Córka rejenta/Tom I/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pomimo trzeszczenia lodu, Gaston odważnie szedł naprzód, a im więcéj się zblizał, tém bardziéj biło mu serce, bo coraz jaśniéj rozpoznawał, że staw wezbrał, skutkiem deszczów poprzednich, i że może potrafi dosięgnąć okna, stanąwszy przy murze.
I nie omylił się w tém bynajmniéj. Stanąwszy następnie u celu swojéj wędrówki, zbliżył dłonie jednę do drugiéj i naśladował krzyk sowy. Okno otworzyło się zaraz.
Jako najsłodszą nagrodę za przebyto trudy i niebezpieczeństwa, ujrzał niebawem, niemal tuż obok swojéj głowy, śliczną główkę ukochanéj, gdy rączka ciepła i miękka rękę jego spotkała. To było po raz pierwszy. Gaston ujął tę rączkę i z uniesieniem do ust ją przycisnął.
— Gastonie, więc przybyłeś pomimo mrozu, po lodzie, nieprawdaż? A ja ci w moim liście tego uczynić zakazywałem. Woda zaledwie, że się ścięła dopiero.
— Z twoim listem na sercu, mniemam że dla mnie niemasz niebezpieczeństwa.
Lecz cóżeś mi miała powiedzieć, tak smutnego, ważnego? płakałaś?
— Niestety! mój miły, od dziś rana nic innego nie robię.
— Od dziś rana, poszepnął Gaston z smutnym uśmiechem: to jest dziwna! i ja także, i jabym płakał od samego rana, gdybym nie był męzczyzną.
— Co mówisz Gastonie?
— Nic ważnego, moja droga. Ale cóż się z tobą, dzieje? Jakież masz zmartwienie, Heleno! powiedz mi!
— Niestety! jak ci wiadomo, nie od siebie zależę. Jestem biedną sierotą, wychowaną tutaj, i klasztor ten jest dla mnie wszystkiém, moim domem, ojczyzną, całym światem moim. Nie widziałam nigdy matki mojéj, nie znałam ojca mojego! Podobno, że matka umarła a ojciec daleko. Jest jakaś niewidzialna nademną władza, o któréj wie tylko przełożona nasza. Dziś rano, nasza wielebna matka przyzwała mnie do siebie, i ze łzami w oczach oznajmiła mi, że ztąd wyjeżdżać muszę.
— Wyjeżdżać, Heleno? opuszczasz klasztor?
— Rodzina moja mnie przyzywa, Gastonie.
— Twoja rodzina, mój Boże!... Jakież to znowu dla nas nowe nieszczęście!
— Ach tak, Gastonie, to jest nieszczęście, chociaż mi wielebna matka mówiła, że to wielka dla mnie radość. Ale ja byłam szczęśliwą w tym klasztorze, nie żądałam więcéj od Boga, tylko tutaj pozostać, dopóki żoną twoją nie będę. Bóg inaczéj rozrządził. Cóż się stanie zemną?
— I ów rozkaz, który cię ztąd uprowadza?...
— Nie dozwala żadnéj zwłoki, Gastonie.
Niestety! zdaje się, że familija moja jest możną, że jestem córką jakiegoś pana wielkiego. Gdy mi wielebna matka oznajmiła, że mam klasztor opuścić, rozpłakałam się i padłam jéj do nóg. Mówiłam jej, że niczego nie pragnę, tylko przy niéj pozostać. Ale się domyśliła, że ja do tego inny mam powód.
Poczęła mnie pytać, badać... Daruj, Gastonie, czułam potrzebę powierzyć się komuś, coby mnie żałował. I powiedziałam jéj wszystko, Gastonie: że ty mnie kochasz i że ja ciebie kocham. Zataiłam tylko sposób widywania się naszego, bom się bała, by mi nie zabroniono widzieć cię raz jeszcze, pożegnać się z tobą.
— I czyliżeś jéj nie powiedziała, jakie są moje widoki względem ciebie, Heleno? że związany na teraz z pewném towarzystwem, które ma mną rozrządzać przez pół roku, a może i przez rok cały, po upływie tegoż czasu, skoro tylko wolnym będę, złożę u stóp twoich imię moję, majątek i życie.
— Powiedziałam jéj to, Gastonie, i właśnie to mnie naprowadza na myśl, że jestem córką jakiegoś wielkiego pana, bo mi matka Urszula odpowiedziała: »potrzeba byś zapomniała o kawalerze, moja córko, ponieważ rodzina twoja może nie zezwoli na ten związek.«
— Czyliż ja nie należę do jednéj z pierwszych rodzin Bretanii? I jakkolwiek bogaczem nie jestem, to jednakże majątek mój czyni mnie niezależnym. Czyliżeś jej to objaśniła, Heleno?
— Och powiedziałam: Gaston mnie bierze, jako sierotę bez imienia i majątku.
Można mnie z nim rozłączyć, matko, ale byłoby straszną niewdzięcznością z méj strony, gdybym go kiedy zapomnieć miała, i nie zapomnę go nigdy!
— Heleno, jesteś aniołem! i ty się nie domyślasz, kto są ci krewni, co cię przyzywają do siebie, i jaki los ci przeznaczają?
— Nie. Jest to podobno głęboka, niedościgła tajemnica, od któréj całe szczęście moje zależy. Lękam się tylko, Gastonie, by ci krewni nie byli wielkimi panami. Bo zdaje mi się, może się mylę.... ale zdawało mi się, że nawet sama przełożona nasza.... mówiła do mnie, nie wiem jak ci to powiedzieć, Gastonie. ale.... mówiła to mnie z pewnym rodzajem uszanowania.
— Do ciebie, Heleno?
— Tak jest.
— To coraz lepiéj! i Gaston westchnął głęboko.
— Jakto, coraz lepiéj? zawołała Helena. Gastonie, czyliż ty się cieszysz z tego.
— Nie, Heleno; ale się cieszę, że znajdujesz w téj chwili rodzinę, gdy możesz utracić przyjaciela.
— Utracić przyjaciela, Gastonie? Nie mam tylko ciebie! Czyliżbym ciebie utracić miała?
— Jestem przynajmniéj zmuszony, pożegnać cię na czas pewien.
— Co mówisz?
— Że przeznaczenie chciało nas we wszystkiém podobnymi do siebie uczynić, i że nietylko ty sama nie wiesz, co cię jutro czeka.
— Gastonie, Gastonie! dziwną jest mowa twoja.
— Heleno! i mnie jakaś przeciwność popycha, któréj winienem być posłusznym; i ja jestem poddany jakiéjś wyższéj i niezłomnéj władzy.
— I ty także? o mój Boże!
— A władza ta, Heleno, może mi rozkazać opuścić cię za tydzień, za dni kilkanaście, za miesiąc.... może mi rozkazać, bym nie tylko ciebie ale nawet i Francją opuścił!
— Ach co ty mówisz Gastonie?
— Że w uniesieniu miłości mojéj, a raczéj z powodu egoizmu mojego, nie śmiałem ci tego pierwéj powiedzieć. Szedłem z zamkniętemi oczyma daléj a daléj. Dzisiaj rano przejrzałem. Muszę cię pożegnać, Heleno!
— I cóż daléj będzie?.... Cóż zamyślasz?.... I cóż się stanie z tobą?
— Niestety! każde z nas ma swoję tajemnicę, Heleno, odpowiedział Gaston, smutno potrząsając głową. Oby twoja nie była tak straszną jak moja, to jest wszystko o co błagam Boga.
— Gastonie!
— Czyliż nie ty pierwsza wyrzekłaś, że się rozstać musimy? Heleno, byłaś pierwszą, coś miała odwagę wyrzec mnie się. O, i bądź błogosławioną za tę odwagę, będzie ona dla mnie przykładem; bo ja, o, bo ja jéj nie miałem!
I po tych słowach, przycisnął znowu do ust ładną rączkę, która ciągle w dłoni jego spoczywała, i pomimo wszelkich usiłowań jakie czynił, by gwałtowny żal stłumić, Helena poczuła, że płakał gorżko.
— O mój Boże, mój Boże! westchnęła, cóżeś my tak złego zrobili, że tyle jesteśmy nieszczęśliwi?
Na ten wykrzyknik, Gaston podniósł głowę.
— Poczekajmy! zawołał, niby sam do siebie mówiąc. Miejmy odwagę i nadzieję! są w życiu naszém takie konieczności, którym niepodobna się oprzeć i uniknąć ich. Poddajmy się tym wyrokom, Heleno, każde ze swéj strony; poddajmy się bez oporu i sarkania, może tém właśnie złe pokonamy losy. Zobaczymysz się jeszcze przed wyjazdem twoim?
— Wątpię: jadę już jutro.
— I którąż drogą?
— Paryską.
— Jakto! dokądże jedziesz?
— Do Paryża.
— Wielki Boże! krzyknął Gaston, wszakżeż i ja do Paryża jadę.
— I ty także Gastonie?
— I ja także! i ja jechać muszę. Myśmy się wzajemnie zwodzili: nie rozstajemy się wcale.
— O mój Boże, Boże! co ty to mówisz, Gastonie?
— Niesłusznieśmy się na opatrzność żalili, i ona mści się na nas, dozwalając nam tego czegobyśmy się nigdy nie byli ośmielili żądać. Nie tylko że się ciągle, w czasie podróży będziem widzieli, lecz zobaczymy się i w Paryżu. Boć i w Paryżu niezupełnie będziemy rozdzieleni. Jakżeż odbędziesz tę podróż?
— Powozem klasztoru, podobno pocztą, ale z długiemi przestankami, bym się zbytecznie nie utrudziła.
— Któż jedzie z tobą?
— Jedna z zakonnic, będzie mi towarzyszyła aż na miejsce i oddawszy w ręce osób, które mnie wyglądają, znowu powróci do swojego klasztoru.
— Więc wszystko idzie jak najlepiéj Heleno. Ja za tobą jadę konno, niby ci zupełnie obcy i nieznany podróżny. Każdego wieczora będziemy z sobą mówili, a jeżeli to się nie uda, to przynajmniej widzieć cię będę. Jesteśmy tylko w połowie rozłączeni, Heleno!
I obojga, z całą ufnością młodego wieku w przyszłość, powitawszy się ze łzami i z skłopotanym umysłem, żegnali się teraz z uśmiechem na ustach i nadzieją w sercu, Gaston przebył również szczęśliwie, jak poprzednio, po zmarzniętéj powierzchni stawu, i dobiegł drzewa, przy którem konia swojego był uwiązał; lecz w miejscu skaleczonego wierzchowca, znalazł konia pana de Mont-Lonis, i, dzięki téj względności przyjaciela, stanął w przeciągu trzech kwandransy w Nantes, nie doznawszy w drodze najmniejszego wypadku.