyższą przybierze postać i więcéj mówi do serca. Z tąd też i owa stara zakonnica i ten biedny ogrodnik, byli dla niej obecnie najszczerszemi przyjaciółmi. Żegnała ich z wielkim żalem, przywoływała ich jeszcze, gdy już wychodzili, polecając jednéj współ-towarzyszki swoje a drugiemu kwiaty; rzuciła mu i kilka spojrzeli wymownych wdzięcznością, względnie do owego klucza od kraty na stawie.
Pani Deroches spostrzegła, że Helena czegoś napróżno w kieszeni swojéj szuka.
— Czy pani czego potrzebujesz? zapytała jéj.
— Tak jest, radabym, człowiekowi temu dała jaki upominek.
Na to pani Deroches wręczyła jéj dwadzieścia pięć luidorów, które Helena nie przeliczywszy ich w cale, ogrodnikowi w rękę wsunęła. Datek tak wspaniały i niespodziany zwiększył łzy jego i żale.
Ależ potrzeba było rozstać się. Drzwi się zamknęły za niemi. Helena poskoczyła do okna: okiennice były zamknięte i nic widzieć nie mogła. Nadstawiła ucho, słyszała turkot powozu; turkot coraz bardziéj się oddalał, ucichł, i Helena upadła na krzesło.
Pani Deroches przystąpiła do niéj, mówiąc jéj, że jakkolwiek przy stole siedziała, to jednakże nic nie spożyła. Helena przyzwoliła raz jeszcze pójść do stołu, nie ażeby głodną była i zjeść coś chciała, ale spodziewała się dziś jeszcze mieć od Gastona wiadomość, i pragnęła na czasie zyskać.
Wezwała panią Deroches, by obok niéj przy stole usiadła, ale nowa jéj towarzyszka, uskuteczniła dopiero to żądanie, gdy je Helena raz drugi powtórzyła. Lecz pomimo próśb i nalegań nic do ustnie wzięła.
Po wieczerzy wskazała pani Deroches Helenie jéj pokój sypialny, mówiąc:
— Pani zadzwonisz, gdy będziesz potrzebowała usługi, bo zaraz obok czeka pokojowa na rozkazy; a że pani dziś jeszcze będziesz miała wizytę....
— Wizytę? przerwała Helena zdziwiona.
— Tak jest, jednego z krewnych pani.
— I czyż to ten sam krewny, który czuwa najemną?
— Czuwa nad panią od chwili urodzenia.
— O mój Boże! zawołała młoda dziewczyna, przyciskając ręką serce. I przyjdzież on pewno?
— Sądzę, tak, bo mu bardzo spieszno widzieć panią.
— O mój Boże! poszepnęła Helena, zdaje mi się, że zemgleję.
Pani Desroches dobiegła i ujęła ją w swoje ramiona.
— Czyliż się pani obawiasz, zobaczyć tego, który panią kocha?
— To nie z obawy tylko z wzruszenia. Nie uprzedzono mnie, ażeby to już dziś nastąpić miało, i ta wiadomość, na którą nie byłam przygotowaną, odurzyła mnie zupełnie.
— Winnam pani powiedzieć, że osoba ta musi się osłaniać największą tajemnicą.
— Dla czegóż-to?
— Zakazano mi odpowiedzieć na to pytanie.
— Ale mój Boże, cóż znaczą, te wszystkie przezorności w obec mnie, biednéj sieroty?
— Są one nieodzowne, wierzaj mi pani. Nasamprzód nie zobaczysz twarzy téj osoby, bo gdybyś ją pani przypadkiem gdzie spotkała, nie powinnaś jéj poznać.
— Więc przyjdzie w masce?
— Nie pani, ale pogasimy wszystkie światła.
— Więc zostaniemy w ciemności?
— Tak jest.
— Ale pani będziesz przy mnie, nieprawdaż?
— Tego mi wyraźnie wzbroniono.
— Któż taki?
— Taż sama osoba, która panią odwiedzi.
— Więc jej pani bezwarunkowo musisz być posłuszną?
— Winnam jéj więcéj aniżeli posłuszeństwo, bo najwyższy szacunek.
— Więc to jest osoba znakomita?
— Jeden z najpierwszych panów Francyi.
— I ten pan wielki jest moim krewnym?
— Najbliższym.
— O moja pani, nie zostawiaj mnie w niepewności pod tym względem!
— Już miałam honor powiedzieć pani, że na pewne pytania odpowiedzieć mi nie wolno.
I pani Desroches chciała się oddalić.
— Pani odchodzisz?
— Zostawiam panią przy tualecie.
Pani Desroches skłoniła się głęboko, z wyrazem wysokiego poszanowania, i cofając się tyłem ku drzwiom wyszła, i zamknęła je za sobą.


VIII.
GIERMEK W LIBERTI JEGO KRÓLEWSKIEJ MOŚCI REJENTA.

Gdy to, cośmy wyżéj opisali, działo się w pawilonie pod Tygrysem królewskim, siedział w innym pokoju tegoż hotelu, przy ogniu kominkowym mężczyzna, otrząsający zaśnieżone buty i odwiązujący sznurki szerokiego pugilaresu.
Człowiek ten był ubrany w liberją myśliwską giermków książąt Orleańskich: w suknie czerwone ze srebrem, spodnie skurzane, wysokie buty, kapelusz trojrogaty z srebrnemi galonami. Miał oko żywe, nos długi, kończasty i obsypany chrostami, czoło wypukłe i napiętnowane otwartością, któréj przeczyły wąskie, ściśnione usta; przeglądał starannie, rozłożone przed sobą papiery, któremi pugilares był zapchany.
Człowiek ten skutkiem nałogu właściwego sobie, mówił, czyli mruczał, sam do siebie; czasami nawet wydał jaki wykrzyknik albo zaklęcie, raczéj należące do myśli, które po jego głowie krążyły, a nie do szeptanych wyrazów.
— A więc, pan de Montorau mnie nie oszukał, mówił, i otóż moi Bretończykowie przy pracy! Ale cóż u licha tak długo w drodze robił?.... Wyjechał 11-go w południe a przybył dopiero 21-go o godzinie 6-téj wieczorem!... Ha! to jest nowa jakaś tajemnica, którą mi pewnie wytłumaczy ów chłopak, rekomendowany mi przez pana de Montorau, a który w ciągu całéj drogi miał schadzki z moimi ludźmi. Jest tam kto?
I człowiek w czerwonej liberyi zadzwonił srebrnym dzwoneczkiem, i jeden z owych dostrzegaczy na drodze z Nanieś, okryty szarym płaszczem, wszedł do pokoju i skłonił się.
— Achł tyżeś-to, Lecoq? zapytał człowiek w czerwonéj sukni.
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie, interes wielkiej wagi, więc wolałem osobiście wszystko uskutecznić.
— Wypytałeś-że się ludzi, rozstawionych po drodze?
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie, ale oni nic więcéj nie wiedzą, prócz miejsca popasów. A zresztą nie mieli i innego polecenia.
— Potrzeba, ażebym się czegoś więcéj od tego lokaja dowiedział. Jakiż to człowiek?
— Jeden z owych niby to głupowatych złośliwców, w połowie Breton w połowie Normandczyk, ladaco, jedném słowem.
— Gdzież on jest teraz?
— Usługuje przy wieczerzy swojemu panu.
— Czyż go umieszczono, jak kazałem, w tym pokoju na dole.
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie.
— W pokoju bez firanek?
— Tak jest.
— I zrobiłeś otwór w okiennicy?
— Zrobiłem, jaśnie wielmożny panie.
— Dobrze. Przywołaj mi tego sługę a sam bądź na zawołanie.
— Będę tuż obok.
— Dobrze.
Człowiek w czerwonéj sukni wyciągnął z kieszonki zegarek wielkiéj wartości, i zobaczył która godzina.
— Pół do dziewiątéj, wymówił. O tymże czasie jego królewska mość powróci z st. Germain i każę zawołać Dubois. A gdy odpowiedzą, że Dubois niemasz, zatrze ręce i nabierze ochoty jaką niedorzeczność zrobić. Zacieraj sobie ręce, jaśnie oświecony panie, jak ci się tylko podoba. Nie w Paryżu to gnieździ się niebezpieczeństwo, lecz tutaj. Zobaczymy, czy i teraz będziesz się jeszcze wyśmiewał z mojéj policyi tajnéj. Ot, i mój człowiek!
W téj chwili Lecoq wprowadził Owena.
— To ów człowiek! powiedział zamykając drzwi za sobą.
Owen stał przy drzwiach, drżąc cały. A Dubois, zakryty płaszczem, że mu tylko wierzch głowy widać było, przeszywał go swojemi tygrysiemi oczyma.
— Zbliż się, mój kochany, ozwał się do niego. To uprzejme wezwanie było wyrzeczone tak cierpkim głosem, że Owen chciałby obecnie być o sto mil oddalonym od tego człowieka, co na niego tak dziwnym patrzał się wzrokiem.
— A cóż, mówił Dubois daléj, widząc że on się nie zbliża, czyś mnie nie zrozumiał, hultaju?
— Zrozumiałem, jaśnie panie.
— I dla czegóż nie słuchasz?
— Nie wiedziałem, że to mnie jaśnie pan zaszczyciłeś tém wezwaniem, bym się zbliżył.
I Owen przystąpił bliżéj.
— Dostałeś pięćdziesiąt luidorów, byś mi prawdę powiedział? mówił Dubois daléj.
— Z przeproszeniem jaśnie pana, odpowiedział Owen, odzyskując w ciągu powyższego pytania zwykłą swoje śmiałość, nie dostałem ich jeszcze.... tylko mi je obiecano.
Dubois dobył garść złota z kieszeni, odliczył sztuk 50, i postawił je przed sobą w kształcie stosu, drżącego zlekka i pochylonego na jedną stronę.
Owen patrzał się na to złoto z takim wyrazem, który zdawał się być zupełnie obcy jego zwykle zamglonemu i posępnemu spojrzeniu.
— Oho! pomyślał Dubois, on jest chciwy.
Te pięćdziesiąt luidorów wydawały się Owenowi zawsze, jakby bajeczną i nieprawdo-podobną obietnicą; zdradził swojego pana, nie spodziewając się otrzymać ich, ale że ich pragnął. I teraz owa złota obietnica leżała przed jego oczyma.
— Czy mogę je wziąść? zapytał, wyciągając rękę.
— Zaczekaj jeszcze chwilkę, odpowiedział Dubois, bawiąc się tą chciwością, którąby człowiek miejski był niezawodnie potrafił ukryć, a którą, wieśniak tak jawnie pokazał. Zrobimy nowy układ.
— Jaki?
— Tutaj masz te 50 luidorów obiecanych.
— Widzę je, odpowiedział Owen, i obliznął się, jak pies przy pieczeni.
— Uczynię ci kilka pytań. Za każdą rozumną i ważną odpowiedź, dodam ci dziesięć luidorów, jeżeli zaś odpowiedź będzie niedorzeczna i śmieszna, odciągnę dziesięć luidorów od tych pięćdziesięciu.
— Owen wielkie zrobił oczy, bo mu się zdawało, ze układ ten może być bardzo dowolnie zastosowanym.
— Więc pogadajmy, zaczął znowu Dubois. Z kądżesz jedziesz?
— Z Nantes.
— Z kim?
— Z kawalerem Gastonem de Chaulay.
Te pytania były oczewiście tylko przygotowawczemi, bo stosik złota pozostał ten sam.
— Uważaj-że! mówił Dubois, wyciągając wychudłą rękę ku luidorom.
— Słucham jaśnie panie.
— Czy pan twój pod swoim jedzie nazwiskiem?
— Zmienił je dopiero w drodze.
— I jakież przybrał?
— De Livry.
Dubois dodał dziesięć luidorów, ale że stos już był za wielki, by się utrzymać, zrobił więc z niego dwa.
Owen aż krzyknął z radości.
— Oh! Oh! zawołał Dubois, nie ciesz się przedwcześnie, jeszcześmy nie skończyli. Czy jest w Nantes jaki pan de Livry?
— Nie panie, ale była tam panna de Livry.
— Cóż to za panna?
— Żona p. de Mont-Louis, wielkiego przyjaciela mojego pana.
— Dobrze! wyrzekł Dubois, dodając znowu 10 luidorów. I cóż twój pan robił w Nantes?
— Robił to co i inni młodzi panowie: polował, rąbał się, chodził na bal.
Dubois cofnął dziesięć luidorów. Po Owenie dreszcz śmiertelny przebiegł.
— Cóż tedy więcej robił?
— Otóż w nocy, czasem dwa lub trzy razy na tydzień wyjeżdżał, i niewracał jak o 3-éj lub 4-éj z rana, wyjechawszy z domu o 8-éj wieczorem.
— Dobrze. Ale dokądże jeździł?
— A, co tego, to niewiem.
Dubois ciągle trzymał owe 10 luidorów w ręku.
— A w czasie drogi, cóż robił?
— Jechał na Oudon, Ancenis, Mans, Nogent i Chartres.
Dubois wyciągnął rękę i kończaste jego palce znowu 10 luidorów schwyciły.
Owen wydał głuchy jęk boleści.
— Czyż w drodze z nikim się nie poznajomił?
— Ach! z młodą pensjonarką Augustyanek w Ciisson, która podróżowała z jedną zakonnicą, zwaną siostra Teresa.
— A jakżeż się nazywała ta pensjonarka?
— Panna Helena de Chaverny.
— Helena! to imię wiele obiecuje. I zapewne to ta ładna Helena jest kochanką twojego pana?
— Alboż ja wiem, jaśnie panie, nic mi o tém nie mówił.
— Jesteś pełen dowcipu! zawołał Dubois, zdejmując znowu dziesięć luidorów.
Pot zimny oblał czoło Owena. Jeszcze cztery takie odpowiedzi, a zdradził pana swojego bez najmniejszego zysku.
— I te panie z nim do Paryża jadą?
— Nie, jaśnie panie, one zatrzymują się w Rambouillet.
— Ach!
Ten wykrzyknik zdawał się być dobrą przepowiednią dla Owena.
— A siostra Teresa nawet już odjechała.
— To wszystko małéj jest wagi, ale nie należy się zniechęcić początkujących.
I znowu dołożył 10 luidorów.
— Więc ta młoda dziewczyna sama się została?
— Nie, jaśnie panie.
— Jakto, nie?
— Jakaś pani z Paryża na nią czekała.
— Pani z Paryża?
— Tak jest.
— Wiesz jéj nazwisko?
— Słyszałem, jak ją siostra Teresa nazwała pani Desroches.
— Pani Desroches! krzyknął Dubois i nowy ułożył stosik z 10-ciu dukatów.
— Tak jest, odpowiedział Owen z rozjaśnioną twarzą.
— Jesteś tego pewien?
— Co u licha, nie mam tego być pewien! jest to kobieta wysoka, chuda, żółta.
Dubois znowu dodał dziesięć luidorów.
A Owen żałował, że nie zrobił przedziału pomiędzy każdym przymiotem pani Desroches: stracił wyraźnie dwadzieścia luidorów na pośpiechu.
— Duża, chuda, żółta, to ta sama, powtórzył Dubois.
— Czterdzieści lat, a może i czterdzieści pięć, dodał Owen, czekając na ten raz daremnie.
— To ta sama, powtórzył Dubois, dodając znowu 10 luidorów.
— Ubrana w suknię jedwabną w wielkie kwiaty, mówił Owen daléj, chcąc ze wszystkiego korzystać.
— Dobrze, już dobrze.
Owen przekonał się, że badający go, już dosyć wiedział o téj kobiecie.
— I ty mówisz, że pan twój poznał się z ową panienką w drodze?
— To jest, teraz, kiedy rozważam, zdaje mi się, że to zaznajomienie się w drodze tylko komedją było.
— Co mówisz?
— Musieli się już znać dawniéj, i pewnie to na nią pan mój przez trzy godziny czekał w Oudon.
— Dobrze, mówił Dubois, dodając znowu 10 luidorów, będzie coś z ciebie.
— Już jaśnie pan nic więcéj wiedzieć nie chce? zapytał Owen, wyciągając rękę po dwa złote stosiki.
— Zaczekaj jeszcze. Ta młoda dziewczyna zapewne jest ładna?
— Jak anioł!
— I pewnie się z sobą zmówili, twój pan i ona, że się w Paryżu zobaczą?
— Nie, jaśnie panie, przeciwnie, bo zdaje mi się, że się z sobą pożegnali na zawsze.
— Pewnie nowa jaka komedja.
— Wątpię, bo p. de Chaulay bardzo był smutny.
— I nie mają się już widzieć?
— Podobno raz jeszcze, a potem już nigdy.
— Weź-że swoje pieniądze, ale jeżeli słówko o tém piśniesz, to w dziesięć minut potem umrzesz.
Owen rzucił się na te ośmdziesiąt luidorów, które w mgnieniu oka znikły w głębokościach jego kieszeni.
— A teraz mogę już sobie iść w świat, nie prawdaż?
— Iść w świat? ośle, bynajmniéj! Od, dzisiaj należysz już do mnie, bom ciebie kupił, a szczególniéj w Paryżu będziesz mi potrzebnym.
— A, to zostanę, jaśnie panie, odpowiedział Owen, wzdychając. Przyrzekam to jaśnie panu.
— Nie potrzebujesz przyrzekać. Idź teraz.
W téj chwili ukazał się we drzwiach, Lecoq, z twarzą, na któréj najwyższe pomieszanie widoczném było.
— I cóż tam nowego? zapytał Dubois, umiejąc czytać w twarzach.
— Rzecz bardzo ważna. Ale niech jaśnie wielmożny pan tego człowieka oddali.
— Wracaj do twojego pana, ozwał się Dubois do Owena, a jeżeli do kogo pisać będzie, przypomnij sobie, żem bardzo ciekawy poznać jego pismo.
Owen szczęśliwy z udzielonéj mu wolności, skłonił się i wyszedł.
— A i cóż tam, panie Lecoq? zapytał Dubois. Słucham.
— Nić więcéj, jaśnie wielmożny panie, tylko że jego królewska mość, po skończoném polowaniu w St. Germain, zamiast powrócić do Paryża, raczył odesłać swoję służbę a siebie kazał zawieść do Rambouillet!
— Do Rambouillet! rejent przybywa do Rambouillet?
— Będzie tu za pół godziny, i byłby już tutaj, gdyby go na szczęście niebyt głód zmusił wstąpić do pałacu i coś przekąsić.
— I po cóż tu przyjeżdża?
— Nic nie wiem, ale może to z powodu owéj młodéj dziewczyny, która tylko co przybyła i zajęła pokoje w pawiljonie hotelu.
— Masz słuszność, Lecoq, to on dla niéj przyjeżdża.... Tak, pani Desroches, nie może być inaczéj!.... Czy wiesz, że pani Desroches jest tutaj?
— Nie, jaśnie panie.
— I czyliżeś pewny tego, że on tu przyjedzie? Nie fałszywyż to raport, mój kochany?
— O, jaśnie wielmożny panie wysłałem za jego królewską mością naszego Liveillé, a co on powie, to tak jakby ewangielija.
— To prawda, odrzekł Dubois, któremu zdawało się, że doskonale zna przymioty tego, którego chwalono. Jeżeli to Leveillè powiedział, to i wątpić niemożna.
— Dowodem tego, że biedny chłopak schwacił swojego konia, który padł pod nim, gdy do Rambouillet wjeżdżał, i już się więcej nie podniósł.
— Trzysta luidorów za tego konia! niechaj on zarobi na tém, ile może.... Mój kochany Lecoq, ty znasz położenie tego pawiljonu, czy nie tak?
— Znam je doskonale.
— Jakież ono jest?
— Z jednéj strony wychodzi na dziedziniec hotelu a z drugiéj na małą pustą uliczkę.
— Potrzeba rozstawić ludzi przebranych za masztalerzy, za stajennych, jak tam zechcesz, i to w dziedzińcu i na tej małej uliczce, by nikt więcéj, prócz mnie i jego królewskiéj mości, nie mógł wejść do pawilonu.... Panie Lecoq, chodzi tu o życie jego królewskiéj mości.


IX.
O POŻYTECZNOŚCI PIECZĄTEK.

— Ty znasz naszego Bretona? zapytał Dubois Lecoq’a.
— Widziałem go jak z konia z siadał.
— A twoi ludzie, znająż go?
— Wszyscy. Widzieli go w drodze.
— Dobrze, polecam ci go.
— Czy go aresztować?
— Broń Boże, p. Lecoq, niech sobie jedzie i robi co mu się spodoba. Potrzeba mu zostawić otwarte pole do działania. Gdybyśmy go teraz aresztowali, nie przyznałby się do niczego i cały spisek by upadł przed dojrzeniem. Broń Boże, niechaj pani konspiracja raczéj porodzi.
— I cóż ma porodzić? zapytał spoufalony Lecoq.
— Moję mitrę arcybiskupią, p. Lecoq. A teraz wracaj do swoich zatrudnień, bo i ja się zajmę mojemi.
I obydwaj opuścili pokój i szybko zeszli po wschodach. W bramie się rozstali: Lecoq wybiegł na miasto i pospieszał ulicą Paryzką, a Dubois mknął się przy murze i zapuścił swój wzrok lynksa przez otwór w okiennicy.
Gaston właśnie skończył wieczerzę, bo w jego wieku, chociaż zakochany i strapiony, musiał jednakże dług oddać naturze. I tylko osoby, mające słaby żołądek, w roku dwudziestym piątym życia wieczerzy nie jedzą.
Oparty o stół zadumał się. Światło lampy całkiem na jego twarz padało, co wielce dogadzało spostrzeżeniom Dubois.
Przypatrywał on mu się z uwagą szczególną i zatrważającą. Jego bystre oko rozszerzyło się, ironiczne usta skrzywiły się w uśmiech złowrogi. I ktokolwiekby zdybał ten uśmiech i to spojrzenie, pomyślałby. że widział szatana, który, w ciemnościach śledził jednę z ofiar, idącą, wprost na zgubę swoję.
I patrząc tak, mruczał sobie jak zwykle:
— Młody, piękny, oko czarne, usta dumne: to jest Brutus. Ten jeszcze niezepsuty, jak nasi spiskowi Celamary, słodkiem oczkowaniem dam dworskich. Ale on téż wcale inaczéj zmierza do celu, gdy tymczasem tamci, plotli tylko o detronizowaniu, uwiezieniu.... Bajki to wszystko! Ale ten tutaj.... Diable! A jednakże, mówił dalej po chwilowéj pauzie, nadaremnie szukałbym przebiegłości na tém czole otwarłem, albo machiawelizmu w zagięciu tych ust, wyrażających tylko zaufanie i prawość. Lecz niemasz żadnéj wątpliwości: ułożono wszystko, by ująć rejenta przy jego rendez-vous z ową dziewicą z Clisson. Niechżeż mi kto teraz powie, że Bretończycy mają tępe głowy.
— Nie, mówił znowu dalej po chwilowem badaniu Gaston, nie, to nie to, otóż jeszczem wszystkiego nie pojął. Jest niepodobieństwem, ażeby ten młody człowiek, smutnego lecz pełnego spokoju wejrzenia, miał za kwandrans zabić człowieka, a jeszcze jakiego człowieka! Rządcę Francyi, pierwszego księcia krwi! Nie, niepodobna, taka krew zimna byłaby niepojęta.... A jednakżeż tak jest. Rejent tai przedemną tę swoję nową miłostkę, przedemną, który mu wszystko powierzam! Poluje w St. Germain, głośno powiada, że na noc powróci do palais-royal, a potém cofa ten rozkaz i każę się wieść do Rambouillet. W Rambouillet ta młoda dziewczyna się zatrzymuje; przyjmuje ją pani Desroches. Na kogóż tu czeka, jeżeli nie na rejenta? A ona jest kochanką kawalera!.... Ale jestże ona na prawdę kochanką jego? Będziemy to wiedzieli.... otóż i nasz przyjaciel Owen, który schowawszy swoje 50 luidorów, przynosi swojemu panu atrament i papier. Będzie pisał. W to mi graj! dowiemy się przecież coś pewniejszego. A teraz, zobaczmy, jak dalece możemy liczyć na tego łajdaka lokaja.
I opuścił swoje obserwatoryum, drżąc z zimna, bo, jak wiadomo, czas był mroźny.
Przystanął na wschodach i czekał. Z miejsca, gdzie się ukryć potrafił w cieniu, mógł widzieć drzwi od pokoju Gastona.
Po chwili téż drzwi się otworzyły i Owen wyszedł: przystanął chwilkę w progu, obracając list w ręku na wszystkie strony; potém jakby powziąwszy jakieś postanowienie, szybko wszedł po wschodach.
— Dobrze! mówił Dubois, skosztował zakazanego owocu, i teraz jest moim.
Poczem zatrzymał Owena.
— Dobrześ się spisał, wymówił, dajże teraz ów list, który mi przynosisz, i zaczekaj tutaj.
— Z kądżeż jaśnie pan wiesz, że ja list przynoszę? zapytał Owen zdumiony.
Dubois ruszył ramionami, wziął z rąk jego list i zniknął.
Wróciwszy do swojego pokoju, Dubois przypatrzył się pieczęci. Kawaler niemając ani laku ni pieczątki, zlepił list lakiem od butelki i przycisnął go pierścieniem.
Dubois potrzymał list przez chwilę nad świecą, i pieczęć się rozpuściła.
Otworzył list i przeczytał:
»Najdroższa Heleno. Twoja odwaga podwoiła moję; zrób tak, ażebym mógł wnijść do domu, a dowiesz się o moich zamiarach«
— Ach, ach! wyrzekł Dubois, więc ona ich nie zna dotąd. A, to rzeczy nie zaszły jeszcze tak daleko, jak mniemałem.
Potém wybrał z pierścieni swoich jeden z podobnym kamykiem, jak ten którego kawaler był użył, i przycisnął nim list.
— Masz, mówił do Owena, oto jest list twojego pana. Oddaj go i przynieś mi odpowiedź! A za to dostaniesz znowu dziesięć lujdorów.
»Czyż on ma minę złotą»? pomyślał sobie Owen i spiesznie wyszedł.
Po dziesięciu minutach powrócił z odpowiedzią. Była na cienkim, pachnącym papierze, zapieczętowana literą H.
Dubois otworzył skrzyneczkę, wyjął z niej jakąś massę, na któréj pieczęć odcisnął; lecz w czasie tego zatrudnienia spostrzegł, że list tak był złożony, iż go bez otworzenia przeczytać było można.
— To wygodniéj, pomruknął, przegiął papier i przeczytał:
»Osoba, która mnie sprowadziła z Bretanii, przybywa na spotkanie moje; ma być bardzo niecierpliwą poznać mnie, dla tego w Paryżu poczekać nie chciała. Przychodź jutro o godzinie dziewiątéj; powiem ci wszystko, co będzie zemną mówiła, a potém naradzimy się, co nam czynić wypada.«
— Ot to! wyrzekł Dubois, zajęty ciągle tą myślą, że Helena jest spólniczką kawalera, ot to cokolwiek wyraźniéj. Jeżeli w ten sposób wychowują Augustjanki w Clisson swoje pensjonarki, pokłonię się za to przełożonéj. A jego królewska mość, sądząc ją według jéj lat szesnastu, myśli że to niewiniątko. Pożałuje on: ja lepiéj wybierać umiem. Masz twoje dziesięć luidorów wraz z listem, zwrócił się do Owena. Widzisz jak cię wynagradzam.
Owen schował dziesięć luidorów i list zabrał. Poczciwiec tego wszystkiego nie pojmował i pytał sam siebie, co to dopiero będzie w Paryżu, kiedy już na przedmieściu taka manna złota na niego spada.
W téj chwili uderzyła godzina dziesiąta, i z ostatniém uderzeniem spiżowém, złączył się głuchy turkot pojazdu, zbliżającego się szybko. Dubois stanął przy oknie i widział powóz, który u drzwi hotelu się zatrzymał. W powozie rozpierał się jakiś bardzo przyzwoity jegomość, i Dubois w nim poznał na pierwszy rzut oka p. La Fare, kapitana gwardyi jego królewskiéj mości.
— Rozsądniejszy, aniżelim myślał. Ale gdzież sam jest?.... Aha! zawołał, zobaczywszy giermka w takiéj saméj liberyi, jaką on na sobie szerokim płaszczem zakrywał, a który na pysznym rumaku hiszpańskim jechał za powozem. Dubois poznał, że go dopiero co dosiadł, bo piękny wierżchowiec wcale nie był zmęczony, gdy tymczasem konie u karety pomimo mrozu pokryte były pianą.
Powóz zatrzymał się przed hotelem, i wszystko biegło na usługi La Fara, który nadymając się swoją powagą, głośno zażądał oddzielnego pokoju i wieczerzy. Tymczasem giermek zsiadł z konia, rzucił cugle na ręcę pazia, i prosto poszedł do pawiljonu.
„Dobrze, mówił Dubois, to wszystko jest tak przejrzyste, jak woda strumyka, spadającego ze skały. Ale dla czegóż figura kawalera przy tém nie pokazała się wcale? Zobaczymy! Wasza królewska mość możesz być spokojnym, nie myślę przeszkadzać słodkiemu rendez-vous. Ciesz się ową niewinnością, któréj pierwsze wystąpienie, tak wiele obiecuje. Ach! jaśnie oświecony panie, widać że masz wzrok krótki!«
W czasie tego monologu, Dobois zszedł na dół i stanął przy obserwatoryum.
W chwili, gdy zbliżył oko do otworu w okiennicy, Gaston kładł bilecik Heleny do pugilaresu, który następnie starannie do kieszeni schował, a potém powstał.
— Ach do kroćset szatanów! zawołał Dubois, wyciągając instynktowo swoje szpony, lecz zamiast Gastona napotkał niemi tylko mur goły. Do kroćset szatanów! ten pugilares chciałbym mieć, opłaciłbym go drogo! Ach, ah, zabiera się wyjść; przypasuje szpadę, szuka płaszcza. Dokądże idzie? zobaczymy.... Chceż on czekać na jego królewską mość u drzwi? Nie, nie, o mój Boże, nie, nie wygląda on na człowieka, który idzie zabić drugiego; i raczéjbym myślał, że dziś wieczór pójdzie tylko odgrywać rolę zakochanego Hiszpana pod oknami piękności swojéj. Gdybyć miał tę myśl, to może....
Niepodobna określić uśmiechu, który w téj chwili przebiegł po twarzy Dubois.
— Tak, ale gdybym przy wykonaniu tego zamiaru, otrzymał jakie porządne pchnięcie szpadą? śmiałby się zemnie jaśnie oświecony pan. Ależ co tam! nasi ludzie pilnują, a zresztą, kto nic nie ryzykuje, nic nie ma.
I zachęcony tém przysłowiem, Dubois okrążył szybko hotel i wybiegł z drugiéj strony na uliczkę, gdy właśnie Gaston z przeciwnéj się ukazał. Wyraz spokojny i smutny twarzy Gastona, zdawał się potwierdzać, że tylko wyszedł, by się przejść pod oknami kochanki swojéj.
Dubois się nie omylił, bo przy wstępie na uliczkę, spotkał zaraz Lecoq’a, który poleciwszy zaufanemu Leveillè wnętrze, stanął zewnątrz na straży: w dwóch słowach uwiadomił go, co czynić zamyśla.
Lecoq wskazał mu palcem jednego z ludzi swoich, leżącego na progu drzwiczek, wychodzących na uliczkę, gdy drugi, siedzący na jakimś słupie, brzdąkał na drumli, jak to często czynią wędrowni muzykusi, żebrzący po hotelach; trzeci zaś był tak dobrze ukryty, że go nigdzie nie dostrzeżono.
Dubois, zakryty aż pod oczy, i pewien natychmiast pomocy, posunął się daléj. Zaledwie że zrobił kilka kroków naprzód, spostrzegł kogoś na drugim końcu uliczki i pomyślał, że to może jest ten, którego szuka.
I rzeczywiście, że przechodząc obok niego, Dubois poznał kawalera. Co się zaś tycze Gastona, ten zajęty myślami swojemi, nie uważał kto go mija, i może nawet nie spostrzegł, że się ktoś z nim skrzyżował.
To nie dogadzało Dubois; chciał on kłótni, i widząc, że tamten jéj nie szuka, sam z nim zacząć przedsięwziął.
Nawrócił więc, stanął przed kawalerem, który się właśnie zatrzymał, by śledzić okna od mieszkania, zajmowanego przez Helenę:
— Hę, przyjacielu! zawołał głosem ochrzypłym, cóż tu robisz przed tym domem, i o téj godzinie?
Gaston spuścił oczy z nieba na ziemię, i myśl jego pełna poezyi, zwróciła się nagle do materyalizmu życia.
— Cóż tam? zapytał, zdawało mi się, żeś pan mówił do mnie.
— Tak jest, panie, odpowiedział Dubois, zapytałem, co tu robisz?
— Idź pan swoją drogą: nie obchodzi mnie bynajmniéj co pan robisz, dajżeż i mnie święty pokój!
— Zrobiłbym to, gdybyś mi nie zawadzał.
— Ta uliczka, jakkolwiek wąska, jest przecież dla dwojga dość szeroką: przechadzaj się pan z jednéj strony a ja będę spacerował po drugiéj.
— Ale ja chcę tutaj być sam jeden, odpowiedział Dubois. Upraszam więc, byś poszedł innym przypatrywać się oknom, nie zabrakło ich jeszcze w Rambouillet.
— A dla czegóżbym się tym tutaj nie miał przyglądać?
— Bo to są okna mojéj żony.
— Pańskiéj żony?
— Tak jest, mojej żony, która tylko co przybyła z Paryża, a ja jestem bardzo zazdrosny, mój panie.
— Do licha! poszepnął sobie Gaston, to zapewne jest mąż owej kobiety, któréj poruczono czuwać nad Heleną.
I ze względu oszczędzenia osoby, która by mu się późniéj przydać mogła, kłaniając się grzecznie, wyrzekł:
— Skoro tak jest, to co innego. Ustępuję panu, bom się tylko przechadzał bez celu.
— Tam do kata! pomruknął Dubois, to jakiś bardzo grzeczny konspirator. Ale nie tego mi potrzeba: chcę kłótni koniecznie.
Gaston się oddalał.
— Zwodzisz mnie, mój panie! krzyknął Dubois nagle.
Kawaler się obrócił, jak gdyby go żmija była ukąsiła. Ale zważając na Helenę i na missją swoję, powstrzymał się.
— Czyliż dla tego, że umiem być grzecznym, pan słowu mojemu nie wierzysz? zapytał.
— Pan się z bojaźni zachowujesz grzecznie. Bo przecież widziałem, żeś ku tym oknom spoglądał.
— Z bojaźni? ja! z bojaźni! krzyknął Chanlay, przyskakując do swojego przeciwnika. Pan powiedziałeś, że ja się boję?
— Powiedziałem to, odrzekł Dubois zimno.
— A więc pan kłótni szukasz?
— To jest widoczném, zdaje mi się. Czy pan z Quimpercorrentin przyjeżdżasz?
— Podobno! krzyknął Gaston, dobywając szpady. Dalejże, mój panie!
— A pan zdejmuj suknie, proszę! mówił Dubois, zrzucając swój płaszcz i rozpinając liberyą.
— A to na co?
— Bo ja pana nie znam, a rycerze nocni mają częstokroć koszulę z żelaznych oczek pod zwierzchnią suknią.
Zaledwie Dubois to wyrzekł a płaszcz i suknie kawalera już leżały na ziemi. Ale w chwili, gdy Gaston z dobytą szpadą rzucił się ku przeciwnikowi, człowiek śpiący na progu zerwał się i upadł mu pod nogi; grajek na drumli schwycił go za prawą rękę, a ów trzeci, którego niewidziane dotąd, wziął go przez pół.
— Pojedynek mości panowie? pojedynek pomimo zakazu króla! zawołali razem. I uprowadzili go ku drzwiczkom, gdzie jeden z nich na progu był leżał.
— Morderstwo! mruknął Gaston pomiędzy zębami, lękając się zawołać, by nie narazić Heleny. O nikczemni!
— Zdradzono nas, mój panie! wyrzekł Dubois, zabierając z ziemi płaszcz i suknie kawalera. Ależ spotkamy się znowu.
I biegł do hotelu, o ile mu nogi starczyły. A Gastona zamknięto tymczasem w jakiejś sali na dole.


X[3].
ODWIEDZINY.

Dubois przebył wschody w dwóch skokach, zamknął się w swoim pokoju i wyjął z kieszeni sukni Gastona, ów pożądany pugilares. W innéj znowu znalazł przełamany pieniądz złoty i jakieś nazwisko na karteczce papieru dziwnie skrojonéj.
Pieniądz niezawodnie był jakimś znakiem.
La Jonquière, pomruknął Dubois, czytając napisane na karteczce nazwisko. La Jonquière, tak jest. To dobrze, mamy go już na oku, Przejrzał spiesznie pugilares, ale już nic więcéj nie znalazł.
— To nie wiele, ale zawsze dosyć.
Zastukano, bo drzwi wewnątrz były zamknięte.
— Prawda, zapomniałem, poszepnął Dubois i otworzył. Wszedł Lecoq.
— Cóżeście z nim zrobili? zapytał Dubois.
— Zamknęliśmy go na dole i strzeżemy go.
— Zanieś te rzeczy tam, gdzie je porzucił, by je znalazł na tém samem miejscu. I uważaj, by nic nie brakło, cokolwiek miał w kieszeniach, czy to pugilares, sakiewka albo chustka do nosa. Potrzeba ażeby nic nie podejrzywał. Mnie zaś przynoś mój płaszcz i suknie, które na miejscu boju pozostały.
P. Lecoq skłonił się aż do ziemi i wyszedł, by wykonać dany mu rozkaz.
Cała ta scena, jak powiedziano, odbyła się pod oknami Heleny. Słyszała przeto hałas i wrzawę i zdawało jéj się, że rozpoznaje głos kochanka. Przystąpiła niespokojna do okna, gdy w téj saméj chwili pani Desroches do pokoju weszła.
Prosiła ją, by się do salonu udała, ponieważ przybyła ta osoba, która ją chce odwiedzić.
Helena zadrżała i czuła się bliską zemdlenia. Chciała pytać, lecz jéj głosu zabrakło. Udała się więc za panią Desroches w milczeniu i drżąc cała.
W salonie, gdzie weszły, żadnego nie było światła. Pogaszono wszystkie, i tylko z kominka resztki ognia słabą na podłogę rzucały łunę. A jeszcze pani Desroches pochwyciła karafkę z wodą i zalała nią dogasający płomień, tak, że zupełna nastąpiła ciemność. Poczém wyszła z pokoju, zapewniwszy Helenę, że nie ma przyczyny niczego się obawiać.
Po chwili usłyszała młoda dziewczyna jakiś głos po za temi czwartemi drzwiami, które aż dotąd były zamknięte.
Zadrżała na zadźwięk tego głosu.
Mimowolnie niemal pobiegła ku drzwiom i chciwie słuchała.
— Czy mnie czeka? zapytano.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała pani Desroches.
— Jaśnie oświecony panie! poszepnęła Helena. O mój Boże! i któż-to tu przyjdzie?
— Czy jest sama?
Samiuteńka, jaśnie oświecony panie.
— Uprzedzonaż o mojém przybyciu?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— Czy nam nikt nie przeszkodzi?
— Niechaj się jaśnie oświecony pan na mnie spuści.
— Niemasz tam światła?
— Ciemniuteńko!
Słyszano zbliżające się kroki. Zatrzymały się znowu.
— Mów mi otwarcie, pani Desroches, ozwał się ten sam głos, czy znalazłaś ją, tak ładną, jak mi mówiono?
— Jest piękniejszą, aniżeli sobie wasza królewska mość wyobrazić możesz.
— Wasza królewska mość! mój Boże! cóż to ona mówi? zawołała młoda dziewczyna, znowu bliska zemglenia.
W téjże chwili zaskrzypły drzwi na złoconych zawiasach, i krok ciężki, chociąż na miękkim kobiercu stłumiony, odgłosił się w salonie. Heleny serce uderzało gwałtownie.
— Chciéj mnie, pani przyjąć i wysłuchać, ozwał się ten sam głos.
— Jestem tutaj, poszepnęła Helena na wpół żywa.
— Pani się przestraszyłaś?
— Przyznam się jaś.... Jakżeż mam mówić: panie, czy jaśnie oświecony panie?
— Mów pani: mój przyjacielu.
I dotknął się ręki Heleny.
— Pani Desroches, jesteś tu? zawołała Helena, cofając się pomimowolnie.
— Pani Desroches, ozwał się nieznajomy, powiedz pannie Helenie, że tutaj tak jest bezpieczną, jak w świątyni, w obec Boga!
— O, jaśnie oświecony panie, jestem u nóg twoich! wybacz! zawołała Helena, upadając na kolana.
— Powstań, moje dziecię, i siadaj. Pani Desroches, pozamykaj drzwi wszystkie. A teraz daj mi swoje rękę, Heleno, proszę cię o to.
Helena wyciągnęła rękę, którą nieznajomy ujął.
»Zdaje mi się, że i on drży także« mówiła sama do siebie.
— Powiedz co ci jest, kochane dziecię, czyliż się lękasz?
— Nie, odpowiedziała Helena, ale gdy rękę moję ściskasz, przenika mnie jakieś uczucie dziwne, nieznane, niby dreszcz....
— Rozmawiaj zemną, Heleno, mówił nieznajomy z wyrazem jakiejś niewymownéj czułości. Wiem już, żeś piękna; ale po raz pierwszy głos twój słyszę. Mów że, bym cię słyszał.
— Więc mnie już widziałeś? zapytała nieśmiało.
— Czyż nie pamiętasz, że przed dwoma laty ksieni Augustjanek kazała ciebie odmalować?
— O, pamiętam. Malarz mnie jakiś malował, który jak mówiono, umyślnie po to z Paryża przybył.
— To ja go posłałem do Clisson.
— I mój portret....
— Twój portret jest tutaj, odpowiedział nieznajomy, dobywszy z kieszeni miniaturę, którą, dał Helenie do pomacania.
— Ale jakiż, jaśnie oświecony panie, masz w tém interes, kazać odmalować biedną, sierotę i przechować jéj portret?
— Heleno, odpowiedział nieznajomy po chwilowém milczeniu, jestem najlepszym przyjacielem twojego ojca.
— Mojego ojca! zawołała Helena. Czyliż on żyje jeszcze?
— Żyje.
— I zobaczęż go kiedy?
— Może być.
— O bądź błogosławiony! zawołała ściskając mu ręce, bądź błogosławionym za tę wiadomość!
— Moje dziecię kochane! poszepnął nieznajomy.
— Ale skoro żyje, mówiła znowu Helena z pewném uczuciem zwątpienia, dla czegóż nie dowiaduje się o swoją córkę?
— Co miesiąc miał wiadomość o tobie. I chociaż w oddaleniu, czuwał jednakże zawsze nad tobą, Heleno.
— Ależ w ciągu lat szesnastu, mówiła znowu z pewnym wyrazem wyrzutu lecz zarazem i uszanowania, racz sam wyznać, nie widział mnie i razu!
— Wierzaj mi, odpowiedział nieznajomy, że tylko bardzo ważne powody zmuszały go do pozbawienia się tego szczęścia.
— Wierzę, panie, i nie chcę oskarzać mojego ojca.
— Ale mu przebacz, bo on sam siebie oskarza!
— Ja mu mam przebaczyć? zapytała Helena zdziwiona.
— Tak jest. A ponieważ sam tego przebaczenia od ciebie żądać nie może, kochane dziecię, więc ja o nię w imieniu jego proszę.
— Nie rozumiem cię, panie.
— Posłuchaj więc.
— Słucham.
— Ale daj mi najprzód twoję rękę.
— Chętnie.
Nastąpiło chwilowe milczenie, jak gdyby nieznajomy był chciał na raz jeden wszystko w pamięci swojéj zebrać. A potem mówił:
— Twój ojciec dowodził jednym oddziałem w armii nieboszczyka króla, w bitwie pod Neerwinde. Jeden z masztelerzy, pan de Chaverny, padł obok niego kulą przeszyty. Twój ojciec chciał mu nieść ratunek, chociaż rana była śmiertelną. Ranny znał swój stan i nie łudził się wcale. Trząsając głową, wymówił: »Mnie już pomoc niepotrzebna, ale pamiętaj o córce mojéj« Twój ojciec ścisnął mu rękę na znak przyrzeczenia, a ranny chciał się podnieść na jedno kolano, lecz upadł i skonał, jak gdyby tylko na to przyrzeczenie był czekał, by oczy zamknąć. Ty mnie słuchasz, Heleno, nie prawdaż?
— O jakżeż się o to pytać możesz!
— Po skończonej wojnie, pierwszém zatrudnieniem ojca twojego było, zająć się małą sierotką. Była to śliczna, dwunastoletnia dziewczynka, obiecująca być tak ładną, jaką ty teraz jesteś. Śmierć jéj ojca ogołociła ją z wszelkiéj opieki i majątku. Twój ojciec więc oddał ją do klasztoru panien Wizytek na przedmieściu ś. Antoniego, i oświadczył naprzód, że gdy dojdzie do wieku, w którym będzie potrzeba los jéj zapewnić, sam ją wyposaży.
— Dzięki ci, o mój Boże! zawołała Helena. Dzięki ci, o mój Boże, że jestem córką człowieka, który umie w taki sposób słowa swojego dotrzymać.
— Poczekajże, Heleno, bo dochodzimy do téj chwili, gdzie twój ojciec przestanie zasługiwać na pochwalę, twoję.
Helena umilkła a nieznajomy mówił daléj:
— Twój ojciec czuwał rzeczywiście nad sierotą, jak to był przyrzekł, aż do jéj ośmnastego roku. Wyrosła na prawdziwą piękność, i twój ojciec niezadługo poczuł, że częściej zaczął bywać w klasztorze, jak tego przyzwoitość dozwalała. Twój ojciec zakochał się w młodéj sierocie, i poznawszy to uczucie, przestraszył się: powiedział sam sobie, że nikczemnie się wywięzuje z danego przyrzeczenia umierającemu p. de Chaverny, uwodząc córkę jego; pragnąc ją przeto zabezpieczyć przeciwko swéj własnéj osobie, wezwał przełożoną, by wynalazła jaką stosowną partją dla panny de Chaverny. Dowiedział się niebawem, że siostrzeniec téjże przełożonéj, młody szlachcic bretoński, odwiedzając ciotkę, poznał i pokochał młodą sierotę, i że będzie bardzo szczęśliwym, gdy rękę jéj otrzyma.
— I cóż daléj, panie? pytała Helena, gdy nieznajomy wahać się począł w swojém opowiadaniu.
— Otóż, ojciec twój — niezmiernie się zdziwił, gdy mu przełożona oznajmiła, że, panna de Chaverny za mąż iść nie chce, i że raczej jedyném jéj życiem jest w klasztorze pozostać; że najszczęśliwszym dniem w jéj życiu, będzie dzień, w którym zakonnicą zostanie.
— Bo ona kogoś innego kochała! wtrąciła Helena.
— Tak jest, moję dziecie, odgadłaś. Niestety! niemożna uciec przed przeznaczeniem swojém. Panna de Chaverny kochała twojego ojca. Długo to uczucie ukrywała; ale dnia jednego, gdy twój ojciec nalegał, by porzuciła myśl zostania zakonnicą, biedaczka nie mogąc dłużéj utaić, co się w niéj działo, wyznała mu wszystko. Silny przeciwko miłości swojej, gdy nie wiedział, że to uczucie jest podzieloném, stał się słabym zupełnie, gdy się przekonał ile jest nawzajem kochany. Oboje jeszcze młodzi (bo ojciec twój nie miał wtedy jak lat dwadzieścia pięć a panna de Chaverny zaledwie osmnaście), zapomnieli o reszcie świata, marząc tylko o tém, że mogli być szczęśliwi.
— Ale skoro się tak kochali, czemuż ślubu nie wzięli z sobą? zapytała Helena.
— To było niepodobna, ponieważ pomiędzy niemi istniał zbyt wielki przedział. Nie mówionoż ci, Heleno, że ojciec twój wielkim bardzo jest panem?
— Ah tak, wiem o tém!
— Przez rok cały byli nader szczęśliwi. W końcu tegoż roku urodziłaś się i....
— I.... poszepnęła nieśmiało młoda dziewczyna.
— I urodzenie się twoje, matka życiem przypłaciła.
Helena głośno zapłakała.
— O tak, mówił nieznajomy dalej, rozrzewniony tém wspomnieniem. O tak, Heleno, popłacz nad stratą matki twojéj, była to święta i najgodniejsza kobieta, i ojciec twój, wśród swoich zgryzot, uciech, a nawet i szaleństw, przysięgam ci na to, zachował cześć dla jéj pamięci. A na ciebie przelał miłość, jaką miał dla niéj.
— A jednakże, ozwała się Helena z lekkim odcieniem zarzutu, mój ojciec oddalił mnie od siebie, i nie widział mnie nawet od urodzenia mojego.
— Wybacz mu to, Heleno, bo on temu nie winien. Urodziłaś się w roku 1703, w czasie najsurowszych rządów Ludwika XIV. Twój ojciec postradał łaskę króla, czyli raczéj łaskę, pani de Maintenon. I więéj ze względu na ciebie aniżeli dla bezpieczeństwa własnego, oddalił cię od siebie. Wysłał cię do Bretanii i polecił opiece matki Urszuli, przełożonéj Augustjanek w Clisson. Teraz, gdy król Ludwik XIV umarł, przyzwał cię znowu do siebie. Przez ciąg całéj drogi powinnaś była uważać, że czuwał nad tobą. I dzisiaj, gdy się dowiedział, że masz przybyć do Rambouillet, nie miał odwagi zaczekać do jutra i przybył na spotkanie twoje, Heleno!
— O mój Boże, więc to jest prawda! krzyknęła Helena.
— I gdy ciebie zobaczył czyli raczéj, mówiącą, posłyszał, zdawało mu się, że słyszy głos matki twojéj. Ten sam wiek, ta sama niewinność, ten sam głos. Heleno! o Heleno! bądź szczęśliwszą od niéj. Z głębi serca, gorąco Boga o to błaga.
— O mój Boże! to wzruszenie, ta ręka drżąca. O panie, mówisz że ojciec mój przybył na spotkanie moje?
— Tak jest.
— Tu, do Rambouillet?!
— Tak.
— Mówisz że był szczęśliwym, gdy mnie zobaczył?
— O, bardzo szczęśliwym!
— Ach to szczęście nie starczyło mu, nie prawdaż? Chciał mówić zemną, powiedzieć mi to, opowiedzieć historją mojego urodzenia; pragnął, bym mu podziękowała za miłość jego; bym u stóp jego padła na kolana i o ojcowskie prosiła błogosławieństwo. O! zawołała i uklękła, o! jestem u nóg twoich, pobłogosław mi, mój ojcze!
— Heleno! moje dziecię! córko moja! zawołał nieznajomy. O, nie u nóg moich! przy mojém sercu! przy sercu mojém, spocznij dziecię kochane!
— O mój ojcze! mój ojcze! szeptała Helena.
— A ja w innym zamiarze tu przybyłem. Chciałem niby obcym dla ciebie pozostać. Ale tak blisko ciebie, ściskając twoję rękę, słysząc głos twój tak miły, nie mogłem się oprzeć uczuciom moim. Heleno, abym nie żałował téj słabości mojéj, niechaj wieczna tajemnica.....
— Przysięgam na matkę moję! zawołała młoda dziewczyna.
— To jest wszystko, czego żądam. A teraz, posłuchaj, bo już cię pożegnać muszę.
— Ach, czy już, mój ojcze?
— Nie może być inaczéj.
— Rozkaz, ojcze, co mam czynić?
— Pozostaniesz tutaj; nie będziesz się starała dowiedzieć kto jestem, i zaczekasz na mój powrót.
— I powrócisz niebawem, wszakżeż tak, mój ojcze? Nie zapominaj, żem sama jedna na świecie.
— Wrócę, jak będę mógł najrychléj.
Poczém zbliżył po raz ostatni usta swoje do czoła Heleny, wycisnął na niém pocałowanie również słodkie dla serca ojca, jak jest pocałowanie miłości dla serca kochanka, i wyszedł z pokoju.
W dziesięć minut potém, weszła pani Desroches z świecą w ręku. Zastała Helenę klęczącą, z opartą na krześle głową. Modliła się; i podniósłszy oczy, wskazała tylko, by pani Desroches świecę na kominie postawiła. Pani Desroches rozkaz ten wykonała i znowu wyszła.
Helena jeszcze się przez kilka minut modliła; potém wstała, obejrzała się w około, jéj się zdawało, że śniła. Ale wszystkie otaczające ją przedmioty, świadki jéj rozmowy z ojcem, mówiły jéj o tém, i ta świeca przez panią Desroches przyniesiona i słabo tylko rozjaśniająca salon; to krzesło i ten fotel, zbliżone jeszcze do siebie; te drzwi dotąd zamknięte a które pani Desroches zostawiła teraz otwarte, a nadewszystko to jej gwałtowne wzruszenie kazało jéj wierzyć, że to nie był sen, ale wielkie rzeczywiste zdarzenie w jéj życiu.
Potém, w pośród tego wszystkiego, jawiło się i wspomnienie Gastona w jéj umyśle. Ten ojciec, którego widoku tyle się lękała, ów ojciec tak dobry i czuły, który sam niegdyś tyle kochał i cierpiał z powodu miłości swojéj, on się jéj woli sprzeciwiać nie będzie. Zresztą Gaston, jakkolwiek nie miał imienia historycznego, znakomitego, był jednakże ostatnim potomkiem jednéj z najdawniejszych rodzin Bretanii. A co więcéj, ona Gastona tak bardzo kochała, iżby umarła niezawodnie, gdyby ją z nim rozłączono; skoro ją więc ojciec rzeczywiście kocha, nie zechce ażeby umarła.
Z strony Gastona zachodzi może także jaka przeszkoda, ależ ta przeszkoda zapewne małą jest tylko w porównaniu z tą, jaka z jéj strony mogła była nastąpić; przeszkoda ta usunie się zarówno z innemi, i owa przyszłość, która im się zdawała być tak straszną i smutną, jaśniała już Helenie najpiękniejszą nadzieją i miała wkrótce dla obojga zapełnić się miłością i szczęściem.
Helena zasnęła wśród tych marzeń rozkosznych, i sny miłe i słodkie zastąpiły szczęsne chwile ubiegłego wieczora.
Gaston, wolny i zarzucony przeproszeniami tych, co go byli aresztowali, tłumaczących się, że go za kogoś innego wzięli, pobiegł na plac swarów i z wielką dla siebie pociechą znalazł płaszcz i suknie swoje w tém samem miejscu, gdzie je był zostawił. Potém udał się z pospiechem do swojego pokoju i przejrzał z bijącém sercem pugilares. Znalazł w nim wszystko jak być powinno, a w kieszeni ów złoty pieniądz i karteczkę z nazwiskiem kapitana La Jonquiere.
Znacznie uspokojony, chociaż nie pocieszony, uważając swoje wieczorne zdarzenia, jako jeden z owych tysiąca przypadków, które mogą spotkać spacerującego w nocy; wydawszy Owenowi stosowne rozkazy na jutro, położył się, wymawiając, zcicha imię Heleny, tak jak i Helena imię, jego była wyszeptała.
W tym czasie dwa powozy opuściły hotel pod Tygrysem królewskim. Przy pierwszym, w którym siedziało dwóch panów w ubiorze myśliwym, latarnie jasnym paliły się światłem i poprzedzało go dwóch hajduków konno.
Powóz drugi, bez latarń i z jednym tylko podróżnym, zatulonym w płaszcz szeroki, jechał za pierwszym w odległości dwustu kroków tylko i miał go ciągle na oku. Przy rogatkach rozłączyły się dopiero: powóz jasno oświetlony zajechał przed wielkie wschody palais royal’u a powóz bez świateł zatrzymał się przed małą bramą ulicy Valois.
Obydwa żadnego wypadku w drodze nie doznały.


XI.
GDZIE DUBOIS DOWODZI, ŻE JEGO POLICYA PRYWATNA ZA 500,000 LIWRÓW, JEST LEPSZĄ, ANIŻELI NASZA POLICYA POWSZECHNA ZA TRZY MILIONY.

Jakiekolwiek były jego zatrudnienia w nocy, czy ją przepędził w drodze albo na jakiéj orgii, książe Orleański w niczém nie zmieniał rozporządzeń na dzień następny: wszystkie ranki były poświęcone sprawom krajowym, a różne rodzaje tych spraw miały dni właściwe, sobie przeznaczone. Zwykle rozpoczął sam pracę albo z Dubois pospołu, zanim jeszcze był ubrany. Potem nastąpiło jego lever, które krótko trwało i gdzie wszystkich przyjmował. Po tém lever nastąpiły różne audyencje, i trwały niekiedy aż do południa. Następnie przybywali różni naczelnicy: La Veilliere, Leblanc, który mu zdawał sprawę z swoich szpiegostw; Toraj, przynoszący mu ważne listy, które był pokradł; wreszcie marszałek de Villeroy, z którym, jak twierdzi St. Simon, nie pracował tylko się szastał. Około drugiéj godziny podano mu czekoladę, jedyny posiłek jaki brał z rana; pił ją w obec wszystkich, śmiejąc się i gawędząc. Ten wypoczynek trwał tylko pół godziny; potém dawał audencją kobietom. Po téj audjencyi udawał się zwykle do księżnéj Orleańskiéj. Od niéj poszedł albo na posiedzenie rady stanu, albo złożył swoje uszanowanie młodemu królowi, którego nieodmiennie co dzień odwiedzał, czyli to o téj, lub o innéj godzinie. Zbliżał się do niego, przychodząc i odchodząc, zawsze z wyrazem najwyższego poszanowania i z licznemi głębokiemi ukłonami, by innych nauczyć, jak to się powinno z królem rozmawiać. Program powyższy ulegał zmianie raz w tydzień przez przyjęcie obcych ministrów, a w niedziele i dni świąteczne przez wysłuchanie mszy w kaplicy prywatnéj.
O piątéj pod wieczór, jeżeli nie było posiedzenia rady stanu, a o szóstéj, w dniach gdzie się zbierała, wszystko się kończyło, i od téj chwili już o żadnych interesach nie było mowy. Rejent pojechał na operę, albo do księżnej Berry. Ta ostatnia rozrywka bywała jednakże na teraz przez inną zastępowana, bo rejent, jakieśmy to wyżéj powiedzieli, był z księżną ze względu jéj ślubu z Riomem, w nieporozumieniu. Potém nadeszła godzina owych sławnych kolacyj, tak głośnych, a które odbywały się latem w St. Cloud albo w St. Germain, a w zimie w palais-royal.
Na owych wieczerzach nie bywało jak dziesięć do piętnastu osób, rzadko więcéj i rzadko mniéj. Z mężczyzn bywali zwykle: książę Broglie, Nocé, Brancas, Biron, Canillac, i kilku młodych ludzi odznaczających się dowcipem, albo téż znanych z rozpusty. Z kobiet bywały: pani de Parabere, de Phalaris, de Sabran i Daverne, kilka dziewczyn z Opery, tancerek albo śpiewaczek, niekiedy także i księżna Berry. Rozumie się, że obecność jéj królewskiéj mości nic tylko że nie zmiejszyła swobody, właściwéj tym zebraniom, lecz ją raczej jeszcze zwiększała.
Najzupełniejsza, bezwzględna równość była cechą tych wieczorów, gdzie wszystko, bez wyjątku: królowie, ministrowie, radzcy, damy dworskie, wszystko krytyce podpadało, wszystkich obrabiano, szamerowano i chłostano. Tam język francuski stawał się tak wolnym jak język łaciński. Tam wszystko, wszystko opowiadano i robiono, byle tylko w sposobie dowcipnym. I dla tego téż te zebrania tyle miały wdzięku dla rejenta, że gdy godzina ich wybiła i ostatni spółbiesiadnik nadszedł, kazał drzwi pozamykać, zabarykadować, i już nie wpuszczano nikogo, gdyby i z najważniejszym interesem w świecie, czyli to dotyczącym się Francyi, króla, albo wreszcie i samego rejenta. To zamknięcie trwało aż do rana.
Dubois rzadko uczestniczył tym biesiadom, z powodu swojego słabego zdrowia; a nieprzyjaciele jego korzystali z nich, i cięli go jak mogli najlepiéj. Rejent śmiał się do rozpuku z tych razów, wymierzonych jego ministrowi, i zarówno z drugimi, to dziobnął, to drapnął, to ugryzł odarty ze wszystkiego szkielet swojego eks-guwernera. Dubois dobrze o tém wiedział, że przy owych wieczorach najczęściéj się kosztem jego bawiono, ale wiedział i o tém, że rejent nazajutrz już i słówka jednego z tego nie pamiętał co posłyszał w nocy, i by najmniéj go te napaści, by zniszczyć władzę jego, nie trwożyły.
A rejent, czując się z dniem każdym więcéj ociężałym, wiedział także, że może polegać na przezorności Dubois: bo Dubois czuwał, gdy rejent spał, wieczerzał albo jeździł; Dubois, niemogący się niby na nogach swoich utrzymać, był nigdy niezmordowany: był razem w palais-royal, w Luksemburgu i na operze; znajdował się wszędzie, gdzie bawił rejent; posuwał się za nim, jakby cień jego, pokazując swoję twarz kunią, to na korytarzu, to w podwojach salonu, to w loży. Dubois, jedném słowem, zdawało się, że ma dar wszędobylstwą.
Gdy wrócił z swojéj wycieczki do Rambouillet, gdzie tak wytrwale i z taką troskliwością czuwał nad rejentem, kazał do siebie przywołać Lecoq’a. Bo Lecoq w liberyi hajduka, dosiadłszy dzielnego konia, przyłączył się był do orszaku księcia, niepoznany w ciemności nocy przez nikogo. Dubois rozmawiał z nim przez całą godzinę, dał mu różne polecenia na jutro, spał następnie cztery lub pięć godzin, wstał o godzinie 7éj z rana, uradowany korzyściami, jakie odniósł nad rejentem, i z których wielkie zamyślał ciągnąć zyski. Potém udał się małemi drzwiami do pokoju sypialnego rejenta, które mu pokojowiec, za pierwszém zaraz stuknięciem zwykł otwierać.
Rejent spał jeszcze.
Dubois stanął przy łóżku i przypatrywał mu się z uśmiechem, który miał cóś małpiego lecz i szatańskiego zarazem.
Nakoniec postanowił go obudzić.
— Hejże! jaśnie oświecony panie, zbudź się wasza królewska mość.!
Książe otworzył oczy, zobaczył Dubois, i chcąc go się pozbyć opryskliwością, do któréj minister jego tak nawykł, że się po nim przemknęła, jak woda po płótnie woskowaném, zawołał:
— Ach to ty, opacie! Idź sobie do diabła!
I obrócił się twarzą do ściany.
— Od niego właśnie wracam, jaśnie oświecony panie, ale że był bardzo zajęty, więc mnie odesłał do waszéj królewskiéj mości.
— Daj mi pokój. Zmęczonym.
— Bardzo wierzę. Noc była burzliwą, nieprawdaż?
— Cóż przez to chcesz powiedzieć? zapytał książę obracając się w połowie.
— Powiadam, że to, cóś jaśnie oświecony pan zeszłej nocy robił, nie jest właściwém dla człowieka, który z rana o 7éj daje rendez-vous.
— Więc ja tobie na dzisiaj dałem rendez-vous?
— Nie inaczéj, wczoraj, zanim się wasza królewska mość do Saint-Germain udałeś.
— Ach prawda!
— Jaśnie oświecony pan nie przewidziałeś, że w nocy tyle będziesz miał zatrudnień.
— Zatrudnień? Wstałem od stołu o godzinie 7éj.
— A ta młoda dziewczyna, czyż warta była téj drogi?
— Jakiéj drogi?
— Którą, wasza królewska mość odbyłeś, wstawszy od stołu o godzinie 7éj.
— Słysząc ciebie, zdawało-by się, że nie tak łatwo jest powrocie z Saint-Germain.
— Wasza królewska mość masz słuszność: z Saint-Giermain bardzo bliziutko, ależ można przedłużyć tę drogę.
— Jakto?
— Jadąc na Rambouillet.
— Śni ci się, mój kochany.
— Skoro tak, to dobrze. Opowiem więc mój sen, który jaśnie oświeconego pana przekona, że i we śnie jestem waszą królewską mością zajęty.
— Jakie nowe błazeństwo zapewne?
— Bynajmniéj. Śniło mi się, żeś jaśnie oświecony pan gonił za jeleniem, żeś go zapędził na rozstajne drogi, i żeś go tam wasza królewska mość ubił. Potém....
— Dotąd sen twój jest podobny do rzeczywistości. Ale cóż daléj?
— Potém jaśnie oświecony pan wstąpiłeś do Saint Germain, usiadłeś do stołu o godzinie pół do szóstéj, rozkazawszy poprzednio, by powóz bez herbów był w pogotowiu na godzinę siódmą.
— Wcale nie źle; daléj-że, opacie, daléj.
— O w pół do ósméj, jaśnie oświecony pan oddaliłeś wszystkich, prócz Lafara, z którym do powozu wsiadłeś.
— Cóż daléj?
— Powóz udał się drogą do Rambouillet, gdzie stanął o trzy kwandranse na dziesiątą. Zatrzymał się tylko na przedmieściu, gdzie wasza królewska mość wysiadłeś. Przyprowadzono konia, który tam czekał na jaśnie oświeconego pana, i gdy Lafare zajechał powozem przed hotel pod Tygrysem królewskim, jaśnie oświecony pan przybyłeś za nim konno, przybrany w kostjum giermka.
— Ale tutaj sen twój zaczyna się gmatwać, nieprawdaż?
— Nie, jaśnie oświecony panie, nie bardzo.
— Więc gadajże daléj.
— Otóż, gdy ów błazen Lafare udawał że zajada niesmaczną kolacją, przyjmując tytuł jaśnie wielmożnego pana, którym go raczono, wasza królewska mość oddałeś konia swojego paziów i udałeś się pieszo do małego pawilonu.
— Prawdziwy z ciebie szatan! Ale gdzieżeś ty był? gdzieżeś się ukrywał?
— Nie opuściłem palais royal, gdziem spał jak zabity, dowodem tego, że jaśnie oświeconemu panu opowiadam mój sen.
— I cóż było w tym pawilonie?
— Nasamprzód u drzwi jakaś straszna duegna, wysoka, chuda, żółta.
— Poczekaj, polecę jéj ciebie, i bądź pewien, że pierwszy raz, gdy cię spotka, to ci oczy wydrze.
— A w salonie.... Tam do licha! w salonie....
— Otóż czego widzieć nie mogłeś, mój kochany, nawet i we śnie.
— O jaśnie oświecony panie, zniszczył byś mnie tém przypuszczeniem: płacę 500,000 liwrów mojej policyi tajnéj, i źle by było, gdybym za to w głąb mieszkali nie miał zajrzeć.
— Więc cóżeś tam widział?
— Naprawdę, jaśnie oświecony panie, śliczną młodą Bretonkę, lat szesnaście a najwięcej siedmnaście.... Tak, śliczna jak amorek; przybyła wprost od Augustjanek z Clisson; towarzyszyła jéj poczciwa stara siostra, którą zaraz po przybyciu oddalono.... Czy nie tak?
— Wyznam szczerze, już nieraz sądziłem, że jesteś diabłem w cielonym w opata, na zgubę moję.
— By ocalić waszą królewską mość, tak ja twierdzę.
— By mnie ocalić! co tego, tom nie przypuszczał.
— A więc, jaśnie oświecony panie, mówił Dubois daléj, z uśmiechem szatańskim. I cóż ta mała?
— Śliczne dziecko.
— Spodziewam się, bo z tak daleka przywieziona!
Rejent brwi zmarszczył. Ale pomyślawszy, że Dubois nic więcéj nadto nie wie, rozmarszczył znowu czoło i uśmiechnął się.
— Otóż Dubois, jesteś niezaprzeczenie wielkim człowiekiem.
— O, tylko wasza królewska mość o tém wątpiłeś! A jednakżeż wpadłem w niełaskę.
— Ty?
— Bez wątpienia, bo jaśnie oświecony pan ukrywasz się przedemną.
— No, nie gniewaj się.
— A miałbym powód, wyznaj to, jaśnie oświecony panie, sam.
— Dla czego?
— Dla czego?
— Dlaczego! Czemużeś mi jaśnie oświecony pan o tém nie powiedział, toć-że i ja byłbym sprowadził Bretonkę.
— Doprawdy?
— A jaśnie oświecony pan myślisz, że skarb wielki posiadasz.... gdybyś tylko wiedział!....
— Dajmy pokój żartom, proszę cię.
— Żal mi waszéj królewskiéj mości.
— Cóż to ma znaczyć?
— Wasza królewska mość wierzysz pozorom. Więc ona jest bardzo ładna, ta młoda dziewczyna?
— Śliczna.
— I cnotliwa! o, i bardzo cnotliwa, tak jaśnie oświeconemu panu mówiono, czy nie?
— Nieinaczéj.
— A ja, oświadczam, że waszą królewską mość oszukano!
— Mnie?
— Tak jest, bo ta Bretonka....
— Milcz, opacie!
— Jakto! milcz?
— Ani słówka więcéj o tym przedmiocie, zakazuje ci to, wyrzekł rejent z powagą.
— O, widzę, że i wasza królewska mość przykry miałeś sen, czy mogę go wytłumaczyć?
— Panie Józefie, odeśle cię do bastylji.
— Do bastylji, skoro tylko wasza królewska mość zechcesz; ale ta Bretonka...
— Jest moją córką! panie opacie.
Dubois się cofnął o kilka kroków, a jego uśmiech szydzący ustąpił przed wyrazem najwyższego zdumienia.
— Córka!... jaśnie oświeconego pana!.... Któż jest jéj matką, u licha?
— Najgodniejsza kobieta, i która miała ten zaszczyt, umrzeć, zanim ciebie poznała.
— A dziecko?
— Diecie ukryto, by go nie plamiły spojrzenia tak ohydnych istot, jak ty jesteś.
Dubois się skłonił głęboko, z wyrazem wysokiego poszanowania ale oraz i z miną człowieka, który wielkiego doznał zawodu. Rejent ścigał go tryumfującém spojrzeniem aż do drzwi.
Ale Dubois nie należał do tych ludzi, którzy tak łatwo doznają, zawodu, i zanim się jeszcze drzwi zamknęły, dzielące go z rejentem, już dostrzegł w owéj ciemności, która mu przez chwilę oczy była zakryła, światełko, będące dla niego jakby najjaśniejszym ogniem radości.
— A co? pomruknął, zstępując zwolna po wschodach, czyż nie mówiłem, że ta konspiracja przyniesie mi mitrę arcybiskupią!... Prawdziwy głupiec zemnie! gdybym był rzeczy przezorniéj prowadził, mógłbym był sięgnąć po kardynalski kapelusz.


XII[4].
JESZCZE W RAMBOUILLET.

Gdy Dubois pospiesza do hotelu Muids d’ Amour, wróćmy do Rambouillet, gdzieśmy młodą zostawili parę, pocieszoną nadzieją widzenia się nazajutrz o dziewiątéj z rana.
O umówionéj godzinie, Gaston, bardzo niecierpliwy, udał się do Heleny. W przedpokoju długą musiał poczekać chwilę, bo pani Desroches wielkie robiła trudności w przyjęciu téj wizyty. Ale Helena oświadczyła jasno i dobitnie, że uważając siebie jako panią swoich czynności i tego co jest przyzwoitém lub nie, postanowiła przyjąć p. de Livry, swojego współ-ziomka, który ją przychodzi pożegnać. Wiemy że Gaston w czasie drogi przybrał nazwisko de Livry, i zamierzył je zatrzymać, wyjawiając tym tylko prawdziwe, z którymi w Paryżu miał do czynienia.
Pani Desroches wydaliła się z pokoju wielce niezadowolona, w zamiarze jednakże podsłuchania młodéj pary; ale Helena spodziewając się czegoś podobnego, sama za nią drzwi podwójne zamknęła.
— Więc się znowu widzimy, mój kochany! zawołała witając Gastona. Czekałam ciebie!... Przez noc całą oka przymknąć nie mogłam.
— I ja toż samo, Heleno. Ale niechżeż się przypatrzę temu przepychowi.... I tobie także?.... ta suknia jedwabna, ten strój na głowie!.... Ach jakżeś w tém piękna, Heleno!
— Zdaje mi się, że się nie cieszysz z tego?
Gaston nic jéj nie odpowiedział, a spoglądając badawczo wokoło wyrzekł. — »Te bogate obicia, te malatury kosztowne, srebro i złoto u gzymsów.... Heleno, twoi opiekunowie muszą być nader bogaci.?«
— I mnie się tak zdaje, odpowiedziała młoda dziewczyna z uśmiechem. A mówiono mi jednakże, że te obicia, malatury i złocenia, które ty podziwiasz i ja podziwiałam, są już stare, niemodne, i mają być w krotce innemi, piękniejszemi zastąpione.
— Przekonano się, że Helena zamieni się w wielką i możną damę, wyrzekł Gaston przymuszając się do uśmiechu, bo mi już kazała w przedpokoju poczekać.
— Mój kochany, czyliżeś tam na stawie, nie wyczekiwał całe godziny?
— Byłaś wtedy w klasztorze i zależna od wielebnéj matki, szanownéj ksieni.
— Ten tytuł jest świętym, nieprawdaż?
— O tak!
— Nakazuje poszanowanie i posłuszeństwo!
— Bezwątpienia.
— A więc, wystaw sobie moją radość, Gastonie: bo tutaj znajduję takąż samą opiekę, tęż samą miłość, lecz trwalszą jeszcze.
— Jakto? zapytał Gaston zdziwiony.
— Bom znalazła....
— Co takiego, w imię Boga!
— Mojego ojca....
— Twojego ojca! ach, moja Heleno, jakżem szczęśliwy! dzielę twoję radość. Jakież to szczęście! ojciec będzie czuwał nad moją kochanką, nad żoną moją.
— Będzie czuwał.... zdaleka.
— Jakto! więc się rozłącza z tobą?
— Niestety! podobno że świat nas rozłącza.
— Czy w tém jest jaka tajemnica?
— Nawet i dla mnie. Bo możesz sobie wystawić, że gdyby nie tak było, już byś wiedział o wszystkiém: dla ciebie nie mam żadnéj tajemnicy.
— Jakieś nieszczęście familijne..... proskrypcja rodziny twojéj.... Jakieś czasowe przeszkody!
— Nic o tém wszystkiém nie wiem.
— A więc jak najwyraźniéj sekret. Lecz ja ufam tobie zupełnie, dodał z uśmiechem, i pozwalam ci być ostrożną nawet i zemną, skoro ojciec twój tak kazał. Jednakżeż pytać cię jeszcze o coś będę. Nie rozgniewasz-że się o to?
— Bynajmniéj!
— Czyś bardzo szczęśliwa? czy możesz być dumną z twojego ojca?
— Tak myślę. Zdaje się, że serce ma szlachetne, a głos jego jest miły i dźwięczny.
— Głos jego! Ale.... czy podobny do ciebie?
— Nie wiem.... nie widziałem go.
— Nie widziałaś go?
— Nie.... bo noc była....
— Twój ojciec nie pragnął widzieć córki? ciebie? tak pięknéj!.... O jakaż to obojętność!
— Ależ nie, mój kochany, on wcale nie jest obojętnym zresztą on mnie zna. ma mój portret. Pamiętasz, przeszłéj wiosny, zazdrościłeś portretu....
— Nie rozumiem tego wszystkiego. Ale dla czegóż się z tobą nie widział?
— Była noc, mówię ci. Mówił tylko zemną.....
— W takim przypadku zapalają, się świeczniki, które tu widzę, wyrzekł z zimnym uśmiechem.
— To dobrze, kiedy kto chce być widzianym, ale nie, kiedy są powody, by się ukrywał.
— Co ty mówisz? wyrzekł Gaston zamyślony. Jakież powody może mieć ojciec, by się przed córką swoją ukrywał!
— Bardzo słuszne. I ty, jako człowiek poważny, prędzéjbyś to mógł pojąć, aniżeli ja. A jednakżeż mnie nie dziwi....
— O, moja kochana Heleno, cóżeś mi to powiedziała!... Straszną wznieciłaś obawę w mej duszy!
— Przestraszasz mnie tą twoją obawą.
— Powiedz mi, o czemżesz ci mówił twój ojciec?
— O miłości, którą zawsze czuł dla mnie.
Gaston się poruszył niespokojnie.
— Przysięgał mi, że odtąd już szczęśliwą będę; że pragnie wszelką usunąć niepewność co do mojego losu; że pogardzi owemi względami, które go dotąd zmuszały, by się wyparł córki swojéj.
— Słowa.... i tylko słowa!.... Ale.... jakiż ci dal dowód przywiązania swojego?... Wybacz moim natrętnym pytaniom, Heleno, lecz widzę przepaść nieszczęść przed nami. Chciałbym, by na chwilę twoja łagodność anielska, która mnie dumnym czyni, ustąpiła przenikliwości szatańskiéj. Zrozumiałabyś mnie wtedy, i niepotrzebowałbym ci tyle czynić zapytań, które tobie ubliżając, mnie wstyd przynoszą. A przecież są one potrzebne dla przyszłego szczęścia naszego.
— Nierozumiem ciebie, Gastonie, i nie wiem co ci odpowiedzieć.
— Okazywał-że ci wielkie przywiązanie?
— O, wielkie, zapewne.
— Ale w tej ciemności, chcąc z tobą mówić, zbliżyć się do ciebie....
— Ujął mnie za rękę, a ręka jego więcéj od mojéj drżała.
Gaston z wściekłością sciskał pięści swoje.
— Uścisnął cię po ojcowsku, nieprawdaż?
— Pocałował mnie w czoło, a ja to pocałowanie klęcząc przyjęłam.
— Heleno! krzyknął Gaston, ja wierzę przeczuciu mojemu: ciebie zdradzają, jesteś ofiarą piekielnego podstępu. Heleno, ten człowiek, ukrywający się, lękający się światła, który ciebie córką swoją nazywa, człowiek ten, Heleno, nie jest ojcem twoim!
— Gastonie! rozdzierasz mi serce!
— Heleno, niewinności twojéj pozazdrościłyby i niebiańskie istoty, ale wszystkiego nadużywają w świecie, i aniołów skazili, zbeszcześcili ludzie. Tego człowieka poznam, przytrzymam, ja go zmuszę, by uwierzył w miłość i honor tak anielskiej istoty, jak ty jesteś; i jeżeli nie jest najpodlejszym z ludzi, to mi powie, czyli go mam ojcem moim nazywać albo zabić jako nikczemnika.
— Gastonie, rozum twój się błąka, co ty gadasz? cóż cię naprowadza na domysł tak strasznej zdrady? I skoro obudzasz moje podejrzenia i odkrywasz przedemną ohydne bezdroża serca ludzkiego, na które patrzeć się wzdrygałam, powiem ci z równąż otwartością: ten człowiek, jak go nazywasz, czyliż mnie nie miał w mocy swojéj? czyliż dom ten, w którym zostaję, nie jest jego własnością? ludzie, którzy mnie otaczają, nie sąż oddani rozkazom jego?.... Gastonie, powziąłeś złą myśl o moim ojcu, przeprosisz mnie za to, jeżeli mnie kochasz.
Gaston z rozpaczą rzucił się na krzesło.
— O mój drogi, nie niszcz jedynéj i najczystszéj pociechy, jaką kiedykolwiek doznałam. Nie zatruwaj mi szczęścia mojego życia, nad którem nieraz ubolewałam, że samotnie upływa; i byłoby całkiem opuszczone i smutne, gdyby nie owo uczucie, którego nam niebo skąpić sobie każę. Niechżeż teraz miłość dziecięca wynagrodzi mi wyrzuty sumienia, których nie raz doznaję, że ciebie aż do ubóstwienia kocham!
— Heleno, wybacz mi! zawołał Gaston. Tak, ty masz słuszność, ja kalam twoję radość lak czystą, a może i szlachetne przywiązanie twojego ojca, podejrzeniem mojém niewczesném może. Ale w imię Boga, Heleno, nie chciéj lekceważyć obawy mojéj, pochodzącéj z doświadczenia własnego i miłości dla ciebie. Nie byłoby to po raz pierwszy, że występna namiętność chce korzystać z łatwowiernéj niewinności. Twoje zaś dowodzenie jest mylném, bo to byłoby wielką niezręcznością, jakiéj owi niecni uwodziciele nigdy nie popełniają, okazując ci zaraz swoję miłość występną.... Lecz zatrzeć powoli cnotę w twojém sercu, złudzić cię blaskiem nieznanego zbytku, przyzwyczaić zwolna zmysły twoje do nowych, pokonać sztuką wymowy, o, zwycięztwo takie daleko jest słodszém, aniżeli to, które skutkiem przemocy nastąpi. O, droga Heleno, posłuchaj przestróg moich, miłość moja niechaj przemówi do ciebie, moja miłość tak pokorna i czysta, zdolna do każdego poświęcenia za najlżejszém skinieniem ojca, który prawdziwym byłby ojcem dla ciebie.
Helena schyliła głowę i milczała.
— Zaklinam cię, mówił daléj Gaston, byś nic stanowczego nie przedsięwzięła, ale miéj baczność na wszystko, co cię otacza. Strzeż się pachnideł, któremi cię obdarzą, wina, które ci podadzą, we śnie nawet bądź ostrożną. Heleno, strzeż sama siebie, bo ty jesteś szczęściem mojém, honorem i życiem.
— Będę ci posłuszną, mój kochany, ale wierzaj, że to mi bynajmniéj nie przeszkodzi kochać mojego ojca.
— I ubóstwiać zarazem, jeżeli się omyliłem, Heleno!
— Jesteś szlachetnym i dobrym, mój Gastonie.
— Powziąwszy najmniejsze podejrzenie, pisz zaraz do mnie.
— Pisać mam.... Więc odjeżdżasz?
— Jadę do Paryża w owym interesie familijnym, o którym ci napomknąłem. Będę mieszkał w hotelu pod Muids d’ amour[5], przy ulicy Bourdonnais. Zanotuj sobie ten adres i nie pokazuj go nikomu.
— Dla czegóż taka przezorność?
Gaston się wahał odpowiedzieć.
— Ponieważ.... dla tego.... że gdyby znano twojego obrońcę, możnaby w razie występnych zamiarów, jego środkom ratowania ciebie przeszkodzić.
— Cóż znowu! i ty jesteś tajemniczym, mój ładny Gastonie. Mam ojca, który się ukrywa, i.... kochanka.... trudno mi to wymówić.... który ukrywać się zamyśla.
— Ależ zamiary jego są ci znane przynajmniéj, mówił Gaston, przymuszając się do uśmiechu, by pokryć swoje pomięszanie i rumieniec.
— Ah! pani Desroches nadchodzi... Słyszę jak ruszyła klamką u pierwszych drzwi. Rozmowa nasza wydaje jéj się zbyt długą.... Jestem, tak jak w klasztorze, mój kochany.
Gaston pocałował ładną rączkę, którą mu na pożegnanie podała, właśnie gdy pani Desroches weszła. Helena mu się bardzo ceremonialnie ukłoniła, co Gaston także z całą uczynił powagą. A pani Desroches, w czasie téj nieméj sceny, przeszywała go wzrokiem swoim, by zrobić najwierniejszy rysopis, jaki kiedykolwiek z pod ręki szpiega jakiéj podejrzanéj wyszedł osobie.
Gaston udał się niebawem drogą do Paryża. Owen czekał na niego niecierpliwie. Ażeby zaś jego luidory nie dzwoniły w skórzanym worku, pozaszywał je w podszewkę spodni swoich. Może je także chciał mieć jak najbliżej siebie.
W przeciągu trzech godzin Gaston stanął w Paryżu. I tym razem nie mógł go Owen o powolność obwiniać, bo tak konie jak i oni sami okryci byli potem i kurzem, stanąwszy u barjery la Conférence.


XIII.
KAPITAN LA JONQUIERE.

Przy ulicy Bourdonnais była oberża, która niemal na miano hotelu zasługiwała: można w niéj było mieszkać i jeść, a przedewszystkiém pić nie źle.
W czasie widzenia się z nim w nocy, Dubois polecił Tapinowi, podejrzaną osobę kapitana la Jonquiere; tenże przekazał ją znanemu Leveillé, który kapitan w dalszym następstwie wszystkim naczelnikom brygad pod opiekę oddał, a którzy za nim bezzwłocznie udali się w pogoń.
W czasie widzenia się z Tapinem w nocy, polecił mu kapitana la Jonquiere, Tapin przekazał następnie tegoż zacnemu Leveillè, który biednego kapitana z kolei wszystkim naczelnikom brygad w opiekę oddał, a którzy bezwłocznie za nim w pogoń się udali.
Rozbiegli się więc ajenci na wszystkie strony; ale czyli to była zręczność lub przypadek szczęśliwy, nie kto inny, tylko znowu p. Tapin, po dwu-godzinném szaloném przebieganiu ulic Paryża, wynalazł w owéj sławnéj oberży przy ulicy Bourdonnais, kapitana la Jonquiere, który obecnie był jakby zmorą dla Dubois.
Gospodarz wziął Tapina za jakiego starego aplikanta od prokuratora, i odpowiadał na wszystkie jego zapytania z uprzejmością: że kapitan la Jonquiere rzeczywiście w hotelu jego mieszka, ale ponieważ po północy dopiero wrócił, a zatem śpi jeszcze; co zresztą, o godzinie szóstéj z rana, było rzeczą bardzo naturalną.
Tapin nie żądał nic więcéj wiedzieć; był to człowiek prosty i niemal algiebraiczny, który jeden wniosek wyprowadził z drugiego. Kapitan la Jonquière spał, a więc leżał; a leżał tutaj, bo mieszkał w hotelu.
Tapin wrócił wprost do palais-royal. Spotkał Dubois, wychodzącego od rejenta i będącego z powodu marzeń swoich o kapeluszu kardynalskim, w bardzo rozkosznym humorze. Tylko dobry ów humor przeszkodził, że nie odmówił płacy wszystkim swoim emisaryuszom, którzy mu już cały szereg fałszywych la Jonquière’ów byli do Fort-l’ Evèque dostawili.
Jednym z nich był jakiś kapitan la Joncière, wyszukany i aresztowany przez Leleillè. Nazwisko tegoż najwięcej było zbliżoném do nazwiska oryginału.
Drugim był jakiś la Jonquille, sierżant gwardji francuzkiéj. Polecono szpiegom mianowicie domy osławione, i p. Joquille, wynaleziono w takimże domu.
Trzeci nazywał się la Jupinière, był on strzelcem w znakomitym domu: na nieszczęście, odźwierny tegoż znakomitego domu jąkał się, a szpieg pełen gorliwości, zrozumiał zamiast, la Jupinière, la Jonquière.
Już było dziesięć osób aresztowanych, a połowa wysłanych jeszcze po Paryża biegała; można więc było przewidzieć, że aresztowania nie skończy się tak prędko, i że temu podpadną wszelkie podobieństwa nazwiska. Bo od wydanego przez Dubois rozkazu, analogja panowała despotycznie w Paryżu.
Gdy Dubois, złorzeczący i lżący pomimo dobrego humoru (by nie wyjść ze zwyczaju), posłyszał raport Tapina, tarł się zapamiętale po nosie, co zwykle najlepszym było znakiem.
— Więc jesteś pewien, mówił, żeś prawdziwego kapitana la Jonquière znalazł?
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie.
— Czy pewno, że się nazywa la Jonquière?
— Tak jest jaśnie wielmożny panie.
— L-a, la, j-o-n, jon, la Jon, q-u-i-è-r-e, la Jonquiere, sylabizował Dubois.
— La Jon-qui-ère, powtórzył Tapin.
— Kapitan?
— Tak, jaśnie wielmożny panie.
— Rzeczywisty kapitan?
— Widziałem jego pióro.
To dowodzenie przekonało Dubois co do stopnia ale nie co do tożsamości osoby.
— Bardzo dobrze. Ale cóż on porabia? pytał daléj.
— Czeka, nudzi się i pije.
— Tak, to musi być on: czeka, nudzi się i pije.
— I jak jeszcze pije.
— A czy też i płaci? mówił Dubois, przywiązując wielką wagę tego zapytania.
— O, płaci, jaśnie wielmożny panie.
— Otóż to! masz rozum, Tapinie, mając to na uwadze.
— Jaśnie wielmożny pan mi pochlebiasz, ozwał się Tapin skromnie, boć to jest naturalnie bardzo: gdyby nie płacił, nie byłby człowiekiem niebezpiecznym.
Jużeśmy to wyżéj powiedzieli, że Tapin był łotrem pełnym loiki.
Dubois dał mu dziesięć luidorów wynagrodzenia; wydał mu nowe rozkazy; polecił sekretarzom, by późniéj przychodzącym szpiegom oznajmili, że już jest dosyć la Jonqnière’ow; ubrał się spiesznie, i udał się pieszo na ulicę Bourdonais.
Już od szóstéj z rana, oddał pan nadzorca drogowy, d’Argenson, na rozkazy Dubois, pół tuzina drabów, przebranych za gwardzistów francuskich i opatrzonych w stosowne instrukcje. Jedni szli za nim, drudzy go poprzedzili.
Powiedzmy teraz nasamprzód słówko o wnętrzu oberży, do któréj wprowadzimy czytelnika.
Oberża pod Muids d’amour, była, jakeśmy to już wyżéj powiedzieli, w połowie karczmą w połowie hotelem. Pokoje mieszkalne były na piętrze, a sale szynkowniane na równéj ziemi.
Główna z tych sal była zarazem i spoiną dla wszystkich gości. Znajdowały się w niéj cztery stoły dębowe i mnóstwo stołków; u okien czerwone z białem firanki, tradycjonalna ozdoba wszelkich traktyernij; pod ścianą stało kilka ławek a liczne i czyste szklanki i kieliszki na stole bufetowym. Zdobiły ją także różne obrazki, pozłacanym oramione pręcikiem, jakoto różne wędrówki żyda tułacza, alba skazanie na śmierć i tracenie Duchauffour’a. To wszystko pokryte ciemnawą powłoką kopciu i cuchnące aż do mgłości fajką, uzupełniało całość tego szanownego miejsca licznych zebrań, gdzie się zwolna obracał otyły i czerwony mężczyzna, mający lat 35 do czterdziestu, i gdzie się szybko uwijała mała dwunasto letnia dziewczynka, szczupła i blada. Był to gospodarz i córka jego, która po nim miała odziedziczyć wszystko.
Kuchcik przyprawiał w kuchni jakąś potrawkę, która w około mocny roznosiła zapach.
Sala jeszcze była próżną, gdy w chwili uderzenia godziny pierwszéj z południa na zegarze ściennym, wszedł i zatrzymał się na progu jeden z gwardzistów francuzkich.
— Ulica Bourdonnais..., mruczał sobie pod nosem, tak.... Muids d’amour..... w sali spólnéj stół na lewo.... siedzieć i czekać.
I stosownie do tego przepisu, szanowny obrońca kraju, pokręcił wąsa z pewną zalotnością wojskową, i nucąc sobie jakąś odwachową piosnkę, usiadł w miejscu wskazaném.
Zaledwie usiadł i podniósł rękę, by pięścią w stół uderzyć, co w języku karczemnym na całym świecie znaczy tyle, co zawołać: wina, gdy drugi gwardzista, zupełnie tak samo ubrany, ukazał się z kolei we drzwiach; pomruknął słów kilka i po chwilowym namyśle zajął miejsce obok pierwszego.
Dwaj żołnierze spojrzeli sobie w oczy, potém każdy z nich wydał ów podwójny wykrzyknik: «Ah! ah’» który także na całém świecie zdziwienie oznacza.
— To ty, Grippart? zapytał pierwszy.
— Tyżeś to, l’Enlevant? zawołał drugi.
— Cóż tu robisz, w tym szynku?
— A ty?
— Ja sam nie wiem.
— I ja nie.
— Więc tu jesteś....
— Z wyższego rozkazu.
— A, to i ja.
— I czekasz....
— Na kogoś, co tu ma przyjść.
— Z pewném hasłem?
— A skutkiem tego hasło?
— Mam mu być posłusznym, jakby samemu p. Tapinowi.
— Jedno i to samo. A tymczasem dano mi pistolę[6] bym się uraczył.
— Dano mi także pistolę, ale nie mówiono mi, ażebym pił.
— W takiej więc wątpliwości?...
— Wstrzemięźliwym nie będę.
— Więc pijmy.
I uniesiona pięść po nad stołem uderzyła teraz w niego, by gospodarza przywołać, chociaż to było rzeczą zbyteczną; bo gospodarz widząc wchodzących gości i w których poznał lubowników butelki, trzymał się prosto, z podniesioną w górę ręką, ażeby uchylić szlafmycy. Był to zabawny człowiek, ten gospodarz pod Muids d’amour.
— Wina! zawołali obydwaj gwardziści.
— Orleańskiego, dodał z nich ten, który zdawał się być większym smakoszem. Drapie w gardle i lubię je.
— Moi panowie! zawołał gospodarz ze strasznym uśmiechem, moje wino nie drapie, lecz jest bardzo łagodne.
I przyniósł odkorkowaną butelkę.
Obydwaj goście naleli sobie kieliszki i pili. Poczém je postawili na stole z skrzywieniem się rożnem co do wyrazu, ale jedno i to samo oznaczające wrażenie.
— Co u licha, mówisz, że twoje wino nie drapie? toćże ono rozdziera gardło.
— Ach moi panowie, to jest śliczne winko! zawołał gospodarz.
— Tak, braknie mu tylko traganku[7], dodał drugi gwardzista.
Gospodarz się uśmiechnął, jak człowiek znający się na żarcie.
— Chcecież jeszcze jednę? zapytał.
— Gdy będziemy chcieli, to zawołamy.
Gospodarz się skłonił i zrozumiawszy to powiedzenie, zostawił gości swoich samych.
— Ale, ozwał się jeden dwóch żołnierzy do drugiego, ty pewnie cóś więcej wiesz o tém, aniżeliś mi mówił, czy nie tak?
— O, wiem, że tu chodzi o jakiegoś kapitana.
— To, to samo. Ale, by aresztować tego kapitana, przybędzie nam pomoc, jak sądzę.
— Niezawodnie. Dwóch przeciwko jednemu, to niedosyć.
— Zapominasz o człowieku z hasłem. To pewnie ta pomoc.
— Gdyby ich było dwóch, i to silnych. Ale zdaje mi się, że coś słyszę.
Rzeczywiście ktoś szedł po wschodach.
— Sza!
— Cicho!
I obydwaj gwardziści, więksi niewolnicy danego im rozkazu, jak gdyby byli prawdziwymi żołnierzami, naleli sobie po kieliszku wina i pijąc je, zwracali, każdy, wzrok ponury ku drzwiom.
Obydwaj dostrzegacze nie omylili się, bo wschody, prowadzące z sali na pierwsze piętro, o których zapomnieliśmy wspomnieć, poczęły trzeszczeć pod jakimś porządnym ciężarem, i w téj chwili goście na sali zobaczyli nasamprzód dwoje nóg, potém kadłub a następnie głowę schodzącego. Miał na sobie mundur niebieski, a na głowie trojrogaty kapelusz, zalotnie na jedno przechylony ucho. Oko mniéj wprawne, jak gwardzistów francuzkich, byłoby od razu w tém wszystkimé kapitana poznało, bo jego ślify i szpada żadnéj o stopniu jego nie pozostawiały wątpliwości.
Ten kapitan, rzeczywisty kapitan la Jonquière, był człowiekiem mającym 5 stóp 6 cali wysokości, nieco gruby, żywy, i którego oczy na wszystkiém z zadziwiającą spoczywały przenikliwością. Rzekłbyś, że zwąchał szpiegów w mundurze gwardzistów francuzkich. Odwrócił się zaraz od nich na samym wstępie, a potém nadał jakiś szczególny obrot swojéj rozmowie z gospodarzem.
— Wychodzę, mówił; chciałbym był tutaj zjeść obiad, bo mi obudził apetyt ów wyborny zapach z kuchni, ale mnie koleżkowie czekają, w Gaboulet de Paphos. Może ktoś przyjdzie do mnie po sto pistolów, młody człowiek z prowincji, który miał być u mnie dziś z rana i na którego już dłużéj czekać nie mogę. Jeżeli przyjdzie i wymieni nazwisko swoje, powiedz mu, że za godzinę powrócę i niechaj na mnie zaczeka.
— Dobrze, panie kapitanie, odpowiedział gospodarz.
— Wina! wołali gwardziści.
— Oho! pomruknął kapitan, spoglądając na pozór zupełnie obojętnie na pijących, otóż i dwaj żołnierze, którzy mało mają względności dla ślif kapitańskich.
Potém się obrócił do gospodarza i dodał:
— Usłuż tym panom, bo przecież widzisz, jak im spieszno.
— Ah, wymówił jeden z nich wstawając, skoro pan pozwalasz....
— Zapewne, zapewne, że pozwalam, odpowiedział la Jonquière, z uśmiechom na ustach, ale byłby raczej wołał osmagać tych dwóch żołdaków, których twarze wielce mu się me podobały. Ulegając jednakże rozsądkowi, zwrócił się ku drzwiom.
— Ależ, kapitanie, zatrzymał go gospodarz, nie powiedziałeś mi pan nazwiska tego szlachcica, który ma tutaj przyjść niebawem.
La Jonquière się zastanowił; poruszenie niby dosyć wojskowe jednego z gwardzistów, bo założył na krzyż nogi i pokręcił wąsa, przywróciło mu nieco ufności; w téjże chwili, drugi wysadził palcem korek z butelki, naśladując językiem wystrzał szampanki a la Jonquière uspokoił się zupełnie.
— Jest to pan kawaler Gaston de Chaulay, odpowiedział kapitan gospodarzowi.
— Gaston de Chaulay, powtórzył gospodarz. Tam do djabła, gdybym zapomniał to nazwisko. Gaston.... Gaston... dobrze, przypomnę je sobie po Gaskonii;.... Chaulay.... dobrze?
— Dobrze odpowiedział poważnie la Jonquière. Gaston od Gaskona. Powinien byś otworzyć kursa mnemoniczne, mój panie gospodarzu, a jeżeli wszystkie reguły tak są pewne, jak ta którą słyszałem, zrobisz swoje szczęście niezawodnie.
Gospodarz się uśmiechnął na ten kompliment, a kapitan wyszedł; na ulicy obejrzał się bacznie na wszystkie strony, niby patrząc jaka jest pogoda, lecz rzeczywiście śledził wszystkie drzwi, zakątki i węgły domów.
Nie uszedł sto kroków ku ulicy Saint-Honoré, dokąd dążył, gdy Dubois ukazał się we drzwiach hotelu pod Maids-d’amour. Skrzyżował się, idąc, z kapitanem la Jonquière, lecz niewidziawszy wprzódy nigdy téj ważnéj figury, nie poznał go naturalnie.
Była to śmiałość aż do czelności posunięta, że się ukazał w hotelu z swoim wytartym kapeluszem w ręku, w szaréj sukni, spodniach brązowych, pończochach kosmatych, i z ułożeniem kupca z małego miasteczka.


XIV.
PAN MOUTONNET KUPIEC SUKNA W SAINT GERMAIN-EN LAYE.

Dubois, rzuciwszy szybkie spojrzenie na dwóch ciągle jeszcze pijących gwardzistów, dostrzegł gospodarza przemierzającego salę wśród ławek, ławeczek i leżących na podłodze korków.
— Czy nie tutaj mieszka pan kapitan la Joquière? zapytał nieśmiało. Chciałbym się z nim widzieć.
— Pan chciałbyś się widzieć z kapitanem la Jonquière? mówił gospodarz przypatrując się nowo-przybyłemu od stóp do głów.
— Gdyby można, bardzoby mi to było miło.
— Czy pan masz interes do tego, który tu mieszka? zapytał gospodarz, który w nim bynajmniéj nie poznawał oczekiwanego kawalera.
— Tak sądzę, odrzekł Dubois pokornie.
— Krótki, gruby.
— Ten sam.
— Tęgo pije?
— Tak jest.
— I zawsze gotów poigrać trzciną, gdy się zaraz nie zrobi, co rozkazał.
— Ten sam, kochany kapitan la Jonquièr....
— Więc pan go znasz?
— Ja, bynajmniej.
— Ach tak; boś go pan powinien był przede drzwiami spotkać.
— A do djabła! więc wyszedł? zawołał Dubois nagło w złym humorze, czego i pokryć nie umiał; ale spostrzegając niebaczność, jaką popełnił, przybrał znowu twarz swoję w najwdzięczniejszy uśmiech.
— Niemasz jeszcze pięciu minut, odpowiedział gospodarz.
— Pewnie niezadługo wróci?
— Za godzinę.
— Czy mi pan pozwolisz zaczekać tutaj na niego?
— Dla czegożby nie; ale może pan pozwoli sobie czém służyć?
— Proszę o wiśnie w wódce. Wino pije tylko przy objedzie.
Dwaj gwardziści porozumieli się uśmiechem najwyższéj wzgardy.
Gospodarz pospieszył z kieliszkiem żądanych wiśni.
— Ach! zawołał Dubois, jest w nim tylko pięć wisien a w Saint-Germain-en Laye, dają ich sześć.
— Być może, odpowiedział gospodarz, ale w Saint-Germain niemasz bezpłatnego wnijścia.
— To jest prawda, tak, zapomniałem o tém; przepraszam pana.
I począł gryść wiśnie, nie mogąc się ustrzedz, pomimo całéj mocy nad sobą, ażeby, jak najwidoczniej nie wykrzywiać twarzy.
Gospodarz, który go śledził oczyma, widział to skrzywienie się z uśmiechem zadowolenia.
— Gdzież on mieszka ten poczciwy kapitan la Jonąuière? zapytał Dubois, ażeby o czemś mówić.
— To są drzwi od jego pokoju, odpowiedział gospodarz. Wołał mieszkać na dole.
— Rozumiem. Okna zapewne są od ulicy?
— Są jeszcze i drzwi, które wychodzą na ulicę Deux-Boules z tego pokoju.
— Ale ta wrzawa nie przeszkadzaż mu?
— O, ma on i drugi pokoi na górze, raz tutaj spi a drugi raz Łam.
— Jak Dyonizy tyran, wyrzekł Dubois, niemogący się otrząść z swoich przytoczeń łacińskich albo historycznych.
— Co pan mówisz? zapytał gospodarz Dubois się spostrzegł, że znowu był nierozważny, i przygryzł usta. W téj chwili, na jego szczęście, jeden z gwardzistów zażądał wina a gospodarz, zawsze usłużny na takie wołanie, szybko poskoczył do przyległéj izby.
— Dubois spojrzał za nim a potem obrócił się do gwardzistów.
— Baczność! wy tam, zawołał.
— Czegóż pan chcesz? zapytali obydwaj.
Francja i rejent, odpowiedział Dubois.
— Hasło! zawołali razem dwaj przebrani żołnierze i powstali.
Wnijdźcie tam, mówił Dubois, wskazując pokój la Jonquierè’a, otwórzcie drzwi na ulicę Deux-Boules, i ukryjcie się, czy to za firanką, pod stołem, w szafie, albo gdzie będziecie mogli. Jeżeli zobaczę ucho którego z was, gdy wejdę, wytrącę mu płacę jego przez sześć miesięcy.
Dwaj gwardziści wypili resztki swojego wina, jako ludzie, którzy nic nie chcą z darów ziemskich stracić, i szybko weszli do wskazanego pokoju, gdy Dubois, spostrzegłszy, że nie zapłacili za wino, rzucił na stół sztukę pięcio-frankową; potém poskoczył do okna, otworzył je, i zwracając się do woźnicy, stojącego przed domem fiakra, zawołał.
— Lèvcillé! zajedź przed małe drzwi, które wychodzą na ulicę Deux-Boules, i powiedz Tapinowi, by wsiadł do powozu, gdy mu dam znak, bębniąc palcami po szybie. On już resztę wie.
Zamknął okno i w téjże samej chwili posłyszano turkot oddalającego się powozu.
Zwinny gospodarz powrócił. Na pierwszy rzut oka zobaczył, że gwardzistów już nie było.
— A gdzież się podzieli? zawołał.
— Jakiś sierżant na nich przez okno zastukał i wyszli.
— Ależ mi jeszcze nie zapłacili?
— Zostawili dwunasto-frankową sztukę na stole.
— Ej do licha! Sprzedaję przecież moje wino Orleańskie po ośm butelkę.
— Myśleli, że jako wojskowym, opuścisz coś w cenie.
— No, mówił gospodarz, obliczywszy zapewne że i tak jeszcze miał zysk, przynajmniej że wszystkiego niestraciłem, a takie wypadki przytrafiają, się w naszém rzemiośle.
— Ale coś podobnego, na szczęście, nie przytrafia się zapewne nigdy z kapitanem la Jonquière?
— O nie! To jest śmietanka wszystkich stołowników; wszystko płaci gotówką i nie targuje się nawet. Tylko, że mu nic nie jest dość dobre.
— Ho ho! ale może to tylko taka manija.
— Otóż to! szukałem tego słowa i nie mogłem go znaleść.
— To co mi mówisz o akuratności kapitana, bardzo mnie cieszy.
— Czy pan po pieniądze do niego przychodzisz? mówił mi wprawdzie, że na kogoś czeka, któremu sto pistolów winien.
— Przeciwnie, ja mu przynoszę pięćdziesiąt luidorów.
— Pięćdziesiąt luidorów! Tam do licha! to jest ładny grosz. Musiałem się przesłyszeć, i zamiast płacić, pewnie miał pieniądze odebrać. Nie nazywasz się pan przypadkiem kawaler Gaston de Chaulay?
— Kawaler Gaston de Chaulay! zawołał Dubois, niemogąc pokryć ile się ucieszył; on czeka na kawalera Gastona de Chaulay?
— Tak mi mówił, odpowiedział gospodarz, nieco zdziwiony tym zapałem spożywającego wiśnie w wódce, i który to bez przerwy z różnemi robił wykrzywieniami, jak małpa, gryząca gorzkie migdały. Ale, naprawdę, nie jesteś pan kawalerem Gastoncm de Chaulay?
— Nie, nie mam zaszczytu być szlachcicem. Nazywam się po prostu Moutonnet.
— Szlachectwo nic nie znaczy, ozwał się gospodarz tonem poważnym; można się nazywać Moutonnet i być człowiekiem poczciwym.
— Tak, Moutonnet, odpowiedział Dubois, przytakując skinieniem głowy teoryi gospodarza. Moutonnet kupiec sukna w Saint-Germain-en-Laye.
— I pan masz kapitanowi pięćdziesiąt luidorów doręczyć?
— Tak, mój panie, odrzekł Dubois dopijając sumiennie sok po zjedzeniu ostatniéj wiśni; bo wyobraź sobie, że przeglądając rejestra mojego ojca, przekonałem się, że ojciec mój byt ojcu kapitana pięćdziesiąt luidorów dłużnym. Od téj chwili już i miru nie miałem, zabrałem się więc co żywo, by w miejscu ojca który umarł, wynaleść syna.
— Ale wiesz pan, panie Moutonnet, zawołał gospodarz zdziwiony do żywego tak nadzwyczajną skrupulatnością, że mało jest takich dłużników, jak pan.
— To my już tacy z ojca na syna, z Moutonneta na Moutohneta. Ale za to, gdy i nam ktoś jest winny... O! litości żadnéj nie mamy. Był tam jakiś ladaco, bardzo uczciwy człowiek, winien domowi Moutonnet i syn, sto-sześćdziesiąt liwrów. Mój dziadek kazał go wsadzić do więzienia, gdzie pozostał przez całe trzy pokolenia, i umarł tam biedaczysko przed dwoma tygodniami. Przejrzawszy rachunki, mój panie, obliczyłem, że ten hultaj kosztował nas w ciągu tych lat 30, które siedział w więzieniu, dwanaście tysięcy liwrów. Mniejsza o to, aleśmy się zasady naszéj trzymali.... Przepraszam, mój panie gospodarzu, przerwał Dubois swoją dalszą gawędkę, bo śledząc z boku ciągle ulicę, dostrzegł przededrzwiami domu cień jakiś, niby podobny do kapitana la Jonquière. Przepraszam, że panu czas zajmuje bzdurstwami mojemi, bo otóż i nowy gość przybywa.
— O, to właśnie jest ten, na którego pan czekasz.
— Waleczny kapitan la Jonquière? zawołał Dubois.
— On sam. Panie kapitanie, czekają tu na pana.
Kapitan nie pozbył się bynajmniéj swoich podejrzeń z rana, bo i na ulicy widział pełno jakichsiś figur zwykle niewidzianych, a które mu się złowrogiemi być zdawały. Wszedł więc pełen nieufności; spojrzał badawczo w koło, a nasamprzód tam, gdzie był zostawił dwóch gwardzistów; ich nieobecność uspokoiła go nieco; a potém zmierzył okiem świeżo przybyłego, który w nim nową wzniecił obawę.... Ależ ludzie, którym coś cięży na sumieniu i lękać się mają powody, w samym zbytku niepokojów swoich nieraz czerpią odwagę, by przeczucie złego pokonać, czyli raczéj oswoją się z niemi i nie zważają już na nie. Poczciwa mina kupca z Saint-Germain ubezpieczyła niejako kapitana, i uprzejmie go powitał.
Dubois głęboko mu się ukłonił. Poczém la Jonquiére zapytał gospodarza, czy przyjaciel na którego czeka, nie przybył jeszcze?
— Tylko ten pan przyszedł, odpowiedział gospodarz. Ale nic pan na téj zmianie nie tracisz: tamten miał przyjść po sto pistolów, a ten tutaj przynosi panu pięćdziesiąt luidorów.
La Jonquière obrócił się ku Dubois, który zniósł spojrzenie jego, nadając twarzy swojéj głupowatą przyjemność, o ile tylko to zrobić był w stanie.
Kapitana nie całkiem oszukało ale raczéj odurzyło opowiadanie mniemanego Moutonnela. Uśmiechnął się nawet na widok tak niespodziewanego zwrotu, powodowany owém zamiłowaniem niepowściągnioném, jakie ludzie powszechnie mają do niespodzianek pod względem finansowym. I ujęty szlachetnym czynem tego człowieka, który go wszędzie szukał, by mu dług zwrócić, o którym ani wiedział, zażądał od gospodarza butelki wina hiszpańskiego i zaprosił Dubois do swojego pokoju.
Dubois zbliżył się do okna, by wziąść swój kapelusz, leżący na krześle, i w czasie gdy kapitan z gospodarzem rozmawiał, zabębnił zlekka w szybę.
W téj samej chwili kapitan się obrócił.
— Ale może będę zawadzał w pokoju pańskim, mówił Dubois, przybierając minę świętoszka.
— Bynajmniéj! Dobry mam widok z okien, i pijąc sobie, będziemy się przypatrywali przechodzącym; a ładne mieszkają kobietki na ulicy Bourdonais. Uśmiechasz się na to!
— Eh! eh! pomruknął Dubois, drapiąc się w roztargnieniu po nosie.
To poruszenie byłoby go zdradziło w każdém inneém miejscu, mniej oddaloném od palais royal, lecz przy ulicy Bourdonnais nie spostrzeżono tego wcale.
La Jonquière wszedł przed nim do pokoju, przed kapitanem gospodarz, a przed gospodarzem butelki. Dubois, wchodzący na ostatku; miał czas porozumieć się z Tapinem, który się w pierwszéj sali z dwoma ludźmi ukazał; poczém, jako człowiek dobrze wychowany, zamknął drzwi za sobą.
Dwaj towarzysze Tapina zasunęli firanki w sali, a przewódca ich stanął przy drzwiach od pokoju kapitana w ten sposób, ażeby też, otwierając się, zasłoniły go.
Gospodarz wrócił niebawem; a odebrawszy od kapitana zaraz zapłatę w gotówce, spieszył, by to w księdze zaciągnąć a pieniądze do szuflady schować. Lecz zaledwie drzwi za sobą zamknął, gdy czatujący Tapin, zatknął mu usta chustką i wciągnął mu szlafmycę przez twarz całą aż po-za brodę; potém schwycił go jak pióro, wyniósł i wsadził do drugiego fiakra, stojącego tuż w samych drzwiach. W tym czasie drab drugi ujął dziewczynkę, która właśnie jaja w kuchni ubijała, a trzeci wyniósł kuchcika, trzymającego patelnię, owinąwszy go wprzódy w obrus. I tak w jedném mgnieniu oka, pędzili gospodarz, córka jego i jego psuj-sosik (proszę mi przebaczyć to wyrażenie przez wzgląd na jego rzeczywistość) w towarzystwie dwóch nieznajomych ku ś. Łazarzowi. Zbyt dobre konie i niecierpliwość woźnicy przeczyły, ażeby powóz, który ich unosił, rzeczywistym był fiakrem.
Bezwłocznie Tapin, z instynktem szczura policyjnego, począł przetrząsać szafę kuchenną; po-za drzwiami kuchennemi znalazł szlafmycę, kamizelkę perkalikową i fartuch. Potém przywołał jakiegoś przechodnia, zaglądającego w okna, i w jednéj chwili przekształcił go na posługacza oberżowego. W tym samym czasie posłyszano mocny stuk w pokoju kapitana, jak gdyby się był stół wywrócił i butelki pospadały; potém jakieś tuptanie nogami, przekleństwa, brzęk pałasza — i potém już nic.
W minutę późniéj rozległ się turkot spiesznie odjeżdżającego fiakra w ulicy Deux-Boules.
Tapin, który z nożem w ręku pilnie nadstawiał ucha, wyprostował się radośnie, mówiąc:
— Ot już dobrze, skończyło się wszystko.
— I to w sam czas, panie, pochwycił chłopak, bo otóż i gość jakiś.


XV.
I UFAJŻEŻ ZNAKOM, SŁUŻĄCYM DO POZNANIA SIĘ!

Tapin mniemał z razu, że to kawaler Gaston de Chaulay nadchodzi; lecz się omylił, bo to była kobieta, która po miarkę wina przyszła.
— Cóż to się stało temu biednemu panu Bourguignon? zapytała. Widziałam, że go dziś w fiakrze wieziono, w szlafmycy na głowie.
— Niestety! moja kochana pani, spotkało nas niespodziane nieszczęście. Biedny Bourguignon, został tknięty apopleksją, rozmawiając właśnie zemną w najlepsze.
— Święty Boże!
— Niestety! moja kochana pani, westchnął Tapin wznosząc oczy w górę, to właśnie dowodzi, żeśmy wszyscy śmiertelni.
— A ta mała dziewczynka, którą także zabrali?
— Będzie pilnowała swojego ojca, jak powinna.
— A kuchcik? zapytała znowu ciekawie sąsiadka, by zrzucić wszystko, co jéj na sercu ciężyło.
— On im będzie gotował, bo to jest jego powinność.
— Przenajświętszy Boże! widziałam to wszystko z progu mojego mieszkania, ale nic nie pojmuję. I dla tego téż, chociaż bez potrzeby, przyszłam tu kupić tę odrobinę wina, by się czegoś dowiedzieć.
— I dowiedziałaś się, moja dobra pani.
— Ale któż pan jesteś?
— Jestem Champagne, kuzyn Bourguignona. Dziś dopiero z moich stron przybyłem. Przywiozłem mu właśnie pieniądze i wiadomość od jego familii. Ta nagła radość, to wzruszenie gwałtowne, sprawiło uderzenie do głowy i..... stało się! Zapytaj się pani Grabigeon’a, mówił Tapin daléj, wskazując nowego kuchcika, który właśnie kończył smażenie grzybka, do którego córka gospodarza była jajka ubiła.
— O tak, mój Boże, wszystko tak się stało, jak pan Champagne opowiada, odpowiedział Grabigeon, ocierając łzę drewnianą łyżką.
— Biedny p. Bonrguignon! Więc potrzeba modlić się za niego, jakżeż pan sądzisz?
— Nigdy się za wiele do Boga modlić nie możemy, odpowiedział Tapin poważnie.
— Ach chwileczkę jeszcze! daj mi pan przynajmniej dobrą miarę.
Tapin przytaknął jéj głową i zadowolił miarą sąsiadkę, co nie było trudną rzeczą, bo wszakżeż to cudze dobro rozdawał.
Bourguignon byłby krzyczał z boleści, widząc ile Tapin dobrego wina z Macon, za dwa su sprzedał.
— No, no, uspokoję ja sąsiadów, ozwała się kobieta, którzy się już niepokoić poczęli, i nigdzie nie pójdą kupić wina, tylko do pana. A co więcéj, gdyby Bourguignon nie był kuzynem pańskim, powiedziałabym co myślę.
— O, powiedz sąsiadka, powiedz bez ogródki.
— Że się przekonywam jak mnie okradał, po prostu okradał. Bo za taki dzbaneczek, za jaki panu dałam dwa su, musiałam jemu zapłacić cztery, a jeszcze nie był tak pełen, jak teraz.
— No, przypatrzcie się!
— O, panie Champagne, niechaj co chcą mówią, ale jeżeli niemasz sprawiedliwości tutaj, to zawsze jest w niebie. Z resztą to bardzo dobrze, że pan daléj poprowadzisz jego rzemiosło.
— Zapewne! wymówił Tapin z cicha, dobrze dla jego gości.
I starał się odprawić kobietę, by ktoś nie nadszedł, nie posłyszał co mówi i nic powziął jakiego podejrzenia...
Niezadługo téż, właśnie, gdy godzina druga wybiła, otworzyły się drzwi sienne i wszedł młody człowiek, dumnego wejrzenia, w niebieskim płaszczu, poproszonym śniegiem.
— Czy tutaj jest oberża pod Muits d’amour? zapytał Tapina.
— Tutaj, panie.
— A kapitan la Jonquière, czy tutaj mieszka?
— Tak jest, panie.
— Czy jest w domu?
— Tak, panie, dopiero co powrócił.
— A więc proszę go uprzedzić o przybyciu kawalera Gastona de Chaulay.
Tapin się skłonił, podał mu krzesło, którego kawaler nie przyjął, i wszedł do pokoju kapitana.
Gaston otrząsł śnieg z butów, a potém z płaszcza, i czekając przypatrywał się z ciekawością bezczynnego człowieka, rozwieszonym po ścianie obrazkom. Nie przeczuwał on bynajmniéj, że blisko niego znajdowały się trzy ostrza, które go na pierwsze, skinienie oczu tego usłużnego i pokornego gospodarza, na wylot przeszyć mogły.
Po pięciu minutach Tapin wrócił, i zostawiając drzwi za sobą otwarte, wyrzekł:
— Kapitan la Jonquière jest na usługi kawalera de Chaulay.
Gaston wszedł do pokoju, uprzątnionego i utrzymywanego w porządku całkiem wojskowym. W pokoju znajdował się ten którego mu gospodarz jako kapitana la Jonquière przedstawił. A chociaż Gaston nie był biegłym fizjonomistą, poznał jednakże, że ten człowiek, albo doskonale maskować się umie, albo téż nie wielkim jest zuchem.
Niski, suchy, z nosem ochrościałym, szarych oczu, szamotał się w mundurze wytartym, który mu jednak widocznie pod pachami dolegał; przyczepiony do szpady tak długiéj, jak on był wysoki, groźny ów kapitan, tyle mu przez Pantcalec’a i drugich spiskowych chwalony, w dziwnej Gastonowi przedstawił się postaci.
»Ten człowiek jest brzydki i wygląda na zakrystjana« pomyślał Gaston.
— Czy mam honor mówić z panem kapitanem la Jonquière? zapytał, gdy tamten zbliżył się, by go powitać.
— Jestem nim, odpowiedział Dubois, przeistoczony w kapitana.
Nastąpiły ukłony.
— Czy mam zaszczyt przyjmować u siebie pana kawalera Gasło m de Chaulay?
— Tak jest, panie.
— Pan masz znaki umówione? zapytał fałszywy la Jonquière.
— Połowę złamanéj sztuki złotéj.
— A tutaj jest druga połowa.
Zbliżono obiedwie połówki i stykały się jak najlepiéj.
— A teraz przypatrzmy się dwóm papierom. Gaston dobył z kieszeni ów papier dziwnie wycięty, na którym było napisane nazwisko la Jonquière.
Dubois pokazał takiż sam papier, na którym stało nazwisko Gaston de Chaulay, położyli jeden na drugim, obydwa wycięte były podług jednego wzoru a wykrojenia przylegały do siebie jak najzupełniéj.
— Doskonale! zawołał Gaston, a teraz pugilares?
Pugilares Gastona i fałszywego kapitana la Jonquière we wszystkiém podobne były do siebie, a chociaż obydwa nowe, zawierały jednakże kalendarz z roku 1700, to jest o lat dziewiętnaście przed rokiem, w którym to się działo, co opowiadamy. Tę przezorność nakazała zapewne obawa, by naśladowanych uniknąć.
Dubois zaś nie miał potrzeby naśladowania, bo wyżéj wymienione przedmioty, znalazł był u kapitana la Jonquière, i z swoją, szatańską, przenikliwością i piekielnym instynktem, domyślił się wszystkiego i umiał z tego korzystać.
— A teraz, mój panie? mówił Gaston.
— Teraz.... możemy mówić o naszych interesach. Czy nie tego pan chciałeś?
— Nie inaczéj.... Ale czy tu jesteśmy bezpieczni?
— Jak gdybyśmy byli na puszczy.
— Więc usiądźmy i pogadajmy.
— Bardzo chętnie kawalerze.
Obydwaj usiedli przy stole, jeden z jednéj a drugi z drugiéj strony; przed nimi stała butelka xeresu i dwa kieliszki. Dubois nalał jeden, lecz gdy chciał nalewać drugi, zakrył go Gaston dłonią, oświadczając że nie będzie pił wina.
— Diable! pomyślał Dubois; szczupły i skromny, to niedobry znak.
Gaston zdawał się rozmyślać, i od czasu do czasu rzucił badawcze spojrzenie na Dubois.
Dubois zwolna popijał wino hiszpańskie, wytrzymując jak najspokojniéj te spojrzenia Gastona.
— Kapitanie, ozwał się nakoniec Gaston, po chwili milczenia, jeżeli się coś przedsiębierze ważnego, jak my to obecnie czynimy, coś takiego co nas głowę kosztować może, jest dobrze poznać się bliżéj, ażeby wiedzieć, czy przeszłość może być rękojmią przyszłości. Mont Lonis, Ducouédic, Talhouet i Ponlcalec, wysłali mnie do pana; znasz moję imię i stan. Chowałem się przy bracie, który miał ważne powody nienawidzenia rejenta. Tę nienawiść ja po nim odziedziczyłem; z tąd wynikło, że gdy przed trzema laty szlachta bretońska utworzyła ligę, przyłączyłem się i ja do tego związku. Obecnie zostałem wybrany przez spiskowych Bretanii, bym się udał do Paryża w celu porozumienia się z tutejszymi, odebrał instrukcje od barona de Valef, który przybył z Hiszpanii, i wręczył je księciu d’ Olivares, ajentowi króla hiszpańskiego; nadto — ażebym się o przyzwoleniu tegoż w tym względzie przekonał.
— A cóż z tém wszystkiém ma do czynienia kapitan la Jonquière? zapytał Dubois, jak gdyby to on powątpiewał o tożsamości kawalera.
— Ma mnie księciu przedstawić. Jestem tu od dwóch godzin. Nasamprzód byłem u pana de Valef. A teraz zdałem panu sprawę z moich czynności, o tyle że znasz przeszłość moję, tak jak ja sam.
Dubois słuchał, wyrażając przez mimikę wrażenia jakich doznawał, fraszki najdoskonalszy aktor! a gdy Gaston mówić przestał, odpowiedział:
— Co do mnie, kawalerze, wyznam otwarcie, że historja moja jest dłuższą i obfitszą w wypadki, i rozparł się w krześle z miną pełną szlachetnéj obojętności. Jednakże, — jeżeli zażądasz, bym ci ją opowiedział, nie zaniedbam być posłusznym.
— Jak powiedziałem, kapitanie, że będąc w takiém położeniu, jak my jesteśmy, jedną z pierwszych jest konieczności, by siebie znać wzajemnie.
— A więc nazywam się la Jonquière, jak to już wiesz; mój ojciec, tak jak i ja, był oficerem. Jest to rzemiosło, w którem się zwykle dużo sławy ale mało pieniędzy zyszcze. I gdy mój chwałą okryty ojciec umarł, zostawił mi tylko mundur swój i szpadę. Przypasałem szpadę, która nieco była za długa, i włożyłem mundur, który mi był za przestronny. Od tego czasu, mówił Dubois pokazując kawalerowi przestronność sukien swoich, co zresztą i sam już był spostrzegł, przyzwyczaiłem się do wygodnego ubrania.
Gaston skłonił głowę na znak, że nic nie ma do zarzucenia temu nawyknieniu chociaż sam dość opięte miał suknie.
— Dzięki mojej minie okazałéj, przyjęto mnie do pułku zwanego Royal-Italien, który nasamprzód przez oszczędność a potem, że Włochy nie należały już do nas, został natenczas rekrutami francuzkiemi skompletowany. Otrzymałem znakomity stopień anspessady, gdy w wigiliją bitwy pod Maiplaquet, małe miałem zajście z sierżantem moim, skutkiem jakiegoś rozkazu, który mi dawał z podniesioną w górę laską, zamiast ją spuścić ku ziemi, jak przyzwoitość kazała.
— Przepraszam, mówił Gaston, ale nie rozumiem w czém to mogło sprawić różnicę, co to danego rozkazu panu.
— Otóż to sprawiło różnicę, że spuszczając laskę, dotknął się kapelusza mojego, i tenże upadł na ziemię. Skutkiem téj niezgrabności odbył się pojedynek, w którym go szpadą moją na wylot przeszyłem. Ponieważ zaś oddanoby mnie niezawodnie pod sąd wojenny, wywinąłem się z tego gładko, i nazajutrz, niechaj mnie piorun trzaśnie jeżeli wiem jak się to stało! nazajutrz rano obudziłem się, jako zaciągniony już do armii księcia de Marlborough.
— To jest, żeś pan dezerterował, ozwał się kawaler z uśmiechem.
— Miałem przed sobą przykład Korjolana i wielkiego Kondeusza, mówił Dubois daléj, co jak mi się zdaje, dostateczném jest usprawiedliwieniem w oczach potomności. Byłem więc obecny, jako aktor, téj bitwie pod Malplaquet; mówię wszystko otwarcie, bom obiecał nic nie zataić przed panem. Ale zamiast zostawać z téj strony strumyka, znajdowałem się na przeciwnym brzegu; zamiast być obróconym tyłem do wioski, patrzyłem się na nią. Ta zmiana była wielce szczęśliwą dla pańskiego sługi, bo pułk Royal-Italien zostawił S00 trupa na placu boju, kompaniją moję zarąbaną zupełnie a mojego kolegę pokojowego rozpłatał jeden z 17,000 wystrzałów, wymierzonych dnia tego. Chwała, jaką się ś. p. pułk mój ukrył, zachwyciła dostojnego Marlborougha tak dalece, że mnie zaraz na polu bitwy chorążym mianował. Mając takiego protektora, mógłbym był zajść daleko, gdyby nie żona jego, lady Marleborough, którą niech piorun trzaśnie! Wiadomo panu, że przez niezgrabność upuściła szklankę wody na suknią królowéj Anny; ten wielki wypadek zmienił całkiem porządek rzeczy w Europie, i w odmęcie, który potém nastąpił, nie miałem innego protektora, tylko moję osobistą zasługę, i nieprzyjaciół, których mi taż zasługa była zjednała.
— I coż się potém z panem stało? zapytał Gaston, słuchając z pewném zajęciem opowiadania awanturniczego życia mniemanego Kapitana.
— Odosobnienie skłoniło mnie, żem szukał służby u króla hiszpańskiego, który, mogę to na zaszczyt jego powiedzieć, bardzo łaskawie prośbę moję przyjął. Po upływie trzech lat zostałem kapitanem; lecz z trzydziestu realów żołdu dziennego, zatrzymywano dwadzieścia, twierdząc, że jaśnie królewska mość katolicka wielki nam czyni honor, pożyczając od nas pieniędzy. Że zaś ten sposób umieszczania pieniędzy nie zdawał mi się być dosyć bezpiecznym, poprosiłem mojego pułkownika o uwolnienie mnie z służby, w celu powrócenia do pięknéj ojczyzny mojéj; prosząc go zarazem o jakiś rodzaj usprawiedliwienia mnie.... rekomendacyi... ażebym co do owéj wyprawy pod Malplaquat nie doznał jakiéj nieprzyjemności. Pułkownik polecił mnie księciu de Cellamare, który poznawszy usposobienie moje, żem gotów każdy rozkaz wypełnić, byle tylko w przyzwoitym sposobie był dany i z pewnym dźwiękiem muzycznym, użył mnie bardzo czynnie w owym spisku, któremu imię swoje był nadał. Wiadomo, że sprawa ta nie udała się, z powodu zwady jakiegoś nikczemnego pismaka nazwiskiem Burat i osławionej panny Fillon. Książe jednakże pomyślał sobie: że co się zwlecze to nie uciecze, i polecił mnie znowu swojemu następcy, któremu obecnie zawdzięczam honor, że mam przyjemność poznać tak doskonałego kawalera, jakim pan jesteś. Chciej mnie przeto uważać jako najpokorniejszego i najposłuszniejszego sługę swego.
— Ograniczam się tylko na prośbie, byś mnie kapitan księciu przedstawił; bo jemu tylko mogę powierzyć dane mi instrukcje i depesze barona de Valef. Nie mogę od tych poleceń i na jedną jotę odstąpić, chciejże mnie przeto, kapitanie, zaprowadzić do księcia.
— Dziś jeszcze, mój panie, odpowiedział Dubois, który zaraz na prędce jakiś powziął zamiar. Za godzinę, jeżeli zechcesz, za dziesięć minut, jeżeli potrzeba.
— Jak tylko można naprędzjé.
— Trochę się pospieszyłem, mówiąc, że za godzinę będę mógł pana księciu przedstawić. W Paryżu na nic z pewnością liczyć niemożna. Może książę nieuprzedzony o przybyciu pana, może na to nieprzygotowany; może go w domu nie zastanę.
— Pojmuję to wszystko i będę cierpliwym.
— Może nawet nie będę mógł przyjść po pana.
— A to dla czego?
— Dla czego? o kawalerze, widać, żeś po raz pierwszy w Paryżu?
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Chcę to powiedzieć, że w Paryżu trzy są policje, zupełnie różniące się, oddzielne, lecz które natychmiast z sobą się łączą, gdy chodzi o dręczenie poczciwych ludzi, mających na celu obalenie tego co jest a utworzenie tego czego niemasz. !, policya jego królewskiéj mości rejenta, której się nie bardzo obawiać potrzeba. 2. policja pana d’Argenson.... Ha! tamten miewa dni swoje, zwłaszcza jeżeli go zbesztano w klasztorze ś. Magdaleny; 3. policja pana Dubois; ah! co ta, to wcale co innego, bo Dubois jest wielkim....
— Nikczemnikiem! krzyknął Gaston, nie mówisz mi nic nowego, bom o tém dawno wiedział.
Dubois skłonił się i uśmiechnął po swojemu, złowrogo i podobny do małpy.
— Więc, ażeby ujść baczności tych trzech policyj?... zapytał Gaston.
— Potrzeba mieć wiele przezorności.
— Naucz-że mnie tego kapitanie, bo zdajesz się wiedzieć o wszystkiém. A co do mnie, jużem ci to powiedział: jestem wieśniakiem i nic więcéj.
— Nasamprzód potrzeba, ażebyśmy nie w jednym hotelu mieszkali.
— O do licha! zawołał Gaston, przypomniawszy sobie dany adres Helenie, to mi wcale nie na rękę, miałem przyczynę pozostania tutaj.
— Mniejsza o to, kawalerze, to ja się wyprowadzę. Weźmiesz jeden z moich pokoi: ten tutaj, albo ten drugi na górze.
— Wolę na dole.
— Masz słuszność. Na równéj ziemi, okna na jednę ulicę, ukryte drzwiczki na drugą. Masz dobre oko i wiele obiecujesz.
— Ale wróćmy do naszego interesu.
— Prawda. Cóżem to mówił?
— Mówiłeś, że może nie będziesz mógł przyjść po mnie.
— Tak jest. A w takim razie, bądź ostrożnym i udaj się tylko za tym, który ci znak umówiony pokaże.
— I jakiż to ma być len znak?
— Nasamprzód musi mieć list odemnie.
— Nieznam pisma pańskiego.
— Prawda. Dam panu słów kilka na próbę.
Dubois usiadł przy stole i napisał co następuje:

»Panie kawalerze,

»Udaj się z wszelkiém zaufaniem za człowiekiem, który ci doręczy ten bilet. Ma on zlecenie zaprowadzić cię tam, gdzie na pana czekają: książę d’Olivares i kapitan la Jonquière.» Bierz pan, mówił daléj, oddając mu ten bilecik, gdyby ktoś przyszedł w imieniu mojém, odda panu autograf podobny do tegoż.
— Będzież to dostateczném?
— O nigdy! niemożna być dosyć ostrożnym. Prócz autografu pokaże on panu połowę owej sztuki złotej; a u drzwi domu, gdzie pana zaprowadzi, zażądasz od niego trzeciego znaku.
— A ten będzie?
— Ów papierek.
— To dobrze; i przy takiéj przezorności, to chyba djabeł tylko mógłby nas schwycić. A teraz cóż mi czynić pozostaje?
— Zaczekać tutaj. Przecież pewnie już dzisiaj wyjść nie masz zamiaru?
— Nie.
— A więc siedźże tutaj spokojnie i cicho, zbywać ci w tym hotelu na niczem nie będzie. Nadto polecę pana gospodarzowi.
— Dziękuję.
— Mój kochany panie Champagne, mówił fałszywy la Jonquière, otworzywszy drzwi, do Tapina. Otóż kawaler de Chaulay zajmie mój pokój. Miej o nim takie samo, jak o mnie staranie.
Poczém drzwi znowu zamknął.
— To jest złoty chłopiec, ten Tapin, mówił ciągle swojej swoją Dubois półgłosem. — Miejcie go ciągle na oku, strzeżcie go, rozkaż to swojéj służbie. Odpowiesz mi głową za niego.

KONIEC TOM PIERWSZEGO.




  1. Siostra od posłuj klasztornych, (przyp. tłum )
  2. Pan Gaston złudne powziął zdanie, i pokazuje się, że prawdziwego świata nie znał.
    Przyp. tłu.
  3. Dadane przez Wikiźródła
  4. Dodane przez Wikiźródła
  5. Muids, okseft.
  6. Dziesięć franków.
  7. Estragon.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.