Córka rejenta/Tom I/XIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dubois, rzuciwszy szybkie spojrzenie na dwóch ciągle jeszcze pijących gwardzistów, dostrzegł gospodarza przemierzającego salę wśród ławek, ławeczek i leżących na podłodze korków.
— Czy nie tutaj mieszka pan kapitan la Joquière? zapytał nieśmiało. Chciałbym się z nim widzieć.
— Pan chciałbyś się widzieć z kapitanem la Jonquière? mówił gospodarz przypatrując się nowo-przybyłemu od stóp do głów.
— Gdyby można, bardzoby mi to było miło.
— Czy pan masz interes do tego, który tu mieszka? zapytał gospodarz, który w nim bynajmniéj nie poznawał oczekiwanego kawalera.
— Tak sądzę, odrzekł Dubois pokornie.
— Krótki, gruby.
— Ten sam.
— Tęgo pije?
— Tak jest.
— I zawsze gotów poigrać trzciną, gdy się zaraz nie zrobi, co rozkazał.
— Ten sam, kochany kapitan la Jonquièr....
— Więc pan go znasz?
— Ja, bynajmniej.
— Ach tak; boś go pan powinien był przede drzwiami spotkać.
— A do djabła! więc wyszedł? zawołał Dubois nagło w złym humorze, czego i pokryć nie umiał; ale spostrzegając niebaczność, jaką popełnił, przybrał znowu twarz swoję w najwdzięczniejszy uśmiech.
— Niemasz jeszcze pięciu minut, odpowiedział gospodarz.
— Pewnie niezadługo wróci?
— Za godzinę.
— Czy mi pan pozwolisz zaczekać tutaj na niego?
— Dla czegożby nie; ale może pan pozwoli sobie czém służyć?
— Proszę o wiśnie w wódce. Wino pije tylko przy objedzie.
Dwaj gwardziści porozumieli się uśmiechem najwyższéj wzgardy.
Gospodarz pospieszył z kieliszkiem żądanych wiśni.
— Ach! zawołał Dubois, jest w nim tylko pięć wisien a w Saint-Germain-en Laye, dają ich sześć.
— Być może, odpowiedział gospodarz, ale w Saint-Germain niemasz bezpłatnego wnijścia.
— To jest prawda, tak, zapomniałem o tém; przepraszam pana.
I począł gryść wiśnie, nie mogąc się ustrzedz, pomimo całéj mocy nad sobą, ażeby, jak najwidoczniej nie wykrzywiać twarzy.
Gospodarz, który go śledził oczyma, widział to skrzywienie się z uśmiechem zadowolenia.
— Gdzież on mieszka ten poczciwy kapitan la Jonąuière? zapytał Dubois, ażeby o czemś mówić.
— To są drzwi od jego pokoju, odpowiedział gospodarz. Wołał mieszkać na dole.
— Rozumiem. Okna zapewne są od ulicy?
— Są jeszcze i drzwi, które wychodzą na ulicę Deux-Boules z tego pokoju.
— Ale ta wrzawa nie przeszkadzaż mu?
— O, ma on i drugi pokoi na górze, raz tutaj spi a drugi raz Łam.
— Jak Dyonizy tyran, wyrzekł Dubois, niemogący się otrząść z swoich przytoczeń łacińskich albo historycznych.
— Co pan mówisz? zapytał gospodarz Dubois się spostrzegł, że znowu był nierozważny, i przygryzł usta. W téj chwili, na jego szczęście, jeden z gwardzistów zażądał wina a gospodarz, zawsze usłużny na takie wołanie, szybko poskoczył do przyległéj izby.
— Dubois spojrzał za nim a potem obrócił się do gwardzistów.
— Baczność! wy tam, zawołał.
— Czegóż pan chcesz? zapytali obydwaj.
— Francja i rejent, odpowiedział Dubois.
— Hasło! zawołali razem dwaj przebrani żołnierze i powstali.
Wnijdźcie tam, mówił Dubois, wskazując pokój la Jonquierè’a, otwórzcie drzwi na ulicę Deux-Boules, i ukryjcie się, czy to za firanką, pod stołem, w szafie, albo gdzie będziecie mogli. Jeżeli zobaczę ucho którego z was, gdy wejdę, wytrącę mu płacę jego przez sześć miesięcy.
Dwaj gwardziści wypili resztki swojego wina, jako ludzie, którzy nic nie chcą z darów ziemskich stracić, i szybko weszli do wskazanego pokoju, gdy Dubois, spostrzegłszy, że nie zapłacili za wino, rzucił na stół sztukę pięcio-frankową; potém poskoczył do okna, otworzył je, i zwracając się do woźnicy, stojącego przed domem fiakra, zawołał.
— Lèvcillé! zajedź przed małe drzwi, które wychodzą na ulicę Deux-Boules, i powiedz Tapinowi, by wsiadł do powozu, gdy mu dam znak, bębniąc palcami po szybie. On już resztę wie.
Zamknął okno i w téjże samej chwili posłyszano turkot oddalającego się powozu.
Zwinny gospodarz powrócił. Na pierwszy rzut oka zobaczył, że gwardzistów już nie było.
— A gdzież się podzieli? zawołał.
— Jakiś sierżant na nich przez okno zastukał i wyszli.
— Ależ mi jeszcze nie zapłacili?
— Zostawili dwunasto-frankową sztukę na stole.
— Ej do licha! Sprzedaję przecież moje wino Orleańskie po ośm butelkę.
— Myśleli, że jako wojskowym, opuścisz coś w cenie.
— No, mówił gospodarz, obliczywszy zapewne że i tak jeszcze miał zysk, przynajmniej że wszystkiego niestraciłem, a takie wypadki przytrafiają, się w naszém rzemiośle.
— Ale coś podobnego, na szczęście, nie przytrafia się zapewne nigdy z kapitanem la Jonquière?
— O nie! To jest śmietanka wszystkich stołowników; wszystko płaci gotówką i nie targuje się nawet. Tylko, że mu nic nie jest dość dobre.
— Ho ho! ale może to tylko taka manija.
— Otóż to! szukałem tego słowa i nie mogłem go znaleść.
— To co mi mówisz o akuratności kapitana, bardzo mnie cieszy.
— Czy pan po pieniądze do niego przychodzisz? mówił mi wprawdzie, że na kogoś czeka, któremu sto pistolów winien.
— Przeciwnie, ja mu przynoszę pięćdziesiąt luidorów.
— Pięćdziesiąt luidorów! Tam do licha! to jest ładny grosz. Musiałem się przesłyszeć, i zamiast płacić, pewnie miał pieniądze odebrać. Nie nazywasz się pan przypadkiem kawaler Gaston de Chaulay?
— Kawaler Gaston de Chaulay! zawołał Dubois, niemogąc pokryć ile się ucieszył; on czeka na kawalera Gastona de Chaulay?
— Tak mi mówił, odpowiedział gospodarz, nieco zdziwiony tym zapałem spożywającego wiśnie w wódce, i który to bez przerwy z różnemi robił wykrzywieniami, jak małpa, gryząca gorzkie migdały. Ale, naprawdę, nie jesteś pan kawalerem Gastoncm de Chaulay?
— Nie, nie mam zaszczytu być szlachcicem. Nazywam się po prostu Moutonnet.
— Szlachectwo nic nie znaczy, ozwał się gospodarz tonem poważnym; można się nazywać Moutonnet i być człowiekiem poczciwym.
— Tak, Moutonnet, odpowiedział Dubois, przytakując skinieniem głowy teoryi gospodarza. Moutonnet kupiec sukna w Saint-Germain-en-Laye.
— I pan masz kapitanowi pięćdziesiąt luidorów doręczyć?
— Tak, mój panie, odrzekł Dubois dopijając sumiennie sok po zjedzeniu ostatniéj wiśni; bo wyobraź sobie, że przeglądając rejestra mojego ojca, przekonałem się, że ojciec mój byt ojcu kapitana pięćdziesiąt luidorów dłużnym. Od téj chwili już i miru nie miałem, zabrałem się więc co żywo, by w miejscu ojca który umarł, wynaleść syna.
— Ale wiesz pan, panie Moutonnet, zawołał gospodarz zdziwiony do żywego tak nadzwyczajną skrupulatnością, że mało jest takich dłużników, jak pan.
— To my już tacy z ojca na syna, z Moutonneta na Moutohneta. Ale za to, gdy i nam ktoś jest winny... O! litości żadnéj nie mamy. Był tam jakiś ladaco, bardzo uczciwy człowiek, winien domowi Moutonnet i syn, sto-sześćdziesiąt liwrów.
Mój dziadek kazał go wsadzić do więzienia, gdzie pozostał przez całe trzy pokolenia, i umarł tam biedaczysko przed dwoma tygodniami. Przejrzawszy rachunki, mój panie, obliczyłem, że ten hultaj kosztował nas w ciągu tych lat 30, które siedział w więzieniu, dwanaście tysięcy liwrów. Mniejsza o to, aleśmy się zasady naszéj trzymali.... Przepraszam, mój panie gospodarzu, przerwał Dubois swoją dalszą gawędkę, bo śledząc z boku ciągle ulicę, dostrzegł przededrzwiami domu cień jakiś, niby podobny do kapitana la Jonquière. Przepraszam, że panu czas zajmuje bzdurstwami mojemi, bo otóż i nowy gość przybywa.
— O, to właśnie jest ten, na którego pan czekasz.
— Waleczny kapitan la Jonquière? zawołał Dubois.
— On sam. Panie kapitanie, czekają tu na pana.
Kapitan nie pozbył się bynajmniéj swoich podejrzeń z rana, bo i na ulicy widział pełno jakichsiś figur zwykle niewidzianych, a które mu się złowrogiemi być zdawały. Wszedł więc pełen nieufności; spojrzał badawczo w koło, a nasamprzód tam, gdzie był zostawił dwóch gwardzistów; ich nieobecność uspokoiła go nieco; a potém zmierzył okiem świeżo przybyłego, który w nim nową wzniecił obawę.... Ależ ludzie, którym coś cięży na sumieniu i lękać się mają powody, w samym zbytku niepokojów swoich nieraz czerpią odwagę, by przeczucie złego pokonać, czyli raczéj oswoją się z niemi i nie zważają już na nie. Poczciwa mina kupca z Saint-Germain ubezpieczyła niejako kapitana, i uprzejmie go powitał.
Dubois głęboko mu się ukłonił. Poczém la Jonquiére zapytał gospodarza, czy przyjaciel na którego czeka, nie przybył jeszcze?
— Tylko ten pan przyszedł, odpowiedział gospodarz. Ale nic pan na téj zmianie nie tracisz: tamten miał przyjść po sto pistolów, a ten tutaj przynosi panu pięćdziesiąt luidorów.
La Jonquière obrócił się ku Dubois, który zniósł spojrzenie jego, nadając twarzy swojéj głupowatą przyjemność, o ile tylko to zrobić był w stanie.
Kapitana nie całkiem oszukało ale raczéj odurzyło opowiadanie mniemanego Moutonnela. Uśmiechnął się nawet na widok tak niespodziewanego zwrotu, powodowany owém zamiłowaniem niepowściągnioném, jakie ludzie powszechnie mają do niespodzianek pod względem finansowym. I ujęty szlachetnym czynem tego człowieka, który go wszędzie szukał, by mu dług zwrócić, o którym ani wiedział, zażądał od gospodarza butelki wina hiszpańskiego i zaprosił Dubois do swojego pokoju.
Dubois zbliżył się do okna, by wziąść swój kapelusz, leżący na krześle, i w czasie gdy kapitan z gospodarzem rozmawiał, zabębnił zlekka w szybę.
W téj samej chwili kapitan się obrócił.
— Ale może będę zawadzał w pokoju pańskim, mówił Dubois, przybierając minę świętoszka.
— Bynajmniéj! Dobry mam widok z okien, i pijąc sobie, będziemy się przypatrywali przechodzącym; a ładne mieszkają kobietki na ulicy Bourdonais. Uśmiechasz się na to!
— Eh! eh! pomruknął Dubois, drapiąc się w roztargnieniu po nosie.
To poruszenie byłoby go zdradziło w każdém inneém miejscu, mniej oddaloném od palais royal, lecz przy ulicy Bourdonnais nie spostrzeżono tego wcale.
La Jonquière wszedł przed nim do pokoju, przed kapitanem gospodarz, a przed gospodarzem butelki. Dubois, wchodzący na ostatku; miał czas porozumieć się z Tapinem, który się w pierwszéj sali z dwoma ludźmi ukazał; poczém, jako człowiek dobrze wychowany, zamknął drzwi za sobą.
Dwaj towarzysze Tapina zasunęli firanki w sali, a przewódca ich stanął przy drzwiach od pokoju kapitana w ten sposób, ażeby też, otwierając się, zasłoniły go.
Gospodarz wrócił niebawem; a odebrawszy od kapitana zaraz zapłatę w gotówce, spieszył, by to w księdze zaciągnąć a pieniądze do szuflady schować. Lecz zaledwie drzwi za sobą zamknął, gdy czatujący Tapin, zatknął mu usta chustką i wciągnął mu szlafmycę przez twarz całą aż po-za brodę; potém schwycił go jak pióro, wyniósł i wsadził do drugiego fiakra, stojącego tuż w samych drzwiach. W tym czasie drab drugi ujął dziewczynkę, która właśnie jaja w kuchni ubijała, a trzeci wyniósł kuchcika, trzymającego patelnię, owinąwszy go wprzódy w obrus. I tak w jedném mgnieniu oka, pędzili gospodarz, córka jego i jego psuj-sosik (proszę mi przebaczyć to wyrażenie przez wzgląd na jego rzeczywistość) w towarzystwie dwóch nieznajomych ku ś. Łazarzowi. Zbyt dobre konie i niecierpliwość woźnicy przeczyły, ażeby powóz, który ich unosił, rzeczywistym był fiakrem.
Bezwłocznie Tapin, z instynktem szczura policyjnego, począł przetrząsać szafę kuchenną; po-za drzwiami kuchennemi znalazł szlafmycę, kamizelkę perkalikową i fartuch. Potém przywołał jakiegoś przechodnia, zaglądającego w okna, i w jednéj chwili przekształcił go na posługacza oberżowego. W tym samym czasie posłyszano mocny stuk w pokoju kapitana, jak gdyby się był stół wywrócił i butelki pospadały; potém jakieś tuptanie nogami, przekleństwa, brzęk pałasza — i potém już nic.
W minutę późniéj rozległ się turkot spiesznie odjeżdżającego fiakra w ulicy Deux-Boules.
Tapin, który z nożem w ręku pilnie nadstawiał ucha, wyprostował się radośnie, mówiąc:
— Ot już dobrze, skończyło się wszystko.
— I to w sam czas, panie, pochwycił chłopak, bo otóż i gość jakiś.