Było ich dwoje/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Było ich dwoje
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Wistocie, z czasem pewna sympatya dla skromnéj Marysi zaczęła się coraz okazywać wyraźniéj w p. Kalasantym. Z wielką nieśmiałością parę razy starał się z nią zawiązać rozmowę.
Trafiło się, że mógł jéj jakąś uczynić przysługę — nigdy tego nie zaniedbał.
Wszyscy się sentymentu dopatrywać zaczęli, lecz był tak dyskretny, tak bojaźliwy, że zdawał się nie prowadzić do niczego.
Wdowiec miał lat czterdzieści, choć dosyć młodo wyglądał, Maryś ledwie połowę tego wieku.
Nieśmiałe to oczekiwanie trwało z pół roku. W końcu łowczyna, która to także spostrzegła, wzięła kuzynka na spytki.
— Słuchaj-no, Kalusiu — coś ty mi się bardzo patrzysz na tę Maryś? Hę? przyznaj się! czyby ci się jéj chciało? Mów otwarcie.
Kalasanty okrutnie się przestraszył, zarumienił, chciał zapierać.
— Ale, nie kłam... słodko na nią patrzysz... Niema się czego wstydzić, rzekła łowczyna. Dziewczyna sierota, uboga ale poczciwa i dobra, jużcić nic złego nie myślisz...
Od słowa do słowa Podrębski się przyznał do afektu ale razem i do tego, że żadnéj nadziei nie ma, że się starym czuje.
Łowczynie tylko tego było potrzeba. Miała słabość niewypowiedzianą do kojarzenia małżeństw, już dla samych weseli zabawy. Po wyjeździe Kalasantego przywołała Maryś do siebie, aby ją wybadać.
Lecz dziewczę jak tylko zmiarkowało o co idzie, padło do nóg łowczyny i z płaczem jéj powiedziało, że p. Kalasantego szanuje, weneruje — ale zamąż iść nie myśli.
Jéjmość po tak stanowczéj odpowiedzi, nie nalegała, domyślała się jakiegoś sentymentu dawnego... dała jéj pokój.
W kilka dni przybył Kaluś i smutną otrzymał wiadomość, aby sobie dziewczynę z głowy wybił.
Przyjął ją jakby do niéj zawczasu był przygotowany, z rezygnacyą zupełną.
Lecz Maryś właśnie tego dnia, jak gdyby mu osłodzić chciała ten wyrok, w czasie obiadu i przechadzki starała się być dla niego tak uprzejmą i prawie czułą, że Podrębski, choć nadziei pozbawiony, odjechał szczęśliwy.
Zawiązał się między nimi stosunek osobliwy, którego nikt nie mógł zrozumieć, a łowczyna sobie nad nim próżno łamała głowę.
Maryś była śmielszą z nim i poufalszą, on téż do niéj daleko mniéj trwożliwie się zbliżał, nadskakiwał widocznie i ona to wesoło przyjmowała.
Wszyscy myśleli, że dziewczę się pomiarkowało, obrachowało, i że w końcu się to małżeństwem skończy.
Kalasanty pytany zapierał się i śmiał się smutnie.
— Jestem przyjacielem jéj, to pewna, mówił pannom — ale ona za mnie pójść nie pójdzie, no, i ma racyą — a co jéj po zeschłym grzybie! To nie przeszkadza, że ja ją miłuję i weneruję i póki życia sentymentu dochowam.
Łowczostwo oboje nie mogąc tego zrozumieć, prawie byli zgorszeni.
— Dziewczyna ma pstro w głowie, choć roztropna, a Kalasanty na romansowego Koloandra się kieruje... i wzdychaniem chce żyć. Gdyby trochę nalegał, bo dziewczęta to lubią — poszłaby, nie ma nic lepszego do zrobienia — on deliberuje i wędzi się! Ale kiedy mu z tém dobrze!!
Było rzeczą dowiedzioną, że Maryś na imieniny Podrębskiemu uszyła woreczek z pacioreczkami... że on jéj przez łowczanki prezenciki posyłał, ale niby nie od niego one szły... Wszystko to miało swe znaczenie, tymczasem nie zbliżali się więcéj — i tyle tylko, ze się do siebie uśmiechali.
— Głupi człowiek z tego Kalasantego — mówił łowczy.
Ze swéj strony jéjmość parę razy strofowała Maryś, która jéj odpowiedziała, śmiejąc się, że pana Kalasantego i szanuje i lubi, ale pójść ani za niego ani za nikogo nie może.
— To chyba już masz jakiegoś narzeczonego, któremuś słowo dała — spytała łowczyna.
Maryś spuściła oczy, nie odpowiedziała nic — poszła...
Tak rok upłynął.
Sądzili państwo Łowczowstwo że się to rozchwieje i zapomni, i że ta przyjaźń śmieszna ostygnie. Lecz stało się przeciwnie.
Pan Kalasanty, jakby wdzięczen jéj był że za niego iść nie chciała, codzień się stawał dla niéj czulszym i więcéj uprzedzającym.
Dostała Maryś szkarlatyny i trzeba było po doktora — Podrębski sam siadł na konia i na całą noc poleciał.
Późniéj przywiózłszy go, nie wyruszył z Szerokiego Brodu aż się przekonał, że nic więcéj chora potrzebować nie będzie.
— Jak mi Bóg miły, śmiała się łowczyna, on się taki w niéj kocha, a ta, z pozwoleniem, głupia, bo na świecie by lepszego męża nie znalazła.
Łowczanki jawnie go nią prześladowały, p. Kalasanty to przyjmował wesoło.
Zdaje się jednak, że musiał chyba zupełnie jeszcze nie stracić nadziei, bo łowczanki raz wyprowadziwszy ich na spacer, gdy manewrowały tak aby samych zostawić, i powróciły potém, — zastały Maryś mocno poruszoną, a Kalusia ze spuszczoną głową, jakby nową odebrał odprawę.
Lecz był to człowiek, jak mówiła łowczyna, osobliwego nabożeństwa; — nazajutrz wrócił taki sam jak był i z Marysią przyjaźń się wiązała nieprzerwana jak dawniéj. Byli z sobą jaknajlepiéj.
Staszek pisywał ciągle — lecz listy chodziły powoli... on sam przybyć nie mógł. W ostatnich skarżył się bardzo na oczy.
Podrębski, który miał interesa w Lublinie, jakoś w tych czasach pojechał do trybunału, i bawił tam parę tygodni. Gdy powrócił i zjawił się w Szerokim Brodzie, łowczyna aż krzyknęła zobaczywszy go, tak się strasznie odmienił.
Mizerny był, żółty i policzki miał wpadłe. Przytém, osobliwa rzecz, jadł więcéj niż kiedy — żarłocznie i dużo, a skarżył się na osłabienie.
Dawano mu tu jarzębinówkę, piołunówkę, kalmusówkę na przemiany, bo łowczy utrzymywał, że wszystkie choroby generalnie pochodzą z żołądka, który nazywał gospodarzem.
Nic to nie pomagało. Kalasanty chudł, w oczach mizerniał, na skelet wysechł... i ledwie chodził.
Nareszcie zapadł tak, że i z domu już nie mógł wyjeżdżać. Doktor bywał ciągle...
Łowczy jeździł do niego mało nie codzień, parę razy go odwiedziła sama pani z córkami, — i powracała bardzo skonsternowana.
— Nic z niego nie będzie — mówiła — niknie jak śnieg na słońcu... A — co mu jest, wiedzieć nawet nie można... Nasłanie jakieś! Doktor, sekretnie badany, odpowiadał dwuznacznie.
Stary więc łowczy, który lubił porządek we wszystkiém i znajdował, że człowiek winien się przygotować na śmierć rozmyślnie, pojechał delikatnie dać uczuć Kalusiowi naprzód, że spowiedź nigdy nie szkodzi, a testament nie umarza.
Na to Kalasanty mu z uśmiechem powiedział — iż ksiądz już był, a testament dawno złożony w trybunale.
Łowczy go za to w czoło pocałował.
— To znaczy, żeś uczciwy i rozumny, — zakończył.
Łowczyna pojechała w parę dni wioząc galaretkę jakąś choremu i drobne krupki owsiane... Kaluś przyjął ją wesoło, — śmiał się, baraszkował, jak gdyby był najzdrowszym, a żegnając ją odjeżdżającą wpół żartem powiedział:
— Niechże ciocia jadąc do mnie przywiezie pannę Maryannę. — Kto wie jaka mnie podróż czeka, chciałbym się z nią pożegnać...
Było to niby w śmiech powiedziane, ale w następnym tygodniu wybierając się do chorego, łowczyna wzięła starszą córkę i Marysi zaproponowała, aby jéj towarzyszyła.
Dziewczę było mocno wzruszone, zawahało się, lecz gdy łowczyna powtórzyła jéj życzenie chorego, milcząc usłuchała.
Pojechali do Kraskowa.
Całą drogę Maryś milczała, łzy mając w oczach; — Podrębski gdy ją zobaczył, jakby odżył... Nigdy się to dawniéj nie trafiało, teraz ją w rękę pocałował.
Po pierwszéj chwili zakłopotania, Maryś ośmieliwszy się chorego bawiła, posługiwała jemu i łowczynie... i, choć smutna, przyniosła tu trochę życia i wesela.
Na wyjezdném o kiju się za niemi do drzwi powlókł p. Kalasanty, i ostatnią idącą Maryś jeszcze raz za rękę wziął, całując.
— Niech pannie Maryannie pan Bóg płaci za to, żeś mnie chorego odwiedziła! Nie wesoła to rzecz patrzeć na takiego Łazarza — ale zasługa przed Bogiem pociechę mu przynieść...
Maryś łzy w oczach stanęły.
Rozstali się tak...
W tydzień jakoś z Kraskowa posłaniec przybiegł że p. Kalasanty dogorywa i z łowczym się widzieć żąda.
Natychmiast stary kazał zaprzęgać i pojechał, ale chorego już zastał na marach.
Żal był powszechny po nim, a Maryś się we łzy rozpłynęła.
Łowczanki nie mogły tego pojąć, że nie chcąc za niego iść, potém go tak żałowała i opłakiwała.
Ciekawość była powszechna komu majątek zapisał, bo krewnych blizkich nie miał. Łowczy, który miał aprehensyą, że córkom jego dostać się może Krasków, otwarcie powiadał, iż tego zapisu sobie nie życzy.
— Myśmy z nim żyli, służyliśmy mu, kochali go — uchowaj Boże legatu! Powiedzą ludzie, że zabiegaliśmy o to i przypochlebiali mu się — a Bóg widzi, że nam to w myśli nie postało. Niechby lepiéj na klasztory oddał — a my i bez tego dosyć mamy.
Testament, jak się okazało, był aż w Lublinie, i gdy go otwarto, — zdumieli się niezmiernie wszyscy. P. Kalasanty łowczankom na szpilki po pięć tysięcy złotych wyznaczył, a Krasków cały z remanentami, na kolanach prosił i błagał, aby Maryś Myszkówna przyjęła, jeżeli chce duszy jego dać spokój.
Wyraził się w téj ostatniéj woli swéj z takim respektem i afektem dla uniwersalnéj legatorki iż ręki jego odmówiła, wierną będąc uczuciu które w sercu zachowała, a o którém on wiedział — że przy czytaniu testamentu wszyscy się popłakali.
Maryś gdy jéj, wpadłszy do garderoby, łowczanka starsza dała znać o tém, zemdlała.
Nie chciała legatu i wyrzekała się go, aż gdy jéj klauzurę przeczytano, że dla spokoju duszy swéj błagał o to nieboszczyk — zamilkła.
Winszowali jéj wszyscy — ale ona smutna chodziła jak noc.
Pierwsza rzecz — łowczego prosiła, aby Krasków objął i zarządzał w nim.
Sama została jak była w garderobie i ani myślała w czémkolwiek życie i obyczaj zmieniać, tak służąc łowczynie i w domu jak przedtém.
Gdy po sąsiedztwie wieść gruchnęła, że Myszkównie Krasków się dostał, uboższa szlachta, kawalerowie różni co się koło niéj zdala już wprzódy kręcili, posypali się w konkury — aż śmieszno było.
Zdawało się jakby dopiero teraz dopatrzyli się że była piękną, roztropną i miłą.
Maryś ramionami ruszała, ani chcąc patrzeć na żadnego.
Był między nimi jeden dziedzic wsi przylegającéj do Kraskowa, który łowczemu i jéjmości do nóg padał, aby mu pomagali i swatali, chłopiec jak dąb i, co się zowie, przystojny.
Maryś, gdy na nią nalegano, wręcz powiedziała, że naprzód po nieboszczyku rok i sześć niedziel żałobę nosić będzie, a potém — ma już narzeczonego.
Jakoż, natychmiast list napisała do Staszka, aby przyjeżdżał, ale o wiosce swéj nie wzmiankowała ani słowa.
Pismo to poszło przez umyślnego posłańca do Wólki.
Na odpowiedź czekać musiała blizko dwa tygodnie...
List, który jéj przywieziono, był dziwny; bo, naprzód, nie pisał go Staszek sam, lecz obca ręka głucho jakoś donosiła, iż cokolwiek chory jest, i gdy pozdrowieje, starać się będzie przyjechać.
Maryś się rozpłakała odebrawszy go i — jak szalona, uspokoić się nie mogła... koniecznie sama chcąc jechać do chorego.
Łowczyna się temu oparła mocno i nieco ją uspokoiła, radząc czekać, a choćby drugiego potém wyprawić posłańca. Znajdowała, iż na żaden sposób nie wypadało jéj za narzeczonym gonić, który się tak jakoś okazywał chłodnym dla niéj.
Przez kilka dni Maryś we dnie i po nocach płacząc, zmizerniała, o mało się nie rozchorowała sama, w końcu wdowę po ekonomie, która miała dworek w Szerokim Brodzie, namówiwszy z sobą do podróży, tak się jechać uparła, że łowczowstwo oboje już wstrzymywać jéj nie chcieli.
Bryczka i konie z Kraskowa przyszły, zapasy na drogę także, i z płaczem się rozstając ze swemi dobrodziejami, Maryś z panią Rzepkową — wyruszyła w podróż, uściskana i pobłogosławiona.
Droga do Wólki, choć była rozpowiedziana dobrze przez posłańca i woźnica zaręczał, że do niéj trafi, trwała o dzień dłużéj, niż obrachowano.
Pora była jesienna, błoto rozgrzężone a poboczne szlaki, któremi się przebierano, niepewne, tak że parę razy pobłądzono; zamiast w południe, późną nocą zajechała Maryś przed małą karczemkę, która nawet zajazdu nie miała. Trzeba więc było nocować w bryczce na podwórzu — i dnia czekać nimby się do dworu dowiedzieć można....
Zmęczone Rzepkowa i dziewczę, opiąwszy się fartuchem, musiały tak dotrwać do rana.
Maryś, jak tylko we wsi się poruszać zaczęto, naprędce się w alkierzu u żyda przeodziawszy, pobiegła do dworu.
Na zapytanie jéj o pisarza Staszka, czy wistocie był chory, żyd głową pokręcił tylko i nie chcąc mówić nic, — potwierdzał to w milczeniu.
Tém niespokojniejsza śpieszyła Maryś do domu, w którym stary sługa zgarbiony, na zapytanie o mieszkanie Staszka, drzwi jéj ukazał w progu.
Zwolna otworzyła drzwi z bijącém sercem. Weszła na próg.
Widok który ją uderzył, jak skamieniałą zatrzymał na nim.
Staszek ubrany klęczał z rękoma złożonemi jak do modlitwy, i modlił się gorąco, łzy mu z oczów płynęły.
Zwrócił je ku drzwiom, wpatrzył się, niby we wchodzącą, lecz odgadnąć było łatwo że — nie widział nic.
Oślepł biedny.
Łagodnym głosem zapytał.
— Kto tam?...
Nie mając siły odpowiedzieć mu, przerażona Maryś z krzykiem się do niego rzuciła.
Poznał ją po głosie, rękoma począł szukać ławy, aby sparłszy się na niéj mógł powstać. Wzruszenie mu słowa powiedzieć nie dawało.
Maryś płakała i zanosiła się.
Staszek był straszliwie zmieniony, smutek, ból, przestrach tego okropnego kalectwa, które go czyniło żebrakiem gdy dopiero żyć poczynał — wyssały z niego siły... Młodość znikła z twarzy... Oczy zdawały się jak dawniéj, niby jasne i czyste, tylko jakby mgły łzawéj powłoka je osłaniała.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.