Córka rejenta/Tom I/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dubois nie omyli się w swoich przypuszczeniach.
Riom, przybyły potajemnie, klęczał obok księżnej przed prywatnym jałmużnikiem téjże, gdy pan de Pons, krewny Rioma, i margrabia de Larochefoucauld, kapitan przybocznej gwardy księżny Berry, trzymali baldachim nad niemi. Panowie de Monchy i de Lauzun stali jeden po prawéj, drugi po lewéj stronie ślub biorących.
— Otóż pewna, że szczęście nam nie sprzyja, jaśnie oświecony panie. Przychodzimy o dwie minuty zapóźno.
— Mordieu! zawołał książę rozjątrzony, biegnąc ku chórowi. Zobaczymy!
— Sza, jaśnie oświecony panie! Jako opat, winienem wstrzymać waszą królewską mość od popełnienia świętokradztwa. Ach, i gdyby się to jeszcze na coś przydało!.... ale tutaj byłoby wszystko daremne!
— A więc zaślubieni? zapytał książę, cofając się po-za kolumnę, pociągniony temi wyrazami towarzysza swojego.
— Jak najzupełniej! I teraz nie odżeniłby ich i sam djabeł bez asystencji ojca świętego.
— A więc napiszę do Rzymu.
— Nie czyn wasza królewska mość tego, nie nadużywaj kredytu swojego! Lepiéj go zachowaj, gdy będę miał zostać kardynałem.
— Ależ takiego mesaliansu cierpieć nie można!
— Mesalianse są dziś bardzo w modzie, i tylko o tém mówią. Jego królewska mość Ludwik XIV mesaliował się z panią de Maintenon, któréj jaśnie oświecony pan, jako wdowie jego, dziś pensją wyliczasz. Księżniczka de Montpensier mesaliowała się z panem de Lauzun. Sam się mesaliowałeś, żeniąc się z panną de Blois, i zmesaliowałeś się wasza królewska mość do tego stopnia, że gdyś o tém matce swojéj, księżnie elektorowéj mówił, odpowiedziała jaśnie oświeconemu panu policzkiem. I ja sam, czyliż i ja się nie mesaliowałem, biorąc za żonę córkę nauczyciela wiejskiego? Otóż widzisz wasza królewska mość, że po tylu dostojnych przykładach, i córka waszéj królewskiéj mości mogła się mesaliować zkolei.
— Milcz szatanie!
— Nadto, prawił Dubois daléj, miłostki księżnéj Berry, dzięki wrzaskom opata świętéj Sulpicyi, poczęły robić więcéj hałasu aniżeli przystoi. Był to skandal publiczny, który ślub ten tajemny; świadomy jutro całemu Paryżowi, uśmierzy rodzina waszej królewskiéj mości stanowczo się poprawia.
Książe Orleański odpowiedział na to straszném przekleństwem, a Dubois się uśmiechnął, owym uśmiechem, któregoby mu i sam Mefistofeles był pozazdrościł.
— Ciszéj tam! zawołał Szwajcar, niewiedząc kto robi tę wrzawę i który pragnąłby nowozaślubieni nie stracili i jednego słówka z pobożnéj przemowy jałmużnika.
— Sza, jaśnie oświecony panie, powtórzył Dubois, przeszkadzasz ceremonii.
— Zobaczysz, pochwycił książę, że jeżeli nie umilkniemy, to ona nas każę za drzwi wypchnąć.
— Ależ ciszéj! zawołał po raz drugi Szwajcar, uderzając halabardą swoją w podłogę chóru, właśnie gdy księżna Berry poleciła panu de Mouchy, by zobaczył co tę wrzawę spowodowało.
Pan de Mouchy pospieszył rozkaz księżnej wykonać, i spostrzegając dwie osoby chroniące się w cieniu, przystąpił do nich krokiem śmiałym i z podniesioną głową.
— Któż tu robi ten hałas? zapytał, i któż wam pozwolił wnijść do kościoła, moi panowie?
— Ten, który ma ochotę was wszystkich oknem powyrzucać, odrzekł rejent, ale który w téj chwili poprzestaje na tém, że tobie poleca, byś oznajmił panu Riom rozkaz, ażeby natychmiast do Cognac powrócił, a księżnę Berry zawiadomił, że jéj zakazuję na zawsze wstęp do palais-royal.
Po tych słowach rejent wyszedł, dając znak opatowi Dubois, by się za nim udał.
Pan de Mouchy na ten widok pozostał wraz z wielkim brzuchem swoim, jak w ziemię wryty.
— Do palais-royal! zawołał książę wskakując do karety.
— Do palais-royal? powtórzył Dubois żywo. Nie, panie, wasza królewska mość zapominasz o naszym układzie. Towarzyszyłem jaśnie oświeconemu panu pod warunkiem, byś wasza królewska mość i mnie następnie towarzyszyć raczył. Panie woźnico! na przedmieście śgo Antoniego.
— Jedz do djabła, jam nie głodny.
— Dobrze. Książe jeść nie potrzebujesz.
— I cóż będę robił, nie jedząc i nie bawiąc się?
— Wasza królewska mość będziesz się patrzał jak inni się bawią i jedzą.
— Cóż przez to chcesz powiedzieć?
— Ot to, że Pan Bóg właśnie zabrał się, by samemi cudami jaśnie oświeconego pana obsypać, co niezawsze się zdarza, a więc potrzeba niezatrzymywać się w połowie drogi. Widzieliśmy dzisiaj już dwa, bądźmyż obecni i trzeciemu.
— Trzeciemu?
— Tak, numer drugi, impasse Godet. Liczba nieparzysta podoba się Panu Bogu.
Spodziewam się, żeś jaśnie oświecony pan nie zapomniał swojéj łaciny.
— Wytłumacz się, proszę, odrzekł rejent, niebędąc na teraz bynajmniej do żartów usposobiony. Ty, bo jesteś dość brzydkim, ażeby posłużyć za model do Sfinksa, ale co do mnie, to jestem już za stary, bym miał przyjąć rolę Edypa.
— A więc się wytłumaczę: że zobaczywszy córki swoje, dotąd pustotom i szałowi oddane, czyniące pierwszy krok rozsądny, zobaczysz jaśnie oświecony pan teraz syna swojego, robiącego pierwszy krok szaleństwa.
— Ludwika?
— Księcia Ludwika w osobie. Odmraża on się dzisiejszéj nocy, i to właśnie na to widowisko, tyle chlubne dla ojca, zaprosiłem waszą królewską mość.
— Książe pokręcił głową z wyrazem zwątpienia.
— Pokręcaj wasza królewska mość głową, tyle ile zechcesz, ale to co powiedziałem jest prawdą.
— I jakimże sposobem ocknął się z tego swojego otrętwienia?
— Wszelkiemi sposobami. Poleciłem kawalerowi, ażeby z nim pierwszą próbę fechtowania odbył. A teraz wieczerza z nim i z dwiema kobietami.
— I jakież to kobiety?
— Znam z nich tylko jednę. Kawaler miał przyprowadzić drugą.
— I on na to zezwolił.
— O mało, że go w rękę nie pocałował.
— Na mój honor, Dubois, myślę, że gdybyś był żył za czasów Ludwika ś., byłbyś go w końcu i do panny Filon zaprowadził.
Uśmiech tryumfu przemknął się po twarzy opata.
— Otóż wasza królewska mość pragnąłeś, by książę Ludwik umiał bronią robić, jak to jaśnie oświecony pan dawniéj robiłeś i passją masz robić jeszcze i dzisiaj. Przysposobiłem wszystko do tego.
— Naprawdę?
— Rzeczywiście. Kawaler w czasie kolacji skłóci się z nim trochę na sposób niemiecki. Można jemu zaufać w téj mierze. Chciałeś wasza królewska mość ażeby i jaką porządną zawiązał miłostkę, a jeżeli się oprze syrenie, którą ku niemu wysłałem, powiem że jest ś. Antonim.
— Czyś ty ją wybrał?
— Jak to! jaśnie oświecony panie, wszakżeż tu chodzi o honor familii, a wtedy tylko sobie ufam. A więc orgja dzisiejszéj nocy, a jutro rano pojedynek. Zaś jutro wieczorem, nasz neofita będzie się mógł z dobrem sumieniem Ludwik Orleański podpisać.....
— Prawdziwe licho z ciebie! wymówił książę, śmiejąc sig po raz pierwszy po odwiedzinach swoich w Chelles, i zgubisz syna tak jak zgubiłeś ojca.
— Zależy to od woli waszéj królewskiéj mości. Ale on powinien być księciem, albo w prawo albo w lewo: mężczyzną albo mnichem. Niechaj wybiera, bo pora po temu.
Wasza królewska mość masz tylko jednego syna, który już liczy lat szesnaście, nie posyłasz go na wojnę, pod pozorem, że jest jedynakiem, a naprawdę, że książe nie wie jakby się tam znalazł.
— Dubois!
— Otóż jutro będziemy wiedzieli czego się trzymać.
— Piękna sprawa!
— Więc wasza królewska mość przypuszczasz, iż wyjdzie z honorem?
— Dosyć już, nic dobrego, nie czujesz-że, iż mnie obrażasz? Jak gdyby to było niepodobieństwem, ażeby się młody człowiek krwi mojéj zakochał, a cudem szczególnym, gdyby książę mojego imienia, wziął szpadę do ręki. Dubois, mój kochany, urodziłeś się opatem i tak umrzesz.
— Nie panie, o nie! Tani do licha! ja czegoś lepszego żądam.
Rejent się rozśmiał.
— Przynajmniéj, że ty, masz ambicją, a ów niedołęga, Ludwik, niczego nie żąda.
Wiesz jednakże, że te twoje wymagania bardzo mnie bawią, więcej aniżelibyś sądził.
— Doprawdy! nie myślałem nigdy, że ze mnie taki trefniś.
— Przez skromność tylko, mój kochany, bo jesteś najzabawniejszém stworzeniem w świecie, jeżeli me najprzewrolniejszém. I przysięgam, że w dniu w którym zostaniesz arcybiskupem....
— Kardynałem, jaśnie oświecony panie.
— Ach! więc ty kardynałem chcesz zasiać?..
— Zanim będę papieżem.
— Dobrze. Więc przysięgam, że w dniu w którym zostaniesz....
— Papieżem.
— Nie, kardynałem, w dniu tym bardzo się będą śmieli w palais-royal, masz na to moję słowo.
— Ej co tam! w Paryżu lepiéj się zaśmieją. Ale jak wasza królewska mość powiedziałeś, jestem czasem trefnisiem i chcę rozśmieszyć.
Powóz zatrzymał się na przedmieściu ś. Antoniego, przed domem zasłoniętym wysokim murem, po-za którym rosnące topole do reszty go zakryły.
— Czyż to nie tutaj jest mały domek Nocé’go? zapytał rejent.
— Tak jest. Jaśnie oświecony pan masz dobrą pamięć: pożyczyłem go na dzisiaj od niego.
— Czyliżeś aby wszystko dobrze urządził? Wieczerza, będzież smaczna i godna księcia krwi?
— Obstalowałem ją sam, i księciu Ludwikowi na niczém zbywać nie będzie. Lokaje ojca jego usługują mu; kucharz ojca jego gotuje dla niego, i poumizga się....
— Komuż?
— Zobaczysz to jaśnie oświecony pan na własne oczy. Ma to być niespodzianka...
— A wino?
— Z własnéj piwnicy Waszéj królewskiéj mości. I mam nadzieję, że po tym winku krew rodzinna przemówi.
— Zemną, bo nie miałeś tyle pracy, nieprawdaż, kusicielu?
— Jestem wymowny, ależ przyznać należy, że i z księcia był chwat. Wchodźmy.
— Ty masz klucz?
— A jakże!
Dubois wydobył klucz z kieszeni, włożył go ostrożnie w dziurkę od zamka, drzwi otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia i znów się również cicho zamknęły, gdy wszedł rejent i minister jego. Były to prawdziwe drzwi małych domków niby znające swoję powinność względem wielkich panów, którzy im czynili zaszczyt przestąpienia ich progu.
Przez szpary zamkniętych żaluzyj było widać światło, a stojący w sieni na straży lokaje oznajmili dostojnym gościom, że uczta już się zaczęła.
— Tryumfujesz, opacie, przemówił rejent.
— Spieszmy, jaśnie oświecony panie, bom ciekawy, co książę Ludwik porabia.
— O, i jam ciekawy.
— Więc idżmyż, nie mówiąc i słówka.
Rejent milczący wszedł za Dubois do gabineciku, zastawionym kwiatami, zkąd można było widzieć i słyszeć ucztujących.
— O! zawołał książę, poznając gabinecik, jestem w miejscu znajomém.
— Więcéj znajomém, aniżeli wasza królewska mość sądzisz. Ale pomniéj, jaśnie oświecony panie, że cokolwiek zobaczysz lub posłyszysz, należy się milczeć lub pocichu mówić.
— Nie troszcz się o to!
I obydwaj zbliżyli się do otworu, prowadzącego na salę, przyklęknęli na kanapie i odsunęli kwiaty, by lepiéj widzieć, co się tam dzieje.
Syn rejenta, chłopiec piętnastoletni, siedział w fotelu, właśnie na przeciwko swojego ojca. Z drugiéj strony stołu, plevcami do dwóch ciekawych, umieścił się kawaler. Dwie kobiety, nader postrojone, uzupełniały ową partie carrée, przez opata zapowiedzianą: jedna siedziała przy młodym księciu, druga obok kawalera.
Amfitryon téj uczty pił, rozprawiał, a kobieta siedząca obok niego, to się krzywiła to ziewała.
— A co? mówił rejent, usiłując rozpoznać kobietę, siedzącą naprzeciw niego, zdaje mi się, że znam tę twarzyczkę.
I lornetował ją z większą jeszcze uwagą. Dubois śmiał się w duchu.
— Co u licha! mówił znowu rejent, kobieta ciemnego włosa i oczu niebieskich.
— Ciemnego włosa i oczu niebieskich. Cóż daléj jaśnie oświecony panie?
— Kibić zachwycająca, rączka śliczna...
— Cóż daléj?
— Pyszczek różowy...
— Daléj!
— Tam do diabła! nie mylę się: to mysz!
— No i cóż!
— Jak to hultaju, musi aleś właśnie mysz wybrać?
— Dziewczyna tak zachwycająca, nimfa opery. Zdawało mi się, że ta będzie najstosowniejsza.
— To więc owa niespodzianka, którą mi obiecywałeś, mówiąc że mu usługują lokaje ojca, że pije wino ojcowskie i że się umizga...
— Metresie swojego ojca. Tak, panie.
— Nieszczęsny! krzyknął książe, cóżeś zrobił?
— Ej co tam! odrzekł Dubois.
— I że to ona przystała!
— Toć-to jéj rzemiosło!
— Z kimżeż ona myśli, że jest.
— Z szlachcicem wiejskim, który przybył do Paryża, by swoję schedę przejeść.
— Któż jest ta druga?
— Nic o niéj nie wiem. Kawaler ją zaprosił.
W téj chwili kobieta, siedząca obok kawalera, dosłyszała po za sobą jakieś szeptanie i obróciła się.
— Ach! ale... nie mylę się! krzyknął Dubois odurzony z kolei.
— Co takiego?
— Ta druga!
— I cóż ta druga?
Ładna wspoł-biesiadniczka obróciła się znowu.
— To Julia! zawołał Dubois, o nieszczęsna!
— A otóż i wszystko w najlepszym porządku: moja metressa i twoja!.... słowo honoru, dałbym nie wiedzieć co, gdybym się mógł naśmiać do woli.
— Poczekaj wasza królewska mość, chwilkę cierpliwości!
— Ale czyś ty oszalał? cóż u licha chcesz robić?.... Dubois, rozkazuję ci pozostać. Chcę zobaczyć jak się to wszystko skończy.
— Posłusznym waszéj królewskiéj mości, ale zrobię jedno wyznanie....
— Jakież?
— Że już nie wierzę w cnotę niewieścią.
— Dubois! zawołał rejent, rzucając się na kanapę, gdy i opat toż samo zrobił, jesteś wyborny, na moje słowo. Umieram ze śmiechu.
— Śmiejmy się, jaśnie oświecony panie, ale ostrożnie; masz wasza królewska mość słuszność: potrzeba się końcowi tego wszystkiego przypatrzyć.
I obydwaj serdecznie się naśmiali, a potém znowu dawniejsze zajęli miejsce, by nowe poczynić spostrzeżenia.
Biedna mysz ziewała, że aż ją, szczęki bolały.
— Wie wasza królewska mość, że książę Ludwik wcale niema miny odurzonego.
— Wygląda jak gdyby wcale nie był pił.
— A owe butelki co tam stoją, czyliż to co zawierały samo się ulotniło?
— Masz słuszność. Ale jakżeż poważny ten mniemany szlachcic.
— Cierpliwości! Poczyna się już ruszać, coś mówi... słuchajmy!
W téj chwili młody książę się podniósł i odepchnął butelkę, którą mu mysz podawała.
— Chciałem tylko zobaczyć, co to jest orgia, wymówił poważnie. Widziałem i odchodzę bynajmniéj niezadowolony. Mędrzec powiedział Ebrietas omne vitium delegit.
— Cóż to on tam nuci u licha? zapytał książe.
— Źle, aj źle! poszepnął Dubois.
— Jakto, mój panie! zawołała w tejże chwili sąsiadka młodego księcia, z uśmiechem, który pokazał zęby tak równe, jak najpiękniejszy sznurek pereł. Jakto! pan nie lubisz wieczerzać?
— Nie lubię ani jeść ani pić, kiedy nie mam głodu i pragnienia.
— Błazen! pomruknął książę, i obrócił się do Opata, który sobie usta przygryzał.
Towarzysz księcia Ludwika, śmiejąc się wymówił:
— Ależ książę robisz wyjątek, co do nudzenia się swojego, z naszych miłych współtowarzyszek?
Ludwik Orleański się zarumienił i odrzekł:
— Nie rozumiem pana.
— Mówię, że pan nie po pełnisz téj niegrzeczności względem tych dam tutaj, opuszczając tak wcześnie ich towarzystwo.
— Jest już późno, mój panie.
— Ba! odparł kawaler, zaledwie północ.
— A potém... dodał książę, szukając wymówki, a potém... jestem zaręczony.
Kobiety w głos się rozśmiały.
— Jakiż osioł! pomruknął Dubois.
— A co?
— Przepraszam, zapomniałem, że to jest syn waszéj królewskiéj mości.
— Mój kochany, ozwał się kawaler, jesteś taki parafianin, że aż strach!
— Cóż to się znaczy! zawołał rejent. Jakżeż on w ten sposób może do księcia krwi przemawiać?
— Jest on uprzedzonym, by udawał że nie wie kogo ma przed sobą i miał księcia za zwyczajnego szlachcica. A z resztą, mówiłem mu, by go podrażnił.
— Przepraszam mój panie, ozwał się książę Ludwik, mówiłeś cóś do mnie, a że i ta pani właśnie do mnie zagadała, nie uważałem coś pan powiedział.
— I pan chcesz ażebym powtórzył, to com powiedział? zapytał kawaler z drwinkami.
— Radbym usłyszeć.
— A więc powiedziałem! Jesteś pan taki parafianin, że aż strach.
— Szczycę się tém, mój panie, bo mnie to odróżnia od pewnego Paryżanina, z którym się znam.
— Wcale nie źle! pochwycił książę.
— Phu!... dodał Dubois.
— Jeżeli się to do mnie stosuje, odpowiem panu, że jesteś niegrzecznym. Co do mnie, mniejsza o to, bo mi pan możesz zdać sprawę z tej niegrzeczności, która jednakże w obec tych dam, jest niczém niewytłumaczoną.
— Twój napastnik posuwa się za daleko, mój opacie, przemówił książę niespokojny, bo zaczną się rąbać niebawem.
— To ich wtedy wstrzymamy.
Młody książe miny nie skrzywił, ale wstał, obszedł stół do koła, i przystępując do współ-towarzysza swojego, poszepnął mu cóś zcicha.
— Otóż widzisz! mówił rejent, coraz więcej niespokojny, do opata. Tam do licha, ja nie chcę, aby mi go zabito.
Ależ Ludwik nic więcéj nad to kawalerowi nie powiedział:
— Rękę na serce, mój panie, czyliż naprawdę tutaj się bawisz? Co do mnie, nudzę się straszliwie. Gdybyśmy byli sami mówił bym z tobą o jednej kwestyi, kto ra mnie wielce zajmuje; to jest o szóstym rozdziale wyznań ś. Augustyna.
— Jak to! zawołał kawaler z zadziwieniem wcale nie udaném, pan zajmujesz się religiją? To za rychło, jak mi się zdaje.
— Nie jest nigdy zawczesnie, odparł książę nauczająco, zajmować się zbawieniem swojém.
Rejent westchnął głęboko. Dubois podrapał się po nosie.
— Posłuchaj! chciałbym pewno o tém rozprawiać — mówił znowu książę Ludwik.
Ś-ty Heronim twierdzi że łaska w tedy tylko jest skuteczną, gdy.....
— Niech cię piorun trzaśnie! krzyknął kawaler. Gdybyś był pił wino, powiedział bym, że ci w głowie zaszumiało.
— Teraz, mój panie, powiem ci z kolei, że to ty jesteś niegrzecznym; i odpowiedziałbym ci w tym samym sposobie, gdyby to nie było grzechem, zważać na obelgi.... Dzięki Bogu, jestem lepszym od ciebie chrześcianinem.
— Kiedy się wieczerza w małym domku, nie chodzi bynajmniéj o zasługę być dobrym chrześcianinem, ale raczéj dobrym współbiesiadnikiem. Lecz drwię z takiego towarzysza, jak pan jesteś. Wołałbym samego ś. Augustyna.... choćby i po nawróceniu jego.
Młody książe zadzwonił. Wszedł lokaj.
— Odprowadź tego pana i poświeć mu, wyrzekł tonem pełnym godności, Co do mnie, odjadę za kwadrans. Masz pan swój powóz, kawalerze?
— Nie, nie mam.
— W takim razie, mój jest na rozkazy twoje. Przykro mi, że nadal nie mogę korzystać zeznajomości z panem. Ale już powiedziałem: nasze upodobania różnią się zupełnie z sobą, nadto wracam na wieś.
— Tam do licha! czyliżby wyprawił swojego współbiesiadnika, by sam z kobietami pozostać.
— Byłoby to zabawnie, odrzekł rejent, ależ tak nie jest.
W tym czasie, kawaler się oddalił, a Ludwik Orleański zostawszy sam z dwiema na dobre spiącemi kobietami, wyciągnął z jednéj kieszeni duży zwój papierów, a z drugiéj, kamizelkowej, mały ołówek srebrny, i począł na marginesach robić notatki z gorliwością zupełnie teologiczną, wśród dymiących jeszcze półmisków i butelek na wpół dopiero próżnych.
— Jeżeli ten książę miałby kiedyś stanąć na przeszkodzie linii starszéj, byłbym bardzo nieszczęśliwym. I gdzież jest ten, któryby śmiał powiedzieć, że wychowuję dzieci moje w nadziei osiągnienia tronu?
— Przysięgam waszéj królewskiéj mości, żem zachorował, ozwał się Dubois.
— Ach, moja młodsza córka Jansenistką, starsza filozowką, a mój syn jedynak teologiem! Nie posiadam się ze złości. Daję słowo, że chciałbym spalić tych wszystkich, co taki zły wpływ wywierają.
— Nie czyń wasza królewska mość tego, boby mówiono, że idziesz torem wielkiego króla i pani de Maintenan.
— Niechżeż więc sobie żyją. Ale pojmujesz-że tego mazgaja, który już pisze jakieś in-folio? A to potrzeba rozum postradać! Zobaczysz, że jak umrę, to on każę moje obrazy, Dafne i Chloe, ręką kata spalić.
Z dziesięć minut zajmował się Ludwik swojemi notatkami; potém schował manuskrypt starannie do kieszeni, toż samo i ołówek, nalał sobie szklankę wody, umaczał w téjże skórkę chleba, zmówił pobożnie pacierz, i z prawdziwym smakiem i przyjemnością spożył ten posiłek anachorety.
— Ach, to wyrzeczenie si<ę wszystkiego! pomruknął rejent stroskany. Lecz powiedz mi, Dubois, któż go tego u diabła nauczył?
— Nie ja, przysięgam!
Ludwik się podniósł i znowu zadzwonił.
— Powóz czy czeka? zapytał lokaja.
— Czeka, jaśnie oświecony panie.
— To dobrze, jadę. A co do tych pań, śpią one teraz; a gdy się przebudzą, będziesz na ich rozkazy.
Lokaj się pokłonił a młody książę wyszedł tak poważnym krokiem, jak arcybiskup gdy swojego błogosławieństwa udziela.
— Bodaj cię mór udusił, żeś mnie zrobił spektatorem tego wszystkiego! zawołał reient do najwyższego stopnia zniechęcony.
— Szczęśliwy ojcze! odparł Dubois, troiście szczęśliwy! Dzieci waszéj królewskiej mości kanonizują się instynktowo, a świat spotwarza tę świętą rodzinę! Na mój kapelusz kardynalski! chciałbym, aby tu byli obecnymi książęta linii starszéj.
— A więc im pokażę, jak ojciec naprawia błędy swojego syna. Chodź, Dubois.
— Nie rozumiem waszej królew. mości.
— Dubois! niech mnie diabli biorą, ależ i ciebie zaraza dosięgła.
— Mnie?
— Ciebie. Jest przed nami wykwintna wieczerza, wyborne winko.... Ejże Dubois! Jam głodny.... Dubois, jam spragniony.... Idźmyż i korzystajmy z tego, co nam ów mazgaj zostawił.... Rozumiesz mnie teraz?
— Zaprawdę, myśl doskonała! zawołał Dubois zacierając ręce, i wasza królewska mość jesteś tylko sam jeden, który stoisz n a równi z własną sławą.
Dwie kobiety spały ciągle. Dubois i książę wybiegli z swojego ukrycia i weszli na salę. Rejent zajął miejsce swojego syna a Dubois kawalera.
Rejent przeciął szpagat u szampanki, korek wystrzelił i zbudził obiedwie kobiety.
— Aha! więc przecież raz się pan napijasz, przemówiła Mysz.
— A ty raz przecież oczy otworzysz, odpowiedział książe.
Głos ten uderzył rozespaną, jak gdyby nie była pewną siebie, czyli się na prawdę obudziła, podniosła się nieco, lecz poznając rejenta, upadła znowu na krzesło i po dwa razy wymówiła imię Julii, towarzyszki swojéj.
A Julią, zdawało się, że oczarowało szydercze spojrzenie i skrzywiona twarz opata.
— Dalejże, Myszko, mówił książe, jesteś dobrą dziewczyną, jak widzę. Kazałem cię przez Dubois zaprosić na wieczerzę. Miałaś tyle innych zatrudnień pod ręką, a jednakże przyszłaś.
Współtowarzyszką Myszy, więcéj od tamtéj przestraszona, spoglądała to na księcia, to na opata, to na przyjaciółkę swoję.
— Cóż tobie jest, panno Julio? zapytał jéj Dubois, czyliżby się książę mylił? I czyliżeś tu nie dla nas przyszła?
— Nie mówię tego, odpowiedziała panna Julia.
Mysz się rozśmiała.
— Jeżeli to wasza królewska mość nas tutaj przywołać kazałeś, sam o tém wiesz najlepiéj; a jeżeli nie, to wasza królewska mość jesteś niedyskretnym i w takim razie nie odpowiadam.
— I cóż opacie! zawołał książę, śmiejąc się szczerze, czyż ci nie mówiłem, że to dowcipna dziewczyna?
— A ja, odpowiedział Dubois, nalewając wina dwom dziewczynom, nie mówiłem-że jaśnie oświeconemu panu, że to wyborne jest winko?
— Powiedz, Myszko, nie poznajesz-że tego wina?
— Naprawdę, jaśnie oświecony panie, że się ma z winem tak samo, jak z kochankami.
— Rozumiem, a ty nie masz tak rozległéj pamięci.... To pewna, że jesteś, nietylko najodważniejszą dziewczyną, ale zarazem i najpoczciwszą, jaką znam. Ty, bo nie jesteś hipokrytką, i książę westchnął.
— Skoro więc jaśnie oświecony pan to z téj strony bierzesz.....
— To co?
— Zadam ja kilka pytań jaśnie oświeconemu panu.
— Dobrze.
— Znasz się wasza królewska mość na snach?
— Jestem wróżbitą.
— Więc mi jaśnie oświecony pan możesz wytłómaczyć mój sen?
— Lepiéj aniżeli ktokolwiek inny. A jeżeli się zatchnę, to mam przecież opata przy sobie, który mnie dwa miliony rocznie kosztuje, by odgadnąć dobre i złe sny w mojém państwie. Więc gadajże co ci się śniło.
— Wiesz jaśnie oświecony pan, że znudzone czekaniem waszéj królewskiéj mości, zasnęłyśmy obiedwie z Juliją.
— Wiem o tém, i spałyście bardzo smacznie, gdyśmy weszli.
— Otóż, jaśnie oświecony panie, nie tylko żem spała, ale śniłam nawet.
— Doprawdy?
— Rzeczywiście. Nie wiem czy i Julija śniła, ale co do mnie, zdawało mi się, że widzę....
— Słuchaj Dubois, sądzę, że to będzie coś interessującego, zawołał książe.
— W miejscu pana opata siedział jakiś oficer, nie zajmowałam się nim wcale i zdaje mi się, że on dla Julii przyszedł.
— Czy słyszysz, moja panno? przerwał Dubois, strasznie ciebie obwiniają, Julija, mniej przytomna, i którą dla zrównoważenia Myszy nazwano Szczurem, milczała rumieniąc się.
— A któż był na mojém miejscu? pytał książę.
— Ach! otóż to właśnie, o czém mówić chciałam, odpowiedziała Mysz. W miejscu gdzie teraz wasza królewska mość usiadłeś, siedział... to jest w śnie moim.
— Rozumie się! zawołał książę.
— Siedział młody i ładny chłopiec, niemający więcéj jak lat piętnaście lub szesnaście, ale taki jakiś dziwaczny, taki niezwyczajny, jakby jaka młoda panienka; tylko, że po łacinie mówił.
— Ach, cóż to ty prawisz, moja Myszko!
— Wreszcie, po całogodzinnéj rozmowie o przedmiotach teologicznych, — po rozprawach bardzo zajmujących o ś. Hieronimie i Augustynie, po uwagach nadzwyczaj światłych o Jansenismie, wystaw sobie wasza królewska mość, śniło mi się, że usypiam.
— Tak dalece, że i teraz śni ci się, że śnisz.
— Nie inaczjé, i to wszystko zdaje mi się być tak powikłanym, żem bardzo ciekawa rozwiązania. Nie mogąc sama przyjść z tém do końca, wiedząc, że żądać tego od Julii byłoby daremném, udaję się więc do waszéj królewskiéj mości, który wielkim jesteś wieszczbiarzem, jak to sam wyrzekłeś, z prośbą o wyjaśnienie tego snu mojego.
— Myszko, mówił książę, nalewając jej znowu kieliszek wina, skosztuj tego na serjo, sądzę żeś spotwarzyła twoje podniebienie.
— Rzeczywiście, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała Mysz wypróżniwszy kieliszek, to wino przypomina mi pewne winko, którego nie piłam jak....
— Tylko w palais-royal?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— A więc, skoroś je tylko w palais royal piła, jest rzeczą pewną: że tam jeno jest takie, nie prawdaż? Bywasz dosyć w świecie, ażebyś téj sprawiedliwości mojéj piwnicy oddać nie miała.
— I oddaję jéj tę sprawiedliwość, jawnie i głośno.
— Skoro więc takiego wina nigdzie niemasz, tylko w palais-royal, więc téż ja, a nie kto inny, to wino tu przysłałem.
— Wasza królewska mość?
— Ja albo Dubois, to to samo. Wszakżeż wiesz, że on ma nie tylko klucze od mojego worka ale zarazem i od piwnicy.
— Klucze od piwnicy, to być może, odważyła się wreszcie panna Julija słówko przemówić, ale co się tyczy worka, to o tém należałoby wątpić.
— Czy słyszysz, Dubois? zawołał rejent.
— Jak to wasza królewska mość musiałeś uważać, to dziecię bardzo rzadko przemawia, ale za to, gdy się odezwie, to jakby ś. Jan złotousty, bo samemi tylko sentencjami. A jeżeli jato wino tu przysłałem, to nie dla kogo innego, tylko dla księcia Orleńskiego.
— Ale ich jest dwóch, wtrąciła Mysz.
— Otóż-to! zawołał książe.
— Syn i ojciec, Ludwik Orleański i Filip Orleański.
— Domyślasz się Myszko, domyślasz!
— Jakto! zawołała tancerka, pokładając się na fotelu i śmiejąc się głośno.
— Jak to! ten młody chłopaczek, ta panienka, ten teolog, Janzenista....
— Idź że sobie!
— Com go to w moim śnie widziała?
— No, tak jest.
— Tam, gdzie wasza królewska mość teraz siedzisz?
— W tém samém miejscu.
— To był księże Ludwik Orleański?
— On sam.
— O, jaśnie oświecony panie, jakżeż jest niepodobien do waszéj królewskiéj mości, i jakżem kontenta, żem się ocknęła.
— Ale ja nie, przemówiła Julija.
— I cóż waszéj królewskiéj mości mówiłem! zawołał Dubois. Ty zaś Julijo, moje dziecię, wartaś tyle złota ile ważysz.
— Więc mnie zawsze kochasz, moja Myszko? pytał rejent.
— Mam słabość do waszéj królewskiéj mości.
— Pomimo snów twoich?
— Czasem nawet właśnie z przyczyny tych snów, jaśnie oświecony panie.
— To nie bardzo jest pochlebném, jeżeli wszystkie sny twoje podobne do dzisiejszego.
— O, niechaj wasza królewska mość nie przypuszcza, ażebym co noc cierpiała na zmorę.
Odpowiedź ta utwierdziła rejenta w tém mniemaniu, że Mysz jest dowcipną dziewczyną. Przerwana wieczerza zaczęła się na nowo i potrwała do godziny trzeciéj z rana. Poczém rejent odwiózł Mysz karetą syna swojego do palais-royal, a Dubois Szczura powozem rejenta do jéj mieszkania.
Zanim się udał na spoczynek, rejent walczący przez ciąg całego wieczora z smutkiem swoim, napisał jeszcze list i zadzwonił
— Bastjanie, mówił do niego, zważaj, by list ten odszedł dziś rano kurjerem nadzwyczajnym i oddanym został do rąk własnych.
List ten był adresowany: Do pani Urszuli, przełożonéj Augustjanek w Clisson.