Burza (Kraszewski, 1843)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Burza
Pochodzenie Poezye J. I. Kraszewskiego
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1843
Drukarz M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXVIII.
BURZA.
Od najstraszniejszych w naturze,
Straszniejsze w sercu są burze. —
PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye tom 1 s 15.png



I.

Cicho — cicho — a na wieży,
Chorągiewka się obraca,
Słucha wiatru — staje — bieży.
Słucha — leci i powraca!
I najeżone czoło,
Obraca w koło.
A z daleka ciągnie chmura,
Nad zachodem,
Za ogrodem —
Czarna — ponura!

A na niéj ognistemi piszą się głoskami,
Przepowiednie burzy.
Najświętsza Panno! bądź z nami,
Strasznie się chmurzy!
„Ślijcie najmłodszy dziewczynę,
„Niech weźmie laski pielgrzymie,
„Z któremi za ciężką winę,
„Szli przebaczeń szukać w Rzymie,
„Stryjowie moi.
„Niech weźmie z sobą dzwonek Loretański,
„Niech się niczego nie boi;
„Na chmurach kładnie krzyż pański,
„Niech trzykroć dom ten obieży,
„Niech w kościołku na wieży,
„Dzwon wielki uderzy,
„Módlcie się, módlcie szczerze,
„Chmura zachodu leci,
„Klękajcie dzieci,
„Mówcie pacierze!! — “

Tak woła wdowa młoda.
Nabożna gdy się boi,
Zalotna gdy pogoda —
Woła, na ganku stoi,
I krzyżyk ściska w dłoni,
I chmury okiem goni.



II.

A z daleka ciągnie chmura,
Nad zachodem,
Za ogrodem,
Czarna ponura.
A na niéj napisano,
Baltazara głoskami —
„Ziemio, zegnij kolano,
„Przed nami!
„Pioruny idziem do ciebie,
„Idziem do ciebie w gościnę,
„Znudziło nam się w niebie,
„Przyjmij nas na godzinę.
„Uczta będzie wesoła,
„Patrzaj, już błyskawica,
„Pali lasy i sioła —
„A pożar nam przyświéca!
„Uhuu! uhuu! z nami wszyscy,
„Śmierci, wichrze, burze, gromy,
„Jużeśmy ziemi bliscy,
„Drżą ludzie, płoną domy,
„Palą się lasy, my daléj,
„Lećmy na ucztę wesołą,
„Zbierzmy się wszyscy w około
„Będziem śpiewali —

„Uhuu!
„Uhuu!



III.

Mnichy w kapturach z paciórkami w ręku,
Każdy u łoża swéj celi,
Uklękli pomaleńku,
I modlić się zaczęli.

„Boże! co światom w przestrzeni,
Wskazujesz biegów ich drogę,
Przed Tobą upokorzeni,
Błagamy odpędź tę trwogę,
Odwróć ten kielich goryczy
Oto chmura z dala płynie,
Oto burza zdala ryczy,
Nie jeden człowiek dziś zginie,
Jeśli twa ręka z góry
Nieodwróci zniszczenia
Nie wyrwie błysków z chmury
Z piorunów płomienia
Panie! my słudzy Twoi
Modlimy się za braci
Z nas żaden się nie boi
Bo cóż na ziemi straci?

Panie! niech nagłą śmiercią grzesznik dziś nie zginie,
Odwróć piorun i dozwól czasu do pokuty,
Ach człowiek w więzy ciała tak silnie okuty,
Możeż być czystym w śmierci i sądu godzinie?
Z głębokości serc naszych, prosimy Cię Panie!
Wysłuchaj prośby nasze, przyjm nasze błaganie!
Zlituj się, któż niewinny przed twemi oczami,
Panie! zmiłuj się nad nami!—
Święta Maryjo, módl się, niech w śmierci godzinie,
Dusza będzie na straszny boski sąd gotowa,
Niech pokuta się spełni i nieprawość zginie,
Niech ostatnie do Boga będą grzesznych słowa,
Niech się o swoje zbrodnie oskarżają sami,
Niechaj w ich duszy promień Bożéj łaski świeci,
Królowo niebios! módl się za nami.
My twoje dzieci!
Święci! coście tu niegdyś żyli na téj ziemi,
Co znacie serca ludzkie i słabość ich cnoty —
Święci! dziś uwieńczeni w wieniec szczęścia złoty,
Pośrednicy, pomóżcie modłami swojemi.
Z wysokich niebios spojrzyj i zlituj się Panie,
Klęsk nad ziemią zwieszonych, zwróć ciężar daleki,
I niech się wola twa stanie
Na wieków wieki!
Amen. —



IV.

A burza leci, leci, prędko, prędko, szumnie —
I grozi rycząc, straszna, szybko się posuwa,
Chmury się cisną, ciągną napędzają tłumnie —
Noc, a nikt nie śpi jeszcze, wszystko w trwodze czuwa.
— Matko! czy słyszysz! wicher świszcze przez szczeliny,
Czy widzisz! w Imię Ojca! jak błyska na dworze!
To noc Eliasza! — woła cichy głos dziewczyny,
A matka rozbudzona usiada na łoże. —

— O! nie lękaj się Anno — nie lękaj się dziecię!
Ten Bóg co nam chleb dawał, rzuca piorun z nieba,
Cóż nam z życia smutnego, na wesołym świecie?
Nie lękajmy się śmierci — wszak nie mamy chleba!
Córko! módlmy się tylko i witajmy chmury,
Bo z niemi szczęście nasze, śmierć może przyleci,
I wolna dusza uleci do góry
Uleci!
Czegożbyś żałowała i kogo na ziemi! —
— Ciebie matko! — o dziecię — my Bożym rozkazem,
Jedno nieszczęście łzami zlewając jednemi.
Razem biedni, do nieba pójdziem córko razem —
Czy tybyś mnie przeżyła, albo ja śmierć twoją?


Nie! nie! jedna w nas dusza w dwóch ciałach mieszkała!
Też same myśli w głowie, łzy nam w oczach stoją,
Jednakowa nadzieja w sercu naszém pała,
Że tutaj opuszczeni, biedni, i nieznani,
Pójdziem z Łazarzem szukać nad ziemią nagrody,
A ten co nami wzgardził z piekielnéj otchłani,
Będzie nas widząc błagał o kropelkę wody!
Ale im, ani kropli! niechaj schną tam w piekle
Jak nas dręczyli zaciekle!
Nie będę mieć litości! wszak niemieli oni!
— Matko! niech Bóg przebaczy tym co nas dręczyli,
Co ozłoconéj biednym nie podali dłoni,
Nie wiedzieli co czynili!
Co za grzmoty!! Boże!!
Pioruny po piorunach! matko! — ja się boję — !!
— Śmierci?? Córko nie bluźnij! módl się niech w to łoże
Bóg piorun jeden ześle, jeden na nas dwoje —
Umrzem i skończym przecie,
Nie życie, ale długie konanie na świecie! —



V.

Na dworze grzmot ryczy zdala,
Na dworze deszczu potoki,

W rzekach szumi wzdęta fala,
Błyskami świécą obłoki,
A tu oświecona sala,
A w sali — tańce i skoki!! —

Okna w kobierce, zasłony ubrali,
I błyskom zamknęli drogi,
I skrzypakom grać kazali,
I płynie, płynie po sali,
Biesiadników poczet mnogi!
Muzyka pioruny głuszy,
Tu wesoło, taka wrzawa!
Miękkie tony głaszczą uszy,
Przepychem wzrok się napawa.
Ale w biesiadników duszy —
Pusto! głucho! Tu zabawa,
Jak po wodzie promień słońca
Tylko się prześliźnie zwierzchu,
I z tego promienia słońca,
Nic nie zostanie o zmierzchu!

O! wam panowie, wam panie!
Niema burzy małych chatek,
W każdéj porze na posłanie,
Wam się zawsze znajdzie kwiatek —

A nam biednym tylko wiosną,
Rzadkie, krótko, kwiaty rosną!
Dla was są cisze wśród burzy,
Od piorunów konduktory,
Tysiąc świateł gdy się chmurzy,
Sto dachów od słotnéj pory,
I muzyka — co zagłuszy.
Wszystko — oprócz głosu duszy!! —

Wam pól bożkom, gdy ciepła wśród zimy potrzeba,
Znajdziecie za pieniądze inny kraj i nieba,
Ubogi tylko na ojcowskiéj roli,
Wytrwa burze, piorony i nędzę przeboli,
A gdy wam krewni pogrzeb wesoły zapłacą,
Po nim płaczą, choć chować nie mający za co.

Bawcie się — niech burza ryczy,
Niech pioruny palą sioła,
Dla was tłum sług najemniczy,
Zakrył ten widok do koła,
I najemne fletów dźwięki,
Głuszą burzę, tłumią jęki! —

O! wam wesoło w tym złoconym domu,
Wam się świat złożył na chwilę zabawy,

Zakrył od dészczu; osłonił od gromu,
Lecz szczęścia nie kupicie, choć kupicie wrzawy.
Wolę ja nasze chatki, klóremi wiatr chwieje,
Gdzie przez szczeliny i okienka błyska,
Kędy przez dachy dészcz leje,
I szparami ścian się wciska.

Patrz! burza na ten gmach leci,
Stanęła, stoi nad dachem,
I tysiąc błysków w niéj świeci,
I chciała jednym zamachem
Rozbić pół bożków, gmach złoty,
A gniewy jéj próżne były,
On stał cierpliwy na groty,
Wiatry go nie nachyliły,
I piorun go nie zapalił,
Tylko mały domek blisko,
Biednéj rodziny siedlisko,
U nóg się jego obalił!! —



VI.

Burza leci, coraz bliżéj,
Módlcie się, bo śmierć jéj bratem,
Żegnajcie się ze światem,
Już niżéj, niżéj, niżéj,

Już po nad drzew głowami,
Ociera się i warczy,
O ludzie! modlitwami,
W Bogu szukajcie tarczy,
Człowiek was nie ocali,
Ziemia i niebo się pali.
Widzisz tam szubienica i trup się kołysze,
A przed nim siedzi kobieta strapiona,
A nad nim kruków głodne stado dysze,
A pod nim wilków trzoda wygłodzona. —


Matka.

Oddaj mi syna, puść go na chwilę,
Niech go uściskani raz jeszcze,
Kruków nad głową lata mu tyle,
I kwiat tak zimne napędza deszcze.
I mróz z północy tak wionie,
Ja go utulę, osłonię — —
Nocne godziny tak biegą!
Oddaj mi syna, bo któż na ziemi,
Większe ma prawo do niego? —
Jam go piersiami karmiła memi —
Krew jego to krew moja — jego — moje ciało,
I dusza jego moja, wszystko — któż na świecie
Kochał więcéj, jak kochało,
Matczyne serce — dziecię?? —

I wy wszyscy zbrodniarze,
Serca macie po parze,
I nas też było dwoje,
I mniéj nas być nie może,
O! otwórz ręce twoje!


Szubienica.

Nie matko! nie otworzę!
Jam żona twego syna!
Niech matka umrze z płaczu, niechaj z żalu skona,
Droższa jest od jéj życia, roskoszy godzina —
Starsza od matki, żona! —
Tak! jestem jego żoną — patrz — jak się mnie trzyma,
Jak w niebo niebieskiemi pogląda oczyma,
I jak milczy na twoje błagania i jęki,
Nie otworzył ust, nawet nie wyciągnął ręki
Idź, już na weselne gody,
Lecą kruki, wrony lecą,
Błyskawice uczcie świecą,
A twój syn, — to mój pan młody!
Matko! nie oddam go tobie.
Idź sama, pociesz się proszę,
Bo mnie drogie roskosze,
A on jutro będzie w grobie,
Jutro — ci co mi go dali,
Odemnie znów odbiorą,

Przyjdź jutro nocną porą,
Będziem razem płakali,
Dziś — już uczta gotowa,
I nie nudź mnie żalami,
Jak jutro będę wdowa,
Zapłaczę z wami!
Puść go! niech pocałunek oddam mu ostatni —
Mam go w ustach i usta i serce mi pali,
Pocałunek kochanki, ojca, matki, bratni.
Po nim pójdę — polecę, ucieknę najdaléj!!


Szubienica.

Nie mogę — matko, on nie twoje dziecię,
Ten kogo moje objęły ramiona,
Nie jest niczyim na świecie,
Ja jedna jego żona,
A matką jego mogiła,
A braćmi jego kruki,
A ojcem grabarz smętarny,
Robactwo syny i wnuki
A domem jego — grób czarny —
Idź matko — już on nie twój, już blisko wesele,
Już kat nas wczoraj związał sznurami,
Świadkiem było ludu wiele,
Ty sama stałaś ze łzami,

I ksiądz co w śmierci godzinę,
Przebaczył mu winę.


Matka.

Ksiądz przebaczył? a ludzie wszak nie przebaczyli,
Sami grzeszni, a kamień grzesznemu rzucili.


Szubienica.

Jego dusza daleko — idź za jego duszą —
A ciało moje i ziemi,
Mnie łzy nie poruszą,
Idź ze łzami twemi.
Ale ona nie poszła — choć burza straszliwa,
W płomienistéj szacie goni,
Chociaż się piorun odzywa,
I tak groźno mówi do niéj.


Piorun.

Idź kobieto! nad twą głową,
Patrz, zwieszony czekam jeszcze
Śmierć na ręku mojém pieszczę,
Mów ostatnie twoje słowo!

Ale ona łzawém okiem,
Patrzy tylko na twarz syna,
Patrzy i z żalem głębokiem,
Modlić się zaczyna. —

Nie słyszy głosu piorunów i burzy,
Nie widzi śmierci i chmury,
A coraz ciemniéj się chmurzy,
I wiatr silny wieje z góry,
I szubienica się chwieje,
I syn jéj jak zmartwychwstały,
Ile razy wiatr powieje,
Drży i porusza się cały,
A kruki nad ich głowami,
Żeglują skrzydły czarnemi,
Wilcy z głodnemi paszczami,
Wloką się wyjąc po ziemi.

Wtém z wysoka piorun pada!
Skryły się kruki i wrony,
I wilk na ziemi przysiada,
W pół martwy i przelękniony.

Ona się jedna nie bała,
Bo ją żal wielki ośmielił,
Ona jedna nie zadrżała,
Ją jedną — piorun zastrzelił!! —



PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye tom 1 s 19.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.