Byli i będą/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Byli i będą
Podtytuł Powieść
Data wydania 1944
Wydawnictwo Rada Polonii Amerykańskiej
Drukarz Pittsburczanin
Miejsce wyd. Pittsburgh
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


I.

Wielkie bory, co pokrywały prawie całą okolicę, przerżnięte były szerokim szlakiem pocztowego gościńca. Na drodze i w borze była wielka cisza. Ścieżką przydrożną, pod cieniem starych sosen, szła szara postać żebraczki. Chustą okryta, sakwami obwieszona, kijem się podpierając, szła szybko, cicho, ledwie, zda się, bosemi stopami tykając ziemi. Z pod chusty wyglądała twarz brunatna od skwaru, sucha, ostra, z czarnemi, bystro patrzącemi oczami. Krok miała tak chyży, że mogła sprostać końskiemu truchtowi, a ruchy żywe i młode. Nie ustawała, dopóki bór ją otaczał, ale oto sosny poczęły się mieszać z świerkami, droga pochylać się lekko, łagodnie, drzewa jakby się rozstępować, i oto gościniec wpłynął na szeroki szmat pól, łąk, obejmujący, jak okiem sięgnąć, żyzną, ludną, zbożną równinę.
Na granicy borów i pól, jakby warta lasu, stał stary dąb — a po drugiej stronie drogi kapliczka drewniana, daszek na czterech rzeźbionych słupkach, okrywający niezdarną, drewnianą figurę świętego Kazimierza.
Tutaj zatrzymała się żebraczka i jęła się bystro po okolicy rozglądać, jakby rozważając, dokąd po chleb i nocleg skierować się miała.
Na widnokręgu dwór czerniał duży, szeroko rozsiadły, łącząc się z gościńcem dwoma rzędami topoli; wprost długą linją ciągnęła się wieś — a na lewo, jak bukiety, rozrzuconych było kilkanaście osad, otaczających drewniany, niepozorny kościółek — het, na widnokręgu znowu bory obejmowały kraj w ciemną ramę — i ku nim chyliło się słońce, znacząc odwieczerz sierpniowego dnia. Po polach, jak mrówki, uwijali się ludzie.
Szelest rozchylanych gałęzi przerwał ciszę boru. Żebraczka dosłyszała i w okamgnieniu skurczyła się, zmalała, do ziemi, zda się, przypadła — miała pozór stuletniej baby — obejrzała się.
Z lasu wyszedł na drogę drab w mieszczańskiej kapocie, rosły, barczysty, patrzący zpodełba. Przyjrzał się starej, potem zerknął mimochodem na dąb — i spytał:
— Ty co tu robisz, starucha?
— Zdaleka idę, po prośbie.
— Nu, to idź, czegóż stoisz.
— Tak sobie, przystanęłam, by spocząć. Wy tutejszy?
— Tobie co do tego?
— Chciałam spytać, czy dwór bogaty? Warto wstąpić?
— Ten tam? Kozary? Tam pusto.
— Jakto?
— A takto. Pana Hrehorowicza rozstrzelali, a pani z dzieckiem kędyś u krewnych. We dworze stoją Jenisiejcy.
— I nic im z tylu dostatków nie zostało?
— Komu? Hrehorowiczom? A cóż miało się zostać? Może te Grele, gdzie stara siedzi, jego matka. A ty ich znasz?
— Byłam kiedyś przed laty w tych stronach — tak sobie przypomniałam. Cały kraj znam.
— To nie warto było w te strony wracać.
— Ot, do kościoła pójdę. Ksiądz opatrzy.
— Ale opatrzy, spodziewaj się. Już go dawno niema. Kościół zamknięty.
— Więc któż jest?
— Pustka. Wszędzie, het. W Kozarach, w Krośnie, w miasteczku, po wsiach, po dworach. Ot, do krośnieńskiej szlachty idź. Ci jeszcze siedzą!
Baba stęknęła głucho, na kiju wsparta powiodła oczami wkoło. Zatrzymała je na kapliczce.
— Figura się też zwaliła? — szepnęła.
— Co się miała walić. Toćby odnowili! Bawili się goście, krzyże wszystkie powalili — nie widzisz to?
Wskazał na dąb, na leżące potrzaskane drzewo Bożej Męki i dodał ze śmiechem:
— U nas teraz porządnie i cicho. W borze nawet dzięcioł nie kuje. Ruszaj, gdzie chcesz, nic cię złego nie spotka, boś stara i nieurodziwa.
Baba podreptała naprzód i skręciła na polną drożynę ku krośnieńskim sadybom — drab przepadł w gęstwinie.
Teraz widok szeroki zginął z oczu żebraczki — widziała tylko poletka różnobarwnej ścierni, owsiane półkopki, zieloną nać kartofli po zagonach. Weszła w szachownicę pól szlachty krośnieńskiej — zmierzała ku obejściom gospodarskim. Po drodze ludzie pracujący nie podnosili prawie oczu na nią. Mężczyźni ładowali owies na fury, kobiety wyrywały len. Strojem się tylko różnili od chłopów, zresztą pracowali ciężko, wyglądali ubogo. Kobieta zaczepiła wreszcie młodą dziewczynę, wiążącą len w snopy i tak zajętą i zamyśloną, że drgnęła, słysząc ludzką mowę.
— Pochwalony. Czy u was przygarnięcie na noc dostanę? Zdaleka idę! Ustałam! — żałośnie przemówiła stara.
— Idźcie śmiało. Ot, pierwsza nasza zagroda. Matka was przyjmie.
— Psów się lękam, już raczej pomogę, to razem pójdziemy.
Dziewczyna w milczeniu przystała. Stara poczęła powrósło rozścielać i gadać.
— To u was po okolicy, jak mór przeszedł.
Dziewczyna poruszyła brwiami.
— Dwór przepadł, ksiądz przepadł, kościół zamknięty. Jakoście cudem ostali — biadała dalej stara.
— Małe ludzie my — nieznaczne.
— A u was, u szlachty spokój? Byli pewnie chłopcy w partji, nie wzięli kogo?
— Nie. Wszyscy doma. Ale niewiadomo co będzie. Ktoś nas zgubić chce. Wy od miasta idziecie?
— Od miasta.
— Na dębie, co u boru stoi, naprzeciw kapliczki, niceście nie widzieli?
— Nie. Co miało być?
— Wisielec.
— Widziałam, po naszym kraju chodząc, dużo wisielców.
— Dwóch ktoś powiesił Jenisiejców, broń Boże trzeci, tośmy przepadli. Za tamtych siekli gospodarzy.
— Waszych? Dlaczego?
— Bo dąb na naszych gruntach. Teraz co nocy chłopcy wartują tam, żeby dopilnować. Jakbyśmy złapali, kto to czyni, dostawiliby do naczelnika.
— Tak się to boicie! Oj, widać, że wam jeszcze żaden palec nie obierał, tak się boicie!
— Dobrze wam mówić, te sakwy mając i nikogo swego i chleba prosząc.
— A to myślicie, że od urodzenia tak sama byłam i z sakwami na świat przyszłam, na drodze. Oj, było wszystko, a póki było, był lęk i żal stracić, i troska, by uchować. To tak tylko do pierwszego kucia, do pierwszego ognia, do pierwszego rozgrzania. Jak żelazo człowiek jest. Wy się jeszcze wszystkiego boicie, bo wasze dobro i dostatki wszystkiego się boją. Złodzieja, i ognia, i prawa, i siły.
Dziewczyna przestała wiązać snopy — patrzała na starą.
— Napatrzyli my się, napatrzyli. Ot, w Kozarach pan Hrehorowicz nic się nie bał, i niema go. A nasz ksiądz też nic się nie bał, i ot, ni księdza niema, ni kościoła. Jak się nie lękać!
— Jak na was przyjdzie, to się nauczycie.
— Czego się nauczymy?
— Co to jest.
Wyprostowała się i rzuciła ręką hen szeroko wkoło siebie, a potem stanęła, z oczami podniesionemi w niebo, bez dźwięków poruszając ustami. Dziewczyna zrazu zdumiona, zaciekawiona, zrozumiała wreszcie, że to obłąkana, i obejrzała się, jakby jej się pozbyć lub uciec.
Na szczęście wóz się ukazał na drodze, powoli się wlokąc.
A stara z szeptu przeszła w wyraźną mowę.
— Bo ziemia jałowieje, gdy żelazem jej nie ruszą, bronami nie poszarpią, potem krwawymi łzami nie zleją. A cep ziarno wyłuskuje, co pod ziemię kły puszcza i, lodami skute, czeka wiosny!
Wóz nadjechał. Bokiem siedząc, z nogami między szczeblami drabiny, powoził nim szlachcic.
— Panie Wincenty, możebyście mój len po drodze podwieźli — poprosiła dziewczyna.
— Radem usłużyć pannie Marcelce.
— Pan z miasteczka?
— Pańszczyznę odrabiałem teraźniejszą. Aż do Uhlan pędzili po mąkę i kaszę! Nawet zapłacili.
Podniósł czapkę i pokazał czerwoną szramę. Potem, nosząc wraz z dziewczyną snopy na wóz, mówił krotochwilnie:
— Powiedział starszy: na tiebie, stupaj! Ja czapką przykrył, żeby nie zgubić, i pojechał. Pan ojciec wasz już wstał?
— Leży, cały siny. A pan Kalasanty to nie wytrzyma, już i mowę stracił.
— No, nie dziw. Siedmdziesiąt lat to już nie pora w skórę brać. Spotkałem waszego Wiktora pod miasteczkiem, myślałem, że pojechał na zapowiedzi dawać.
— Nie do wesela nam teraz! — szepnęła dziewczyna.
— Wszystko swoim porządkiem. Słyszę, na przyszły tydzień z miasteczka goście wyjdą i spokój wróci. Co to za stara? Niemowa?
Żebraczka siedziała na skraju drogi, bez ruchu patrząc w jeden punkt. Dziewczyna szepnęła parę słów i szlachcic rzekł z politowaniem:
— Chodząc po naszych drogach teraz, to dur łatwo napaść może. No, gotowe, wstąpię do państwa za jednym zachodem chorego kuma odwiedzić. Hej, matka, jak chcecie wieczerzy i noclegu, to idźcie za nami.
Ale stara zdawała się nie słyszeć. Tak ją zostawili.
Wieczór zachodził; po polach rozległy się nawoływania do powrotu do osady. Nad dworkiem zakwitły dymy z kominów, od pastwisk ciągnęło bydło. Jak zwykle, jak co roku, co wieczór, od setek lat. Tylko nigdzie nie słychać było śpiewu, śmiechu, wesołego pokrzykiwania młodzieży, pastuszej fujarki, kościelnego dzwonka na Anioł Pański. Kraj umilkł, ludzie oniemieli!
Żebraczka podniosła się z zagona na turkot nadjeżdżającego wozu. Ten był wysłany kilimkiem, zaprzężony w parę koni, i siedział na nim młody chłopak w szarym samodziałowym surducie i kraciastych spodniach.
Stara zatrzymała go jękliwą prośbą:
— Gospodarzu młody. Podwieźcie mię, zanocujcie. Nogi nie słuchają, głodnam, psów się boję!
Zawahał się chwilę, wreszcie konie wstrzymał.
— Siadaj. Niewesoły będzie u mnie nocleg.
Przysiadła na słomie z przodu, ruszyli.
Przyjrzała mu się nieznacznie. Miał zacięte usta, oczy siwe, twarz suchą — wyraz uporu i siły w całej głowie i postaci.
— Zdaleka idziecie? — zagadnął.
— Oj, aż z za Bugu. W Ostrej Bramie byłam; wędruję po proszonem. Pacierze umiem, pieśni wszelkie, trochę na lekach się znam. Ot, żyję.
Spotkali dwóch ludzi, naprzeciw idących. Zamienili pozdrowienie.
— Dziad żyje? — spytał chłopak.
— Żyje, ale podobno kiepsko z nim. A ty księdza nie zastałeś?
— Pojechał do Grel, spowiadać tam kogoś i chować. Czekałem, nie doczekałem się — może go wzięli. Do Grel straszno jechać. Każdego zapisują, kto tam się pokaże. A wy na wartę idziecie do dębu?
— Aha. Nie słyszałeś czego w miasteczku.
— Nie. Śpieszyłem.
Minęli się. Stara się odezwała:
— To dziadek wasz słaby?
— Onegdaj na rynku dziesięciu naszych, samych najważniejszych gospodarzy, karanych było. Tamci młodsi, wytrzymali. Jego na wozie przywiozłem.
— Stary bardzo?
— Siedmdziesiąt lat sobie rachuje, ale nie poznać było. Wojskowy człowiek. Z nieboszczykiem Hrehorowiczem, ojcem tego, co dopiero rozstrzelali, to jeszcze w polskiem wojsku służył. Taki sądzone było, że z choroby nie umrze.
— A ojciec wasz doma?
— Pomarli z matką na cholerę. My z dziadem tylko na gospodarce. Babkę pochowali w poście.
Wjechali między osady, co niedaleko siebie, na wzór wsi, rozrzucone leżały, sadkami przedzielone.
W domach już świeciły ognie, gumna były pełne zboża, po sadach owoc dojrzały woniał.
Stanęli wreszcie u jednych wrót i skręcili na podwórze. Chłopak jął żwawo konie wyprzęgać, stara weszła do chaty, do izby, gdzie się świeciło. W izbie bielonej, wyższej i strojniejszej od chłopskich, leżał w kącie na łóżku stary, łysy człowiek. Oczy miał przymknięte i dyszał. Koło niego na stołkach siedziały dwie kobiety sąsiadki i dziewczyna, którą żebraczka widziała w polu. Obejrzały się na skrzyp drzwi, dziewczyna coś szepnęła jednej z kobiet, ta wstała.
— A kto tam? — ozwał się nagle chory.
— Uboga, na nocleg, jeśli łaska.
— Nocuj. Wędrował i ja tak kiedyś. Nakarmijcie, niech spocznie!
Stara usiadła na ławie u progu, zdjęła sakwy. A wtem młody wszedł do izby, przystąpił do łoża, popatrzał. Stary go poznał, oczu nie otwierając.
— A co? Znowuś konie zgonił darmo. Niema księdza?
— Do Grel pojechał, a tam nie puszczają. Warta stoi. Co miałem robić!
— Nic. Nie twój kłopot. Już ja się przy apelu wiem jak wytłumaczyć, żem przyszedł bez pomazania.
— Oj, Boże mój, dziadku, nie mówcie tak — szepnął żałośnie młody.
— Dureń jesteś! — rzekł stary, rozwierając oczy. — żałujesz to mi takiej śmierci. Nieboszczyk kapitan do końca żałował, że na polu nie został.
— Bodajby tym ścierwom cholera kiszki pokręciła za moją żałość po was!
— Cicho, cicho! — upomniała jedna z kobiet, poglądając na żebraczkę.
— Dureń jesteś! — powtórzył stary. — Chciałeś, bym cię ciągle niańczył. Już ci pora swoim rozumem żyć. Słuchajże teraz i byś wszystko spełnił.
Z wielkim wysiłkiem sięgnął pod poduszkę i wydobył kluczyk.
— Na, masz. To od skrzynki, co w świronku stoi za drzewem. Tam znajdziesz mój przyodziewek, co go na Zmartwychwstanie trza na sobie mieć. Uchowałem go, cały żołnierski rynsztunek. Obleczesz mnie weń, krzyżyk do piersi przypniesz, a on szmat chorągwi, co tam na spodzie leży, to mi pod głowę do trumny dasz. A pochowasz mnie, choć i bez księdza, ale na naszym cmentarzu, do miasteczka nie wieź!
— Panie Kalasanty, toć zgubicie chłopca. Toć nie wolno — jęknęła jedna z kobiet.
— Wynosić się, baby! To nie kądziel, ani kurza grzęda. Tu ani mamek, ani nianiek nie trzeba. Poszli!
Tak podniósł głos, że kobiety cofnęły się pod ścianę, i stało się cicho, tylko słychać było pochlipywanie dziewczyny.
— Kto tam beczy?
— To Marcelka — odparł młody.
— Owca, za innemi beczy, a takem uczył i uczył.
— Ja też nie ze strachu płaczę, ino z żałości.
— Łżesz. Straszno ci. Ale niechno mu wpoprzek powiesz temu, co uczynić przykazuję, popamiętasz. Przyjdę, zobaczysz, że przyjdę, z pod ziemi, z tamtego świata. Ja umiem wędrować! Wiktor, słuchasz ty, wiesz, dlaczego ciebie tak ochrzcili? Pan Hrehorowicz, mój kapitan, tak wybrał, że to znaczy zwycięzca. Rozumiesz?
— Wszystko, co dziad każe, spełnię! — rzekł chłopak spokojnie.
— Niechbyś no nie spełnił. To tak! A pochowawszy mnie, pójdziesz do Grel, do starej pani, z raportem, że stary Kalasanty zmarł nie na żadną słabość. I jakby jakie polecenie miała, albo posyłkę, to ty służ. Rozumiesz, akuratnie odraportuj.
— Słucham, dziadku!
— No, to jakby i wszystko. Dobro i wszystko, co jest, twoje. Trzymaj w garści i pilnuj, ano się w dostatku nie kochaj. Jedno zdechnie, drugie się spali, nie trza się o to turbować. Ale ziemi to nie puść, pazurami, zębami dzierż. Ziemia się nazywa: grunt, w niej wszelkie korzenie tkwią, i trawy, i drzewa, i człowieka. Puścisz ziemię, będzie cię wiatr nosił po świecie, suchą łomakę! A uchowasz ziemię — to, choćby cię sto razy od niej oderwali, to wrócisz i zakorzenisz się znowu.
— Oj, święte słowa, święte! — rzekła przeciągle jedna z kobiet.
— A niby to rozumiecie. Jakże, o jakiej ja ziemi to gadam?
— O jakiejże, o naszej.
— Co to? Naszej?
— Ot, o tych zagonkach, co je od wieku trzymamy.
— Durne wy. Nasze i pod Krakowem, i pod Smoleńskiem. Oj, zgłupiał naród, zgłupiał. Bodajby was znowu do szkoły nie wzięli, byście sobie przypomnieli! Leżycie teraz, jak żyto z plewą, co i ziarna nie widać. Bodajby was na taki wicher nie puścili, co odczyści ziarno od miękiszy. Panów teraz młynkuje, może i na nas przyjść.
— Zaguba wieczysta! — jęknęła kobieta.
— Uchowa może Bóg — a jakby przyszło, to nie zaguba i nie wieczysta. Głupie wy, myślicie, że ot, ten nasz kościół zamknięty nie żyje, ojoj, jak on żyje, myślicie, że młody pan Hrehorowicz zabity nie żyje, trzy ludzkie pokolenia przeżyje. A myślicie, że ot, ja jutro całkiem umrę? Jeszcze Wiktora dzieci wychowam! Wybałuszacie oczy, zrozumiecie kiedyś, a nie wy, to dzieci wasze.
Zmęczył się, wyczerpał, chwilę leżał bez ruchu. Ciało jego było jedną miazgą, innyby jęczał z bólu lub osłabł, stary żołnierz nawet skrzywienie za dyshonor sobie miał.
— Marcelka! — ozwał się po chwili.
Dziewczyna zbliżyła się.
— Poklęknijcie z Wiktorem. Na ślubie waszym nie będę, teraz pobłogosławię. Uczyłem was, powiadałem jako iść, by nie błąkać się, życia ni zgonu się nie bać. Nie zróbcie mi wstydu, pamiętajcie. Niema nic strasznego, tylko wstyd! Nic się nie bójcie, póki Bogu i ludziom oko w oko możecie stanąć bez sromu! Dajże wam Bóg do zgonu takie światłe oczy!
Położył rękę na ich głowach, głęboko odsapnął.
— To i wszystko. Skończyłem. Mówcie kto pacierze.
Kobiety poruszyły się, gdy nagle z kąta rozległ się wyraźny, uroczysty głos żebraczki:

Bogurodzica, Dziewica, Bogiem sławiona Marja!
Twego Syna, Gospodzina,
Matko zwolena, Marja,
Ziści nam, spuści nam, Kirie elejson.

Pan Kalasanty oczy szeroko rozwarł.
— Kto mówi? — spytał.
— Uboga! — szepnęła Marcelka.
— Niech mówi, niech mówi, oj Boże!
I po zapadłych, zmienionych rysach poczęły mu biec łzy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.