Było ich dwoje/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Było ich dwoje
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Maryś w domu państwa łowczych rozkwitała jak różyczka.
W téj atmosferze dostatku i wesela pierwszy raz w życiu było jéj tak dobrze, tak swobodnie, że życie wydało jéj się błogosławieństwem Bożém.
Wszyscy w tym domu byli serca otworzystego, potrzebującego kochania i starającego się o miłość. Panny łowczanki obchodziły się z sierotką niemal jak z siostrą, obdarzały ją czém mogły, a nadewszystko obejściem się serdeczném... Łowczyna prawie pieściła.
W ciągu niespełna roku na tym chlebie wiejskim, którego nie wymierzano, a było go podostatkiem, śmiejąc się i biegając z panienkami, Maryś rozwinęła się, wypiękniała, odżywiła i umiała w domu zająć takie miejsce, iż się bez niéj obejść było trudno.
W prawdzie haftowała niby w krosienkach z obowiązku, pomógłszy się panienkom ubrać — ale rzadko jéj pół godziny dano wysiedzieć w miejscu. Doświadczywszy, że się na nią spuścić było można, łowczyna posyłała z kluczykami do apteczki, wyręczała się nią w spiżarni, komenderowała do ogrodu... Panny brały ją na przechadzki.
A że u podkomorzyny dobrze się pisać nauczyła, nawet obowiązki sekretarza pani i pana łowczego spełniać musiała.
To ją powoli z garderoby przeprowadziło do pokojów. Kazano siadać do stołu — nawet przy gościach.
Wszyscy znajdowali, że obiecywała się być bardzo piękną — bo już nią była; — łowczyna zaś dodawała, gdy wyszła Maryś z pokoju:
— To fraszka że dziewczę hoże, ale stateczne i główka co się zowie... a serce bardzo dobre. Biedy przycierpiała dużo... to téż nad wiek ma doświadczenia i statku.
Trafiła się rzecz zabawna, iż stolnikowicz Pruchno, który dotąd sobie, pomimo odziedziczenia Koralówki, nie mógł żony znaleźć, zabłądził raz do państwa łowczych.
Doktor Miller trochę mu jakoś z nóg puchlinę spędził, poruszał się raźniéj i koniecznie chciał się żenić. A miał wielkie pretensye do młodości i posagu, tak że gotów był do starszéj łowczanki w konkury.
Śmieszném to było, i śmieli się z tego wszyscy, ale nie mniéj przyjąć go, gdy przyjechał, musiano. Dnia tego Maryś nie chciała iść do stołu. Zmusiły ją panny do tego.
Wpadła w oko piękna twarzyczka stolnikowiczowi...
Spytał o nią łowczynę.
— Asindziéj ją przecie znać musisz, bo była wychowanką nieboszczki podkomorzyny, i jest jedną z tych... które z Koralówki potém w świat poszły...
Zaczął się, jękając, tłumaczyć Pruchno ze swojego postępowania, — lecz wkrótce po obiedzie bardzo kwaśny wyjechał.
Łowczy, wyprowadzając go w ganek, jeszcze mu grzecznie dopiekał, że tyle ładnych dziewcząt tak się pozbył niemiłosiernie.
I tyle go w Szerokim Brodzie widziano.
Wśród tego szczęścia swego, opływając we wszystko, jak pączek w maśle, Maryś nie jeden raz myślała co się ze Staszkiem działo. Spodziewała się go ciągle, tęskniła, w końcu się i pogniewała.
— Żeby téż nawet nie dać znać o sobie! myślała.
Nie było żadnéj wieści.
— Co się z nim stało? może służbę stracił? może umarł?
Ta ostatnia myśl trapiła ją bardzo, lecz przypuszczać jéj nie chciała, nie mogła, odpychała ją. Bo choć miała tak łaskawych opiekunów w obojgu łowczowstwie, zawsze ten Staszek dla niéj był jakby rodziną, jak bratem.
Rozmaitemi mądremi środkami, nie zdradzając się, potrafiła sobie wydostać wiadomość, że Staszek miejsce u Borzęckich stracił, ale gdzie się udał nie było nikomu wiadomo. Domyślała się już, że gdzieś daleko za służbą wędrować musiał.
Smutno jéj było.
— Lecz żeby téż się nie zgłosić! powtarzała sobie...
Po upływie roku już się nawet przestała spodziewać wiadomości, gdy przez niewiadomo jakąś okazyą, spóźniony o dwa czy trzy miesiące, nadszedł list od chłopaka. Donosił on gdzie był, co robił i że mu było smutno bardzo... a co daléj ma poczynać nie wiedzieć...
Maryś zebrała się na odpowiedź przez okazyą, z pomocą arendarza — a list, z rąk do rąk wędrując, w kilka miesięcy doszedł wprawdzie Staszka, ale gdy się go już nie spodziewał, — zbrukany, rozpieczętowany i podarty.
Dwa lata upłynęły w tém rozerwaniu dwojga istot, które pomimo to czuły, że je coś z sobą wiązało.
Maryś już zrozpaczyła, by kiedyś Staszka widzieć mogła, gdy czasu świąt Wielkanocnych, uwolniwszy się na dni kilka, z furki na furkę się przesiadając, — jednego wieczoru przywlókł się on do Szerokiego Brodu.
Gdy wywołano Maryś z garderoby — nie mówiąc kto się z nią chciał widzieć; i zobaczyła przed sobą słusznego, chudego, wymizerowanego chłopaka; ledwie się dobrze wpatrzywszy poznać go mogła — tak był zmieniony.
Jemu téż w téj pięknéj panience rumianéj, świeżéj, pełnéj, uśmiechniętéj, dawną Maryś poznać było trudno. Ale oczy miała też same i swój wyraz twarzy łagodny a poważny.
Obojgu łzy się rzuciły z oczów.
Radość była wielka.
Maryś pobiegła natychmiast opowiedzieć się państwu — i oznajmić im o Staszku, o którym nieraz przed panienkami mawiała, — tak że ją czasem nim prześladowano.
Łowczanki ciekawe wybiegły zobaczyć gościa Marysinego, i powróciły rozczarowane, tak się im wydał nędzny i nie piękny.
Maryś zaś tém bardziéj jakoś nim się zajęła.
Litość w niéj wzbudził.
Stracił nietylko z dawnéj powierzchowności wiele, ale posmutniał, stretryczał, zwątpił o sobie. Piękność Marysi, jéj położenie szczęśliwe, o którém mu opowiadała, wszystko go upokarzało — odpychać się zdawało.
Rad był że się jéj tak wiodło — lecz... dawniéj stali z sobą na równi, teraz dzieliła ich wielka przestrzeń.
Przez tych lat parę myśl ożenienia z nią uparcie mu się nastręczała — lecz... mowy o tém być nie mogło. Dość było spojrzeć na nią by sobie powiedzieć, że znajdzie wielu daleko pewniejsze szczęście i dostatek przynieść jéj mogących...
Wyrzec się więc trzeba nadziei.
Łowczy, zawsze gościnny, Staszkowi kazał dać pomieszczenie u pisarza. Maryś go krewnym swym zwała, uważając za najbliższego.
— Jéj téż, patrząc na Staszka, serce się zakrwawiło. Tém mocniéj go pocieszyć chciała i natchnąć męztwem. Nazajutrz rano poszli razem do ogrodu.
Tu dopiero o białym dniu, przypatrzywszy mu się, Maryś dostrzegła, że oczy miał czerwone, zmęczone i wejrzenie smętne. Spytała go, czy nie cierpiał na nie.
— Ale jak! odparł Staszek, pocierając powieki. Nie wiem co się i z czego przyplątało... Mam pieczenie wielkie, a pod noc zachodzą jakby mgłą, szczególniéj prawe.
— A! to te siedzenie nad papierami, zawołała Maryś — które potrzeba porzucić! Jużcić nie może być, aby na świecie żadnego miejsca innego nie znaleźć.
— To, jak komu — westchnął chłopiec — a mnie — jak z kamienia.
— Czekaj-że, ja łowczego poproszę; nie może być, aby on nie wyszukał kondycyi u którego z sąsiadów, serce ma dobre.
— Bardzo bym był wdzięczny — odparł Stach, — ano znowu, jakże tu porzucić tego rejenta biednego, który do mnie nawykł i powiada, że jużby się nie obszedł beze mnie. Żal mi go! on téż niedowidzi.
— To, niechajże! stary — ale ty téż oczy stracisz... To nie może być.
Stach uśmiechał się smutnie, dziękując.
— Bóg zapłać wam, żeście wy dla mnie jak siostra, jak rodzona — rzekł. Ja myślałem, że mogliście zapomnieć o mnie.
— A ja toż samo o was aż do listu — sądziłam. Ale — dodała wesoło — czy to może być żebyśmy my sobie byli obojętni...
Staszkowi na widok ślicznego dziewczęcia serce się ściskało. Kochał ją teraz stokroć więcéj, lecz naco się to im zdało.
— A! moja Maryś, rzekł po staremu... Ja was więcéj niż siostrę miłuję, wyście dla mnie na świecie jedyną — ale co wam po mnie. Biedak jestem, na nic się ni komu ni wam nie zdam; a wy sobie znajdziecie lepszych niż ja — tysiące...
— Słuchaj-że, Staszek — odparło dziewczę kładnąc mu rękę na ramieniu — co to ma do tego kto lepszy, kto bogatszy, kto piękniejszy — kiedy się raz do kogo przywiąże, to ten nad wszystkich.
Pamiętasz Koralówkę? dziećmi będąc ciągleśmy się szukali... A teraz ja przez te lata tom oczy za wami wypatrzyła. Często się gniewałam na siebie. — Poco o nim myśleć kiedy on zapomina... a zapomnieć nie mogłam!
Uśmiechnęła mu się.
— Moja Maryś! zawołał chłopak — jabym za was życie dał — ale co potém! co potém!
Nie wiedzie mi się, do niczego się dobić nie mogę... Obojeśmy ubodzy...
Nie gniewaj się za to, co powiem, ale ja sobie dzieckiem myślałem, że, jak Bóg da, pobierzemy się kiedyś — i to będzie dopiero szczęśliwość!
Maryś się mocno zaczerwieniła, ale oczy wlepiła w niego śmiało.
— Ty sądzisz, że ja téż nie myślałam sobie, iż się pobrać musimy? A pocobyśmy się kochali? Ale i dziś tak samo... powiadam sobie... poczekamy, a pobrać się — pobierzemy, bo my dla siebie przeznaczeni.
Schwycił się Staszek po rękach ją całować, aż mu łzy w chorych oczach stanęły.
— O, ty, Maryś moja złota! zawołał — jakaś ty dobra... jakaś ty anielska...
— Pamiętam ci ja to dobrze, gdyś do Błotkowa przyjeżdżał i ostatni grosz swój mi oddawał.
Chłopak jéj mówić nie dał.
— Co tam było wielkiego, rzekł... Jużci to pewna, że dla mnie raj i niebo byłoby z tobą, ale naco ty sobie masz moją biedą świat zawiązywać? Ty — mój Boże, znajdziesz na wybór ludzi i młodych i majętnych — a ja... Spuścił głowę i dodał.
— Toćbym chyba sumienia nie miał.
— Cicho bądź! przerwała Maryś, rękę mu kładnąc na ustach. Żeby się o mnie kólewicze starali, powiadam ci, nie pójdę za nikogo tylko za ciebie. Czekać trzeba — będę czekała! Co wielkiego! dziesięć, piętnaście lat... Tobie się szczęście zmienić musi — Bóg łaskaw!
Pogłaskała go po twarzy...
— No! chodź — zawołała — pokażę ogród, rozruszasz się... Dosyć tego smutku, u nas tu nawet nie wolno z nim się nosić...
W takich rozmowach całe dwa dni upłynęło. Maryś tymczasem przez panienki do łowczego się udała, aby jéj krewnemu pomógł miejsca wynaleźć.
Stary, śmiejąc się z podejrzanego pokrewieństwa i palcem kiwając, przyobiecał.
Łowczanki, które przez te parę dni spotykały ciągle Staszka, a raz się z nim nawet wdały w rozmowę, znalazły go wcale do rzeczy, ale nie pięknym, chmurnym, a i czerwone jego zapracowane oczy im się nie podobały.
— Już to, słuchaj Maryś, rób z nim co chcesz, ale jeżeli się myślisz wydać za niego, to my na to nie pozwolimy. Ty sobie znajdziesz raźniejszego kawalera... On jeszcze kiedy oślepnąć może.
Maryś na myśl tę samę krzyknęła z przestrachu.
— A! niechże Bóg uchowa!!
Trzeciego dnia Staszek, którego podróż wiele czasu potrzebowała, musiał Maryś pożegnać.
Dziewczę rozstawało się z nim ze łzami.
— Gdy przybyć nie możesz, to choć napisz czasem słowo! szczebiotała. Prawda, że wy tam tego pisania i psucia oczów macie do zbytku, ale do mnie dosyć dwa słowa... Bylem wiedziała, że żyjesz i o mnie pamiętasz...
Staszkowi gdy na furkę, którą mu łowczy dać kazał do miasteczka, siadał, w głowie się zupełnie zamąciło i z tego wielkiego szczęścia, jakie go tu spotkało, i ze smutku nad dolą własną.
Lecz jak tu się było wydobyć z téj niewoli?
Wprawdzie pobyt przy rejencie miał swe wielkie korzyści.
Pisanie i przepisywanie uczyło, stary mówił, tłumaczył, objaśniał, książki poddawał, do czytania zachęcał, a Stach w téj samotności, aby z nudów nie umrzeć, karmić się niemi musiał.
Lata przebyte w Wólce usposobiły go na coś więcéj niż prowentowego pisarza, lecz zarazem zwarzyły młodość jego, nadwerężyły zdrowie, odjęły odwagę do życia.
Zestarzał na duchu w téj atmosferze chłodnéj i ciemnéj.
Parę dni w Szerokim Brodzie przywróciły nieco młodości... poruszyły sercem, ale odżywić całkiem nie mogły.
Przybywszy do Wólki znalazł swego starego rejenta w łóżku, chorego... Rodzaj febry wycieńczającéj odjął mu siły nagle... Umysł pozostał świeży, ciało było złamane. Czekał na swego amanneusa stary, spodziewając się, iż za jego przybyciem przerwana praca umysł zajmując i chorobę odegna.
Zaraz więc poczęło się dyktowanie z podwojoną gorliwością, któremu towarzyszyła niecierpliwość chorobliwa, i niezwyczajne rozdrażnienie. Służba przy chorym stokroć się jeszcze stała uciążliwszą, lecz Staszek przywiązał się doń, litował i podwajał starań, aby mu jaknajlepiéj służyć.
Pomimo wezwanego doktora i różnych środków używanych przeciw chorobie, nie ustępowała ona. Wiek się przyczynił do osłabienia i rejent z łóżka wstać nie mógł, ale praca, do któréj tak nawykł, z większą jeszcze zajadłością i uporem przedłużała się.
Stary lękał się, aby nagła śmierć nie przerwała jéj przed ukończeniem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.