Córka rejenta/Tom I/VII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Gaston się oddalił, nie powiedziawszy i słowa o środkach widywania się ich i gdzie zostawać będzie, lecz Helena sądziła, że to właśnie jest rzeczą mężczyzny, tém się zająć. Ścigała go oczyma, dopóki w ciemnościach nocy nie zniknął; w kwadrans późniéj, stanęli w Rambouillet.
Tutaj dobyła Augustjanka papierek z swojéj szerokiéj kieszeni i przy świetle latarni, umieszczonéj przy drzwiczkach powozu, przeczytała.
»Pani Desroches, w hotelu pod tygrysem królewskim«
W téjże chwili nadbiegła kobieta, która już była na nie w jednym z pokojów hotelu czekała; przystąpiła do powozu, ukłoniła się z poszanowaniem i pomogła paniom wysiąść z karety. Poprowadziła je następnie, poprzedzona lokajem niosącym dwie latarnie malowane, ciemnym chodnikiem. Otworzono drzwi do bardzo ładnéj sieni. Pani Desroches usunęła się prosząc Helenę i siostrę Teressę, by weszły. I po chwili już siedziały na wygodnéj sofie, grzejąc się przy żwawym ogniu kominkowym.
Pokój, w którym bawiły, był duży, ładny, i pięknie umeblowany. Gust z epoki wielkiego króla, nie doszedłszy jeszcze czasów kapryśnéj mody, zwanéj dzisiaj rococo, we wszystkiém był widoczny. Co się zaś tycze architektury, ta była w stylu poważnym i smutnym. Duże zwierciadła w złoconych ramach wisiały nad kominkiem i naprzeciwko kominka; piękny pająk z świecznikami złoconemi spuszczał się od sufitu; dwa lwy złocone podpierały kratę kominkową.
Czworo drzwi prowadziło z tego salonu:
Pierwszemi weszły podróżne nasze.
Drugie prowadziły do sali jadalnéj, która była ogrzana, oświetlona i stół w niéj nakryty.
Trzecie wychodziły do sypialnego pokoju, bardzo skromnie przybranego.
A czwarte były zamknięte.
Helena podziwiała te wszystkie okazałości, jako też i milczenie służących, ich wyraz spokojny i pełen uszanowania, tyle różny od wesołych twarzy usłużnych oberżystów, widzianych w drodze. A Augustjanka, szepcząc swoje benedicite, spoglądała pożądliwie na stół zastawiony, winszując sobie w duszy, że to nie był dzień postny.
Po chwili, pani Desroches, która była towarzyszyła do salonu dwom podróżnym a potém zostawiła ja same, weszła doń po raz drugi, przystąpiła do Augustjanki i oddała jéj list, który zakonnica z wielkim otworzyła pospiechem.
Zawierał on co następuje:
»Siostra Teressa może przenocować w Rambouillet albo tego wieczora jeszcze do klasztoru wracać, jeżeli zechce. Odbierze dwieście luidorów, jako dar Heleny dla jéj kochanego klasztoru. Następnie odda swoją pensyonarkę w ręce pani Desroches, która jest zaszczycona zaufaniem krewnych Heleny.«
U spodu listu, gdzie zwykle podpis się kładzie, był jakiś znaczek, który siostra porównała z pieczątką listu, przywiezionego z sobą z Clisson: były zupełnie zgodnie z sobą.
— Dalej-że, kochane dziecię, ozwała się po chwili, pożegnamy się z sobą po wieczerzy.
— Jakto! czy już? zawołała Helena, którą już tytko siostra Teressa z jéj ubiegłą przeszłością łączyła.
— Tak, moje dziecię. Ofiarowano mi w prawdzie, bym dziś jeszcze tutaj nocowała, ale wolę ja co rychléj wracać: tęschnię za naszym ukochanym domem w Bretanii, gdzie mi wszystko jest na ręku i gdzie do mojego szczęścia, tylko ciebie teraz nie stanie, kochane dziecię.
Helena rzuciła się z płaczem na szyję poczciwéj zakonnicy: przypomniały jéj się młode lata, tak mile śród przychylnych sobie towarzyszek spędzone, czy to, że im przełożona poleciła tę względność dla niéj, czyli też, że rzeczywiście na nią zasłużyła. W cudném wyobrażeniu myśli, którego nauka nigdy wytłumaczyć nie potrafi, widziała zieloną grabinę, staw przejrzysty, słyszała dzwonków srebrzyste odgłosy, i całe to życie, które obecnie było już tylko dla niéj jakby snem ubiegłym, przesunęło się w jasnych i żywych barwach przed jej zamkniętemi oczyma.
I siostra Teressa gorącemi zalewała się łzami, żal jéj nawet apetyt odebrał, i zabierała się do odjazdu nie posiliwszy się jeszcze. Pani Desroches przypomniała im dopiero, że wieczerza na stole, dodając: że skoro szanowna siostra zamierza na noc całą puścić się w drogę, to się powinna w przody posilić, bo wszystkie oberże będą zamknięte i nic nie dostanie do jadła, aż chyba jutro rano. Prosiła ją zatém, ażeby cośkolwiek spożyta albo przynajmniéj z sobą na zapas wzięta.
Rozumowanie tak logiczne przekonało siostrę Teressę, usiadła więc przy stole i wezwała Helenę do swojego towarzystwa. Helena umieściła się na przeciwko niéj, ale nic do ust wziąść nie mogła. Zakonnica zjadła nieco owocu i wypiła pół kieliszka wina hiszpańskiego: następnie wstała, uścisnęła znowu Helenę, która ją chciała do powozu odprowadzić, ale pani Desroches zauważyła, że hotel był przepełniony podróżnymi, i byłoby niewłaściwie, gdyby wychodziła z pokoju i narażała się na ich spojrzenie.
Helena chciała widzieć się jeszcze z ogrodnikiem, i on prosił, by ją mógł pożegnać, lecz mało się tém życzeniem jego zajmowano. Jednakżeż gdy Helena tego zażądała, kazano go zawołać i pożegnać tę, któréj według wszelkiego podobieństwa już więcej zobaczyć nie miał.
W chwilach ważniejszych w życiu, a Helena była właśnie w takiéj chwili, wszystko wyższą przybierze postać i więcéj mówi do serca. Z tąd też i owa stara zakonnica i ten biedny ogrodnik, byli dla niej obecnie najszczerszemi przyjaciółmi. Żegnała ich z wielkim żalem, przywoływała ich jeszcze, gdy już wychodzili, polecając jednéj współ-towarzyszki swoje a drugiemu kwiaty; rzuciła mu i kilka spojrzeli wymownych wdzięcznością, względnie do owego klucza od kraty na stawie.
Pani Deroches spostrzegła, że Helena czegoś napróżno w kieszeni swojéj szuka.
— Czy pani czego potrzebujesz? zapytała jéj.
— Tak jest, radabym, człowiekowi temu dała jaki upominek.
Na to pani Deroches wręczyła jéj dwadzieścia pięć luidorów, które Helena nie przeliczywszy ich w cale, ogrodnikowi w rękę wsunęła. Datek tak wspaniały i niespodziany zwiększył łzy jego i żale.
Ależ potrzeba było rozstać się. Drzwi się zamknęły za niemi. Helena poskoczyła do okna: okiennice były zamknięte i nic widzieć nie mogła. Nadstawiła ucho, słyszała turkot powozu; turkot coraz bardziéj się oddalał, ucichł, i Helena upadła na krzesło.
Pani Deroches przystąpiła do niéj, mówiąc jéj, że jakkolwiek przy stole siedziała, to jednakże nic nie spożyła. Helena przyzwoliła raz jeszcze pójść do stołu, nie ażeby głodną była i zjeść coś chciała, ale spodziewała się dziś jeszcze mieć od Gastona wiadomość, i pragnęła na czasie zyskać.
Wezwała panią Deroches, by obok niéj przy stole usiadła, ale nowa jéj towarzyszka, uskuteczniła dopiero to żądanie, gdy je Helena raz drugi powtórzyła. Lecz pomimo próśb i nalegań nic do ustnie wzięła.
Po wieczerzy wskazała pani Deroches Helenie jéj pokój sypialny, mówiąc:
— Pani zadzwonisz, gdy będziesz potrzebowała usługi, bo zaraz obok czeka pokojowa na rozkazy; a że pani dziś jeszcze będziesz miała wizytę....
— Wizytę? przerwała Helena zdziwiona.
— Tak jest, jednego z krewnych pani.
— I czyż to ten sam krewny, który czuwa najemną?
— Czuwa nad panią od chwili urodzenia.
— O mój Boże! zawołała młoda dziewczyna, przyciskając ręką serce. I przyjdzież on pewno?
— Sądzę, tak, bo mu bardzo spieszno widzieć panią.
— O mój Boże! poszepnęła Helena, zdaje mi się, że zemgleję.
Pani Desroches dobiegła i ujęła ją w swoje ramiona.
— Czyliż się pani obawiasz, zobaczyć tego, który panią kocha?
— To nie z obawy tylko z wzruszenia. Nie uprzedzono mnie, ażeby to już dziś nastąpić miało, i ta wiadomość, na którą nie byłam przygotowaną, odurzyła mnie zupełnie.
— Winnam pani powiedzieć, że osoba ta musi się osłaniać największą tajemnicą.
— Dla czegóż-to?
— Zakazano mi odpowiedzieć na to pytanie.
— Ale mój Boże, cóż znaczą, te wszystkie przezorności w obec mnie, biednéj sieroty?
— Są one nieodzowne, wierzaj mi pani. Nasamprzód nie zobaczysz twarzy téj osoby, bo gdybyś ją pani przypadkiem gdzie spotkała, nie powinnaś jéj poznać.
— Więc przyjdzie w masce?
— Nie pani, ale pogasimy wszystkie światła.
— Więc zostaniemy w ciemności?
— Tak jest.
— Ale pani będziesz przy mnie, nieprawdaż?
— Tego mi wyraźnie wzbroniono.
— Któż taki?
— Taż sama osoba, która panią odwiedzi.
— Więc jej pani bezwarunkowo musisz być posłuszną?
— Winnam jéj więcéj aniżeli posłuszeństwo, bo najwyższy szacunek.
— Więc to jest osoba znakomita?
— Jeden z najpierwszych panów Francyi.
— I ten pan wielki jest moim krewnym?
— Najbliższym.
— O moja pani, nie zostawiaj mnie w niepewności pod tym względem!
— Już miałam honor powiedzieć pani, że na pewne pytania odpowiedzieć mi nie wolno.
I pani Desroches chciała się oddalić.
— Pani odchodzisz?
— Zostawiam panią przy tualecie.
Pani Desroches skłoniła się głęboko, z wyrazem wysokiego poszanowania, i cofając się tyłem ku drzwiom wyszła, i zamknęła je za sobą.