Córka rejenta/Tom I/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Gdy to, cośmy wyżéj opisali, działo się w pawilonie pod Tygrysem królewskim, siedział w innym pokoju tegoż hotelu, przy ogniu kominkowym mężczyzna, otrząsający zaśnieżone buty i odwiązujący sznurki szerokiego pugilaresu.
Człowiek ten był ubrany w liberją myśliwską giermków książąt Orleańskich: w suknie czerwone ze srebrem, spodnie skurzane, wysokie buty, kapelusz trojrogaty z srebrnemi galonami. Miał oko żywe, nos długi, kończasty i obsypany chrostami, czoło wypukłe i napiętnowane otwartością, któréj przeczyły wąskie, ściśnione usta; przeglądał starannie, rozłożone przed sobą papiery, któremi pugilares był zapchany.
Człowiek ten skutkiem nałogu właściwego sobie, mówił, czyli mruczał, sam do siebie; czasami nawet wydał jaki wykrzyknik albo zaklęcie, raczéj należące do myśli, które po jego głowie krążyły, a nie do szeptanych wyrazów.
— A więc, pan de Montorau mnie nie oszukał, mówił, i otóż moi Bretończykowie przy pracy! Ale cóż u licha tak długo w drodze robił?.... Wyjechał 11-go w południe a przybył dopiero 21-go o godzinie 6-téj wieczorem!... Ha! to jest nowa jakaś tajemnica, którą mi pewnie wytłumaczy ów chłopak, rekomendowany mi przez pana de Montorau, a który w ciągu całéj drogi miał schadzki z moimi ludźmi. Jest tam kto?
I człowiek w czerwonej liberyi zadzwonił srebrnym dzwoneczkiem, i jeden z owych dostrzegaczy na drodze z Nanieś, okryty szarym płaszczem, wszedł do pokoju i skłonił się.
— Achł tyżeś-to, Lecoq? zapytał człowiek w czerwonéj sukni.
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie, interes wielkiej wagi, więc wolałem osobiście wszystko uskutecznić.
— Wypytałeś-że się ludzi, rozstawionych po drodze?
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie, ale oni nic więcéj nie wiedzą, prócz miejsca popasów. A zresztą nie mieli i innego polecenia.
— Potrzeba, ażebym się czegoś więcéj od tego lokaja dowiedział. Jakiż to człowiek?
— Jeden z owych niby to głupowatych złośliwców, w połowie Breton w połowie Normandczyk, ladaco, jedném słowem.
— Gdzież on jest teraz?
— Usługuje przy wieczerzy swojemu panu.
— Czyż go umieszczono, jak kazałem, w tym pokoju na dole.
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie.
— W pokoju bez firanek?
— Tak jest.
— I zrobiłeś otwór w okiennicy?
— Zrobiłem, jaśnie wielmożny panie.
— Dobrze. Przywołaj mi tego sługę a sam bądź na zawołanie.
— Będę tuż obok.
— Dobrze.
Człowiek w czerwonéj sukni wyciągnął z kieszonki zegarek wielkiéj wartości, i zobaczył która godzina.
— Pół do dziewiątéj, wymówił. O tymże czasie jego królewska mość powróci z st. Germain i każę zawołać Dubois. A gdy odpowiedzą, że Dubois niemasz, zatrze ręce i nabierze ochoty jaką niedorzeczność zrobić. Zacieraj sobie ręce, jaśnie oświecony panie, jak ci się tylko podoba. Nie w Paryżu to gnieździ się niebezpieczeństwo, lecz tutaj. Zobaczymy, czy i teraz będziesz się jeszcze wyśmiewał z mojéj policyi tajnéj. Ot, i mój człowiek!
W téj chwili Lecoq wprowadził Owena.
— To ów człowiek! powiedział zamykając drzwi za sobą.
Owen stał przy drzwiach, drżąc cały. A Dubois, zakryty płaszczem, że mu tylko wierzch głowy widać było, przeszywał go swojemi tygrysiemi oczyma.
— Zbliż się, mój kochany, ozwał się do niego. To uprzejme wezwanie było wyrzeczone tak cierpkim głosem, że Owen chciałby obecnie być o sto mil oddalonym od tego człowieka, co na niego tak dziwnym patrzał się wzrokiem.
— A cóż, mówił Dubois daléj, widząc że on się nie zbliża, czyś mnie nie zrozumiał, hultaju?
— Zrozumiałem, jaśnie panie.
— I dla czegóż nie słuchasz?
— Nie wiedziałem, że to mnie jaśnie pan zaszczyciłeś tém wezwaniem, bym się zbliżył.
I Owen przystąpił bliżéj.
— Dostałeś pięćdziesiąt luidorów, byś mi prawdę powiedział? mówił Dubois daléj.
— Z przeproszeniem jaśnie pana, odpowiedział Owen, odzyskując w ciągu powyższego pytania zwykłą swoje śmiałość, nie dostałem ich jeszcze.... tylko mi je obiecano.
Dubois dobył garść złota z kieszeni, odliczył sztuk 50, i postawił je przed sobą w kształcie stosu, drżącego zlekka i pochylonego na jedną stronę.
Owen patrzał się na to złoto z takim wyrazem, który zdawał się być zupełnie obcy jego zwykle zamglonemu i posępnemu spojrzeniu.
— Oho! pomyślał Dubois, on jest chciwy.
Te pięćdziesiąt luidorów wydawały się Owenowi zawsze, jakby bajeczną i nieprawdo-podobną obietnicą; zdradził swojego pana, nie spodziewając się otrzymać ich, ale że ich pragnął. I teraz owa złota obietnica leżała przed jego oczyma.
— Czy mogę je wziąść? zapytał, wyciągając rękę.
— Zaczekaj jeszcze chwilkę, odpowiedział Dubois, bawiąc się tą chciwością, którąby człowiek miejski był niezawodnie potrafił ukryć, a którą, wieśniak tak jawnie pokazał. Zrobimy nowy układ.
— Jaki?
— Tutaj masz te 50 luidorów obiecanych.
— Widzę je, odpowiedział Owen, i obliznął się, jak pies przy pieczeni.
— Uczynię ci kilka pytań. Za każdą rozumną i ważną odpowiedź, dodam ci dziesięć luidorów, jeżeli zaś odpowiedź będzie niedorzeczna i śmieszna, odciągnę dziesięć luidorów od tych pięćdziesięciu.
— Owen wielkie zrobił oczy, bo mu się zdawało, ze układ ten może być bardzo dowolnie zastosowanym.
— Więc pogadajmy, zaczął znowu Dubois. Z kądżesz jedziesz?
— Z Nantes.
— Z kim?
— Z kawalerem Gastonem de Chaulay.
Te pytania były oczewiście tylko przygotowawczemi, bo stosik złota pozostał ten sam.
— Uważaj-że! mówił Dubois, wyciągając wychudłą rękę ku luidorom.
— Słucham jaśnie panie.
— Czy pan twój pod swoim jedzie nazwiskiem?
— Zmienił je dopiero w drodze.
— I jakież przybrał?
— De Livry.
Dubois dodał dziesięć luidorów, ale że stos już był za wielki, by się utrzymać, zrobił więc z niego dwa.
Owen aż krzyknął z radości.
— Oh! Oh! zawołał Dubois, nie ciesz się przedwcześnie, jeszcześmy nie skończyli. Czy jest w Nantes jaki pan de Livry?
— Nie panie, ale była tam panna de Livry.
— Cóż to za panna?
— Żona p. de Mont-Louis, wielkiego przyjaciela mojego pana.
— Dobrze! wyrzekł Dubois, dodając znowu 10 luidorów. I cóż twój pan robił w Nantes?
— Robił to co i inni młodzi panowie: polował, rąbał się, chodził na bal.
Dubois cofnął dziesięć luidorów. Po Owenie dreszcz śmiertelny przebiegł.
— Cóż tedy więcej robił?
— Otóż w nocy, czasem dwa lub trzy razy na tydzień wyjeżdżał, i niewracał jak o 3-éj lub 4-éj z rana, wyjechawszy z domu o 8-éj wieczorem.
— Dobrze. Ale dokądże jeździł?
— A, co tego, to niewiem.
Dubois ciągle trzymał owe 10 luidorów w ręku.
— A w czasie drogi, cóż robił?
— Jechał na Oudon, Ancenis, Mans, Nogent i Chartres.
Dubois wyciągnął rękę i kończaste jego palce znowu 10 luidorów schwyciły.
Owen wydał głuchy jęk boleści.
— Czyż w drodze z nikim się nie poznajomił?
— Ach! z młodą pensjonarką Augustyanek w Ciisson, która podróżowała z jedną zakonnicą, zwaną siostra Teresa.
— A jakżeż się nazywała ta pensjonarka?
— Panna Helena de Chaverny.
— Helena! to imię wiele obiecuje. I zapewne to ta ładna Helena jest kochanką twojego pana?
— Alboż ja wiem, jaśnie panie, nic mi o tém nie mówił.
— Jesteś pełen dowcipu! zawołał Dubois, zdejmując znowu dziesięć luidorów.
Pot zimny oblał czoło Owena. Jeszcze cztery takie odpowiedzi, a zdradził pana swojego bez najmniejszego zysku.
— I te panie z nim do Paryża jadą?
— Nie, jaśnie panie, one zatrzymują się w Rambouillet.
— Ach!
Ten wykrzyknik zdawał się być dobrą przepowiednią dla Owena.
— A siostra Teresa nawet już odjechała.
— To wszystko małéj jest wagi, ale nie należy się zniechęcić początkujących.
I znowu dołożył 10 luidorów.
— Więc ta młoda dziewczyna sama się została?
— Nie, jaśnie panie.
— Jakto, nie?
— Jakaś pani z Paryża na nią czekała.
— Pani z Paryża?
— Tak jest.
— Wiesz jéj nazwisko?
— Słyszałem, jak ją siostra Teresa nazwała pani Desroches.
— Pani Desroches! krzyknął Dubois i nowy ułożył stosik z 10-ciu dukatów.
— Tak jest, odpowiedział Owen z rozjaśnioną twarzą.
— Jesteś tego pewien?
— Co u licha, nie mam tego być pewien! jest to kobieta wysoka, chuda, żółta.
Dubois znowu dodał dziesięć luidorów.
A Owen żałował, że nie zrobił przedziału pomiędzy każdym przymiotem pani Desroches: stracił wyraźnie dwadzieścia luidorów na pośpiechu.
— Duża, chuda, żółta, to ta sama, powtórzył Dubois.
— Czterdzieści lat, a może i czterdzieści pięć, dodał Owen, czekając na ten raz daremnie.
— To ta sama, powtórzył Dubois, dodając znowu 10 luidorów.
— Ubrana w suknię jedwabną w wielkie kwiaty, mówił Owen daléj, chcąc ze wszystkiego korzystać.
— Dobrze, już dobrze.
Owen przekonał się, że badający go, już dosyć wiedział o téj kobiecie.
— I ty mówisz, że pan twój poznał się z ową panienką w drodze?
— To jest, teraz, kiedy rozważam, zdaje mi się, że to zaznajomienie się w drodze tylko komedją było.
— Co mówisz?
— Musieli się już znać dawniéj, i pewnie to na nią pan mój przez trzy godziny czekał w Oudon.
— Dobrze, mówił Dubois, dodając znowu 10 luidorów, będzie coś z ciebie.
— Już jaśnie pan nic więcéj wiedzieć nie chce? zapytał Owen, wyciągając rękę po dwa złote stosiki.
— Zaczekaj jeszcze. Ta młoda dziewczyna zapewne jest ładna?
— Jak anioł!
— I pewnie się z sobą zmówili, twój pan i ona, że się w Paryżu zobaczą?
— Nie, jaśnie panie, przeciwnie, bo zdaje mi się, że się z sobą pożegnali na zawsze.
— Pewnie nowa jaka komedja.
— Wątpię, bo p. de Chaulay bardzo był smutny.
— I nie mają się już widzieć?
— Podobno raz jeszcze, a potem już nigdy.
— Weź-że swoje pieniądze, ale jeżeli słówko o tém piśniesz, to w dziesięć minut potem umrzesz.
Owen rzucił się na te ośmdziesiąt luidorów, które w mgnieniu oka znikły w głębokościach jego kieszeni.
— A teraz mogę już sobie iść w świat, nie prawdaż?
— Iść w świat? ośle, bynajmniéj! Od, dzisiaj należysz już do mnie, bom ciebie kupił, a szczególniéj w Paryżu będziesz mi potrzebnym.
— A, to zostanę, jaśnie panie, odpowiedział Owen, wzdychając. Przyrzekam to jaśnie panu.
— Nie potrzebujesz przyrzekać. Idź teraz.
W téj chwili ukazał się we drzwiach, Lecoq, z twarzą, na któréj najwyższe pomieszanie widoczném było.
— I cóż tam nowego? zapytał Dubois, umiejąc czytać w twarzach.
— Rzecz bardzo ważna. Ale niech jaśnie wielmożny pan tego człowieka oddali.
— Wracaj do twojego pana, ozwał się Dubois do Owena, a jeżeli do kogo pisać będzie, przypomnij sobie, żem bardzo ciekawy poznać jego pismo.
Owen szczęśliwy z udzielonéj mu wolności, skłonił się i wyszedł.
— A i cóż tam, panie Lecoq? zapytał Dubois. Słucham.
— Nić więcéj, jaśnie wielmożny panie, tylko że jego królewska mość, po skończoném polowaniu w St. Germain, zamiast powrócić do Paryża, raczył odesłać swoję służbę a siebie kazał zawieść do Rambouillet!
— Do Rambouillet! rejent przybywa do Rambouillet?
— Będzie tu za pół godziny, i byłby już tutaj, gdyby go na szczęście niebyt głód zmusił wstąpić do pałacu i coś przekąsić.
— I po cóż tu przyjeżdża?
— Nic nie wiem, ale może to z powodu owéj młodéj dziewczyny, która tylko co przybyła i zajęła pokoje w pawiljonie hotelu.
— Masz słuszność, Lecoq, to on dla niéj przyjeżdża.... Tak, pani Desroches, nie może być inaczéj!.... Czy wiesz, że pani Desroches jest tutaj?
— Nie, jaśnie panie.
— I czyliżeś pewny tego, że on tu przyjedzie? Nie fałszywyż to raport, mój kochany?
— O, jaśnie wielmożny panie wysłałem za jego królewską mością naszego Liveillé, a co on powie, to tak jakby ewangielija.
— To prawda, odrzekł Dubois, któremu zdawało się, że doskonale zna przymioty tego, którego chwalono. Jeżeli to Leveillè powiedział, to i wątpić niemożna.
— Dowodem tego, że biedny chłopak schwacił swojego konia, który padł pod nim, gdy do Rambouillet wjeżdżał, i już się więcej nie podniósł.
— Trzysta luidorów za tego konia! niechaj on zarobi na tém, ile może.... Mój kochany Lecoq, ty znasz położenie tego pawiljonu, czy nie tak?
— Znam je doskonale.
— Jakież ono jest?
— Z jednéj strony wychodzi na dziedziniec hotelu a z drugiéj na małą pustą uliczkę.
— Potrzeba rozstawić ludzi przebranych za masztalerzy, za stajennych, jak tam zechcesz, i to w dziedzińcu i na tej małej uliczce, by nikt więcéj, prócz mnie i jego królewskiéj mości, nie mógł wejść do pawilonu.... Panie Lecoq, chodzi tu o życie jego królewskiéj mości.