Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom I/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XV.
I UFAJŻEŻ ZNAKOM, SŁUŻĄCYM DO POZNANIA SIĘ!

Tapin mniemał z razu, że to kawaler Gaston de Chaulay nadchodzi; lecz się omylił, bo to była kobieta, która po miarkę wina przyszła.
— Cóż to się stało temu biednemu panu Bourguignon? zapytała. Widziałam, że go dziś w fiakrze wieziono, w szlafmycy na głowie.
— Niestety! moja kochana pani, spotkało nas niespodziane nieszczęście. Biedny Bourguignon, został tknięty apopleksją, rozmawiając właśnie zemną w najlepsze.
— Święty Boże!
— Niestety! moja kochana pani, westchnął Tapin wznosząc oczy w górę, to właśnie dowodzi, żeśmy wszyscy śmiertelni.
— A ta mała dziewczynka, którą także zabrali?
— Będzie pilnowała swojego ojca, jak powinna.
— A kuchcik? zapytała znowu ciekawie sąsiadka, by zrzucić wszystko, co jéj na sercu ciężyło.
— On im będzie gotował, bo to jest jego powinność.
— Przenajświętszy Boże! widziałam to wszystko z progu mojego mieszkania, ale nic nie pojmuję. I dla tego téż, chociaż bez potrzeby, przyszłam tu kupić tę odrobinę wina, by się czegoś dowiedzieć.
— I dowiedziałaś się, moja dobra pani.
— Ale któż pan jesteś?
— Jestem Champagne, kuzyn Bourguignona. Dziś dopiero z moich stron przybyłem. Przywiozłem mu właśnie pieniądze i wiadomość od jego familii. Ta nagła radość, to wzruszenie gwałtowne, sprawiło uderzenie do głowy i..... stało się! Zapytaj się pani Grabigeon’a, mówił Tapin daléj, wskazując nowego kuchcika, który właśnie kończył smażenie grzybka, do którego córka gospodarza była jajka ubiła.
— O tak, mój Boże, wszystko tak się stało, jak pan Champagne opowiada, odpowiedział Grabigeon, ocierając łzę drewnianą łyżką.
— Biedny p. Bonrguignon! Więc potrzeba modlić się za niego, jakżeż pan sądzisz?
— Nigdy się za wiele do Boga modlić nie możemy, odpowiedział Tapin poważnie.
— Ach chwileczkę jeszcze! daj mi pan przynajmniej dobrą miarę.
Tapin przytaknął jéj głową i zadowolił miarą sąsiadkę, co nie było trudną rzeczą, bo wszakżeż to cudze dobro rozdawał.
Bourguignon byłby krzyczał z boleści, widząc ile Tapin dobrego wina z Macon, za dwa su sprzedał.
— No, no, uspokoję ja sąsiadów, ozwała się kobieta, którzy się już niepokoić poczęli, i nigdzie nie pójdą kupić wina, tylko do pana. A co więcéj, gdyby Bourguignon nie był kuzynem pańskim, powiedziałabym co myślę.
— O, powiedz sąsiadka, powiedz bez ogródki.
— Że się przekonywam jak mnie okradał, po prostu okradał. Bo za taki dzbaneczek, za jaki panu dałam dwa su, musiałam jemu zapłacić cztery, a jeszcze nie był tak pełen, jak teraz.
— No, przypatrzcie się!
— O, panie Champagne, niechaj co chcą mówią, ale jeżeli niemasz sprawiedliwości tutaj, to zawsze jest w niebie. Z resztą to bardzo dobrze, że pan daléj poprowadzisz jego rzemiosło.
— Zapewne! wymówił Tapin z cicha, dobrze dla jego gości.
I starał się odprawić kobietę, by ktoś nie nadszedł, nie posłyszał co mówi i nic powziął jakiego podejrzenia...
Niezadługo téż, właśnie, gdy godzina druga wybiła, otworzyły się drzwi sienne i wszedł młody człowiek, dumnego wejrzenia, w niebieskim płaszczu, poproszonym śniegiem.
— Czy tutaj jest oberża pod Muits d’amour? zapytał Tapina.
— Tutaj, panie.
— A kapitan la Jonquière, czy tutaj mieszka?
— Tak jest, panie.
— Czy jest w domu?
— Tak, panie, dopiero co powrócił.
— A więc proszę go uprzedzić o przybyciu kawalera Gastona de Chaulay.
Tapin się skłonił, podał mu krzesło, którego kawaler nie przyjął, i wszedł do pokoju kapitana.
Gaston otrząsł śnieg z butów, a potém z płaszcza, i czekając przypatrywał się z ciekawością bezczynnego człowieka, rozwieszonym po ścianie obrazkom. Nie przeczuwał on bynajmniéj, że blisko niego znajdowały się trzy ostrza, które go na pierwsze, skinienie oczu tego usłużnego i pokornego gospodarza, na wylot przeszyć mogły.
Po pięciu minutach Tapin wrócił, i zostawiając drzwi za sobą otwarte, wyrzekł:
— Kapitan la Jonquière jest na usługi kawalera de Chaulay.
Gaston wszedł do pokoju, uprzątnionego i utrzymywanego w porządku całkiem wojskowym. W pokoju znajdował się ten którego mu gospodarz jako kapitana la Jonquière przedstawił. A chociaż Gaston nie był biegłym fizjonomistą, poznał jednakże, że ten człowiek, albo doskonale maskować się umie, albo téż nie wielkim jest zuchem.
Niski, suchy, z nosem ochrościałym, szarych oczu, szamotał się w mundurze wytartym, który mu jednak widocznie pod pachami dolegał; przyczepiony do szpady tak długiéj, jak on był wysoki, groźny ów kapitan, tyle mu przez Pantcalec’a i drugich spiskowych chwalony, w dziwnej Gastonowi przedstawił się postaci.
»Ten człowiek jest brzydki i wygląda na zakrystjana« pomyślał Gaston.
— Czy mam honor mówić z panem kapitanem la Jonquière? zapytał, gdy tamten zbliżył się, by go powitać.
— Jestem nim, odpowiedział Dubois, przeistoczony w kapitana.
Nastąpiły ukłony.
— Czy mam zaszczyt przyjmować u siebie pana kawalera Gasło m de Chaulay?
— Tak jest, panie.
— Pan masz znaki umówione? zapytał fałszywy la Jonquière.
— Połowę złamanéj sztuki złotéj.
— A tutaj jest druga połowa.
Zbliżono obiedwie połówki i stykały się jak najlepiéj.
— A teraz przypatrzmy się dwóm papierom. Gaston dobył z kieszeni ów papier dziwnie wycięty, na którym było napisane nazwisko la Jonquière.
Dubois pokazał takiż sam papier, na którym stało nazwisko Gaston de Chaulay, położyli jeden na drugim, obydwa wycięte były podług jednego wzoru a wykrojenia przylegały do siebie jak najzupełniéj.
— Doskonale! zawołał Gaston, a teraz pugilares?
Pugilares Gastona i fałszywego kapitana la Jonquière we wszystkiém podobne były do siebie, a chociaż obydwa nowe, zawierały jednakże kalendarz z roku 1700, to jest o lat dziewiętnaście przed rokiem, w którym to się działo, co opowiadamy. Tę przezorność nakazała zapewne obawa, by naśladowanych uniknąć.
Dubois zaś nie miał potrzeby naśladowania, bo wyżéj wymienione przedmioty, znalazł był u kapitana la Jonquière, i z swoją, szatańską, przenikliwością i piekielnym instynktem, domyślił się wszystkiego i umiał z tego korzystać.
— A teraz, mój panie? mówił Gaston.
— Teraz.... możemy mówić o naszych interesach. Czy nie tego pan chciałeś?
— Nie inaczéj.... Ale czy tu jesteśmy bezpieczni?
— Jak gdybyśmy byli na puszczy.
— Więc usiądźmy i pogadajmy.
— Bardzo chętnie kawalerze.
Obydwaj usiedli przy stole, jeden z jednéj a drugi z drugiéj strony; przed nimi stała butelka xeresu i dwa kieliszki. Dubois nalał jeden, lecz gdy chciał nalewać drugi, zakrył go Gaston dłonią, oświadczając że nie będzie pił wina.
— Diable! pomyślał Dubois; szczupły i skromny, to niedobry znak.
Gaston zdawał się rozmyślać, i od czasu do czasu rzucił badawcze spojrzenie na Dubois.
Dubois zwolna popijał wino hiszpańskie, wytrzymując jak najspokojniéj te spojrzenia Gastona.
— Kapitanie, ozwał się nakoniec Gaston, po chwili milczenia, jeżeli się coś przedsiębierze ważnego, jak my to obecnie czynimy, coś takiego co nas głowę kosztować może, jest dobrze poznać się bliżéj, ażeby wiedzieć, czy przeszłość może być rękojmią przyszłości. Mont Lonis, Ducouédic, Talhouet i Ponlcalec, wysłali mnie do pana; znasz moję imię i stan. Chowałem się przy bracie, który miał ważne powody nienawidzenia rejenta. Tę nienawiść ja po nim odziedziczyłem; z tąd wynikło, że gdy przed trzema laty szlachta bretońska utworzyła ligę, przyłączyłem się i ja do tego związku. Obecnie zostałem wybrany przez spiskowych Bretanii, bym się udał do Paryża w celu porozumienia się z tutejszymi, odebrał instrukcje od barona de Valef, który przybył z Hiszpanii, i wręczył je księciu d’ Olivares, ajentowi króla hiszpańskiego; nadto — ażebym się o przyzwoleniu tegoż w tym względzie przekonał.
— A cóż z tém wszystkiém ma do czynienia kapitan la Jonquière? zapytał Dubois, jak gdyby to on powątpiewał o tożsamości kawalera.
— Ma mnie księciu przedstawić. Jestem tu od dwóch godzin. Nasamprzód byłem u pana de Valef. A teraz zdałem panu sprawę z moich czynności, o tyle że znasz przeszłość moję, tak jak ja sam.
Dubois słuchał, wyrażając przez mimikę wrażenia jakich doznawał, fraszki najdoskonalszy aktor! a gdy Gaston mówić przestał, odpowiedział:
— Co do mnie, kawalerze, wyznam otwarcie, że historja moja jest dłuższą i obfitszą w wypadki, i rozparł się w krześle z miną pełną szlachetnéj obojętności. Jednakże, — jeżeli zażądasz, bym ci ją opowiedział, nie zaniedbam być posłusznym.
— Jak powiedziałem, kapitanie, że będąc w takiém położeniu, jak my jesteśmy, jedną z pierwszych jest konieczności, by siebie znać wzajemnie.
— A więc nazywam się la Jonquière, jak to już wiesz; mój ojciec, tak jak i ja, był oficerem. Jest to rzemiosło, w którem się zwykle dużo sławy ale mało pieniędzy zyszcze. I gdy mój chwałą okryty ojciec umarł, zostawił mi tylko mundur swój i szpadę. Przypasałem szpadę, która nieco była za długa, i włożyłem mundur, który mi był za przestronny. Od tego czasu, mówił Dubois pokazując kawalerowi przestronność sukien swoich, co zresztą i sam już był spostrzegł, przyzwyczaiłem się do wygodnego ubrania.
Gaston skłonił głowę na znak, że nic nie ma do zarzucenia temu nawyknieniu chociaż sam dość opięte miał suknie.
— Dzięki mojej minie okazałéj, przyjęto mnie do pułku zwanego Royal-Italien, który nasamprzód przez oszczędność a potem, że Włochy nie należały już do nas, został natenczas rekrutami francuzkiemi skompletowany. Otrzymałem znakomity stopień anspessady, gdy w wigiliją bitwy pod Maiplaquet, małe miałem zajście z sierżantem moim, skutkiem jakiegoś rozkazu, który mi dawał z podniesioną w górę laską, zamiast ją spuścić ku ziemi, jak przyzwoitość kazała.
— Przepraszam, mówił Gaston, ale nie rozumiem w czém to mogło sprawić różnicę, co to danego rozkazu panu.
— Otóż to sprawiło różnicę, że spuszczając laskę, dotknął się kapelusza mojego, i tenże upadł na ziemię. Skutkiem téj niezgrabności odbył się pojedynek, w którym go szpadą moją na wylot przeszyłem. Ponieważ zaś oddanoby mnie niezawodnie pod sąd wojenny, wywinąłem się z tego gładko, i nazajutrz, niechaj mnie piorun trzaśnie jeżeli wiem jak się to stało! nazajutrz rano obudziłem się, jako zaciągniony już do armii księcia de Marlborough.
— To jest, żeś pan dezerterował, ozwał się kawaler z uśmiechem.
— Miałem przed sobą przykład Korjolana i wielkiego Kondeusza, mówił Dubois daléj, co jak mi się zdaje, dostateczném jest usprawiedliwieniem w oczach potomności. Byłem więc obecny, jako aktor, téj bitwie pod Malplaquet; mówię wszystko otwarcie, bom obiecał nic nie zataić przed panem. Ale zamiast zostawać z téj strony strumyka, znajdowałem się na przeciwnym brzegu; zamiast być obróconym tyłem do wioski, patrzyłem się na nią. Ta zmiana była wielce szczęśliwą dla pańskiego sługi, bo pułk Royal-Italien zostawił S00 trupa na placu boju, kompaniją moję zarąbaną zupełnie a mojego kolegę pokojowego rozpłatał jeden z 17,000 wystrzałów, wymierzonych dnia tego. Chwała, jaką się ś. p. pułk mój ukrył, zachwyciła dostojnego Marlborougha tak dalece, że mnie zaraz na polu bitwy chorążym mianował. Mając takiego protektora, mógłbym był zajść daleko, gdyby nie żona jego, lady Marleborough, którą niech piorun trzaśnie! Wiadomo panu, że przez niezgrabność upuściła szklankę wody na suknią królowéj Anny; ten wielki wypadek zmienił całkiem porządek rzeczy w Europie, i w odmęcie, który potém nastąpił, nie miałem innego protektora, tylko moję osobistą zasługę, i nieprzyjaciół, których mi taż zasługa była zjednała.
— I coż się potém z panem stało? zapytał Gaston, słuchając z pewném zajęciem opowiadania awanturniczego życia mniemanego Kapitana.
— Odosobnienie skłoniło mnie, żem szukał służby u króla hiszpańskiego, który, mogę to na zaszczyt jego powiedzieć, bardzo łaskawie prośbę moję przyjął. Po upływie trzech lat zostałem kapitanem; lecz z trzydziestu realów żołdu dziennego, zatrzymywano dwadzieścia, twierdząc, że jaśnie królewska mość katolicka wielki nam czyni honor, pożyczając od nas pieniędzy. Że zaś ten sposób umieszczania pieniędzy nie zdawał mi się być dosyć bezpiecznym, poprosiłem mojego pułkownika o uwolnienie mnie z służby, w celu powrócenia do pięknéj ojczyzny mojéj; prosząc go zarazem o jakiś rodzaj usprawiedliwienia mnie.... rekomendacyi... ażebym co do owéj wyprawy pod Malplaquat nie doznał jakiéj nieprzyjemności. Pułkownik polecił mnie księciu de Cellamare, który poznawszy usposobienie moje, żem gotów każdy rozkaz wypełnić, byle tylko w przyzwoitym sposobie był dany i z pewnym dźwiękiem muzycznym, użył mnie bardzo czynnie w owym spisku, któremu imię swoje był nadał. Wiadomo, że sprawa ta nie udała się, z powodu zwady jakiegoś nikczemnego pismaka nazwiskiem Burat i osławionej panny Fillon. Książe jednakże pomyślał sobie: że co się zwlecze to nie uciecze, i polecił mnie znowu swojemu następcy, któremu obecnie zawdzięczam honor, że mam przyjemność poznać tak doskonałego kawalera, jakim pan jesteś. Chciej mnie przeto uważać jako najpokorniejszego i najposłuszniejszego sługę swego.
— Ograniczam się tylko na prośbie, byś mnie kapitan księciu przedstawił; bo jemu tylko mogę powierzyć dane mi instrukcje i depesze barona de Valef. Nie mogę od tych poleceń i na jedną jotę odstąpić, chciejże mnie przeto, kapitanie, zaprowadzić do księcia.
— Dziś jeszcze, mój panie, odpowiedział Dubois, który zaraz na prędce jakiś powziął zamiar. Za godzinę, jeżeli zechcesz, za dziesięć minut, jeżeli potrzeba.
— Jak tylko można naprędzjé.
— Trochę się pospieszyłem, mówiąc, że za godzinę będę mógł pana księciu przedstawić. W Paryżu na nic z pewnością liczyć niemożna. Może książę nieuprzedzony o przybyciu pana, może na to nieprzygotowany; może go w domu nie zastanę.
— Pojmuję to wszystko i będę cierpliwym.
— Może nawet nie będę mógł przyjść po pana.
— A to dla czego?
— Dla czego? o kawalerze, widać, żeś po raz pierwszy w Paryżu?
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Chcę to powiedzieć, że w Paryżu trzy są policje, zupełnie różniące się, oddzielne, lecz które natychmiast z sobą się łączą, gdy chodzi o dręczenie poczciwych ludzi, mających na celu obalenie tego co jest a utworzenie tego czego niemasz. !, policya jego królewskiéj mości rejenta, której się nie bardzo obawiać potrzeba. 2. policja pana d’Argenson.... Ha! tamten miewa dni swoje, zwłaszcza jeżeli go zbesztano w klasztorze ś. Magdaleny; 3. policja pana Dubois; ah! co ta, to wcale co innego, bo Dubois jest wielkim....
— Nikczemnikiem! krzyknął Gaston, nie mówisz mi nic nowego, bom o tém dawno wiedział.
Dubois skłonił się i uśmiechnął po swojemu, złowrogo i podobny do małpy.
— Więc, ażeby ujść baczności tych trzech policyj?... zapytał Gaston.
— Potrzeba mieć wiele przezorności.
— Naucz-że mnie tego kapitanie, bo zdajesz się wiedzieć o wszystkiém. A co do mnie, jużem ci to powiedział: jestem wieśniakiem i nic więcéj.
— Nasamprzód potrzeba, ażebyśmy nie w jednym hotelu mieszkali.
— O do licha! zawołał Gaston, przypomniawszy sobie dany adres Helenie, to mi wcale nie na rękę, miałem przyczynę pozostania tutaj.
— Mniejsza o to, kawalerze, to ja się wyprowadzę. Weźmiesz jeden z moich pokoi: ten tutaj, albo ten drugi na górze.
— Wolę na dole.
— Masz słuszność. Na równéj ziemi, okna na jednę ulicę, ukryte drzwiczki na drugą. Masz dobre oko i wiele obiecujesz.
— Ale wróćmy do naszego interesu.
— Prawda. Cóżem to mówił?
— Mówiłeś, że może nie będziesz mógł przyjść po mnie.
— Tak jest. A w takim razie, bądź ostrożnym i udaj się tylko za tym, który ci znak umówiony pokaże.
— I jakiż to ma być len znak?
— Nasamprzód musi mieć list odemnie.
— Nieznam pisma pańskiego.
— Prawda. Dam panu słów kilka na próbę.
Dubois usiadł przy stole i napisał co następuje:

»Panie kawalerze,

»Udaj się z wszelkiém zaufaniem za człowiekiem, który ci doręczy ten bilet. Ma on zlecenie zaprowadzić cię tam, gdzie na pana czekają: książę d’Olivares i kapitan la Jonquière.» Bierz pan, mówił daléj, oddając mu ten bilecik, gdyby ktoś przyszedł w imieniu mojém, odda panu autograf podobny do tegoż.
— Będzież to dostateczném?
— O nigdy! niemożna być dosyć ostrożnym. Prócz autografu pokaże on panu połowę owej sztuki złotej; a u drzwi domu, gdzie pana zaprowadzi, zażądasz od niego trzeciego znaku.
— A ten będzie?
— Ów papierek.
— To dobrze; i przy takiéj przezorności, to chyba djabeł tylko mógłby nas schwycić. A teraz cóż mi czynić pozostaje?
— Zaczekać tutaj. Przecież pewnie już dzisiaj wyjść nie masz zamiaru?
— Nie.
— A więc siedźże tutaj spokojnie i cicho, zbywać ci w tym hotelu na niczem nie będzie. Nadto polecę pana gospodarzowi.
— Dziękuję.
— Mój kochany panie Champagne, mówił fałszywy la Jonquière, otworzywszy drzwi, do Tapina. Otóż kawaler de Chaulay zajmie mój pokój. Miej o nim takie samo, jak o mnie staranie.
Poczém drzwi znowu zamknął.
— To jest złoty chłopiec, ten Tapin, mówił ciągle swojej swoją Dubois półgłosem. — Miejcie go ciągle na oku, strzeżcie go, rozkaż to swojéj służbie. Odpowiesz mi głową za niego.

KONIEC TOM PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.