Burleska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Burleska
Pochodzenie Człowiek w oknie
Data wydania 1933
Wydawnictwo „Wydawnictwo Współczesne“
Druk Zakł. Graf. "Drukarnia Bankowa"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
BURLESKA.

Milong otworzył szafę, aby wyjąć z niej getry: wewnątrz stały zwłoki jego ulubionej ciotki — Morfiny. Zdziwiony Milong wyjął getry nie ruszając nieboszczki, — zamknął drzwi szafy, nucąc i, — przyozdobiwszy lakierki bielą getrów pikowych, — wyszedł z pokoju.
„Uśmiech Krytyka“ — kawiarnia poetycka: oddalona była o jedną „pieśń Don Kichota“ Elzenberga od domu Milonga. Zmówiwszy ją , stanął Mi­long przy wejściu do kawiarni i obejrzał się smut­no poza siebie: był lipiec; — różnokolorowe tramwaje i automobile sprawiały wrażenie leniwych żuków i rzeźkich mrówek, łażących między olbrzymiemi źdźbłami trawy — draaczami chmur. Obok Milonga przechodził właśnie tłusty, zielony kot, wlokąc za skrzydło wystraszonego gila; — Milong przeprosił kota, odebrał mu gila i puścił w powie­trze, poczem w szedł do wnętrza „Uśmiechu Kry­tyka“.
Przy stolikach siedzieli senni poeci, obmawiając swoich przyjaciół; otulały ich gorące spojrzenia kolorowych, gadatliwych papug — Żydówek. Milong uścisnął czyjąś chłodną, bardzo chłodną, rękę, minął grupę malarzy śpiewających lubieżne piosenki i podszedł do stolika, gdzie siedziała para kochanków: — poza miłością zajmowali się pożyczaniem pieniędzy i nieoddawaniem ich; byli różowi i piękni — ocieniała ich wielka popielata palma.
— Tssi, Milong! — wykrzyknął kochanek — co widzę, zmieniłeś guziki u marynarki: ech, ty — elegancie niepoprawny. Wspaniale wyglądasz.
— Pan ma oczy, ach, co za oczy, — jakie feralne ma pan oczy, — pan musiał być kiedyś niezwykle fotogeniczny, panie Milong. To powiedziała kochanka.
— No, głupstwo — doprawdy, — odparł Milong, patrząc z dumą na swe guziki, — cóż to oczy. — pozwólcie mi usiąść i odetchnąć nieco, — ohjoj męczą mnie ptaki i drzewa też, wogóle — wiecie — natura.
Siedział w milczeniu, patrząc na siebie przyjaźnie, po chwili Milong powiedział, patrząc tajemmniczo na kochanków:
— Zdaje mi się, że mam jakieś zmartwienie.
W pewnej chwili podszedł do nich właściciel chłodnych rąk, (niedobre ręce), przywitał się z kochankami i zapytał, czy nie widzieli Hirza. — Nie, nie widzieli. — Więc chłodnoręki odchodzi.
— Dobra to rzecz, takie ręce na upał — zauważyła kochanka.
Kochanek zwrócił się gwałtownie do Milonga:
— Co to, co to, — gniewasz się z Pytardem? — boście się nie witali.
— Ależ nie, skądże — witaliśmy się w przejściu, — gdzież tam gniewamy się, — wprost przeciwnie; bardzo go lubię i szanuję.
— Lubisz go, co ty powiesz? — No, to pożycz mi — dla niego — piątkę.
Milong wyjął zniechęconym ruchem monetę i oddał ją kochankowi. Zapytał:
— Czy dawno nie było deszczu?
— Oj, dawno — odparła żywo kochanka — dawno nie było i niewiadomo kiedy będzie, żyjemy w takich dziwnych czasach. — Ale pan, panie Milong, wydaje mi się jakiś senny, — ach! — ale, w sprawie snu, Pan lubi sny? Jakie ja miałam sny, no niech pan tylko posłucha, wczoraj był taki. Funia nie było na noc w domu i sama sobie tak śniłam, — no, niech pan posłucha.
— Słucham, tiak, no?
— Idę zieloną łąką po tłustej i wysokiej trawie; w pewnem miejscu rośnie wielkie drzewo — nie pamiętam jakie, ale mniejsza z tem. — Otóż położyłam się w cieniu tego drzewa i zasypiam, — a potem budzę się: — uważa pan, śni mi się przebudzenie, hę. — Koło mnie leży jakiś wojskowy. — Funiek, nie krzyw się tak, nie do twarzy ci z tą zazdrością, — otóż leży ten wojskowy; twarzy jego nie widzę, bo jest odwrócony; ma on piękne, falujące blond — włosy — Funiek! — rękaw od mundura ma podciągnięty wraz z koszulą, tak, że ręka jest goła aż po łokieć, — otóż z przegubu dłoni wyrasta ją mu porzeczki i ja je jem, lecz na miejsce zjedzonych wyrastają nowe i, tak długo się niemi objadam, aż mnie zaczyna brzuch boleć. A potem wojskowy odwraca się w moją stronę i okazuje się, że to mój mąż. Pamiętasz go, Funiek? Zaczyna mnie bić — Funiek nie denerwuj się, to tylko sen! uważa pan, nawet we śnie mnie bije i, nie jest to wcale wojskowy — zwyczajny jego mundur kolejarski; no, niech pan powie sam, czy ja nie jestem nieszczęśliwa... I kochanka zaczyna płakać.
Milong robi minę, jakby wąchał powietrze, uspakajają ją, a ona mówi dalej przez łzy: Widzi pan... naprzeciwko kanapy... na której zwykle... po południu leżę trochę, wisi portret ojca mojego męża, był to... bardzo mądry człowiek i ja... stawiam mu różne pytania, na które... on kiwa głową... tak albo nie... kiedyś, gdy go zapytałam... czy jestem głupia... kiwnął głową, że tak... ojojoj... nhuuu... no, niech pan powie, czy ja nie jestem nieszczęśliwa? huuuuu...
Kochanek począł ją głaskać po głowie i mówił: — no, no, nie płacz, Piziu, bo ludzie pomyślą, że to z powodu stanu materjalnego, no przestań. Widzisz, kochany Milong, co to z temi kobietami? — straszne.
— Proszę nie płakać, pani Piziu, — niech pani przyjdzie kiedy do mnie, to panią zahipnotyzuję od płaczu.
Ale Pizia dalej płakała i rozweselony Milong patrzał na jej łzy z czułością. Raptem — jednak — twarz jego spochmurniała, zerwał się z krzesła i powiedział: ach, racja! — żegnam was, — muszę wyświetlić sprawę śmierci mojej ciotki, — przyjdź pani, to panią zahipnotyzuję, — poczem szybko wybiegł, zostawiając za sobą zapach kopru.
W domu Milong zdjął spodnie, umył ręce, następnie otworzył drzwi szafy. Nikogo tam nie było. Milong wrzasnął tak, jakgdyby był kotem i jakgdyby mu kto na ogon nastąpił, poczem wskoczył pod łóżko w poszukiwaniu ciała nieboszczki. Ani śladu. Ponieważ poza szafą i łóżkiem nie było miejsca, gdzieby się zwłoki schować mogły, więc zrezygnowany Milong usiadł na łóżku i począł wspominać ciotkę: — poczciwa niewiasta, miała felery — to prawda, ale przecież kobieta. — Kto mnie teraz, u pioruna, będzie masował? — Pech. — Ale mawiała, miała przeczucie: jak ja kiedyś umrę, to zobaczysz, Milążek. No, i miała rację — umarła, a ja już cierpię. Gdzież ona poszła do djabła? — Co za niespokojny trup.
Milong położył się na łóżku i zaczął płakać, — już miał zasnąć, gdy raptem w drzwiach stanęła — no, kto stanął? — Morfina.
— Co to! — ciocia istnieje?!
— Aha.
— Jakto aha, — przecież martwe ciało cioci znalazłem dwie godziny temu w tej oto szafie.
— Złotko, ono nie było martwe, — ja zasnęłam. Tak, zasnęłam, — szafa, to jedyne miejsce, gdzie niema much.
— Mój Boże, i poco ja płakałem, — już się oswoiłem ze śmiercią cioci, — a tu masz, — taki zawód. Proszę o nierobienie mi na przyszłość takich kawałów.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.