Córka rejenta/Tom I/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W dalszym ciągu nocy Gaston napisał swój testament, który nazajutrz złożył u notaryusza w Nantes.
Zapisał cały swój majątek Helenie de Chaverny; zaklinał ją, by na przypadek jego śmierci, nie zrzekła się świata, ale raczéj korzystała z pięknego daru życia; prosił ją nadto, by pierwszemu synowi, ponieważ on jest ostatnim rodziny swojéj, nadała imię Gastona.
Następnie poszedł po raz ostatni pożegnać przyjaciół swoich, a nasamprzód p. de Mont-Louis, z którym żył bliżéj, i który go wczoraj, z pomiędzy czterech, najwięcéj ochraniał; oświadczył wielką nadzieją jaką pokłada w dobry skutek całego przedsięwzięcia; otrzymał od Pantcalec’a połowę przełamanego pieniądza złotego i list do kapitana la Jonquiere, korrespondenta spiskowych w Paryżu, a tenże miał go zaznajomić z osobami znakomitemi w stolicy, do których był wysłany. Gaston włożył do walizy całą gotówkę, jaką na teraz posiadał, i w towarzystwie jednego tylko lokaja, nazwiskiem Owen, będącego w usługach jego już od lat trzech, opuścił Nantes. Przyjaciele jego uznali za rzecz konieczną dla uniknięcia podejrzeń, by mu nikt więcéj nie towarzyszył.
Była południowa godzina. Ranek śliczny. Słońce zimowe wspaniale oświecało zaśnieżone pole, połyskujące w promieniach, jego; wisiory lodowe na drzewach zdawały się być djamentowemi skalaktytami, a jednakżeż gościniec był niemal pustym. Gaston ani przed sobą ani po-za sobą nie mógł dojrzeć znanej mu zielonéj karety, którą poczciwe Augustjanki w Clisson, zwykły pensjonarki swoje na łono rodziny ich odsyłać albo znów przywozić. Zwolna jechał daléj, a na młodéj jego twarzy, widać było naprzemian to wesołość, to strapienie, które mu serce ściskało, co zwykle bywa, gdy zapatrujemy się na piękną naturę, strwożeni myślą, że się może już niedługo nią cieszyć będziemy.
Gaston przed wyjazdem z Nantes ułożył się był z przyjaciółmi, że pierwszy jego przystanek będzie w Mans; lecz miał powody ku temu, by się do téj umowy nie stosować. Nasamprzód nie chciał bardzo pospieszać, w czém mu nawet i droga lodami pokryta dogadzała. Przed lokajem swoim udawał jednakżeż pośpiech; ale gdy koń jego dwa razy się pośliznął a wierżchowiec służącego upadł, wyraźną miał przyczynę jechać noga za nogą.
Co do lokaja, temu, zdawało się, że daleko bardziéj się spieszy aniżeli panu jego. Dało się to wprawdzie wytłumaczyć, że jako służący, znał tylko-li trudy podróży, ztąd życzył sobie jak najprędzéj w miejscu stanąć; nadto pragnął poznać Paryż, o którym mu cuda opowiadano, i gdyby był mógł przypiąć skrzydła koniom, byłby to chętnie uczynił.
Gaston wolniutenko jechał aż do Oudon ale pokazało się, że powóz Augustjanek w Clisson jeszcze wolniej się posuwał. W owym czasie ekstrapoczty były bardzo w złym stanie, i potrzeba raczéj było pocztyljona, aniżeli konie, biczem popędzać; inaczéj była to najnędzniejsza furmanka, wcale niepospieszna, zwłaszcza, jeżeli same tylko kobiety podróżowały.
W Oudon kawaler się zatrzymał, stanął w oberży pod Wozem uwieńczonym, bo ztamtąd wychodziły dwa okna na gościniec; nadto dowiedział się także, że właśnie w tym zajeździe stawają niemal wszystkie powozy.
Pod czas gdy mu obiad przyrządzono, a było to około godziny drugiéj z południa. Gaston na balkonie stał jakby na straży, nie spuszczając drogi z oka i na jednę chwilkę. Ale nie dojrzał tak daleko, jak tylko okiem mógł zasięgnąć, oczekiwanéj karety zielonéj.
Zniecierpliwiony pomyślał, że go Helena może wyprzedziła, poskoczył więc do okna, prowadzącego na dziedziniec, by zobaczyć będące tam powozy. Karety zielonéj i tutaj nie było, ale dostrzegł, że lokaj jego z wielkiém zajęciem rozmawia z jakimś człowiekiem w szarym, niby żołnierskim płaszczu. Następnie tenże człowiek dosiadł dobrego konia pocztowego i pomimo śniegu, grudy i lodu, ruszył tak szybko z miejsca, jakby na złamanie karku, znać mu bardzo pilno było.
Oddalający się tentent przekonał Gastona, że on drogą ku Paryżowi zdąża.
W téj chwili spojrzał Owen w górę i zobaczył swojego pana; zaczerwienił się mocno, jakby na złym uczynku schwytany, i usiłując pokryć swoje pomieszanie, począł szczotkować wyłogi liberyi i otrząsać śnieg z butów. Gaston go zawołał, a jakkolwiek z widoczną niechęcią, był jednakże posłusznym temu rozkazowi.
— Z kimżeś to rozmawiał? zapytał kawaler.
— Tam z jednym człowiekiem, panie, odpowiedział z miną głupowatą lecz zarazem i pełną złośliwości, właściwą chłopom naszym.
— Bardzo dobrze. Ale któż jest ten człowiek?
— Jakiś podróżny, żołnierz, pytał mnie o drogę.
— O drogę?.... Dokądże jedzie.
— Do Rennes.
— Ale ty nie znasz tej drogi.
— To też pytałem się o nią wprzódy gospodarza.
— A dla czegóż to on sam się o nią nie pytał?
— Pokłócił się z nim przy zapłacie za swój objad i już więcéj z nim mówić nie chciał.
— Ha! pomruknął Gaston.
To wszystko zdawało się być bardzo naturalném, a jednakżeż Gaston posępnie się zamyślił. Owen służył mu w prawdzie wiernie, ależ stryj jego był pierwszym pobojowcem u pana de Monterau, dawnego gubernatora Bretanii, który skutkiem licznych zażaleń został wreszcie zastąpiony przez pana de Montesquieu. I to właśnie stryj ten, tak mu był wiele o Paryżu mówił, tak cudny o nim był obraz skreślił, że Owen gorąco pragnął zwiedzić stolicę, co wszakżeż teraz ziścić się miało.
Po chwilowym namyśle rozproszyły się podejrzenia Gastona co do Owena, i powiedział sobie, że to może jego zamiar, do którego całéj swojéj potrzebował odwagi, czynił go tak podejrzliwym i nieśmiałym, im bardziéj się do celu zbliżał. Jednakżeż pozostała chmurka na jego czole, od chwili gdy dostrzegł rozmawiającego Owena z człowiekiem w szarym płaszczu, a na domiar złego i zielonej karety widać nie było.
Przez chwilkę jednę napadła go myśl, (a wszakżeż i najczystsze serca niekiedy tak naganne mają domysły) że Helena tylko wybiegu użyła, by się z nim rozstać bez kłótni i gniewu; ale niebawem znowu powiedział sobie, że w drodze różne zdarzają, się wypadki a ztąd i opóźnienia. Usiadł więc znowu do stołu, chociaż już był zjadł obiad, co wchodzącego Owena nieco zdziwiło.
— Wina! zawołał Gaston, czując iż mu potrzeba utrzymać się w pewnéj powadze, jak to był poczuł przed chwilą Owen w swojém pomieszaniu.
Owen już był zabrał butelkę, zaledwie napoczętą, i która mu się prawnie należała; z tém większém przeto zdziwieniem spojrzał na pana, zwykle bardzo skromnie żyjącego.
— Wina? powtórzył zdumiony.
— Tak, wina! zawołał zniecierpliwiony kawaler, wina! Chcę pić, i coż w tém dziwnego?
— Nic panie.
I Owen zawołał na chłopca oberkowego, który niebawem drugą przyniósł butelkę.
Gaston wypił jeden kieliszek; nalał sobie drugi i wypił.
Owen wielkiemi na niego patrzał oczyma. Nakoniec sądząc, że to jest jego obowiązkiem (a może i interesem, bo i ta druga butelka z prawa mu się dostać powinna była) przedsięwziął wstrzymać go od dalszego nadużycia, ku któremu zmierzał.
— Panie, przemówił, słyszałem że pić na mrozie bardzo odurza. Zapominasz pan nadto, że mamy długą drogę przed sobą, że im dłużej zabawimy, tém zimniéj będzie, i może nawet koni pocztowych już nie dostaniemy.
Gaston zatopiony w myślach nic na tę uwagę, poniekąd bardzo słuszną, nie odrzekł.
— Pozwól sobie pan powiedzieć, mówił Owen daléj, że teraz już godzina trzecia, a o czwartéj zmierzch zapada.
To nastawanie lokaja zdziwiło Gastona.
— Coś ci się bardzo spieszy, ozwał się przeto, może gdzie masz schadzkę z owym podróżnym, który ciebie o drogę pytał?
— To jest niepodobna, odpowiedział Owen nietracąc miny, bo przecież panu mówiłem, że on do Rennes pojechał, a my jedziemy do Paryża.
Zarumienił się jednakże, spotkawszy bystre spojrzenie swojego pana, i Gaston już miał usta otworzyć, by mu jeszcze kilka pytań zrobić, gdy posłyszał turkot pojazdu od strony Nantes; poskoczył więc do okna i.... ujrzał karetę zieloną.
Na ten widok Gaston zapomniał o wszystkiém, dozwolił Owenowi przyjść do przytomności, a sam szybko wybiegł z pokoju.
Teraz przyszła koléj na lokaja, pobiedz do okna i zobaczyć co jego pana tak zainteresowało. Wybiegł na balkon i zobaczył także ów powóz zielony. Człowiek kapicą nakryty zsiadł z kozła i wysadził z powozu młodą kobietę w czarnym płaszczyku i siostrę Augustjankę. Panie te, żądając oddzielnego pokoju, oświadczyły, że zaraz po obiedzie daléj pojadą.
Ażeby się jednakże dostać do owego oddzielnego pokoju, potrzeba było przejść przez salę, gdzie Gaston niby zupełnie obojętny, stanął przy piecu. Jedno krótkie spojrzenie porozumiało z sobą kochanków, a Gaston mocno się ucieszył, poznawszy w człowieku zakapturzonym ogrodnika, od którego klucz miewał od kraty. Było to w obecnych okolicznościach bardzo szczęśliwym wypadkiem.
Gaston miał tyle władzy nad sobą, że mu dozwolił przejść bez zatrzymania go; ale gdy ogrodnik powrócił i ku stajni się udał, pospieszył za nim, by go się wypytać, lękając się, ażeby on z Oudon zaraz do klasztoru nie powrócił.
Został, po pierwszém zaraz słowie, zupełnie zaspokojonym w tej mierze: ogrodnik miał obiedwie kobiety odprowadzić aż do Rambouillet, gdzie się Helena zatrzymać miała, a potém z siostrą Teressą do Clisson wrócić; tak rozkazała przełożona, by siostrę samą jednę na niebezpieczeństwa długiéj drogi nie narażać.
W końcu téj rozmowy, która się odbyła we drzwiach stajni, Gaston podniósł oczy i dostrzegł że go Owen z kolei teraz śledzi. Ta ciekawość jego lokaja bardzo mu się nie podobała.
— Cóż ty tam robisz? zapytał kawaler.
— Czekam na rozkazy pańskie.
Nic w tém nie było dziwnego, że znudzony bezczynnością lokaj wyglądał przez okno. Gaston tylko czoło zmarszczył.
— Czy znasz tego chłopaka? zapytał następnie ogrodnika.
— Owena, służącego pańskiego? wyrzekł zdziwiony tém zapytaniem. Zapewne go znam, toćżeśmy z jednych okolic.
— Tém gorzéj! poszepnął Gaston.
— O, to jest dobry i poczciwy chłopiec.
— Mniejsza o to! ale mu nie mów i słówka o pannie Helenie.
Ogrodnik przyrzekł milczeć. A wszakżeż i on w tém był interessowany, by o jego stosunkach z kawalerem nic nie wiedziano. Bo gdyby odkryto, że mu klucza od kraty pożyczał, zapewne by go oddalono, a posada ogrodnika w klasztorze Augustjanek, bardzo była zyskowną dla tego, co z niéj umiał korzystać.
Gaston powrócił na salę, gdzie zastał czekającego nań Owena. Potrzeba mu było wydalić go ztamtąd, kazał mu więc iść konie osiodłać.
Ogrodnik tymczasem nacierał na pocztyljonów, i dokazał tego, że zaledwie wyprzężono konie, a już znowu założono świeże. Powóz więc był gotów, i po chwili podróżne nasze, posiliwszy się skromnym objadem, bo to było w dzień postu, przebiegły powtórnie salę. U drzwi zastały Gastona z odkrytą głową, gotowego by im podać rękę przy wsiadaniu. Tego rodzaju grzeczności młodych mężczyzn dla dam, były bardzo zwyczajne w owym czasie, z resztą i Augustjance Gaston nie był zupełnie obcym. Przyjęła więc grzeczności jego nietylko bez zżymania się, ale mu nawet uprzejmym podziękowała uśmiechem. Wsadziwszy siostrę Teressę, miał Gaston prawo ofiarować usługi swoje i Helenie, więc dopiął tego czego pragnął.
— Panie, konie już osiodłane, ozwał się Owen za kawalerem.
— Dobrze, wypiję jeszcze kieliszek wina, a potém daléj w drogę.
Gaston po raz ostatni ukłonił się paniom, gdy powóz ruszył z miejsca; on zaś wbiegł do pokoju i kazał sobie podać trzecią butelkę wina, na wielkie zdziwienie Owena, bo i druga również jak pierwsza zniknęła: powiedzieć tu należy, że Gaston z tych trzech butelek ani trzech całych kieliszków nie wypił.
Tém nowém zatrzymaniem się przy stole, zyskał Gaston znowu kwadrans czasu, poczém, niemając już żadnego powodu pozostania dłużej w Oudon, i spiesząc się teraz niemal tyle co Owen, dosiadł szybko konia i w dalszą puścił się drogę.
Nie ujechali jeszcze ćwierć mili drogi, gdy na zakręcie gościńca, dostrzegli zieloną karetę, pod którą lód się załamała koła głęboko w kolejach zagrzęły. Pomimo usiłowań ogrodnika i zaklęć pocztyijona, którym liczne towarzyszyły razy wymierzone biczem na biedne szkapiny, kareta ani drgnęła z miejsca.
Ten wypadek był prawdziwym darem nieba dla Gastona, bo przecież nie mógł kobiet w takiém położeniu będących odstąpić? I ogrodnik powitał w Owenie swojego współziomka, który go pod kapicą nie był od razu poznał. Więc co tchu obydwaj zeskoczyli z konia; że zaś poczciwa siostra Augustjanka wielce się lękała, otworzono drzwiczki od karety i obiedwie panie z niéj wysiadły; potém, skutkiem połączonych starań Gastona, Owena i ogrodnika, kareta niebawem wydźwigniętą została. Panie znowu wsiadły, i wszyscy w dalszą udali się podróż, Znajomość taką, przysługą rozpoczęta, wielce korzystną była dla Gastona, i gdy noc zapadać poczęła, siostra Teressa nieśmiało zawołała kawalera: czy też droga jest bezpieczną? biedna Augustjanka, nieopuszczająca nigdy swojego klasztoru, mniemała, że złodzieje zalegają gościńce. Gaston pod tym względem niezupełnie ją zaspokoił, ale jéj oświadczył, że ponieważ droga ich jest jedna i ta sama, i że i one mają się zatrzymać w Ancenis, przeto wraz z swoim służącym będzie im towarzyszył.
Ta ofiara, którą uważała za najwyższą grzeczność i którą bez najmniejszego wahania się przyjęła, wielce uspokoiła siostrę Teressę.
W czasie téj komedyi, Helena doskonale odegrała swoję rolę, co dowodzi, że każda młoda dziewczyna, choćby i najnieuczńsza, prosta i niewinna, ma w sobie pewien zaród do udawania, oczekujący tylko chwili sposobnéj, by się rozwinąć.
Jadąc daléj do Ancenis, droga stawała się coraz węższą, śliską i wywrotną, Gaston więc jechał tuż obok karety, co dozwoliło siostrze Teressie z łatwością kilka zapytań mu zrobić. Dowiedziała się zatem, że on się nazywa de Livry, jest bratem najulubieńszéj pensjonarki Augustjanek, która opuściwszy klasztor, zaślubiła przed trzema laty p. de Mont-Louis. Z tych więc powodów nie widziała nic niewłaściwego w przyjęciu eskorty i usługi kawalera, czemu Helena, rozumie się, bynajmniej przeciwną nie była.
Zatrzymano się w Ancenis, jak było naprzód umówioném. Gaston z równąż grzecznością i względami wysadził je znowu z powozu. Ogrodnik potwierdzi! to wszystko, co Gaston o pannie de Livry był powiedział, tak, że siostra Teressa nic podejrzywać nie mogła; wyznała nawet, że kawaler ten jest bardzo przyzwoity, grzeczny i skromny, bo ile razy się do nich zbliża lub oddala, zawsze im się głęboko ukłoni.
Nazajutrz także, bardzo się ucieszyła, gdy w chwili wsiadania do powozu, ujrzała go już na koniu wraz z lokajem swoim. Szybko na ich widok z konia zeskoczył i ze zwykłą sobie galanterją, ofiarował znowu usługi swoje i pomógł im wsiąść do karety. Uskuteczniając to, poczuła Helena, że jéj bilecik w rękę wsunął. Jednym rzutem oka zapewniła go, że wieczorem będzie miał odpowiedź.
Droga dzisiaj gorszą jeszcze była aniżeli wczoraj, i ciągła pomoc niezbędną, a zatém Gaston i na mgnienie oka nie odstąpił karety. Co chwila, to albo koło zatarło się w kolei, i Gaston musiał dopomódz ogrodnikowi, by je wyważyć; to znowu pod górę jazda była trudna i panie musiały wysiąść. To też i poczciwa Augustjanka nie miała słów na okazanie wdzięczności swojej Gastonowi.
— Mój Boże, cóżbyśmy były poczęły, mawiała do Heleny, gdyby nam Pan Bóg tego poczciwego rycerza nie był na ratunek zesłał!
Wieczorem, zanim do Angers dojechali, zapytał ich Gaston w którym hotelu myślą stanąć. Augustjanka poradziła się tabliczki, na któréj wszystkie miejsca zanotowane były, gdzie się zatrzymać miały, i odpowiedziała, że pod Złotą broną. Przypadek zdarzył, że w tymże samym hotelu i kawaler zamierzył nocować; wysłał więc naprzód Owena, by zamówił pokoje.
Przybywszy na miejsce, otrzymał Gaston, wysadzając Helenę, mały bilecik, który w czasie obiadu była napisała. Dziecię już zapomniało o wszystkiém, co sobie byli powiedzieli owéj nocy przez okno: mówiła mu tylko o ich wzajemnej miłości, jak gdyby ona wiecznie potrwać miała; pisała o ich spólném szczęściu, jak gdyby ono nie razem z ich podróżą skończyć się miało!
Gaston przeczytał ten liścik z głębokim smutkiem. On się nie łudził, i patrzał się na przyszłość pełen rozpaczy. Przykuty przysięgą swoją do spisku, wysłany do Paryża, by straszną wypełnić missją, uważał obecne chwile szczęśliwe, tylko jako odwłokę nieszczęścia; ależ to nieszczęście straszne i niczém nie wstrzymane istniało ciągle, i miało ich wkrótce niechybnie dosięgnąć.
Ale były i takie chwile, w których o wszystkiém zapominał, to jest, gdy jechał obok karety albo podawał rękę Helenie idącéj pod górę. W tedy to tak czule rozmawiały ich oczy, że aż serca ze zbytku szczęścia topniały. Były to wyrazy przez nich tylko zrozumiane, zawierające przysięgę wiecznéj miłości! Były to uśmiechy anielskie, ukazujące chwilami otwarte niebo Gastonowi. Raz po raz wychylała młoda dziewczyna z karety śliczną główkę, niby to przypatrując się dolinom i wzgórzom; ale Gaston dobrze wiedział, że to nie doliny i pagórki, choćby i najładniéjsze, nadawały jéj oczom ów cudny wyraz tęschnoty.
Rzeczy tak stanęły, że Caston miał tysiąc powodów, nie oddalać się i na chwilkę jednę od karety. Były to dla biedaka jedyne, pierwsze a może i ostatnie zabłyski szczęścia. Gorzko niekiedy zasarkał na swój los nieszczęsny, że poznawszy, urok szczęścia po raz pierwszy w życiu, ma je niebawem utracić na zawsze: zapominał, że on sam rzucił się do tego spisku, który go może na wygnanie lub pod miecz katowski zaprowadzić. A nie było środka, by zejść z téj drogi zguby, gdy tymczasem ujrzał inną, któraby go wprost do szczęścia była powiodła. Prawda, że wtedy, kiedy się zaciągnął do tego związku, nie znał jeszcze Heleny, był sam jeden na świecie, miał dopiero lat 22 i mniemał, że świat mu zaprzecza wszystkiego, że go niemiłosiernie z wszelkich uciech życia wydziedziczył. Dnia jednego ujrzał Helenę, i świat mu się ukazał, jakim jest rzeczywiście: pełnym obietnic dla tego, który umie czekać na ich spełnienie się, i pełnym nagród dla tego, który na nie zasłużył[1]. Ale już była zapóźno: już się był zapuścił tak daleko, że cofnąć się nie mógł. Musiał więc iść naprzód i dojść do wytchniętéj sobie mety, szczęśliwéj lub nieszczęsnéj, lecz to pewna, że zawsze trudnéj i niebezpiecznéj.
Ztąd też i wszystko dwoisty dla niego miało urok, czy to lekkie uściśnienie ręki, czy pół słówko, westchnienie, albo też muśnięcie go po twarzy wełnianéj sukienki Heleny, gdy do powozu wsiadała.
Przy tekiém zajęciu zapomniał naturalnie o Owenie i podejrzeniach swoich, które była zrodziła chwila złego humoru i które szybko uleciały, jak owe nocne ptaki, gdy słońce zajaśnieje. Gaston przeto nie dostrzegł, że wciągu drogi, pomiędzy Oudon a Mans, Owen dwa razy jeszcze z podobnymi ludźmi, jak był tamten pierwszy, rozmawiał, i którzy także drogą do Paryża pojechali.
Owen zaś, niebędąc zakochanym, widział wszystko co się dzieje pomiędzy Gastonem a Heleną.
W miarę jednakże jak się posuwali, Gaston stawał się coraz posępniejszym, bo już swojego szczęścia nie liczył na dni, lecz na godziny: tydzień już im ubieżał w podróży, i choćby jeszcze wolniej jechali, zawsze kiedyś ta podróż skończyćby się musiała. A gdy w Chartres zapytany oberżysta siostrze Teressie odpowiedział: »Jeżeli trochę pospieszycie to staniecie jutro w Rainbouillet« — Gastonowi się zdawało, że wyrzekł: »Jutro rozłączycie się na zawsze«
Helena dostrzegła jak głębokie wrażenie te wyrazy sprawiły na Gastonie, bo tak pobladł, że aż pobiegła ku niemu i zapytała, czyli nie zasłabł. Gaston ją smutnym zaspokoił uśmiechem.
Ależ i w sercu Heleny zrodziło się pewne zwątpienie. Niestety! biedne dziecię kochało, tak jak kobiety kochać zwykły, to jest: z całą siłą, a raczéj z całą słabością swoją, by wszystko miłości swojéj poświęcić. Nie pojmowała, ażeby Gaston, jako mężczyzna, nie mógł był zwalczyć przeciwności losu, która ich rozdzielała. Jakkolwiek w mury klasztorne nie przeciśnie się żadna z owych szkodliwych książek, romansami nazwanych, to jednakże możnaby przypuścić, że rąk Heleny doszły jakie tomy Kleili albo Wielkiego Cyrusa, i z nich to wyczytała, jak sobie rycerze i dziewice w owych czasach w podobnym wypadku radzili, to jest: uciekając od prześladowców swoich i szukając jakiego szanownego pustelnika, któryby ich przed krzyżem drewnianym, przy kamiennym ołtarzyku zaślubił. Często jeszcze potrzeba było wyrwać młodą dziewicę z rąk jéj prześladowców, przekupić strażników, rozbić mury, poprzebijać czarnoksiężników i olbrzymów, co jednakże wszystko dokonaném zostało, na wielką chwałę zakochanego rycerza. Tutaj zaś obeszłoby się bez tego wszystkiego: nie było straży do przekupienia, ani mułu do rozbicia, bo drzwiczki u karety otwierały się z łatwością; niepotrzeba było dnego czarnoksiężnika przebijać ni też olbrzyma, a ogrodnik nie był bynajmniéj strasznym i podobno już naprzód do wszystkiego gotowym, skoro i klucz od kraty dawał.
Helena nie pojmowała więc, że Gaston tak łatwo ulegał wyrokom opatrzności, i byłaby raczéj wolała, ażeby im się w czemkolwiek był opierał.
Biedaczka pod tym względem niesłusznie go posądziła: i po jego głowie podobne krążyły myśli i dręczyły go nie mało! W spojrzeniu młodéj dziewczyny wyczytał, że potrzebowałby tylko jedno słówko wyrzec a poszłaby zanim na koniec świata. Miał dużo złota w swojéj walizie. Któregokolwiek wieczora Helena, zamiast iść na spoczynek, niespostrzeżona mogłaby zejść na dół. Wsiedliby do powozu, przy którym założonoby prawdziwie dobre konie pocztowe, i pojechaliby sobie tak szybko, jak jadą ci wszyscy, co płacić umieją. Za dwa dni przebyliby granicę, uszliby wszelkiej pogoni, byliby wolni i szczęśliwi, nie na jednę godzinę, nie na dzień, miesiąc albo rok cały, lecz na całe życie.
Ale jedno małe słówko opierało się temu wszystkiemu, kilka połączonych z sobą literek, pełnych wielkiéj myśli dla jednych a dla drugich żadnéj niemającéj wartości. Słówkiem tem był wyraz honor!
Gaston zobowiązał się honorem swoim czterem ludziom honoru; imiona ich były; Pontcalec, Mont-Louis, Ducouëdic i Talhouet. Byłby shańbionym, gdyby słowa nie dotrzymał.
I postanowił znieść nieszczęście swoje w całéj jego rozciągłości, a danego słowa dotrzymać; ale ile razy to zwycięztwo odniósł nad sobą, tyle razy poczuł ból straszny, dotkliwy w sercu.
Byłoto w jednéj z owych chwil walki i zwycięstwa, gdy Helena na niego spojrzała i przestraszyła się zblednięcia jego: bo gdy siebie zwyciężył to zbladł.
Helena spodziewała się, że tegoż samego wieczora Gaston coś stanowczego przedsięweźmie albo przynajmniéj wyrzecze, bo to już byt ostatni wieczór, ależ nad jéj spodziewanie Gaston nic nie przedsiębrał i milczał, Z ściśnioném przeto sercem i z zalanemi oczyma udała się na spoczynek, przekonana, że Gaston jej tyle nie kocha, ile ona jego.
Omyliła się, bo Gaston się nawet nie położył tej nocy, a nazajutrz był tak bladym i zrozpaczonym, jak jeszcze nigdy.
Z Charles, gdzie kochankowie tak smutną i łzawą noc przepędzili, udali się do Rambouillet. W Chartres, Owen znowu rozmawiał z jednym, z owych szarych płaszczy, którzy, niby strażnicy rozstawieni byli po drodze, i weselszy jak kiedykolwiek, że już tak blisko jest Paryża, dalszą przyspieszył podróż.
W jednéj z wiosek przystanęli, by śniadać, i śniadanie odbyło się milcząco i smutno. Augustjanka dumała, że wieczorem już uda się napowrot do swojego kochanego klasztoru; Helena rozmyśliwała, że gdyby Gaston teraz cóś chciał przedsięwziąść, już byłoby zapóźno. A Gaston marzył, że już tego wieczora pozbawionym zostanie towarzystwa ukochanéj i połączy się z gronem ludzi tajemnych, nie znanych mu, do których go jakieś straszne dzieło na zawsze przykuto.
Około godziny trzeciéj z południa, stanęli przy tak Stroniem wzgórzu, że potrzeba było wysiąść. Gaston podał rękę swoję Helenie a ogrodnik wspierał kroki Augustjanki. Kochankowie szli więc obok siebie. Helena milczała, lecz łzy jéj lica zalały; Gaston mniemał, że mu boleść piersi rozsadzi.
Pierwsi stanęli na wysokości wzgórza, długą chwilę pierwéj aniżeli Augustjanka i ogrodnik, i dojrzeli, tuż przed sobą na widokręgu, wieżę a w około niéj liczne domy, jakby owce cisnące się do swojego pasterza.
Było to Rambouillet. Nikt im tego nie powiedział, ależ oboje od razu odgadli.
Gaston, więcéj przygnębiony, bo nie płakał, pierwszy przerwał milczenie.
— Tam! zawołał, wskazując wieżę i domy, losy nasze rozdzielą się może na zawsze. O Heleno! zaklinam cię, zachowaj pamięć o mnie, i cokolwiek się stanie, nie złorzecz mi!
— Mówisz mi tylko rozpaczliwe wyrazy, mój kochany, odrzekła Helena. Potrzebuję odwagi, a ty, zamiast mnie wesprzeć, odbierasz mi ją jeszcze i serce rozdzierasz. Czyż mi nic nie masz do powiedzenia, coby mnie choć trochę pocieszało? Teraźniejszość jest straszną, wiem o tém; ale czyż i przyszłość jest tak straszną? Przyszłość nasza obejmuje lat wiele a więc i nadziei wiele. Jesteśmy młodzi, kochamy się, i czyż nam żaden nie pozostaje środek, by obecną złą dolę pokonać? O Gastonie! ja w sobie tyle czuję mocy, że gdybyś mi powiedział.... ależ jestem szalona, bo to ja sama tylko cierpię, i sama tylko pocieszam!
— Rozumiem cię, Heleno, przemówił Gaston, potrząsając głową, Ty chcesz tylko przyrzeczenia, nic więcéj, nie prawdaż? Powiedz więc, nie jestem-że bardzo nieszczęśliwy: bo nie mogę ci nic przyrzekać!... Każesz mieć nadzieję: ja rozpaczam. Gdybym miał do rozrządzenia, nie mówię latami dwudziestu, lub dziesięcioma, ale jednym rokiem tylko, oddałbym ci go chętnie i byłbym aż nadto szczęśliwy. Ależ tak nie jest: w chwili gdy się rozłączymy, utracisz mnie a ja ciebie. Od jutra nienależę już do ciebie.
— Nieszczęsny! krzyknęła Helena, więc mnie oszukałeś, mówiąc że mnie kochasz? Więc jesteś zaręczony z inną kobietą?
— O biedna moja! odrzekł Gaston, pod tym względem mogę, cię przynajmniéj zaspokoić: nie mam innéj kochanki, jak ciebie; nie mam innéj narzeczonéj tylko ciebie.
— A więc możemy jeszcze być szczęśliwi. Gastonie, a jeżeli wyjednam zezwolenie na połączenie się nasze u familii mojéj?
— Heleno, czyż nie widzisz, że każdy twój wyraz rozdziera mi serce?
— Powiedz-że mi przynajmniéj cośkolwiek:
— Heleno, są obowiązki, od których uchronić się niepodobna, są więzy, których zerwać niemożna!
— Ja żadnych nie uznaję! zawołała młoda dziewczyna. Chcą mi dać rodzinę, majątek, imię.... A ja, Gastonie, wyrzecz jedno słówko a wszystko dla ciebie porzucę. Dla czegóż byś ty cóś podobnego dla mnie uczynić nie miał?
Gaston pochylił głowę i milczał. W téj chwili i Augustjanka nadeszła; że zaś zmrok zapadać zaczął, więc nie dostrzegła zmienionych twarzy obojga.
Kobiety wsiadły znowu do powozu, ogrodnik zajął miejsce na koźle, a Gaston i Owen wskoczyli na koń, i ruszyli dalej ku Rambouillet.
O pół mili od miasta, Augustjanka przyzwała sama Gastona, który się natychmiast do drzwiczek karety zbliżył.
Otóż chciała mu zrobić uwagę, że może ktoś na spotkanie Heleny wyjedzie i że obecność obcych twarzy, a zwłaszcza mężczyzn, mogłaby być źle uważaną. Gaston toż samo już był pomyślał, ale nie miał odwagi, by się z tém odezwać. Przystąpił na krok bliżéj: Helena oczekiwała czegoś, miała jeszcze nadzieję. I jakąż-to nadzieję biedna jeszcze mieć mogła? sama tego nie wiedziała. Że może boleść popchnie Gastona do jakiéjś ostateczności!.... Ale Gaston tylko głęboko się skłonił, podziękował paniom, że dozwoliły, by im towarzyszył, i chciał się oddalić.
Helena nie była zwyczajną kobietą, widziała, że Gaston ma śmierć w swojém łonie.
— Jest-że to pożegnanie tylko do zobaczenia się? zapylała odważnie.
Młody człowiek zbliżył się drżący.
— Do zobaczenia się! odpowiedział, jeżeli pani łaskawie pozwolisz.
I szybkim oddalił się truchtem.