Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom I/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.
KAPITAN LA JONQUIERE.

Przy ulicy Bourdonnais była oberża, która niemal na miano hotelu zasługiwała: można w niéj było mieszkać i jeść, a przedewszystkiém pić nie źle.
W czasie widzenia się z nim w nocy, Dubois polecił Tapinowi, podejrzaną osobę kapitana la Jonquiere; tenże przekazał ją znanemu Leveillé, który kapitan w dalszym następstwie wszystkim naczelnikom brygad pod opiekę oddał, a którzy za nim bezzwłocznie udali się w pogoń.
W czasie widzenia się z Tapinem w nocy, polecił mu kapitana la Jonquiere, Tapin przekazał następnie tegoż zacnemu Leveillè, który biednego kapitana z kolei wszystkim naczelnikom brygad w opiekę oddał, a którzy bezwłocznie za nim w pogoń się udali.
Rozbiegli się więc ajenci na wszystkie strony; ale czyli to była zręczność lub przypadek szczęśliwy, nie kto inny, tylko znowu p. Tapin, po dwu-godzinném szaloném przebieganiu ulic Paryża, wynalazł w owéj sławnéj oberży przy ulicy Bourdonnais, kapitana la Jonquiere, który obecnie był jakby zmorą dla Dubois.
Gospodarz wziął Tapina za jakiego starego aplikanta od prokuratora, i odpowiadał na wszystkie jego zapytania z uprzejmością: że kapitan la Jonquiere rzeczywiście w hotelu jego mieszka, ale ponieważ po północy dopiero wrócił, a zatem śpi jeszcze; co zresztą, o godzinie szóstéj z rana, było rzeczą bardzo naturalną.
Tapin nie żądał nic więcéj wiedzieć; był to człowiek prosty i niemal algiebraiczny, który jeden wniosek wyprowadził z drugiego. Kapitan la Jonquière spał, a więc leżał; a leżał tutaj, bo mieszkał w hotelu.
Tapin wrócił wprost do palais-royal. Spotkał Dubois, wychodzącego od rejenta i będącego z powodu marzeń swoich o kapeluszu kardynalskim, w bardzo rozkosznym humorze. Tylko dobry ów humor przeszkodził, że nie odmówił płacy wszystkim swoim emisaryuszom, którzy mu już cały szereg fałszywych la Jonquière’ów byli do Fort-l’ Evèque dostawili.
Jednym z nich był jakiś kapitan la Joncière, wyszukany i aresztowany przez Leleillè. Nazwisko tegoż najwięcej było zbliżoném do nazwiska oryginału.
Drugim był jakiś la Jonquille, sierżant gwardji francuzkiéj. Polecono szpiegom mianowicie domy osławione, i p. Joquille, wynaleziono w takimże domu.
Trzeci nazywał się la Jupinière, był on strzelcem w znakomitym domu: na nieszczęście, odźwierny tegoż znakomitego domu jąkał się, a szpieg pełen gorliwości, zrozumiał zamiast, la Jupinière, la Jonquière.
Już było dziesięć osób aresztowanych, a połowa wysłanych jeszcze po Paryża biegała; można więc było przewidzieć, że aresztowania nie skończy się tak prędko, i że temu podpadną wszelkie podobieństwa nazwiska. Bo od wydanego przez Dubois rozkazu, analogja panowała despotycznie w Paryżu.
Gdy Dubois, złorzeczący i lżący pomimo dobrego humoru (by nie wyjść ze zwyczaju), posłyszał raport Tapina, tarł się zapamiętale po nosie, co zwykle najlepszym było znakiem.
— Więc jesteś pewien, mówił, żeś prawdziwego kapitana la Jonquière znalazł?
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie.
— Czy pewno, że się nazywa la Jonquière?
— Tak jest jaśnie wielmożny panie.
— L-a, la, j-o-n, jon, la Jon, q-u-i-è-r-e, la Jonquiere, sylabizował Dubois.
— La Jon-qui-ère, powtórzył Tapin.
— Kapitan?
— Tak, jaśnie wielmożny panie.
— Rzeczywisty kapitan?
— Widziałem jego pióro.
To dowodzenie przekonało Dubois co do stopnia ale nie co do tożsamości osoby.
— Bardzo dobrze. Ale cóż on porabia? pytał daléj.
— Czeka, nudzi się i pije.
— Tak, to musi być on: czeka, nudzi się i pije.
— I jak jeszcze pije.
— A czy też i płaci? mówił Dubois, przywiązując wielką wagę tego zapytania.
— O, płaci, jaśnie wielmożny panie.
— Otóż to! masz rozum, Tapinie, mając to na uwadze.
— Jaśnie wielmożny pan mi pochlebiasz, ozwał się Tapin skromnie, boć to jest naturalnie bardzo: gdyby nie płacił, nie byłby człowiekiem niebezpiecznym.
Jużeśmy to wyżéj powiedzieli, że Tapin był łotrem pełnym loiki.
Dubois dał mu dziesięć luidorów wynagrodzenia; wydał mu nowe rozkazy; polecił sekretarzom, by późniéj przychodzącym szpiegom oznajmili, że już jest dosyć la Jonqnière’ow; ubrał się spiesznie, i udał się pieszo na ulicę Bourdonais.
Już od szóstéj z rana, oddał pan nadzorca drogowy, d’Argenson, na rozkazy Dubois, pół tuzina drabów, przebranych za gwardzistów francuskich i opatrzonych w stosowne instrukcje. Jedni szli za nim, drudzy go poprzedzili.
Powiedzmy teraz nasamprzód słówko o wnętrzu oberży, do któréj wprowadzimy czytelnika.
Oberża pod Muids d’amour, była, jakeśmy to już wyżéj powiedzieli, w połowie karczmą w połowie hotelem. Pokoje mieszkalne były na piętrze, a sale szynkowniane na równéj ziemi.
Główna z tych sal była zarazem i spoiną dla wszystkich gości. Znajdowały się w niéj cztery stoły dębowe i mnóstwo stołków; u okien czerwone z białem firanki, tradycjonalna ozdoba wszelkich traktyernij; pod ścianą stało kilka ławek a liczne i czyste szklanki i kieliszki na stole bufetowym. Zdobiły ją także różne obrazki, pozłacanym oramione pręcikiem, jakoto różne wędrówki żyda tułacza, alba skazanie na śmierć i tracenie Duchauffour’a. To wszystko pokryte ciemnawą powłoką kopciu i cuchnące aż do mgłości fajką, uzupełniało całość tego szanownego miejsca licznych zebrań, gdzie się zwolna obracał otyły i czerwony mężczyzna, mający lat 35 do czterdziestu, i gdzie się szybko uwijała mała dwunasto letnia dziewczynka, szczupła i blada. Był to gospodarz i córka jego, która po nim miała odziedziczyć wszystko.
Kuchcik przyprawiał w kuchni jakąś potrawkę, która w około mocny roznosiła zapach.
Sala jeszcze była próżną, gdy w chwili uderzenia godziny pierwszéj z południa na zegarze ściennym, wszedł i zatrzymał się na progu jeden z gwardzistów francuzkich.
— Ulica Bourdonnais..., mruczał sobie pod nosem, tak.... Muids d’amour..... w sali spólnéj stół na lewo.... siedzieć i czekać.
I stosownie do tego przepisu, szanowny obrońca kraju, pokręcił wąsa z pewną zalotnością wojskową, i nucąc sobie jakąś odwachową piosnkę, usiadł w miejscu wskazaném.
Zaledwie usiadł i podniósł rękę, by pięścią w stół uderzyć, co w języku karczemnym na całym świecie znaczy tyle, co zawołać: wina, gdy drugi gwardzista, zupełnie tak samo ubrany, ukazał się z kolei we drzwiach; pomruknął słów kilka i po chwilowym namyśle zajął miejsce obok pierwszego.
Dwaj żołnierze spojrzeli sobie w oczy, potém każdy z nich wydał ów podwójny wykrzyknik: «Ah! ah’» który także na całém świecie zdziwienie oznacza.
— To ty, Grippart? zapytał pierwszy.
— Tyżeś to, l’Enlevant? zawołał drugi.
— Cóż tu robisz, w tym szynku?
— A ty?
— Ja sam nie wiem.
— I ja nie.
— Więc tu jesteś....
— Z wyższego rozkazu.
— A, to i ja.
— I czekasz....
— Na kogoś, co tu ma przyjść.
— Z pewném hasłem?
— A skutkiem tego hasło?
— Mam mu być posłusznym, jakby samemu p. Tapinowi.
— Jedno i to samo. A tymczasem dano mi pistolę[1] bym się uraczył.
— Dano mi także pistolę, ale nie mówiono mi, ażebym pił.
— W takiej więc wątpliwości?...
— Wstrzemięźliwym nie będę.
— Więc pijmy.
I uniesiona pięść po nad stołem uderzyła teraz w niego, by gospodarza przywołać, chociaż to było rzeczą zbyteczną; bo gospodarz widząc wchodzących gości i w których poznał lubowników butelki, trzymał się prosto, z podniesioną w górę ręką, ażeby uchylić szlafmycy. Był to zabawny człowiek, ten gospodarz pod Muids d’amour.
— Wina! zawołali obydwaj gwardziści.
— Orleańskiego, dodał z nich ten, który zdawał się być większym smakoszem. Drapie w gardle i lubię je.
— Moi panowie! zawołał gospodarz ze strasznym uśmiechem, moje wino nie drapie, lecz jest bardzo łagodne.
I przyniósł odkorkowaną butelkę.
Obydwaj goście naleli sobie kieliszki i pili. Poczém je postawili na stole z skrzywieniem się rożnem co do wyrazu, ale jedno i to samo oznaczające wrażenie.
— Co u licha, mówisz, że twoje wino nie drapie? toćże ono rozdziera gardło.
— Ach moi panowie, to jest śliczne winko! zawołał gospodarz.
— Tak, braknie mu tylko traganku[2], dodał drugi gwardzista.
Gospodarz się uśmiechnął, jak człowiek znający się na żarcie.
— Chcecież jeszcze jednę? zapytał.
— Gdy będziemy chcieli, to zawołamy.
Gospodarz się skłonił i zrozumiawszy to powiedzenie, zostawił gości swoich samych.
— Ale, ozwał się jeden dwóch żołnierzy do drugiego, ty pewnie cóś więcej wiesz o tém, aniżeliś mi mówił, czy nie tak?
— O, wiem, że tu chodzi o jakiegoś kapitana.
— To, to samo. Ale, by aresztować tego kapitana, przybędzie nam pomoc, jak sądzę.
— Niezawodnie. Dwóch przeciwko jednemu, to niedosyć.
— Zapominasz o człowieku z hasłem. To pewnie ta pomoc.
— Gdyby ich było dwóch, i to silnych. Ale zdaje mi się, że coś słyszę.
Rzeczywiście ktoś szedł po wschodach.
— Sza!
— Cicho!
I obydwaj gwardziści, więksi niewolnicy danego im rozkazu, jak gdyby byli prawdziwymi żołnierzami, naleli sobie po kieliszku wina i pijąc je, zwracali, każdy, wzrok ponury ku drzwiom.
Obydwaj dostrzegacze nie omylili się, bo wschody, prowadzące z sali na pierwsze piętro, o których zapomnieliśmy wspomnieć, poczęły trzeszczeć pod jakimś porządnym ciężarem, i w téj chwili goście na sali zobaczyli nasamprzód dwoje nóg, potém kadłub a następnie głowę schodzącego. Miał na sobie mundur niebieski, a na głowie trojrogaty kapelusz, zalotnie na jedno przechylony ucho. Oko mniéj wprawne, jak gwardzistów francuzkich, byłoby od razu w tém wszystkimé kapitana poznało, bo jego ślify i szpada żadnéj o stopniu jego nie pozostawiały wątpliwości.
Ten kapitan, rzeczywisty kapitan la Jonquière, był człowiekiem mającym 5 stóp 6 cali wysokości, nieco gruby, żywy, i którego oczy na wszystkiém z zadziwiającą spoczywały przenikliwością. Rzekłbyś, że zwąchał szpiegów w mundurze gwardzistów francuzkich. Odwrócił się zaraz od nich na samym wstępie, a potém nadał jakiś szczególny obrot swojéj rozmowie z gospodarzem.
— Wychodzę, mówił; chciałbym był tutaj zjeść obiad, bo mi obudził apetyt ów wyborny zapach z kuchni, ale mnie koleżkowie czekają, w Gaboulet de Paphos. Może ktoś przyjdzie do mnie po sto pistolów, młody człowiek z prowincji, który miał być u mnie dziś z rana i na którego już dłużéj czekać nie mogę. Jeżeli przyjdzie i wymieni nazwisko swoje, powiedz mu, że za godzinę powrócę i niechaj na mnie zaczeka.
— Dobrze, panie kapitanie, odpowiedział gospodarz.
— Wina! wołali gwardziści.
— Oho! pomruknął kapitan, spoglądając na pozór zupełnie obojętnie na pijących, otóż i dwaj żołnierze, którzy mało mają względności dla ślif kapitańskich.
Potém się obrócił do gospodarza i dodał:
— Usłuż tym panom, bo przecież widzisz, jak im spieszno.
— Ah, wymówił jeden z nich wstawając, skoro pan pozwalasz....
— Zapewne, zapewne, że pozwalam, odpowiedział la Jonquière, z uśmiechom na ustach, ale byłby raczej wołał osmagać tych dwóch żołdaków, których twarze wielce mu się me podobały. Ulegając jednakże rozsądkowi, zwrócił się ku drzwiom.
— Ależ, kapitanie, zatrzymał go gospodarz, nie powiedziałeś mi pan nazwiska tego szlachcica, który ma tutaj przyjść niebawem.
La Jonquière się zastanowił; poruszenie niby dosyć wojskowe jednego z gwardzistów, bo założył na krzyż nogi i pokręcił wąsa, przywróciło mu nieco ufności; w téjże chwili, drugi wysadził palcem korek z butelki, naśladując językiem wystrzał szampanki a la Jonquière uspokoił się zupełnie.
— Jest to pan kawaler Gaston de Chaulay, odpowiedział kapitan gospodarzowi.
— Gaston de Chaulay, powtórzył gospodarz. Tam do djabła, gdybym zapomniał to nazwisko. Gaston.... Gaston... dobrze, przypomnę je sobie po Gaskonii;.... Chaulay.... dobrze?
— Dobrze odpowiedział poważnie la Jonquière. Gaston od Gaskona. Powinien byś otworzyć kursa mnemoniczne, mój panie gospodarzu, a jeżeli wszystkie reguły tak są pewne, jak ta którą słyszałem, zrobisz swoje szczęście niezawodnie.
Gospodarz się uśmiechnął na ten kompliment, a kapitan wyszedł; na ulicy obejrzał się bacznie na wszystkie strony, niby patrząc jaka jest pogoda, lecz rzeczywiście śledził wszystkie drzwi, zakątki i węgły domów.
Nie uszedł sto kroków ku ulicy Saint-Honoré, dokąd dążył, gdy Dubois ukazał się we drzwiach hotelu pod Maids-d’amour. Skrzyżował się, idąc, z kapitanem la Jonquière, lecz niewidziawszy wprzódy nigdy téj ważnéj figury, nie poznał go naturalnie.
Była to śmiałość aż do czelności posunięta, że się ukazał w hotelu z swoim wytartym kapeluszem w ręku, w szaréj sukni, spodniach brązowych, pończochach kosmatych, i z ułożeniem kupca z małego miasteczka.





  1. Dziesięć franków.
  2. Estragon.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.