Córka rejenta/Tom I/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
— Ależ pani oszalałaś, mówił daléj rejent; rozniecić ogień nutami i utrzymywać go basetlami i klawikordem, to aż za nadto wielki zbytek!
— Pokutuje, panie.
— Hm! powiedz raczéj, że na nowo chcesz swój dom urządzić, i że się tego środka chwyciłaś, by sobie inne sprzęty kupić, straciwszy upodobanie w dawniejszych.
— Nie, panie, to nie to.
— A więc cóż? mów otwarcie.
— Otóż znudziły mnie zabawy i przedsięwzięłam cóś innego robić.
— I cóż będziesz robiła?
— Otóż niebawem zwiedzę z zakonnicami mojemi sklepienie, gdzie spocznie ciało moje, i miejsce w którem mnie pogrzebią.
— Niech mnie diabli wezmą! ozwał się Dubois, na czysto straciła głowę jaśnie oświecony panie.
— Będzie to bardzo budującém, nieprawdaż moi panowie? zapytała ksieni poważnie.
— Niezawodnie; i nie wątpię, że gdy to się rozgłosi, więcéj się z tego naśmieją aniżeli z biesiad twoich.
— Chodźcie panowie! mówiła daléj, chce się położyć na chwile w mojéj trumnie: jest to upodobanie, które powzięłam od niejakiego czasu.
— Masz pani czas po temu, rzekł Dubois, a zresztą ta rozrywka nie jest wynalazku pani, bo ją sobie wymyślił Karól V, zostawszy mnichem, nic wiedząc, tak samo jak i pani, na co to czyni.
— Więc zemną nie pójdziesz, panie? zapytała ksieni, zwracając się wprost do ojca.
— Ja! zawołał książę, który bynajmniej posępnych rozmyślań nie lubił, ja mam zwiedzać grobowe sklepienia! iść posłuchać śpiewu De Profundis! Nie, zaiste! i jedyna rzecz tylko mnie pociesza, niemogąc ujść nieszczęsnego De Profundis i grobu, że wtedy nic nie będę widział i słyszał.
— Ach panie! zawołała ksieni zgorszona, więc nie wierzysz w nieśmiertelność duszy?
— Jesteś tak obłąkana, iżby cię zamknąć należało, moja córko. I ten diabli Dubois, który mi obiecał orgią a zaprowadził na pogrzeb!
— Słowo daję waszej królewskiej mości odparł Dubois, że wołałbym raczej wczorajsze szaleństwa.
Ksieni się skłoniła i postąpiła ku drzwiom Książe z opatem spojrzeli na siebie, niewiedząc czyli się śmiać lub zapłakać.
— Jeszcze słówko! zawołał rejent nacórkę. Czy twoje obecne postanowienie jest niecofnioném? Alboli też chwilowym paroksyzmem, którego ci twój spowiednik udzielił? Jeżeli to jest stałe przedsięwzięcie, ani słowa nie rzeknę; ale jeżeli tylko febrą, to cię każę, wyleczyć. Do licha! jest przecież Moreau i Chirac, którym dobrze płacę.
— Panie, odpowiedziała ksieni, zapominasz, że dosyć znam medycynę, ażebym się sama wyleczyć potrafiła, gdybym tego widziała potrzebę. Mogę cię więc zapewnić, że chorą nie jestem: jestem Jansenistką i nic więcéj.
— Ach krzyknął książe, otóż to jest robota księdza le Domo. Obmierzły Benedyktynie! Lecz co do niego, to mam środek, który go wyleczy.
— Jakiż? zapytała ksieni.
— Bastyllję, odpowiedział, i wyszedł rozżarty a za nim Dubois, śmiejący się do rozpuku.
— Otóż widzisz, przemówił do niego po długiem milczeniu i gdy już do Paryża dojeżdżali, że twoje doniesienia były fałszywe i niedorzeczne. Miałem taką, ochotę do kazania, a sam kazania słuchać musiałem.
— Wasza królewska mość szczęśliwym jesteś ojcem! I składam powinszowanie moje, co do poprawy młodszéj córki jaśnie oświeconego pana, panny de Chartres. Na nieszczęście, że starsza córka, księżna Berry....
— Och! tamta, nie mów mi o niéj, Dubois, jest to rana niezagojona. I gdy jestem w złym humorze....
— To?
— Mam ochotę korzystać z chwili i na raz wszystko skończyć.
— Ona jest w Luksemburgu.
— Podobno.
— Więc jedzmy do Luksemburga.
— Ty zemną?
— Nie opuszczę waszéj królewskiéj mości téj nocy.
— Ba!
— Mam pewne widoki co do waszéj królewskiéj mości.
— Co do mnie? — Zawiozę jaś. ośw. pana na wieczerzę.
— Będąż tam i kobiety?
— Tak jest.
— Ileż ich będzie?
— Dwie.
— A mężczyzn?
— Dwóch.
— Więc dwie pary? zapytał księże.
— Otóż to.
— I zabawięż się?
— Zdaje mi się.
— Pamiętaj, Dubois, że wielką na siebie bierzesz odpowiedzialność.
— Jaśnie oświecony pan lubisz nowość?
— Lubię.
— Niespodzianki?
— To właśnie.
— Otóż i będą, to jest wszystko, co nateraz powiedzieć mogę.
— A więc dobrze! odpowiedział rejent. Jedzmy naprzód do Luksemburgu, a potém?....
— Potem na przedmieście Ś-go Antoniego. I skutkiem tego postanowienia rozkazano stangretowi zatrzymać się przed Luksemburgiem.
Cokolwiek jednakże rejent pod tym względem mówił, księżna Berry, do któréj właśnie jechał, była najulubieńszą córką jego. Mając lat siedm, ciężko zachorowała i lekarze oświadczyli że umrze; wtedy to książę, który jak wiadomo oddawał się nieco sztuce lekarskiéj, począł ją leczyć w swoim sposobie, i ocalała. Odtąd jego miłość ojcowska dla niéj zamieniła się w słabość, pozwalał jéj robić co tylko chciała, a było to dziecię krnąbrne i nieugiętéj woli. Jéj wychowanie stało się przez to bardzo zaniedbaném i dowolném, co jednakże nie przeszkodziło, że ją Ludwik XIV za wnuka swojego, księcia Berry, wydał.
Wiadomo, jak nagle śmierć jednym zamachem troiste pokolenie królewskie zagarnęła, bo w przeciągu kilku miesięcy umarł delfin, książę i księżna Burgundyi, i książę Berry.
Księżna Berry została wdową w dwudziestym roku życia, kochała ojca swojego niemal tyle ile on ją kochał; mając wybór pomiędzy towarzystwem w Wersalu a zebraniem w palais-royal, piękna, młoda i goniąca za zabawami nie wahała się ani na chwilę: podzielała więc uczty, zabawy a niekiedy i orgje księcia; ztąd rozeszły się na raz jeden z Saint-Cyr i Sceaux różne potwarze, pochodzące od pań dc Maintenon i du Maine, które w najgorszém świetle ten stosunek ojca do córki wystawiały. Książe Orleński, ze zwykłą sobie obojętnością, mnéj zważał na te pogłoski, zamienione w końcu na potępiające ich oskarżenia; a jakkolwiek te oskarżenia żadnego historycznego nie mają charakteru, w przekonaniu ludzi, znających dobrze ową epokę, pozostały jednakżeż bronią w ręku tych, którzy zawsze są skłonni do czernienia prywatnego życia człowieka, by zmniejszyć jego wielkość polityczną.
Co większa: tą swoją wzrastającą pobłażliwością, książe sam uprawdopodobnił owe wieści. Dodał córce do sześciu tysięcy liwrów dochodu, jeszcze cztery tysiące, z własnego majątku, co razem miljon czyniło. Zarazem oddał jéj pałac luksemburski i utrzymywał oddział gwardyi dla jéj osoby. Co zaś najwięcéj oburzyło zwolenników dawnéj etykiety, to to, że tylko ramionami ruszył, gdy księżna na czele orszaku trąbiącego i brząkającego na cymbałach przez środek Paryża przejeżdżała. A powszechnie się zgorszono, gdy się rozśmiał z pustoty księżnéj, która na tronie trzy stopy wysokim, przyjmowała posła weneckiego, chociaż czyn ten mógłby nas był poróżnić z Rzecząpospolitą wenecką.
Ale co większa jeszcze: już się miał przychylić do jéj nowego żądania, również jak poprzednie niewłaściwego, coby niezawodnie całą szlachtę było oburzyło: bo chciała mieć baldachim w teatrze; — gdy szczęściem dla pokoju powszechnego, a na nieszczęście dla domowego szczęścia rejenta, księżna nagle zakochała się w kawalerze de Riom.
Ten kawaler de Riom był młodszym synem jednego szlachcica z Auwernii, i wnukiem czyli prawnukiem księcia Lauzun; przybył on około 1717 roku do Paryża szukać szczęścia, i znalazł je w Luksenburgu. Wprowadzony do księżnej przez panią de Mouchy, któréj był kochankiem, nie zaniedbał użyć owego familijnego wpływu, który dziadkowi jego, księciu de Lauzun, pięćdziesiąt lat wprzódy, tak posłużył u panny de Montpensier; i niezadługo został ogłoszony jéj kochankiem, z wszelkiemi do tego stopnia prawami, pomimo oporu swojego poprzednika, pana de Lahaie, którego do Danii wysłano.
Księżna Berry miała przeto tylko dwóch kochanków, co dla księżniczki owego czasu niemal cnotą było: Lahaie’a, do którego się nie przyznawała, i Rioma, którego jawnie przyznała. Nie było to wszakżeż dostatecznym powodem do takiéj zażartości, z jaką prześladowano księżną. Była ku temu inna przyczyna, o któréj wspomina Saint-Simon, jako też i inni historycy owego czasu, i to raczéj owa przejażdżka po Paryżu z cymbałami i trąbami, i ten tron nieszczęsny o trzech stopniach, na którym posła weneckiego przyjmowała, a nakoniec i to niesłychane wymaganie baldachim! w teatrze, ile że już i gwardyą przyboczną, miała.
Ale nie z powodu to tego ogólnego na nią oburzenia, pogniewał się książę orleański na córkę: dręczyła go przewaga, jaką Riom miał nad nią.
Riom był wychowańcem Lauzun’a, który z rana strzaskał rękę księżnéj Monaco korkiem tego samego buta, który mu wieczorem córka Gastona orleańskiego z nogi ściągnąć musiała. I tenże Lauzun, względnie co do księżniczek krwi, straszne mu był dał nauki, których się Riom uważnie trzymał: „córy Francyi“ — mawiał Lauzun — »zwyczajne, by im zawsze kijem nad głową grozić». Pełen ufności w doświadczenie swojego dziadka, Riom idąc wskazaną przez niego drogą, zdołał tak ujarżmić księżną Berry, że nie odważyła się już dać balu bez jego zezwolenia, że nie była na operze, gdy tego nie chciał, że nawet sukni bez poradzenia go się nie włożyła.
Z tąd wynikło że książe, który bardzo swoją córkę kochał, znienawidził Rioma o tyle, o ile na to jego wcale niepodejrzliwy charakter zezwalał, bo wszakżeż go Riom od niéj oddalił. Pod poborem więc dogodzenia widokom księżnéj, darował pułk Riomowi, a potém zrobił go rządcą miasta Cognac; w końcu kazał mu tam wyjechać, co ową mniemaną łaskę w zupełną niełaskę zamieniło, podług sądu osób, które się wszystkiemu zbliska przypatrywały.
I sama księżna złudzić się nie pozwoliła, bo przybiegła do palals-royal, chociaż dopiero co po połogu, i prosiła, błagała ojca, ale wszystko napróżno. Następnie poczęła się dąsać, wyrzekać, grozić, ależ i to nic nie pomogło. W końcu oświadczyła mu swój gniew nieprzebłagany i odjechała dodając, że pomimo rozkazu jego, Riom pozostanie w Paryżu.
Nazajutrz ponowił książe swój rozkaz, by Riom wyjeżdżał, i tenże z wszelką uległością odpowiedział, że natychmiast rozkaz ten wypełni.
I rzeczywiście, nazajutrz, to jest w wigiliją dnia tego, w którym się nasze opowiadanie zaczyna, Riom opuścił w całéj okazałości pałac luksemburgski, i Dubois uwiadomił księcia, że nowy gubernator wyjechał o godzinie dziewiątéj wieczorem z całym dworem swoim do Cognac.
W tym przeciągu czasu rejent nie widział się z córką, i gdy mówił, że chce korzystać z swojego usposobienia gniewnego i od razu z nią skończyć, udał się raczéj do niéj, by przebaczenie uzyskać, nie zaś by ją połajać.
Dubois, który znał księcia, wiedział dobrze co się święci, gdy mu tenże swój zamiar oznajmił, ależ Riom pojechał do Cognac, i życzenie opata się ziściło. W czasie nieobecności tamtego, miał nadzieję, że potrafi nasunąć księżnie którego z nowych sekretarzów gabinetu, albo jednego z oficerów gwardyi, któryby w jéj sercu zatarł pamięć Rioma. Wówczas Riom odebrałby rozkaz pojechania do Hiszpanii i połączenia się z armią Berwika, i zapomnianoby zupełnie o nim jak o Lahaie w Danii.
Nie był to wprawdzie projekt bardzo moralny ale natomiast planik nader logiczny. Niewiadomo czyli go minister spoinie z panem swoim obmyślił.
Powóz zatrzymał się przed Luksemburgiem, oświetlonym jak zwyczajnie. Książe wysiadł i wbiegł szybko po wschodach, jak to zwykle czynił; Dubois, którego księżna nienawidziła, pozostał skulony w powozie.
Po chwili wrócił książe z wyrazem twarzy bardzo niezadowolonym.
— Ach! ach! jaśnie oświecony panie zawołał Dubois, czyliż nieprzyjęto waszéj królewskiej mości?
— Niemasz księżnéj w Luksemburgu.
— I gdzieżby była? czy nie u Karmelitek?
— Jest w Meudon.
— W Meudon? Na końcu lutego i w taką niepogodę! Podejrzywam to nagłe zamiłowanie wsi, jaśnie oświecony panie.
— I ja takiże. Bo cóżby u licha w Mendon robiła?
— To się łatwo dowiedzieć.
— Na przykład?
— Jedźmy tam.
— Do Meudon! zawołał książę na stangreta, wskakując do karety. Za dwadzieścia minut powinieneś tam stanąć.
— Pozwól sobie wasza królewska mość zrobić uwagę, że te konie już dzisiaj dwadzieścia mil (dix lieues) uszły, ozwał się stangret pokornie.
— Niechaj padną, byłem tylko był w Meudon za minut dwadzieścia.
Nie było już co odpowiedzieć na tak wyraźny rozkaz; stangret zaciął konie a szlachetne zwierzęta, niby zdziwione że się względem nich do takiéj posunięto ostateczności, ruszyły z miejsca tak szybko, jak gdyby tylko co ze stajni były wyszły.
W czasie całéj drogi Dubois był milczącym a książę myślami swojemi zajęty; od chwili do chwili wysyłali to jeden to drugi badawcze spojrzenia na gościniec, lecz niczego godnego uwagi nie dostrzegli, a gdy przybyli do Meudon, książę jeszcze nic znaleść nie mógł, coby jego zamartwione i sprzeczne z sobą myśli nieco rozplatać było zdołało.
Wysiedli obydwaj. Objaśnienia pomiędzy ojcem a córką mogły potrwać długo, i Dubois wołał w wygodniejszern miejscu, aniżeli w powozie, na księcia poczekać.
Pod wystawą zastali szwajcara w galowéj liberyi. Nie poznał księcia zatulonego w futro a opata aż poza uszy tkwiącego w płaszczu, i zatrzymał ich. Książe się odsłonił.
— Przepraszam jaśnie oświeconego pana, ale nie wiedziałem, że wasza królewska mość jesteś spodziewanym.
— Nic nie szkodzi, odpowiedział książę. Spodziewany albo niespodziewany, przybyłem. Niechaj to który z pokojowców księżnie oznajmi.
— Więc jaśnie oświecony pan należysz do ceremonii? zapytał szwajcar widocznie pomięszany.
— Naturalnie że jego królewska mość należy do ceremonii! odpowiedział Dubois, niedozwalając odezwać się księciu, który tylko co miał zapytać, o jakiéj tu ceremonii mowa.
— To każę waszą, królewską mość wprost do kaplicy zaprowadzić.
Książe i Dubois spojrzeli na siebie, jako ludzie, którzy nic nie pojmują, co się dzieje.
— Do kaplicy? zapytał książe.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, bo ceremonija zaczęła się już od dwudziestu minut.
— Cóż to się znaczy? poszepnął książę, pochylając się ku opatowi, czyliżby i ta została mniszką?
— Prędzejbym przypuścił, że ślub bierze, odpowiedział Dubois.
— Do stu djabłów! krzyknął rejent. Brakowałoby tylko tego jeszcze! i rzucił się na wschody a zanim Dubois pospieszał.
— Jaśnie oświecony pan nie każę się zaprowadzić? pytał szwajcar.
— Niepotrzeba, wołał rejent już na końcu wschodów, znam drogę.
Z zadziwiającą szybkością przy tuszy swojéj, przebiegał książę korytarze i pokoje, a za nim zdążał Dubois pełen ciekawości szatańskiej, podobny do Mefistolesa, towarzyszącego temu nowemu szperaczowi wielkiéj tajemnicy, którego nie nazywano Faustem lecz Filipem Orleańskim.
I tak stanęli u drzwi kaplicy, które jakkolwiek zamknięte, otworzyły się jednakże za pierwszém popchnięciem.