Córka rejenta/Tom I/XII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Gdy Dubois pospiesza do hotelu Muids d’ Amour, wróćmy do Rambouillet, gdzieśmy młodą zostawili parę, pocieszoną nadzieją widzenia się nazajutrz o dziewiątéj z rana.
O umówionéj godzinie, Gaston, bardzo niecierpliwy, udał się do Heleny. W przedpokoju długą musiał poczekać chwilę, bo pani Desroches wielkie robiła trudności w przyjęciu téj wizyty. Ale Helena oświadczyła jasno i dobitnie, że uważając siebie jako panią swoich czynności i tego co jest przyzwoitém lub nie, postanowiła przyjąć p. de Livry, swojego współ-ziomka, który ją przychodzi pożegnać. Wiemy że Gaston w czasie drogi przybrał nazwisko de Livry, i zamierzył je zatrzymać, wyjawiając tym tylko prawdziwe, z którymi w Paryżu miał do czynienia.
Pani Desroches wydaliła się z pokoju wielce niezadowolona, w zamiarze jednakże podsłuchania młodéj pary; ale Helena spodziewając się czegoś podobnego, sama za nią drzwi podwójne zamknęła.
— Więc się znowu widzimy, mój kochany! zawołała witając Gastona. Czekałam ciebie!... Przez noc całą oka przymknąć nie mogłam.
— I ja toż samo, Heleno. Ale niechżeż się przypatrzę temu przepychowi.... I tobie także?.... ta suknia jedwabna, ten strój na głowie!.... Ach jakżeś w tém piękna, Heleno!
— Zdaje mi się, że się nie cieszysz z tego?
Gaston nic jéj nie odpowiedział, a spoglądając badawczo wokoło wyrzekł. — »Te bogate obicia, te malatury kosztowne, srebro i złoto u gzymsów.... Heleno, twoi opiekunowie muszą być nader bogaci.?«
— I mnie się tak zdaje, odpowiedziała młoda dziewczyna z uśmiechem. A mówiono mi jednakże, że te obicia, malatury i złocenia, które ty podziwiasz i ja podziwiałam, są już stare, niemodne, i mają być w krotce innemi, piękniejszemi zastąpione.
— Przekonano się, że Helena zamieni się w wielką i możną damę, wyrzekł Gaston przymuszając się do uśmiechu, bo mi już kazała w przedpokoju poczekać.
— Mój kochany, czyliżeś tam na stawie, nie wyczekiwał całe godziny?
— Byłaś wtedy w klasztorze i zależna od wielebnéj matki, szanownéj ksieni.
— Ten tytuł jest świętym, nieprawdaż?
— O tak!
— Nakazuje poszanowanie i posłuszeństwo!
— Bezwątpienia.
— A więc, wystaw sobie moją radość, Gastonie: bo tutaj znajduję takąż samą opiekę, tęż samą miłość, lecz trwalszą jeszcze.
— Jakto? zapytał Gaston zdziwiony.
— Bom znalazła....
— Co takiego, w imię Boga!
— Mojego ojca....
— Twojego ojca! ach, moja Heleno, jakżem szczęśliwy! dzielę twoję radość.
Jakież to szczęście! ojciec będzie czuwał nad moją kochanką, nad żoną moją.
— Będzie czuwał.... zdaleka.
— Jakto! więc się rozłącza z tobą?
— Niestety! podobno że świat nas rozłącza.
— Czy w tém jest jaka tajemnica?
— Nawet i dla mnie. Bo możesz sobie wystawić, że gdyby nie tak było, już byś wiedział o wszystkiém: dla ciebie nie mam żadnéj tajemnicy.
— Jakieś nieszczęście familijne..... proskrypcja rodziny twojéj.... Jakieś czasowe przeszkody!
— Nic o tém wszystkiém nie wiem.
— A więc jak najwyraźniéj sekret. Lecz ja ufam tobie zupełnie, dodał z uśmiechem, i pozwalam ci być ostrożną nawet i zemną, skoro ojciec twój tak kazał. Jednakżeż pytać cię jeszcze o coś będę. Nie rozgniewasz-że się o to?
— Bynajmniéj!
— Czyś bardzo szczęśliwa? czy możesz być dumną z twojego ojca?
— Tak myślę. Zdaje się, że serce ma szlachetne, a głos jego jest miły i dźwięczny.
— Głos jego! Ale.... czy podobny do ciebie?
— Nie wiem.... nie widziałem go.
— Nie widziałaś go?
— Nie.... bo noc była....
— Twój ojciec nie pragnął widzieć córki? ciebie? tak pięknéj!.... O jakaż to obojętność!
— Ależ nie, mój kochany, on wcale nie jest obojętnym zresztą on mnie zna.
ma mój portret. Pamiętasz, przeszłéj wiosny, zazdrościłeś portretu....
— Nie rozumiem tego wszystkiego. Ale dla czegóż się z tobą nie widział?
— Była noc, mówię ci. Mówił tylko zemną.....
— W takim przypadku zapalają, się świeczniki, które tu widzę, wyrzekł z zimnym uśmiechem.
— To dobrze, kiedy kto chce być widzianym, ale nie, kiedy są powody, by się ukrywał.
— Co ty mówisz? wyrzekł Gaston zamyślony. Jakież powody może mieć ojciec, by się przed córką swoją ukrywał!
— Bardzo słuszne. I ty, jako człowiek poważny, prędzéjbyś to mógł pojąć, aniżeli ja. A jednakżeż mnie nie dziwi....
— O, moja kochana Heleno, cóżeś mi to powiedziała!... Straszną wznieciłaś obawę w mej duszy!
— Przestraszasz mnie tą twoją obawą.
— Powiedz mi, o czemżesz ci mówił twój ojciec?
— O miłości, którą zawsze czuł dla mnie.
Gaston się poruszył niespokojnie.
— Przysięgał mi, że odtąd już szczęśliwą będę; że pragnie wszelką usunąć niepewność co do mojego losu; że pogardzi owemi względami, które go dotąd zmuszały, by się wyparł córki swojéj.
— Słowa.... i tylko słowa!.... Ale.... jakiż ci dal dowód przywiązania swojego?... Wybacz moim natrętnym pytaniom, Heleno, lecz widzę przepaść nieszczęść przed nami. Chciałbym, by na chwilę twoja łagodność anielska, która mnie dumnym czyni, ustąpiła przenikliwości szatańskiéj. Zrozumiałabyś mnie wtedy, i niepotrzebowałbym ci tyle czynić zapytań, które tobie ubliżając, mnie wstyd przynoszą. A przecież są one potrzebne dla przyszłego szczęścia naszego.
— Nierozumiem ciebie, Gastonie, i nie wiem co ci odpowiedzieć.
— Okazywał-że ci wielkie przywiązanie?
— O, wielkie, zapewne.
— Ale w tej ciemności, chcąc z tobą mówić, zbliżyć się do ciebie....
— Ujął mnie za rękę, a ręka jego więcéj od mojéj drżała.
Gaston z wściekłością sciskał pięści swoje.
— Uścisnął cię po ojcowsku, nieprawdaż?
— Pocałował mnie w czoło, a ja to pocałowanie klęcząc przyjęłam.
— Heleno! krzyknął Gaston, ja wierzę przeczuciu mojemu: ciebie zdradzają, jesteś ofiarą piekielnego podstępu. Heleno, ten człowiek, ukrywający się, lękający się światła, który ciebie córką swoją nazywa, człowiek ten, Heleno, nie jest ojcem twoim!
— Gastonie! rozdzierasz mi serce!
— Heleno, niewinności twojéj pozazdrościłyby i niebiańskie istoty, ale wszystkiego nadużywają w świecie, i aniołów skazili, zbeszcześcili ludzie. Tego człowieka poznam, przytrzymam, ja go zmuszę, by uwierzył w miłość i honor tak anielskiej istoty, jak ty jesteś; i jeżeli nie jest najpodlejszym z ludzi, to mi powie, czyli go mam ojcem moim nazywać albo zabić jako nikczemnika.
— Gastonie, rozum twój się błąka, co ty gadasz? cóż cię naprowadza na domysł tak strasznej zdrady? I skoro obudzasz moje podejrzenia i odkrywasz przedemną ohydne bezdroża serca ludzkiego, na które patrzeć się wzdrygałam, powiem ci z równąż otwartością: ten człowiek, jak go nazywasz, czyliż mnie nie miał w mocy swojéj? czyliż dom ten, w którym zostaję, nie jest jego własnością? ludzie, którzy mnie otaczają, nie sąż oddani rozkazom jego?.... Gastonie, powziąłeś złą myśl o moim ojcu, przeprosisz mnie za to, jeżeli mnie kochasz.
Gaston z rozpaczą rzucił się na krzesło.
— O mój drogi, nie niszcz jedynéj i najczystszéj pociechy, jaką kiedykolwiek doznałam. Nie zatruwaj mi szczęścia mojego życia, nad którem nieraz ubolewałam, że samotnie upływa; i byłoby całkiem opuszczone i smutne, gdyby nie owo uczucie, którego nam niebo skąpić sobie każę. Niechżeż teraz miłość dziecięca wynagrodzi mi wyrzuty sumienia, których nie raz doznaję, że ciebie aż do ubóstwienia kocham!
— Heleno, wybacz mi! zawołał Gaston. Tak, ty masz słuszność, ja kalam twoję radość lak czystą, a może i szlachetne przywiązanie twojego ojca, podejrzeniem mojém niewczesném może. Ale w imię Boga, Heleno, nie chciéj lekceważyć obawy mojéj, pochodzącéj z doświadczenia własnego i miłości dla ciebie. Nie byłoby to po raz pierwszy, że występna namiętność chce korzystać z łatwowiernéj niewinności. Twoje zaś dowodzenie jest mylném, bo to byłoby wielką niezręcznością, jakiéj owi niecni uwodziciele nigdy nie popełniają, okazując ci zaraz swoję miłość występną.... Lecz zatrzeć powoli cnotę w twojém sercu, złudzić cię blaskiem nieznanego zbytku, przyzwyczaić zwolna zmysły twoje do nowych, pokonać sztuką wymowy, o, zwycięztwo takie daleko jest słodszém, aniżeli to, które skutkiem przemocy nastąpi. O, droga Heleno, posłuchaj przestróg moich, miłość moja niechaj przemówi do ciebie, moja miłość tak pokorna i czysta, zdolna do każdego poświęcenia za najlżejszém skinieniem ojca, który prawdziwym byłby ojcem dla ciebie.
Helena schyliła głowę i milczała.
— Zaklinam cię, mówił daléj Gaston, byś nic stanowczego nie przedsięwzięła, ale miéj baczność na wszystko, co cię otacza. Strzeż się pachnideł, któremi cię obdarzą, wina, które ci podadzą, we śnie nawet bądź ostrożną. Heleno, strzeż sama siebie, bo ty jesteś szczęściem mojém, honorem i życiem.
— Będę ci posłuszną, mój kochany, ale wierzaj, że to mi bynajmniéj nie przeszkodzi kochać mojego ojca.
— I ubóstwiać zarazem, jeżeli się omyliłem, Heleno!
— Jesteś szlachetnym i dobrym, mój Gastonie.
— Powziąwszy najmniejsze podejrzenie, pisz zaraz do mnie.
— Pisać mam.... Więc odjeżdżasz?
— Jadę do Paryża w owym interesie familijnym, o którym ci napomknąłem.
Będę mieszkał w hotelu pod Muids d’ amour[2], przy ulicy Bourdonnais. Zanotuj sobie ten adres i nie pokazuj go nikomu.
— Dla czegóż taka przezorność?
Gaston się wahał odpowiedzieć.
— Ponieważ.... dla tego.... że gdyby znano twojego obrońcę, możnaby w razie występnych zamiarów, jego środkom ratowania ciebie przeszkodzić.
— Cóż znowu! i ty jesteś tajemniczym, mój ładny Gastonie. Mam ojca, który się ukrywa, i.... kochanka.... trudno mi to wymówić.... który ukrywać się zamyśla.
— Ależ zamiary jego są ci znane przynajmniéj, mówił Gaston, przymuszając się do uśmiechu, by pokryć swoje pomięszanie i rumieniec.
— Ah! pani Desroches nadchodzi... Słyszę jak ruszyła klamką u pierwszych drzwi.
Rozmowa nasza wydaje jéj się zbyt długą.... Jestem, tak jak w klasztorze, mój kochany.
Gaston pocałował ładną rączkę, którą mu na pożegnanie podała, właśnie gdy pani Desroches weszła. Helena mu się bardzo ceremonialnie ukłoniła, co Gaston także z całą uczynił powagą. A pani Desroches, w czasie téj nieméj sceny, przeszywała go wzrokiem swoim, by zrobić najwierniejszy rysopis, jaki kiedykolwiek z pod ręki szpiega jakiéj podejrzanéj wyszedł osobie.
Gaston udał się niebawem drogą do Paryża. Owen czekał na niego niecierpliwie.
Ażeby zaś jego luidory nie dzwoniły w skórzanym worku, pozaszywał je w podszewkę spodni swoich. Może je także chciał mieć jak najbliżej siebie.
W przeciągu trzech godzin Gaston stanął w Paryżu. I tym razem nie mógł go Owen o powolność obwiniać, bo tak konie jak i oni sami okryci byli potem i kurzem, stanąwszy u barjery la Conférence.