Córka rejenta/Tom I/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
— Ty znasz naszego Bretona? zapytał Dubois Lecoq’a.
— Widziałem go jak z konia z siadał.
— A twoi ludzie, znająż go?
— Wszyscy. Widzieli go w drodze.
— Dobrze, polecam ci go.
— Czy go aresztować?
— Broń Boże, p. Lecoq, niech sobie jedzie i robi co mu się spodoba. Potrzeba mu zostawić otwarte pole do działania. Gdybyśmy go teraz aresztowali, nie przyznałby się do niczego i cały spisek by upadł przed dojrzeniem. Broń Boże, niechaj pani konspiracja raczéj porodzi.
— I cóż ma porodzić? zapytał spoufalony Lecoq.
— Moję mitrę arcybiskupią, p. Lecoq. A teraz wracaj do swoich zatrudnień, bo i ja się zajmę mojemi.
I obydwaj opuścili pokój i szybko zeszli po wschodach. W bramie się rozstali: Lecoq wybiegł na miasto i pospieszał ulicą Paryzką, a Dubois mknął się przy murze i zapuścił swój wzrok lynksa przez otwór w okiennicy.
Gaston właśnie skończył wieczerzę, bo w jego wieku, chociaż zakochany i strapiony, musiał jednakże dług oddać naturze. I tylko osoby, mające słaby żołądek, w roku dwudziestym piątym życia wieczerzy nie jedzą.
Oparty o stół zadumał się. Światło lampy całkiem na jego twarz padało, co wielce dogadzało spostrzeżeniom Dubois.
Przypatrywał on mu się z uwagą szczególną i zatrważającą. Jego bystre oko rozszerzyło się, ironiczne usta skrzywiły się w uśmiech złowrogi. I ktokolwiekby zdybał ten uśmiech i to spojrzenie, pomyślałby. że widział szatana, który, w ciemnościach śledził jednę z ofiar, idącą, wprost na zgubę swoję.
I patrząc tak, mruczał sobie jak zwykle:
— Młody, piękny, oko czarne, usta dumne: to jest Brutus. Ten jeszcze niezepsuty, jak nasi spiskowi Celamary, słodkiem oczkowaniem dam dworskich. Ale on téż wcale inaczéj zmierza do celu, gdy tymczasem tamci, plotli tylko o detronizowaniu, uwiezieniu.... Bajki to wszystko! Ale ten tutaj.... Diable! A jednakże, mówił dalej po chwilowéj pauzie, nadaremnie szukałbym przebiegłości na tém czole otwarłem, albo machiawelizmu w zagięciu tych ust, wyrażających tylko zaufanie i prawość. Lecz niemasz żadnéj wątpliwości: ułożono wszystko, by ująć rejenta przy jego rendez-vous z ową dziewicą z Clisson. Niechżeż mi kto teraz powie, że Bretończycy mają tępe głowy.
— Nie, mówił znowu dalej po chwilowem badaniu Gaston, nie, to nie to, otóż jeszczem wszystkiego nie pojął. Jest niepodobieństwem, ażeby ten młody człowiek, smutnego lecz pełnego spokoju wejrzenia, miał za kwandrans zabić człowieka, a jeszcze jakiego człowieka! Rządcę Francyi, pierwszego księcia krwi! Nie, niepodobna, taka krew zimna byłaby niepojęta.... A jednakżeż tak jest. Rejent tai przedemną tę swoję nową miłostkę, przedemną, który mu wszystko powierzam! Poluje w St. Germain, głośno powiada, że na noc powróci do palais-royal, a potém cofa ten rozkaz i każę się wieść do Rambouillet. W Rambouillet ta młoda dziewczyna się zatrzymuje; przyjmuje ją pani Desroches. Na kogóż tu czeka, jeżeli nie na rejenta? A ona jest kochanką kawalera!.... Ale jestże ona na prawdę kochanką jego? Będziemy to wiedzieli.... otóż i nasz przyjaciel Owen, który schowawszy swoje 50 luidorów, przynosi swojemu panu atrament i papier. Będzie pisał. W to mi graj! dowiemy się przecież coś pewniejszego. A teraz, zobaczmy, jak dalece możemy liczyć na tego łajdaka lokaja.
I opuścił swoje obserwatoryum, drżąc z zimna, bo, jak wiadomo, czas był mroźny.
Przystanął na wschodach i czekał. Z miejsca, gdzie się ukryć potrafił w cieniu, mógł widzieć drzwi od pokoju Gastona.
Po chwili téż drzwi się otworzyły i Owen wyszedł: przystanął chwilkę w progu, obracając list w ręku na wszystkie strony; potém jakby powziąwszy jakieś postanowienie, szybko wszedł po wschodach.
— Dobrze! mówił Dubois, skosztował zakazanego owocu, i teraz jest moim.
Poczem zatrzymał Owena.
— Dobrześ się spisał, wymówił, dajże teraz ów list, który mi przynosisz, i zaczekaj tutaj.
— Z kądżeż jaśnie pan wiesz, że ja list przynoszę? zapytał Owen zdumiony.
Dubois ruszył ramionami, wziął z rąk jego list i zniknął.
Wróciwszy do swojego pokoju, Dubois przypatrzył się pieczęci. Kawaler niemając ani laku ni pieczątki, zlepił list lakiem od butelki i przycisnął go pierścieniem.
Dubois potrzymał list przez chwilę nad świecą, i pieczęć się rozpuściła.
Otworzył list i przeczytał:
»Najdroższa Heleno. Twoja odwaga podwoiła moję; zrób tak, ażebym mógł wnijść do domu, a dowiesz się o moich zamiarach«
— Ach, ach! wyrzekł Dubois, więc ona ich nie zna dotąd. A, to rzeczy nie zaszły jeszcze tak daleko, jak mniemałem.
Potém wybrał z pierścieni swoich jeden z podobnym kamykiem, jak ten którego kawaler był użył, i przycisnął nim list.
— Masz, mówił do Owena, oto jest list twojego pana. Oddaj go i przynieś mi odpowiedź! A za to dostaniesz znowu dziesięć lujdorów.
»Czyż on ma minę złotą»? pomyślał sobie Owen i spiesznie wyszedł.
Po dziesięciu minutach powrócił z odpowiedzią. Była na cienkim, pachnącym papierze, zapieczętowana literą H.
Dubois otworzył skrzyneczkę, wyjął z niej jakąś massę, na któréj pieczęć odcisnął; lecz w czasie tego zatrudnienia spostrzegł, że list tak był złożony, iż go bez otworzenia przeczytać było można.
— To wygodniéj, pomruknął, przegiął papier i przeczytał:
»Osoba, która mnie sprowadziła z Bretanii, przybywa na spotkanie moje; ma być bardzo niecierpliwą poznać mnie, dla tego w Paryżu poczekać nie chciała. Przychodź jutro o godzinie dziewiątéj; powiem ci wszystko, co będzie zemną mówiła, a potém naradzimy się, co nam czynić wypada.«
— Ot to! wyrzekł Dubois, zajęty ciągle tą myślą, że Helena jest spólniczką kawalera, ot to cokolwiek wyraźniéj. Jeżeli w ten sposób wychowują Augustjanki w Clisson swoje pensjonarki, pokłonię się za to przełożonéj. A jego królewska mość, sądząc ją według jéj lat szesnastu, myśli że to niewiniątko. Pożałuje on: ja lepiéj wybierać umiem. Masz twoje dziesięć luidorów wraz z listem, zwrócił się do Owena. Widzisz jak cię wynagradzam.
Owen schował dziesięć luidorów i list zabrał. Poczciwiec tego wszystkiego nie pojmował i pytał sam siebie, co to dopiero będzie w Paryżu, kiedy już na przedmieściu taka manna złota na niego spada.
W téj chwili uderzyła godzina dziesiąta, i z ostatniém uderzeniem spiżowém, złączył się głuchy turkot pojazdu, zbliżającego się szybko. Dubois stanął przy oknie i widział powóz, który u drzwi hotelu się zatrzymał. W powozie rozpierał się jakiś bardzo przyzwoity jegomość, i Dubois w nim poznał na pierwszy rzut oka p. La Fare, kapitana gwardyi jego królewskiéj mości.
— Rozsądniejszy, aniżelim myślał. Ale gdzież sam jest?.... Aha! zawołał, zobaczywszy giermka w takiéj saméj liberyi, jaką on na sobie szerokim płaszczem zakrywał, a który na pysznym rumaku hiszpańskim jechał za powozem. Dubois poznał, że go dopiero co dosiadł, bo piękny wierżchowiec wcale nie był zmęczony, gdy tymczasem konie u karety pomimo mrozu pokryte były pianą.
Powóz zatrzymał się przed hotelem, i wszystko biegło na usługi La Fara, który nadymając się swoją powagą, głośno zażądał oddzielnego pokoju i wieczerzy. Tymczasem giermek zsiadł z konia, rzucił cugle na ręcę pazia, i prosto poszedł do pawiljonu.
„Dobrze, mówił Dubois, to wszystko jest tak przejrzyste, jak woda strumyka, spadającego ze skały. Ale dla czegóż figura kawalera przy tém nie pokazała się wcale? Zobaczymy! Wasza królewska mość możesz być spokojnym, nie myślę przeszkadzać słodkiemu rendez-vous. Ciesz się ową niewinnością, któréj pierwsze wystąpienie, tak wiele obiecuje. Ach! jaśnie oświecony panie, widać że masz wzrok krótki!«
W czasie tego monologu, Dobois zszedł na dół i stanął przy obserwatoryum.
W chwili, gdy zbliżył oko do otworu w okiennicy, Gaston kładł bilecik Heleny do pugilaresu, który następnie starannie do kieszeni schował, a potém powstał.
— Ach do kroćset szatanów! zawołał Dubois, wyciągając instynktowo swoje szpony, lecz zamiast Gastona napotkał niemi tylko mur goły. Do kroćset szatanów! ten pugilares chciałbym mieć, opłaciłbym go drogo! Ach, ah, zabiera się wyjść; przypasuje szpadę, szuka płaszcza. Dokądże idzie? zobaczymy.... Chceż on czekać na jego królewską mość u drzwi? Nie, nie, o mój Boże, nie, nie wygląda on na człowieka, który idzie zabić drugiego; i raczéjbym myślał, że dziś wieczór pójdzie tylko odgrywać rolę zakochanego Hiszpana pod oknami piękności swojéj. Gdybyć miał tę myśl, to może....
Niepodobna określić uśmiechu, który w téj chwili przebiegł po twarzy Dubois.
— Tak, ale gdybym przy wykonaniu tego zamiaru, otrzymał jakie porządne pchnięcie szpadą? śmiałby się zemnie jaśnie oświecony pan. Ależ co tam! nasi ludzie pilnują, a zresztą, kto nic nie ryzykuje, nic nie ma.
I zachęcony tém przysłowiem, Dubois okrążył szybko hotel i wybiegł z drugiéj strony na uliczkę, gdy właśnie Gaston z przeciwnéj się ukazał. Wyraz spokojny i smutny twarzy Gastona, zdawał się potwierdzać, że tylko wyszedł, by się przejść pod oknami kochanki swojéj.
Dubois się nie omylił, bo przy wstępie na uliczkę, spotkał zaraz Lecoq’a, który poleciwszy zaufanemu Leveillè wnętrze, stanął zewnątrz na straży: w dwóch słowach uwiadomił go, co czynić zamyśla.
Lecoq wskazał mu palcem jednego z ludzi swoich, leżącego na progu drzwiczek, wychodzących na uliczkę, gdy drugi, siedzący na jakimś słupie, brzdąkał na drumli, jak to często czynią wędrowni muzykusi, żebrzący po hotelach; trzeci zaś był tak dobrze ukryty, że go nigdzie nie dostrzeżono.
Dubois, zakryty aż pod oczy, i pewien natychmiast pomocy, posunął się daléj.
Zaledwie że zrobił kilka kroków naprzód, spostrzegł kogoś na drugim końcu uliczki i pomyślał, że to może jest ten, którego szuka.
I rzeczywiście, że przechodząc obok niego, Dubois poznał kawalera. Co się zaś tycze Gastona, ten zajęty myślami swojemi, nie uważał kto go mija, i może nawet nie spostrzegł, że się ktoś z nim skrzyżował.
To nie dogadzało Dubois; chciał on kłótni, i widząc, że tamten jéj nie szuka, sam z nim zacząć przedsięwziął.
Nawrócił więc, stanął przed kawalerem, który się właśnie zatrzymał, by śledzić okna od mieszkania, zajmowanego przez Helenę:
— Hę, przyjacielu! zawołał głosem ochrzypłym, cóż tu robisz przed tym domem, i o téj godzinie?
Gaston spuścił oczy z nieba na ziemię, i myśl jego pełna poezyi, zwróciła się nagle do materyalizmu życia.
— Cóż tam? zapytał, zdawało mi się, żeś pan mówił do mnie.
— Tak jest, panie, odpowiedział Dubois, zapytałem, co tu robisz?
— Idź pan swoją drogą: nie obchodzi mnie bynajmniéj co pan robisz, dajżeż i mnie święty pokój!
— Zrobiłbym to, gdybyś mi nie zawadzał.
— Ta uliczka, jakkolwiek wąska, jest przecież dla dwojga dość szeroką: przechadzaj się pan z jednéj strony a ja będę spacerował po drugiéj.
— Ale ja chcę tutaj być sam jeden, odpowiedział Dubois. Upraszam więc, byś poszedł innym przypatrywać się oknom, nie zabrakło ich jeszcze w Rambouillet.
— A dla czegóżbym się tym tutaj nie miał przyglądać?
— Bo to są okna mojéj żony.
— Pańskiéj żony?
— Tak jest, mojej żony, która tylko co przybyła z Paryża, a ja jestem bardzo zazdrosny, mój panie.
— Do licha! poszepnął sobie Gaston, to zapewne jest mąż owej kobiety, któréj poruczono czuwać nad Heleną.
I ze względu oszczędzenia osoby, która by mu się późniéj przydać mogła, kłaniając się grzecznie, wyrzekł:
— Skoro tak jest, to co innego. Ustępuję panu, bom się tylko przechadzał bez celu.
— Tam do kata! pomruknął Dubois, to jakiś bardzo grzeczny konspirator. Ale nie tego mi potrzeba: chcę kłótni koniecznie.
Gaston się oddalał.
— Zwodzisz mnie, mój panie! krzyknął Dubois nagle.
Kawaler się obrócił, jak gdyby go żmija była ukąsiła. Ale zważając na Helenę i na missją swoję, powstrzymał się.
— Czyliż dla tego, że umiem być grzecznym, pan słowu mojemu nie wierzysz? zapytał.
— Pan się z bojaźni zachowujesz grzecznie. Bo przecież widziałem, żeś ku tym oknom spoglądał.
— Z bojaźni? ja! z bojaźni! krzyknął Chanlay, przyskakując do swojego przeciwnika. Pan powiedziałeś, że ja się boję?
— Powiedziałem to, odrzekł Dubois zimno.
— A więc pan kłótni szukasz?
— To jest widoczném, zdaje mi się. Czy pan z Quimpercorrentin przyjeżdżasz?
— Podobno! krzyknął Gaston, dobywając szpady. Dalejże, mój panie!
— A pan zdejmuj suknie, proszę! mówił Dubois, zrzucając swój płaszcz i rozpinając liberyą.
— A to na co?
— Bo ja pana nie znam, a rycerze nocni mają częstokroć koszulę z żelaznych oczek pod zwierzchnią suknią.
Zaledwie Dubois to wyrzekł a płaszcz i suknie kawalera już leżały na ziemi.
Ale w chwili, gdy Gaston z dobytą szpadą rzucił się ku przeciwnikowi, człowiek śpiący na progu zerwał się i upadł mu pod nogi; grajek na drumli schwycił go za prawą rękę, a ów trzeci, którego niewidziane dotąd, wziął go przez pół.
— Pojedynek mości panowie? pojedynek pomimo zakazu króla! zawołali razem. I uprowadzili go ku drzwiczkom, gdzie jeden z nich na progu był leżał.
— Morderstwo! mruknął Gaston pomiędzy zębami, lękając się zawołać, by nie narazić Heleny. O nikczemni!
— Zdradzono nas, mój panie! wyrzekł Dubois, zabierając z ziemi płaszcz i suknie kawalera. Ależ spotkamy się znowu.
I biegł do hotelu, o ile mu nogi starczyły. A Gastona zamknięto tymczasem w jakiejś sali na dole.