Córka rejenta/Tom I/XI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Jakiekolwiek były jego zatrudnienia w nocy, czy ją przepędził w drodze albo na jakiéj orgii, książe Orleański w niczém nie zmieniał rozporządzeń na dzień następny: wszystkie ranki były poświęcone sprawom krajowym, a różne rodzaje tych spraw miały dni właściwe, sobie przeznaczone. Zwykle rozpoczął sam pracę albo z Dubois pospołu, zanim jeszcze był ubrany. Potem nastąpiło jego lever, które krótko trwało i gdzie wszystkich przyjmował. Po tém lever nastąpiły różne audyencje, i trwały niekiedy aż do południa. Następnie przybywali różni naczelnicy: La Veilliere, Leblanc, który mu zdawał sprawę z swoich szpiegostw; Toraj, przynoszący mu ważne listy, które był pokradł; wreszcie marszałek de Villeroy, z którym, jak twierdzi St. Simon, nie pracował tylko się szastał. Około drugiéj godziny podano mu czekoladę, jedyny posiłek jaki brał z rana; pił ją w obec wszystkich, śmiejąc się i gawędząc. Ten wypoczynek trwał tylko pół godziny; potém dawał audencją kobietom. Po téj audjencyi udawał się zwykle do księżnéj Orleańskiéj. Od niéj poszedł albo na posiedzenie rady stanu, albo złożył swoje uszanowanie młodemu królowi, którego nieodmiennie co dzień odwiedzał, czyli to o téj, lub o innéj godzinie. Zbliżał się do niego, przychodząc i odchodząc, zawsze z wyrazem najwyższego poszanowania i z licznemi głębokiemi ukłonami, by innych nauczyć, jak to się powinno z królem rozmawiać. Program powyższy ulegał zmianie raz w tydzień przez przyjęcie obcych ministrów, a w niedziele i dni świąteczne przez wysłuchanie mszy w kaplicy prywatnéj.
O piątéj pod wieczór, jeżeli nie było posiedzenia rady stanu, a o szóstéj, w dniach gdzie się zbierała, wszystko się kończyło, i od téj chwili już o żadnych interesach nie było mowy. Rejent pojechał na operę, albo do księżnej Berry. Ta ostatnia rozrywka bywała jednakże na teraz przez inną zastępowana, bo rejent, jakieśmy to wyżéj powiedzieli, był z księżną ze względu jéj ślubu z Riomem, w nieporozumieniu. Potém nadeszła godzina owych sławnych kolacyj, tak głośnych, a które odbywały się latem w St. Cloud albo w St. Germain, a w zimie w palais-royal.
Na owych wieczerzach nie bywało jak dziesięć do piętnastu osób, rzadko więcéj i rzadko mniéj. Z mężczyzn bywali zwykle: książę Broglie, Nocé, Brancas, Biron, Canillac, i kilku młodych ludzi odznaczających się dowcipem, albo téż znanych z rozpusty. Z kobiet bywały: pani de Parabere, de Phalaris, de Sabran i Daverne, kilka dziewczyn z Opery, tancerek albo śpiewaczek, niekiedy także i księżna Berry. Rozumie się, że obecność jéj królewskiéj mości nic tylko że nie zmiejszyła swobody, właściwéj tym zebraniom, lecz ją raczej jeszcze zwiększała.
Najzupełniejsza, bezwzględna równość była cechą tych wieczorów, gdzie wszystko, bez wyjątku: królowie, ministrowie, radzcy, damy dworskie, wszystko krytyce podpadało, wszystkich obrabiano, szamerowano i chłostano. Tam język francuski stawał się tak wolnym jak język łaciński. Tam wszystko, wszystko opowiadano i robiono, byle tylko w sposobie dowcipnym. I dla tego téż te zebrania tyle miały wdzięku dla rejenta, że gdy godzina ich wybiła i ostatni spółbiesiadnik nadszedł, kazał drzwi pozamykać, zabarykadować, i już nie wpuszczano nikogo, gdyby i z najważniejszym interesem w świecie, czyli to dotyczącym się Francyi, króla, albo wreszcie i samego rejenta. To zamknięcie trwało aż do rana.
Dubois rzadko uczestniczył tym biesiadom, z powodu swojego słabego zdrowia; a nieprzyjaciele jego korzystali z nich, i cięli go jak mogli najlepiéj. Rejent śmiał się do rozpuku z tych razów, wymierzonych jego ministrowi, i zarówno z drugimi, to dziobnął, to drapnął, to ugryzł odarty ze wszystkiego szkielet swojego eks-guwernera. Dubois dobrze o tém wiedział, że przy owych wieczorach najczęściéj się kosztem jego bawiono, ale wiedział i o tém, że rejent nazajutrz już i słówka jednego z tego nie pamiętał co posłyszał w nocy, i by najmniéj go te napaści, by zniszczyć władzę jego, nie trwożyły.
A rejent, czując się z dniem każdym więcéj ociężałym, wiedział także, że może polegać na przezorności Dubois: bo Dubois czuwał, gdy rejent spał, wieczerzał albo jeździł; Dubois, niemogący się niby na nogach swoich utrzymać, był nigdy niezmordowany: był razem w palais-royal, w Luksemburgu i na operze; znajdował się wszędzie, gdzie bawił rejent; posuwał się za nim, jakby cień jego, pokazując swoję twarz kunią, to na korytarzu, to w podwojach salonu, to w loży. Dubois, jedném słowem, zdawało się, że ma dar wszędobylstwą.
Gdy wrócił z swojéj wycieczki do Rambouillet, gdzie tak wytrwale i z taką troskliwością czuwał nad rejentem, kazał do siebie przywołać Lecoq’a. Bo Lecoq w liberyi hajduka, dosiadłszy dzielnego konia, przyłączył się był do orszaku księcia, niepoznany w ciemności nocy przez nikogo. Dubois rozmawiał z nim przez całą godzinę, dał mu różne polecenia na jutro, spał następnie cztery lub pięć godzin, wstał o godzinie 7éj z rana, uradowany korzyściami, jakie odniósł nad rejentem, i z których wielkie zamyślał ciągnąć zyski. Potém udał się małemi drzwiami do pokoju sypialnego rejenta, które mu pokojowiec, za pierwszém zaraz stuknięciem zwykł otwierać.
Rejent spał jeszcze.
Dubois stanął przy łóżku i przypatrywał mu się z uśmiechem, który miał cóś małpiego lecz i szatańskiego zarazem.
Nakoniec postanowił go obudzić.
— Hejże! jaśnie oświecony panie, zbudź się wasza królewska mość.!
Książe otworzył oczy, zobaczył Dubois, i chcąc go się pozbyć opryskliwością, do któréj minister jego tak nawykł, że się po nim przemknęła, jak woda po płótnie woskowaném, zawołał:
— Ach to ty, opacie! Idź sobie do diabła!
I obrócił się twarzą do ściany.
— Od niego właśnie wracam, jaśnie oświecony panie, ale że był bardzo zajęty, więc mnie odesłał do waszéj królewskiéj mości.
— Daj mi pokój. Zmęczonym.
— Bardzo wierzę. Noc była burzliwą, nieprawdaż?
— Cóż przez to chcesz powiedzieć? zapytał książę obracając się w połowie.
— Powiadam, że to, cóś jaśnie oświecony pan zeszłej nocy robił, nie jest właściwém dla człowieka, który z rana o 7éj daje rendez-vous.
— Więc ja tobie na dzisiaj dałem rendez-vous?
— Nie inaczéj, wczoraj, zanim się wasza królewska mość do Saint-Germain udałeś.
— Ach prawda!
— Jaśnie oświecony pan nie przewidziałeś, że w nocy tyle będziesz miał zatrudnień.
— Zatrudnień? Wstałem od stołu o godzinie 7éj.
— A ta młoda dziewczyna, czyż warta była téj drogi?
— Jakiéj drogi?
— Którą, wasza królewska mość odbyłeś, wstawszy od stołu o godzinie 7éj.
— Słysząc ciebie, zdawało-by się, że nie tak łatwo jest powrocie z Saint-Germain.
— Wasza królewska mość masz słuszność: z Saint-Giermain bardzo bliziutko, ależ można przedłużyć tę drogę.
— Jakto?
— Jadąc na Rambouillet.
— Śni ci się, mój kochany.
— Skoro tak, to dobrze. Opowiem więc mój sen, który jaśnie oświeconego pana przekona, że i we śnie jestem waszą królewską mością zajęty.
— Jakie nowe błazeństwo zapewne?
— Bynajmniéj. Śniło mi się, żeś jaśnie oświecony pan gonił za jeleniem, żeś go zapędził na rozstajne drogi, i żeś go tam wasza królewska mość ubił. Potém....
— Dotąd sen twój jest podobny do rzeczywistości. Ale cóż daléj?
— Potém jaśnie oświecony pan wstąpiłeś do Saint Germain, usiadłeś do stołu o godzinie pół do szóstéj, rozkazawszy poprzednio, by powóz bez herbów był w pogotowiu na godzinę siódmą.
— Wcale nie źle; daléj-że, opacie, daléj.
— O w pół do ósméj, jaśnie oświecony pan oddaliłeś wszystkich, prócz Lafara, z którym do powozu wsiadłeś.
— Cóż daléj?
— Powóz udał się drogą do Rambouillet, gdzie stanął o trzy kwandranse na dziesiątą. Zatrzymał się tylko na przedmieściu, gdzie wasza królewska mość wysiadłeś. Przyprowadzono konia, który tam czekał na jaśnie oświeconego pana, i gdy Lafare zajechał powozem przed hotel pod Tygrysem królewskim, jaśnie oświecony pan przybyłeś za nim konno, przybrany w kostjum giermka.
— Ale tutaj sen twój zaczyna się gmatwać, nieprawdaż?
— Nie, jaśnie oświecony panie, nie bardzo.
— Więc gadajże daléj.
— Otóż, gdy ów błazen Lafare udawał że zajada niesmaczną kolacją, przyjmując tytuł jaśnie wielmożnego pana, którym go raczono, wasza królewska mość oddałeś konia swojego paziów i udałeś się pieszo do małego pawilonu.
— Prawdziwy z ciebie szatan! Ale gdzieżeś ty był? gdzieżeś się ukrywał?
— Nie opuściłem palais royal, gdziem spał jak zabity, dowodem tego, że jaśnie oświeconemu panu opowiadam mój sen.
— I cóż było w tym pawilonie?
— Nasamprzód u drzwi jakaś straszna duegna, wysoka, chuda, żółta.
— Poczekaj, polecę jéj ciebie, i bądź pewien, że pierwszy raz, gdy cię spotka, to ci oczy wydrze.
— A w salonie.... Tam do licha! w salonie....
— Otóż czego widzieć nie mogłeś, mój kochany, nawet i we śnie.
— O jaśnie oświecony panie, zniszczył byś mnie tém przypuszczeniem: płacę 500,000 liwrów mojej policyi tajnéj, i źle by było, gdybym za to w głąb mieszkali nie miał zajrzeć.
— Więc cóżeś tam widział?
— Naprawdę, jaśnie oświecony panie, śliczną młodą Bretonkę, lat szesnaście a najwięcej siedmnaście.... Tak, śliczna jak amorek; przybyła wprost od Augustjanek z Clisson; towarzyszyła jéj poczciwa stara siostra, którą zaraz po przybyciu oddalono.... Czy nie tak?
— Wyznam szczerze, już nieraz sądziłem, że jesteś diabłem w cielonym w opata, na zgubę moję.
— By ocalić waszą królewską mość, tak ja twierdzę.
— By mnie ocalić! co tego, tom nie przypuszczał.
— A więc, jaśnie oświecony panie, mówił Dubois daléj, z uśmiechem szatańskim.
I cóż ta mała?
— Śliczne dziecko.
— Spodziewam się, bo z tak daleka przywieziona!
Rejent brwi zmarszczył. Ale pomyślawszy, że Dubois nic więcéj nadto nie wie, rozmarszczył znowu czoło i uśmiechnął się.
— Otóż Dubois, jesteś niezaprzeczenie wielkim człowiekiem.
— O, tylko wasza królewska mość o tém wątpiłeś! A jednakżeż wpadłem w niełaskę.
— Ty?
— Bez wątpienia, bo jaśnie oświecony pan ukrywasz się przedemną.
— No, nie gniewaj się.
— A miałbym powód, wyznaj to, jaśnie oświecony panie, sam.
— Dla czego?
— Dla czego?
— Dlaczego! Czemużeś mi jaśnie oświecony pan o tém nie powiedział, toć-że i ja byłbym sprowadził Bretonkę.
— Doprawdy?
— A jaśnie oświecony pan myślisz, że skarb wielki posiadasz.... gdybyś tylko wiedział!....
— Dajmy pokój żartom, proszę cię.
— Żal mi waszéj królewskiéj mości.
— Cóż to ma znaczyć?
— Wasza królewska mość wierzysz pozorom. Więc ona jest bardzo ładna, ta młoda dziewczyna?
— Śliczna.
— I cnotliwa! o, i bardzo cnotliwa, tak jaśnie oświeconemu panu mówiono, czy nie?
— Nieinaczéj.
— A ja, oświadczam, że waszą królewską mość oszukano!
— Mnie?
— Tak jest, bo ta Bretonka....
— Milcz, opacie!
— Jakto! milcz?
— Ani słówka więcéj o tym przedmiocie, zakazuje ci to, wyrzekł rejent z powagą.
— O, widzę, że i wasza królewska mość przykry miałeś sen, czy mogę go wytłumaczyć?
— Panie Józefie, odeśle cię do bastylji.
— Do bastylji, skoro tylko wasza królewska mość zechcesz; ale ta Bretonka...
— Jest moją córką! panie opacie.
Dubois się cofnął o kilka kroków, a jego uśmiech szydzący ustąpił przed wyrazem najwyższego zdumienia.
— Córka!... jaśnie oświeconego pana!.... Któż jest jéj matką, u licha?
— Najgodniejsza kobieta, i która miała ten zaszczyt, umrzeć, zanim ciebie poznała.
— A dziecko?
— Diecie ukryto, by go nie plamiły spojrzenia tak ohydnych istot, jak ty jesteś.
Dubois się skłonił głęboko, z wyrazem wysokiego poszanowania ale oraz i z miną człowieka, który wielkiego doznał zawodu. Rejent ścigał go tryumfującém spojrzeniem aż do drzwi.
Ale Dubois nie należał do tych ludzi, którzy tak łatwo doznają, zawodu, i zanim się jeszcze drzwi zamknęły, dzielące go z rejentem, już dostrzegł w owéj ciemności, która mu przez chwilę oczy była zakryła, światełko, będące dla niego jakby najjaśniejszym ogniem radości.
— A co? pomruknął, zstępując zwolna po wschodach, czyż nie mówiłem, że ta konspiracja przyniesie mi mitrę arcybiskupią!... Prawdziwy głupiec zemnie! gdybym był rzeczy przezorniéj prowadził, mógłbym był sięgnąć po kardynalski kapelusz.