Córka rejenta/Tom I/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Osmego lutego w roku 1719, właśnie w chwili gdy zegar godzinę szóstą uderzył, wjechał pod rzymski przedsionek opactwa w Chelles, poprzedzony dwoma dojeżdżaczami, powóz ozdobiony trzema lilijami Francyi, z dodatkami herbowemi domu orleańskiego.
Przed perystylem powóz się zatrzymał: paź zeskoczył, drzwiczki otworzył i dwóch z niego podróżnych niebawem wysiadło.
Pierwszym z nich był człowiek w wieku około lat czterdziestu pięciu do czterdziestu sześciu; niski, dosyć otyły, czerwony, swobodny w ruchach swoich i mający pewien wyraz wyższości i zwierzchnictwa.
Drugi, zstępujący zwolna i ostrożnie po trzech stopniach powozu, był także niski, ale chudy i albo wiekiem lub też trudami życia styrany; w twarzy jego, jakkolwiek niezupełnie brzydkiéj i pomimo bystrości rozumu, który błyszczał w oczach jego i wyrazu złośliwości widocznego w zagięciu ust, było cóś nader nieprzyjemnego. Zdawał się być bardzo niewytrzymałym na zimno, bo idąc za towarzyszem swoim drżał jednakże chociaż szerokim otulony płaszczem.
Pierwszy z dwóch przybyłych rzucił się szybko ku wschodom, wbiegł po nich, jako człowiek dobrze miejscowości świadomy, wszedł do przestronnego przedpokoju, kłaniając się kilku zakonnicom, które się aż ku ziemi pochyliły, i wleciał raczéj aniżeli wszedł do salonu od przyjmowania gości, będącego w antresolach. Wyznać należy, że owa surowość, będąca pierwszą cechą wnętrza klasztoru, tutaj nigdzie spostrzedz się nie dała.
Drugi, który zwolna na wschody wstąpił, udał się tąż samą co tamten drogą, ukłonił się tymże samym zakonnicom, które się przed nim prawie również nisko jak przed towarzyszem jego pochyliły, i także wszedł do salonu, nie spiesząc się jednakże wcale.
— A teraz, ozwał się pierwszy, grzejąc się przy kominku zaczekaj tu na mnie. Idę do niéj i za dziesięć minut skończą, się wszystkie nadużycia, o których mi mówiłeś. Jeźli się ona zaprze i będę potrzebował dowodów, zawołam cię.
— Dziesięć minut! jaśnie oświecony panie, odpowiedział płaszczem otulony; miną dwie godziny a jeszcze wasza królewska mość ani wspomniesz o przyczynie odwiedzin swoich. O! wielebna matka zakonnic w Chelles, wielkim jest adwokatem, czy jaśnie oświecony pan przypadkiem tego nie wiesz?
I mówiąc to, przyciągnął krzesło poręczowe bliżéj kominka, rozparł się w niem bez ceremonii i postawił swoje chude nogi na przymurku.
— O mój Boże! bynajmniéj! — odpowiedział niecierpliwie ten, którego tytułowano wasza królew. mość, i gdybym o tem mógł kiedy zapomnieć, nie zaniedbałbyś mi przypomnieć, chwała panu Bogu! Prawdziwy z ciebie kusiciel, po cóżeś mnie tu dziś zwabił, przy takiéj zawiei i śniegu?
— Bo tego wasza królewska mość wczoraj zrobić nie raczyłeś.
— Wczoraj było to niepodobieństwem. Obiecałem się właśnie na godzinę piątą milordowi Stair.
— Do owego małego domku przy ulicy Dobrych dzieci. Więc milord już nie mieszka w hotelu poselstwa angielskiego?
— Czyliż ci już tego nie zakazałem, byś mnie śledził?
— Jaśnie oświecony panie, obowiązkiem moim jest niesłuchać takich rozkazów.
— Niechżeż i tak będzie! ale pozwól mi przynajmniéj skłamać, gdy mi się podoba, i zachowaj pewną przyzwoitość, byś mi nie dał poczuć, żeś się poznał na mojém kłamstwie, pragnąc mi tém dowieść o ile policya twoja jest doskonałą.
— Jaśnie oświecony pan niechaj będzie spokojny: odtąd już wszystko będę wierzył.
— Nie zobowiązuje się do wzajemności, panie opacie, bo właśnie tutaj, zdaje mi się, żeś się pomylił.
— Jaśnie oświecony panie, wiem co mówię, nie tylko że powtórzę to com mówił, ale i udowodnię.
— Zważaj-że, niemasz tu żadnéj wrzawy, żadnego światełka: prawdziwa cisza klasztorna. Twoje doniesienia są nieprawdziwe, mój kochany. Zaniedbują się ajenci nasi.
— Wczoraj jaś. ośw. panie była tu orkiestra złożona z piędziesięciu grajków. Tam, gdzie tak pobożnie przyklękła owa młoda siostra konwirska[1], stał bufet. Oszczędzę waszą król, mość, nie wyliczając czém był zastawiony, ale wiem wszystko. W galeryi zaś na lewo, gdzie obecnie przyrządzają skromną wieczerzę, złożoną z soczewicy i sera, dla poświęconych Bogu dziewic, odbywały się tańce, pijatyka i....
— I cóż więcéj?
— Dwieście par bawiło się w miłość, jaśnie oświecony panie.
— Diabla sprawa! Ale jesteś-że pewnym tego co mówisz?
— Jak gdybym na własne był widział oczy! Otóż więc jest dobrze, że jaśnie oświecony pan dzisiaj przybyłeś, ale byłoby lepiéj, gdybyś się wczoraj był wybrał. Wszakżeż taki rodzaj życia nie przystoi mniszkom, jaśnie oświecony panie.
— Nie, rzeczywiście. Jest on właściwszym dla księży, nieprawdaż opacie?
— Jestem człowiek polityk, jaśnie oświecony panie.
— A więc i córka moja jest ksienią polityczną, i na tém koniec.
— O, mniejsza o to. Niechaj i tak pozostanie, skoro się waszéj królewskiéj mości podoba. Nie jestem ja wcale tak drobiazgowy w tém, co się dotyczę moralności, jaśnie oświecony pan to wiesz najlepiéj. Będą mnie znowu opiewać jutro, tak jak mnie opiewano wczoraj i jak będą opiewali po jutrze, ale i oto mniejsza! Co mi tam taka piosneczka! „Piękna ksieni zkąd przychodzisz?“ owszem będzie to stanowiło piękną całość z śpiewką: „Dokąd idziesz księże opatie?“ —
— No, no, już dobrze. Czekaj mnie tutaj; będę łajał.
— Wierzaj mi wasza królewska mość, że jeżeli się z tego przedsięwzięcia chcesz wywiązać, to łaj lepiéj tutaj, łaj przedemną, a będę pewniejszym skutku. A jeżeli ci rozumowania zabraknie lub pamięci, daj tylko znak a zaraz waszéj królewskiéj mości na pomoc pospieszę.
— Masz słuszność, odpowiedział ten, który przyjął na siebie sprostować zdróżności zakonnic w Chelles i w którym czytelnik zapewne już poznał rejenta, Filipa Orleańskiego. Tak, to zgorszenie powinno ustać.... choćby tylko w części. Niechaj ksieni odtąd dwa razy w tydzień przyjmuje, niechaj ustanie ten tłok i te tańce; i potrzeba ponaprawiać zamki, ażeby tak pierwszy lepszy sobie tutaj nie wchodził, jakby dojeżdzacz do lasu. Księżniczka Orleańska porzuciła zbytki i przejęła się myślami religijnemi; zamieniła palais-royal na opactwo w Chelles, i to wbrew woli mojéj, który się temu sprzeciwiałem. Niechżeż teraz chociaż przez pięć dni w tygodniu będzie ksienią, a pozostaną jéj jeszcze dwa, w których może być wielką damą: czy to nie dosyć?
— Bardzo dobrze, jaśnie oświecony panie, bardzo dobrze, doskonale, wasza królewska mość zaczynasz rzecz pojmować.
— Czy ci to dogadza, powiedz?
— Tego właśnie potrzeba. Otóż zdaje mi się, że mniszka, która ma 30 pokojowców, piętnastu lokai, dziesięciu kucharzy, ośm powozów, sforę; która fechtuje, gra na basetli, trąbi, krew puszcza, rumbarbarum daje, peruki robi, toczy nóżki do fotelów, strzela z pistoletów i puszcza fajerwerki, że taka mniszka, jaśnie oświe. panie, nie bardzo w klasztorze się nudzi.
— I cóż tam! zawołał książę na starą zakonnicę, która z pękiem kluczy przez pokój przechodziła, czyż nie uprzedzono wielebnej ksieni o mojém przybyciu? Chciałbym wiedzieć czy mam pójść do niéj, czyli tutaj na nią zaczekać?
— Wielebna matka idzie, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała z poszanowaniem siostra, pokłoniwszy się nisko.
— To prawdziwe szczęście! — poszepnął rejent, który wreszcie począł uważać, że szanowna ksieni go nieco lekce waży i jako córka i jako poddana.
— Dalej-że jaśnie oświeceny panie, przypomnij sobie książę owę sławną parabolę o Chrystusie, wypędzającym kupczących z świątyni. Znasz ją wasza królewska mość, znałeś ją i musisz ją sobie przypominać; nauczyłem ją jaśnie oświeconego pana, gdym był jego preceptorem, wraz z wielu innemi jeszcze rzeczami. Wypądź wasza królewska mość troszkę tych muzykusów, fizyków, komedjantów i anatomistów. Tylko trzech z każdéj professyi, a na słowo moje, że będziemy mieli ładną eskortę, wracając.
— Bądź spokojny, czuję się właśnie natchnionym do kazania.
— Otóż i w sam raz, odpowiedział Dubois wstawając, bo właśnie nadchodzi.
I w téjże chwili otworzyły się podwoje i na progu stanęła oczekiwana.
Powiedzmyż teraz w dwóch słowach, kim była owa szanowna osoba, która zbytkiem i różnemi szaleństwami potrafiła rozniecić gniew Filipa Orleańskiego, człowieka najbardziéj dobrodusznego i najpobłażliwszego ojca w całéj Francy i i Nawarze.
Panna de Chartres, Ludwika Adelajda Orleańska, była drugą córką rejenta i to najładniejszą z pomiędzy trzech. Miała płeć piękną, piękne oczy, śliczną kibić i wypieszczone rączki; zęby jéj szczególną odznaczały się pięknością, tak że księżna elektorowa, jéj babka, mieniła je być sznurem pereł w koralowém schowaniu. Nadto tańczyła dobrze, śpiewała jeszcze lepiéj, grała od ręki i wtórowała wybornie: jéj nauczycielem muzyki był Cauchereau, jeden z pierwszych artystów opery, i tak wielkie przy nim robiła postępy, jak rzadko robią kobiety a tém mniéj księżniczki. Ale też panna de Chartres z wielką pilnością przykładała się do jego nauki. Późniéj może gorliwość ta wyjaśnioną będzie czytelnikowi, tak jak wyjaśnioną została jéj matce.
Zresztą wszystkie jéj upodobania były więcéj męzkie, i zdawało się, że zamieniła płeć i skłonności z bratem swoim Ludwikiem. Lubiła psy, konie, i przejażdżki konne. Po dniach całych bawiła się floretem, strzelała z pistoletu lub karabinu, puszczała ognie sztuczne, w niczém nie dzieliła zwykłych zatrudnień niewieścich i bynajmniéj nie myślała o powierzchowności swojéj, która przecież na to zasługiwała.
Z pośród tego wszystkiego najwięcéj jednakże zajmowała się muzyką, i to jéj zamiłowanie zbliżało się aż do fanatyzmu: rzadko bardzo opuściła które przedstawienie opery, zwłaszcza gdy występował jéj nauczyciel, Cauchereau, i wtedy to okazywała mu uwielbienie swoje, sypiąc oklaski jakby jaka zwyczajna kobieta. Jednego razu, w jakimś nader trudnym śpiewie, artysta przeszedł sam siebie, a księżniczka w uniesieniu zawołała:
— Ach brawo! brawo! mój kochany Cauchereau.
Księżna Orleańska uważała to zachęcenie nie tylko za nader żywe, ale i ów wykrzyknik za zbyt śmiały w ustach księżniczki krwi. Uznała przeto, że panna de Chartres dosyć już zna muzykę, Cauchereau został dobrze zapłacony i oznajmiono mu, że ponieważ godziny muzykalne jego uczennicy ustały, bytność jego w palais-royal jest zbyteczną.
Nadto skłoniła księżna swoją córkę, by na dni kilkanaście pojechała do klasztoru w Chelles, gdzie była ksienią przyjaciółka jéj, siostra marszałka de Villars.
Zapewne to w tym czasie powzięła panna de Chartres zamiar usunięcia się od świata. Bo w końcu wielkiego tygodnia r. 1718, uprosiła swojego ojca, że jéj pozwolił święta wielkanocne w opactwie w Chelles przepędzić. Po świętach zaś, zamiast powrócić do palais-royal i zająć znowu miejsce księżniczki krwi, panna de Chartres prosiła, by jéj dozwolono w Chelles zakonnicą zostać.
Książe, twierdząc, że dosyć już mieć jednego mnicha w rodzinie, tak nazywał prawego syna swojego Ludwika, chociaż i jeden z synów jego naturalnych był Opatem w Saint-Albin, czynił wszystko, co tylko mógł, ażeby córkę od tego od wieść zamiaru. Ale właśnie może owe przeszkody, jakie znalazła, zachęciły ją w tém przedsięwzięciu, przełamała je, i dnia 23 sierpnia 171S r. wyrzekła śluby zakonne.
Wówczas to książę Orleański, zważywszy że córka jego, jakkolwiek zakonnica, nie przestała jednakże być księżniczką krwi, starał się wnijść w układy z panną de Villars. Dwadzieścia tysięcy dochodu, które zapewniono siostrze marszałka, zapewniły pannie de Chartres jéj miejsce, i mianowano ją ksienią w Chelles. Od roku już zajmowała ten stopień wysoki, i to w sposób tak niewłaściwy, jakieśmy widzieli, że ściągnęła na siebie uwagę księdza Dubois i rejenta, którzy przecież nie uchodzili za tak bardzo prawowowiernych chrześcian.
Ksieni opactwa w Chelles ukazała się więc na rozkaz swojego ojca, ale już nie otoczona owym dworem eleganckim i poziomym, który był uleciał wraz z cieniami nocy, lecz postępowało za nią sześciu duchownych w czarnych ubiorach, z zapalonemi gromnicami w ręku, co niejako przekonywało rejenta, że córka już naprzód do jego stosuje się woli. Znikł wyraz uciech, swawoli i rozpusty, a w miejscu tegoż napotykano surowe spojrzenia i ponure przybory.
Jednakże rejent sobie pomyślał, że czas, który na czekaniu spędził, mógł wystarczyć do przygotowania owéj posępnéj ceremonii.
— Nienawidzę hipokryzyi, ozwał się tonem cierpkim, i łatwiéj przebaczam ułomności, która się przedemną płaszczykiem udanéj cnoty nie okrywa. Te wszystkie gromnice, moja pani, wydają mi się, jak gdyby były resztkami wczorajszego światła jarzęcego. Czyż wszystkie twoje kwiaty w ubiegłéj nocy powiędły a twoi współbiesiadnicy są tak znużeni, że mi ani jednego bukieciku i ani jednego tancerza pokazać nie możesz?
— Panie, odpowiedziała ksieni poważnie, zawiodłeś się, jeżliś przybył szukać tutaj rozrywek i zabaw.
— Tak, widzę to, przemówił rejent, spojrzawszy na widma, które córkę, jego otaczały, widzę że wczoraj obchodziliście tutaj ostatni wtorek i żeście go dzisiaj pochowali.
— Czy po to tu przybyłeś, panie, ażeby mnie wziąść na indagacyą? W każdym razie, to co tu widzisz, zgadza się zapewne najzupełniéj z oskarżeniami, które na mnie do waszej królewskiéj mości zaniesiono.
— Przybyłem tutaj, odpowiedział rejent, zaczynając niecierpliwić się na myśl, że go oszukać chciano, przybyłem tutaj, moja pani, by ci powiedzieć, że rodzaj życia, jaki prowadzisz, wcale mi się niepodoba. Twoje wczorajsze sprawy nie przystoją zakonnicy, a dzisiejsza surowość niestosowna dla księżniczki krwi. Wybieraj raz na zawsze, albo być ksienią albo też waszą królewską mością. Poczynają bardzo źle o tobie mówić w świecie, a ja mam dosyć własnych nieprzyjacioł, nie ażebyś jeszcze z głębi klasztoru twoich na mnie popuścić miała.
— Niestety, panie! odparła ksieni tonem poddania się, wyprawiając bale, uczty, koncerta, które wymieniano jako najświetniejsze w Paryżu, nie zdołałam się podobać owym nieprzyjaciołom, ani tobie panie, ani nawet saméj sobie, a cóż dopiero dzisiaj, gdy żyję zamknięta i samotna. Wczoraj po raz ostatni zetknęłam się z światem, dzisiaj, nie spodziewając się odwiedzin twoich, panie, zrobiłam jedno postanowienie i nie odstąpię od niego.
— I jakież to? zapytał rejent niewątpiąc bynajmniéj, że chodzi o jakie nowe szaleństwo, które tak były właściwe jego córce.
— Przybliż się panie do okna i wyjrzyj, odpowiedziała ksieni.
Rejent, na to wezwanie, przystąpił do okna i zobaczył, że na dziedzińcu wielki rozpalono ogień. W téjże chwili i Dubois, ciekawy jak gdyby był rzeczywistym Opatem, przysunął się także do niego.
Do owego ognia przybiegali jacyś bardzo zajęci ludzie i wrzucali w płomień różne dziwacznych kształtów przedmioty.
— Cóż to jest? zwrócił rejent zapytanie do ciekawie przypatrującego się Dubois.
— To, co się teraz pali? zapytał opat.
— Tak jest.
— Na uczciwość, jaśnie oświecony panie że to zupełnie jest podobne do basetli.
— Jest to rzeczywiście basetla, ozwała się ksieni, basetla moja, doskonała basetla Valery’ego.
— I ty to palisz? zawołał rejent.
— Te wszystkie instrumenta są tylko źródłem zguby, odrzekła ksieni tonem, który najgłębszy żal i skruchę oznaczał.
— Ach! ach otóż i klawikord! przerwał jéj książę.
— Mój klawikord, panie; był tak doskonałym, że mnie zwracał do myśli światowych. Dziś rano skazałam go na zagładę.
— Jakiemiż to papierami i księgami podtrzymują ten ogień? zapytał Dubois, którego to widowisko do najwyższego zajmowało stopnia.
— Nuty moje, które kazałam spalić.
— Twoje nuty? zadziwił się rejent.
— Tak jest, a nawet i twoje, panie, odpowiedziała ksieni. Przypatrz się dobrze, a zobaczysz i całą operę twoję, Panthea, gdy jéj koléj nadejdzie. Pojmiesz zapewne, że zrobiwszy raz takie postanowienie, powinnam była wszystko od razu do skutku doprowadzić.