Było ich dwoje/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Było ich dwoje
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



W Szerokim Brodzie życie płynęło ciągle tym szerokim korytem czystéj wody, wesoło, żwawo, raźnie — jak ono tylko dla niewielu pobłogosławionych rodzin upływa.
Szumu trochę na wierzchu téj fali, nigdy mętów, niekiedy coś obcego, przepływającego szybko, co woda natychmiast porywa i unosi.
Do najbliższych sąsiadów i częstych gości w Szerokim Brodzie należał krewny łowczynéj, średnich lat, wdowiec bezdzietny, mający niezłą wioseczkę o miedzę, pan Kalasanty Podrębski.
Był to człowiek na pozór zimny, sztywny, nieśmiały, rządny, — obrachowany... ale pomimo to, jak wszyscy ludzie w sobie zamknięci, pełen głębokiego uczucia, które taił, aby go nie narazić na pośmiewisko.
Pierwsze jego małżeństwo, o którém nigdy nic nie mówiono, miało być nieszczęśliwe — lecz jéjmość jakoś rychło zmarła.
Żeniono go potém wielekroć, ale powiadał, że jarzma małżeńskiego już więcéj dźwigać nie chce.
Najłatwiéj by mu było starać się o jednę z sióstr ciotecznych łowczanek, lecz z temi był od dzieciństwa nawykł się obchodzić i uważać je za siostry, a stary łowczy małżeństwom między blizko powinowatymi stanowczo był przeciwny.
P. Kalasanty był niemal codziennym gościem w Szerokim Brodzie. Przyjeżdżał, grał z gospodarzem, cicho czasem coś pomówił z pannami, i milczący, jak zwykle, pokorny... służbista... odjeżdżał nazad do domu — dowiadując się tylko czy usłużyć czém nie mógł.
Panny go czasem wyciągały z sobą na przechadzki, aby im kwiatki zbierał, wrota otwierał, od psów bronił i aby się bezkarnie z kogo śmiać miały.
Na tych przechadzkach i u stołu widywał p. Kalasanty Maryś, i pierwsza starsza łowczanka dostrzegła, że pokryjomu na nią często spoglądał, a jak się jéj zdawało, bardzo czule.
Młodsza śmiała się z tego.
— Co tobie w głowie! Gdzieby on na którą z nas patrzał... on się kobiet boi i nie lubi.
— No, mów co chcesz... zobaczysz...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.