Córka rejenta/Tom I/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dubois przebył wschody w dwóch skokach, zamknął się w swoim pokoju i wyjął z kieszeni sukni Gastona, ów pożądany pugilares. W innéj znowu znalazł przełamany pieniądz złoty i jakieś nazwisko na karteczce papieru dziwnie skrojonéj.
Pieniądz niezawodnie był jakimś znakiem.
— La Jonquière, pomruknął Dubois, czytając napisane na karteczce nazwisko. La Jonquière, tak jest. To dobrze, mamy go już na oku, Przejrzał spiesznie pugilares, ale już nic więcéj nie znalazł.
— To nie wiele, ale zawsze dosyć.
Zastukano, bo drzwi wewnątrz były zamknięte.
— Prawda, zapomniałem, poszepnął Dubois i otworzył. Wszedł Lecoq.
— Cóżeście z nim zrobili? zapytał Dubois.
— Zamknęliśmy go na dole i strzeżemy go.
— Zanieś te rzeczy tam, gdzie je porzucił, by je znalazł na tém samem miejscu. I uważaj, by nic nie brakło, cokolwiek miał w kieszeniach, czy to pugilares, sakiewka albo chustka do nosa. Potrzeba ażeby nic nie podejrzywał. Mnie zaś przynoś mój płaszcz i suknie, które na miejscu boju pozostały.
P. Lecoq skłonił się aż do ziemi i wyszedł, by wykonać dany mu rozkaz.
Cała ta scena, jak powiedziano, odbyła się pod oknami Heleny. Słyszała przeto hałas i wrzawę i zdawało jéj się, że rozpoznaje głos kochanka. Przystąpiła niespokojna do okna, gdy w téj saméj chwili pani Desroches do pokoju weszła.
Prosiła ją, by się do salonu udała, ponieważ przybyła ta osoba, która ją chce odwiedzić.
Helena zadrżała i czuła się bliską zemdlenia. Chciała pytać, lecz jéj głosu zabrakło. Udała się więc za panią Desroches w milczeniu i drżąc cała.
W salonie, gdzie weszły, żadnego nie było światła. Pogaszono wszystkie, i tylko z kominka resztki ognia słabą na podłogę rzucały łunę. A jeszcze pani Desroches pochwyciła karafkę z wodą i zalała nią dogasający płomień, tak, że zupełna nastąpiła ciemność. Poczém wyszła z pokoju, zapewniwszy Helenę, że nie ma przyczyny niczego się obawiać.
Po chwili usłyszała młoda dziewczyna jakiś głos po za temi czwartemi drzwiami, które aż dotąd były zamknięte.
Zadrżała na zadźwięk tego głosu.
Mimowolnie niemal pobiegła ku drzwiom i chciwie słuchała.
— Czy mnie czeka? zapytano.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała pani Desroches.
— Jaśnie oświecony panie! poszepnęła Helena. O mój Boże! i któż-to tu przyjdzie?
— Czy jest sama?
— Samiuteńka, jaśnie oświecony panie.
— Uprzedzonaż o mojém przybyciu?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— Czy nam nikt nie przeszkodzi?
— Niechaj się jaśnie oświecony pan na mnie spuści.
— Niemasz tam światła?
— Ciemniuteńko!
Słyszano zbliżające się kroki. Zatrzymały się znowu.
— Mów mi otwarcie, pani Desroches, ozwał się ten sam głos, czy znalazłaś ją, tak ładną, jak mi mówiono?
— Jest piękniejszą, aniżeli sobie wasza królewska mość wyobrazić możesz.
— Wasza królewska mość! mój Boże! cóż to ona mówi? zawołała młoda dziewczyna, znowu bliska zemglenia.
W téjże chwili zaskrzypły drzwi na złoconych zawiasach, i krok ciężki, chociąż na miękkim kobiercu stłumiony, odgłosił się w salonie. Heleny serce uderzało gwałtownie.
— Chciéj mnie, pani przyjąć i wysłuchać, ozwał się ten sam głos.
— Jestem tutaj, poszepnęła Helena na wpół żywa.
— Pani się przestraszyłaś?
— Przyznam się jaś.... Jakżeż mam mówić: panie, czy jaśnie oświecony panie?
— Mów pani: mój przyjacielu.
I dotknął się ręki Heleny.
— Pani Desroches, jesteś tu? zawołała Helena, cofając się pomimowolnie.
— Pani Desroches, ozwał się nieznajomy, powiedz pannie Helenie, że tutaj tak jest bezpieczną, jak w świątyni, w obec Boga!
— O, jaśnie oświecony panie, jestem u nóg twoich! wybacz! zawołała Helena, upadając na kolana.
— Powstań, moje dziecię, i siadaj. Pani Desroches, pozamykaj drzwi wszystkie. A teraz daj mi swoje rękę, Heleno, proszę cię o to.
Helena wyciągnęła rękę, którą nieznajomy ujął.
»Zdaje mi się, że i on drży także« mówiła sama do siebie.
— Powiedz co ci jest, kochane dziecię, czyliż się lękasz?
— Nie, odpowiedziała Helena, ale gdy rękę moję ściskasz, przenika mnie jakieś uczucie dziwne, nieznane, niby dreszcz....
— Rozmawiaj zemną, Heleno, mówił nieznajomy z wyrazem jakiejś niewymownéj czułości. Wiem już, żeś piękna; ale po raz pierwszy głos twój słyszę. Mów że, bym cię słyszał.
— Więc mnie już widziałeś? zapytała nieśmiało.
— Czyż nie pamiętasz, że przed dwoma laty ksieni Augustjanek kazała ciebie odmalować?
— O, pamiętam. Malarz mnie jakiś malował, który jak mówiono, umyślnie po to z Paryża przybył.
— To ja go posłałem do Clisson.
— I mój portret....
— Twój portret jest tutaj, odpowiedział nieznajomy, dobywszy z kieszeni miniaturę, którą, dał Helenie do pomacania.
— Ale jakiż, jaśnie oświecony panie, masz w tém interes, kazać odmalować biedną, sierotę i przechować jéj portret?
— Heleno, odpowiedział nieznajomy po chwilowém milczeniu, jestem najlepszym przyjacielem twojego ojca.
— Mojego ojca! zawołała Helena. Czyliż on żyje jeszcze?
— Żyje.
— I zobaczęż go kiedy?
— Może być.
— O bądź błogosławiony! zawołała ściskając mu ręce, bądź błogosławionym za tę wiadomość!
— Moje dziecię kochane! poszepnął nieznajomy.
— Ale skoro żyje, mówiła znowu Helena z pewném uczuciem zwątpienia, dla czegóż nie dowiaduje się o swoją córkę?
— Co miesiąc miał wiadomość o tobie. I chociaż w oddaleniu, czuwał jednakże zawsze nad tobą, Heleno.
— Ależ w ciągu lat szesnastu, mówiła znowu z pewnym wyrazem wyrzutu lecz zarazem i uszanowania, racz sam wyznać, nie widział mnie i razu!
— Wierzaj mi, odpowiedział nieznajomy, że tylko bardzo ważne powody zmuszały go do pozbawienia się tego szczęścia.
— Wierzę, panie, i nie chcę oskarzać mojego ojca.
— Ale mu przebacz, bo on sam siebie oskarza!
— Ja mu mam przebaczyć? zapytała Helena zdziwiona.
— Tak jest. A ponieważ sam tego przebaczenia od ciebie żądać nie może, kochane dziecię, więc ja o nię w imieniu jego proszę.
— Nie rozumiem cię, panie.
— Posłuchaj więc.
— Słucham.
— Ale daj mi najprzód twoję rękę.
— Chętnie.
Nastąpiło chwilowe milczenie, jak gdyby nieznajomy był chciał na raz jeden wszystko w pamięci swojéj zebrać. A potem mówił:
— Twój ojciec dowodził jednym oddziałem w armii nieboszczyka króla, w bitwie pod Neerwinde. Jeden z masztelerzy, pan de Chaverny, padł obok niego kulą przeszyty. Twój ojciec chciał mu nieść ratunek, chociaż rana była śmiertelną.
Ranny znał swój stan i nie łudził się wcale. Trząsając głową, wymówił: »Mnie już pomoc niepotrzebna, ale pamiętaj o córce mojéj« Twój ojciec ścisnął mu rękę na znak przyrzeczenia, a ranny chciał się podnieść na jedno kolano, lecz upadł i skonał, jak gdyby tylko na to przyrzeczenie był czekał, by oczy zamknąć. Ty mnie słuchasz, Heleno, nie prawdaż?
— O jakżeż się o to pytać możesz!
— Po skończonej wojnie, pierwszém zatrudnieniem ojca twojego było, zająć się małą sierotką. Była to śliczna, dwunastoletnia dziewczynka, obiecująca być tak ładną, jaką ty teraz jesteś. Śmierć jéj ojca ogołociła ją z wszelkiéj opieki i majątku. Twój ojciec więc oddał ją do klasztoru panien Wizytek na przedmieściu ś. Antoniego, i oświadczył naprzód, że gdy dojdzie do wieku, w którym będzie potrzeba los jéj zapewnić, sam ją wyposaży.
— Dzięki ci, o mój Boże! zawołała Helena. Dzięki ci, o mój Boże, że jestem córką człowieka, który umie w taki sposób słowa swojego dotrzymać.
— Poczekajże, Heleno, bo dochodzimy do téj chwili, gdzie twój ojciec przestanie zasługiwać na pochwalę, twoję.
Helena umilkła a nieznajomy mówił daléj:
— Twój ojciec czuwał rzeczywiście nad sierotą, jak to był przyrzekł, aż do jéj ośmnastego roku. Wyrosła na prawdziwą piękność, i twój ojciec niezadługo poczuł, że częściej zaczął bywać w klasztorze, jak tego przyzwoitość dozwalała. Twój ojciec zakochał się w młodéj sierocie, i poznawszy to uczucie, przestraszył się: powiedział sam sobie, że nikczemnie się wywięzuje z danego przyrzeczenia umierającemu p. de Chaverny, uwodząc córkę jego; pragnąc ją przeto zabezpieczyć przeciwko swéj własnéj osobie, wezwał przełożoną, by wynalazła jaką stosowną partją dla panny de Chaverny. Dowiedział się niebawem, że siostrzeniec téjże przełożonéj, młody szlachcic bretoński, odwiedzając ciotkę, poznał i pokochał młodą sierotę, i że będzie bardzo szczęśliwym, gdy rękę jéj otrzyma.
— I cóż daléj, panie? pytała Helena, gdy nieznajomy wahać się począł w swojém opowiadaniu.
— Otóż, ojciec twój — niezmiernie się zdziwił, gdy mu przełożona oznajmiła, że, panna de Chaverny za mąż iść nie chce, i że raczej jedyném jéj życiem jest w klasztorze pozostać; że najszczęśliwszym dniem w jéj życiu, będzie dzień, w którym zakonnicą zostanie.
— Bo ona kogoś innego kochała! wtrąciła Helena.
— Tak jest, moję dziecie, odgadłaś. Niestety! niemożna uciec przed przeznaczeniem swojém. Panna de Chaverny kochała twojego ojca. Długo to uczucie ukrywała; ale dnia jednego, gdy twój ojciec nalegał, by porzuciła myśl zostania zakonnicą, biedaczka nie mogąc dłużéj utaić, co się w niéj działo, wyznała mu wszystko. Silny przeciwko miłości swojej, gdy nie wiedział, że to uczucie jest podzieloném, stał się słabym zupełnie, gdy się przekonał ile jest nawzajem kochany. Oboje jeszcze młodzi (bo ojciec twój nie miał wtedy jak lat dwadzieścia pięć a panna de Chaverny zaledwie osmnaście), zapomnieli o reszcie świata, marząc tylko o tém, że mogli być szczęśliwi.
— Ale skoro się tak kochali, czemuż ślubu nie wzięli z sobą? zapytała Helena.
— To było niepodobna, ponieważ pomiędzy niemi istniał zbyt wielki przedział. Nie mówionoż ci, Heleno, że ojciec twój wielkim bardzo jest panem?
— Ah tak, wiem o tém!
— Przez rok cały byli nader szczęśliwi. W końcu tegoż roku urodziłaś się i....
— I.... poszepnęła nieśmiało młoda dziewczyna.
— I urodzenie się twoje, matka życiem przypłaciła.
Helena głośno zapłakała.
— O tak, mówił nieznajomy dalej, rozrzewniony tém wspomnieniem. O tak, Heleno, popłacz nad stratą matki twojéj, była to święta i najgodniejsza kobieta, i ojciec twój, wśród swoich zgryzot, uciech, a nawet i szaleństw, przysięgam ci na to, zachował cześć dla jéj pamięci. A na ciebie przelał miłość, jaką miał dla niéj.
— A jednakże, ozwała się Helena z lekkim odcieniem zarzutu, mój ojciec oddalił mnie od siebie, i nie widział mnie nawet od urodzenia mojego.
— Wybacz mu to, Heleno, bo on temu nie winien. Urodziłaś się w roku 1703, w czasie najsurowszych rządów Ludwika XIV. Twój ojciec postradał łaskę króla, czyli raczéj łaskę, pani de Maintenon. I więéj ze względu na ciebie aniżeli dla bezpieczeństwa własnego, oddalił cię od siebie. Wysłał cię do Bretanii i polecił opiece matki Urszuli, przełożonéj Augustjanek w Clisson. Teraz, gdy król Ludwik XIV umarł, przyzwał cię znowu do siebie. Przez ciąg całéj drogi powinnaś była uważać, że czuwał nad tobą. I dzisiaj, gdy się dowiedział, że masz przybyć do Rambouillet, nie miał odwagi zaczekać do jutra i przybył na spotkanie twoje, Heleno!
— O mój Boże, więc to jest prawda! krzyknęła Helena.
— I gdy ciebie zobaczył czyli raczéj, mówiącą, posłyszał, zdawało mu się, że słyszy głos matki twojéj. Ten sam wiek, ta sama niewinność, ten sam głos. Heleno! o Heleno! bądź szczęśliwszą od niéj. Z głębi serca, gorąco Boga o to błaga.
— O mój Boże! to wzruszenie, ta ręka drżąca. O panie, mówisz że ojciec mój przybył na spotkanie moje?
— Tak jest.
— Tu, do Rambouillet?!
— Tak.
— Mówisz że był szczęśliwym, gdy mnie zobaczył?
— O, bardzo szczęśliwym!
— Ach to szczęście nie starczyło mu, nie prawdaż? Chciał mówić zemną, powiedzieć mi to, opowiedzieć historją mojego urodzenia; pragnął, bym mu podziękowała za miłość jego; bym u stóp jego padła na kolana i o ojcowskie prosiła błogosławieństwo. O! zawołała i uklękła, o! jestem u nóg twoich, pobłogosław mi, mój ojcze!
— Heleno! moje dziecię! córko moja! zawołał nieznajomy. O, nie u nóg moich! przy mojém sercu! przy sercu mojém, spocznij dziecię kochane!
— O mój ojcze! mój ojcze! szeptała Helena.
— A ja w innym zamiarze tu przybyłem. Chciałem niby obcym dla ciebie pozostać.
Ale tak blisko ciebie, ściskając twoję rękę, słysząc głos twój tak miły, nie mogłem się oprzeć uczuciom moim. Heleno, abym nie żałował téj słabości mojéj, niechaj wieczna tajemnica.....
— Przysięgam na matkę moję! zawołała młoda dziewczyna.
— To jest wszystko, czego żądam. A teraz, posłuchaj, bo już cię pożegnać muszę.
— Ach, czy już, mój ojcze?
— Nie może być inaczéj.
— Rozkaz, ojcze, co mam czynić?
— Pozostaniesz tutaj; nie będziesz się starała dowiedzieć kto jestem, i zaczekasz na mój powrót.
— I powrócisz niebawem, wszakżeż tak, mój ojcze? Nie zapominaj, żem sama jedna na świecie.
— Wrócę, jak będę mógł najrychléj.
Poczém zbliżył po raz ostatni usta swoje do czoła Heleny, wycisnął na niém pocałowanie również słodkie dla serca ojca, jak jest pocałowanie miłości dla serca kochanka, i wyszedł z pokoju.
W dziesięć minut potém, weszła pani Desroches z świecą w ręku. Zastała Helenę klęczącą, z opartą na krześle głową. Modliła się; i podniósłszy oczy, wskazała tylko, by pani Desroches świecę na kominie postawiła. Pani Desroches rozkaz ten wykonała i znowu wyszła.
Helena jeszcze się przez kilka minut modliła; potém wstała, obejrzała się w około, jéj się zdawało, że śniła. Ale wszystkie otaczające ją przedmioty, świadki jéj rozmowy z ojcem, mówiły jéj o tém, i ta świeca przez panią Desroches przyniesiona i słabo tylko rozjaśniająca salon; to krzesło i ten fotel, zbliżone jeszcze do siebie; te drzwi dotąd zamknięte a które pani Desroches zostawiła teraz otwarte, a nadewszystko to jej gwałtowne wzruszenie kazało jéj wierzyć, że to nie był sen, ale wielkie rzeczywiste zdarzenie w jéj życiu.
Potém, w pośród tego wszystkiego, jawiło się i wspomnienie Gastona w jéj umyśle. Ten ojciec, którego widoku tyle się lękała, ów ojciec tak dobry i czuły, który sam niegdyś tyle kochał i cierpiał z powodu miłości swojéj, on się jéj woli sprzeciwiać nie będzie. Zresztą Gaston, jakkolwiek nie miał imienia historycznego, znakomitego, był jednakże ostatnim potomkiem jednéj z najdawniejszych rodzin Bretanii. A co więcéj, ona Gastona tak bardzo kochała, iżby umarła niezawodnie, gdyby ją z nim rozłączono; skoro ją więc ojciec rzeczywiście kocha, nie zechce ażeby umarła.
Z strony Gastona zachodzi może także jaka przeszkoda, ależ ta przeszkoda zapewne małą jest tylko w porównaniu z tą, jaka z jéj strony mogła była nastąpić; przeszkoda ta usunie się zarówno z innemi, i owa przyszłość, która im się zdawała być tak straszną i smutną, jaśniała już Helenie najpiękniejszą nadzieją i miała wkrótce dla obojga zapełnić się miłością i szczęściem.
Helena zasnęła wśród tych marzeń rozkosznych, i sny miłe i słodkie zastąpiły szczęsne chwile ubiegłego wieczora.
Gaston, wolny i zarzucony przeproszeniami tych, co go byli aresztowali, tłumaczących się, że go za kogoś innego wzięli, pobiegł na plac swarów i z wielką dla siebie pociechą znalazł płaszcz i suknie swoje w tém samem miejscu, gdzie je był zostawił. Potém udał się z pospiechem do swojego pokoju i przejrzał z bijącém sercem pugilares. Znalazł w nim wszystko jak być powinno, a w kieszeni ów złoty pieniądz i karteczkę z nazwiskiem kapitana La Jonquiere.
Znacznie uspokojony, chociaż nie pocieszony, uważając swoje wieczorne zdarzenia, jako jeden z owych tysiąca przypadków, które mogą spotkać spacerującego w nocy; wydawszy Owenowi stosowne rozkazy na jutro, położył się, wymawiając, zcicha imię Heleny, tak jak i Helena imię, jego była wyszeptała.
W tym czasie dwa powozy opuściły hotel pod Tygrysem królewskim. Przy pierwszym, w którym siedziało dwóch panów w ubiorze myśliwym, latarnie jasnym paliły się światłem i poprzedzało go dwóch hajduków konno.
Powóz drugi, bez latarń i z jednym tylko podróżnym, zatulonym w płaszcz szeroki, jechał za pierwszym w odległości dwustu kroków tylko i miał go ciągle na oku.
Przy rogatkach rozłączyły się dopiero: powóz jasno oświetlony zajechał przed wielkie wschody palais royal’u a powóz bez świateł zatrzymał się przed małą bramą ulicy Valois.
Obydwa żadnego wypadku w drodze nie doznały.