Budnik/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Budnik
Podtytuł obrazek
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1874
Wydawnictwo Rogosz, Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.

My wróćmy do Macieja, który powoli i poważnie kroczy do dworu. Zagapił się najprzód przed gorzelnią na tańcujących parobków, wybijając takt nogą, potem przed folwarkiem, gdzie stały trzy bryczki oficerów i innych gości, które miał sobie za obowiązek sumiennie obejrzeć; potem w dziedzińcu stanął porachować szczekające psy i wierzgające konie, aż trafił gdzie panowie do celu strzelali.
Ciekawy a głupi, wparł się pomimo odpychania pod sam prawie bok strzelającym. Mina jego zuchowato-głupia wyzywała do żartów i wystawiała go na pośmiewisko niechybne.
Jaś strzelił o czterdzieści kroków kulą z gwintówki i chybił; budnik ramionami ruszył i rozśmiał się głośno, a potem pomiarkowawszy czapkę zdjął i pokłonił. Panicze to postrzegli.
— A ty czego śmiejesz się niedźwiedziu?
— Hę? — odezwał się Maciej głupawo — niedźwiedź nie, ale budnik.
— To wszystko jedno, czego się śmiejesz?
— Że kiepsko strzelacie.
— Patrzaj go, o czterdzieści kroków kulą.
— A o sześćdziesiąt? spytał Maciej.
— O sześćdziesiąt?
— Fanfaron! sprobujże! — zawołał Jaś.
— Jasny pan żartuje.
— Nie! nie! — ile razy trafisz, dam ci za strzał po dukacie, i to tylko o czterdzieści.
— Jakto dukacie? spytał budnik.
— Otóż bałwan! nie znasz dukata?
— Za cóż do kata? Jak chybię to do kata, a póki...
Wszyscy się śmiali.
— Ktoś ty taki, nieoszacowany brusie?
— Budnik, JW. panie.
— Zkąd?
— Z Osikowego Ługu.
— A! z moich lasów.
— Syn Bartosza, JW. panie, rodzony. JW. pan zna Pawłowę? Otóż Pawłowy synowiec, a Julusi JW. panie brat, a to Burek mój pies, proszę JW. pana.
Wszyscy polegli od śmiechu, bo od wyrazów śmieszniejszą daleko była rozradowana i promieniejąca twarz Macieja.
— No! strzelajże, kiedyś z nas żartował, a jak chybisz, bez pardonu stęplami.
— O! tego nie! JW. panie.
— Nie chcesz?
— Jak chybię, to wolę w pysk wziąć.
— No, zaraz widać kto ma rozum, pewny jesteś że ci nie dam. Strzelaj.
Budnik położył czapkę na ziemi, wziął strzelbę pańską podaną mu, pokiwał głową i oddał ją nazad.
— To śliczne strzelbisko, ale djabeł jego wie gdzie u niej co jest; ja z tego instrumentu nie potrafię.
— A może ze swojej? tem lepiej.
Wsród nieprzerwanych śmiechów wyrwano Maciejowi z rąk jego strzelbę, powiązaną sznurkami, zardzewiałą od wilgoci, a w niektórych miejscach wyślizganą od noszenia; niepozorną, długą, ciężką jak szyna żelazna, z zamkiem klapiącym jak stare pantofle. Panicze dobrze się z niej przymierzając i celując naśmiali, gdy budnik tymczasem nic nie słysząc i nie widząc, szukał w głębokiej torbie kul, bez których nigdy nie chodził, i nie patrząc na nikogo, zabierał się do nabijania.
Place! place! Komedją będziemy mieli — zawołał Jaś. — Widzisz cel?
— Nie widzę.
— Jakto? koło, a w kole czarną plamę?
— Plamę to widzę, ale bardzo ogromna.
— Jakto! duża ci jeszcze?
Maciej głową kiwnął. Posłano służącego, który kredą w środku celu biały znak położył.
— A teraz?
— Poprobujem.
— Stoim o czterdzieści kroków, nie zmieniam słowa, za każdy raz dukat. No! śmiało!
Zawczasu zabierano się już szydzić, gdy krótko urwany strzał dał się słyszeć i kula w samym znaku białym uwięzła. Maciej ani zważając na podziwienie i oklaski powszechne, już po raz drugi nabijał, po raz drugi trafił.
— Co chcesz za lufę?
— To nie na sprzedaj.
— Dam ci co zechcesz! — ozwał się jeden.
— Jak to co zechcesz? a jak zechcę...
Tu myśl nie przyszła czegoby mógł zażądać, i dodał z uśmiechem: — A na co lufa?
— Juściż to wiesz, spodziewam się.
— Bo z pozwoleniem pana, pan myśli że to lufa strzela?
— A cóż?
— To najprzód panie, że ja mam taki sposób na kule, a do tego panie, że to trzeba umieć.
Znowu śmiechy i budnika poczęto poić, rozgrzewając go i wódką i rozmową. Pan Maciej wszystkie zęby miał na wierzchu, tak w doskonałym był humorze. Strzelił raz trzeci i czwarty z równem szczęściem.
Kazio porwał strzelbę budnika i chciał tej samej sztuki sprobować; Maciej spoglądał z flegmą gdy mierzył i plunął gdy chybił.
— Cóżto u djabła! mógłżem chybić?
— Najniezawodniej — rzekł Jaś, rzucając dziesięć dukatów — kwituję z reszty; idź, najedz się, do kredensu i bywaj mi zdrów. — Budnik ucałował rękę pańską i pozostał długo w podziwieniu nad złotem, które pierwszy raz w życiu posiadał, nie wiedząc czy za nie kupić wioskę, miasteczko, czy kilka mil lasu.
Starannie wreszcie skarb ten zawiązawszy w węzełek, w którym już znajdowały się dwa trzygroszniaki poważne, wyczyściwszy strzelbę i nabiwszy ją loftkami na wszelki przypadek, posunął się naprzód do kredensu, potem na folwark.
Tu potrzeba mu było uzyskać za kwitem należną mąkę, którą kum Bartosza, kowal dworski, obiecał odwieźć do Osikowego Ługu. Ale dajże sobie rady w takim dworze, nawet z rozumem Macieja! Najprzód nie było ekonoma, potem nie było pisarza, nareszcie nie było gumiennego, który wiedział o przysiężnym; a gdy przysiężny przyszedł, nie miał kluczy, gdy się klucze znalazły, pokazało się w ostatku że nie ma mąki. A zatem kowal pożyczył skarbowi, za co skarb z lichwą miał mu oddać; dość że szczęśliwy Maciej siadłszy na wóz, już miał wyruszyć z workami i kowalem, gdy zaufany pana Jana sługa, który raczej na podpanka niż na służącego wyglądał, wstrzymał go kiwając nań ręką zdaleka.
— Wasan jesteś syn Bartosza? — spytał od niechcenia, spoglądając razem na Macieja i na wyjęty z kieszeni cylinder.
— Tak, syn rodzony Bartosza, nazwiskiem Młyński.
— Hm, a cóż tam u was bieda?
— O! sroga biedzisko.
— Poco bo się tam w tej budzie kwasicie? hę? Wszak masz siostrę?
— A jeszcze jaką śliczną!
— Stara pani nasza obiecuje ją wziąć do garderoby, i tybyś może znalazł służbę we dworze, naprzykład na strzelca.
— Zapewne, co ja na strzelca i rodziłem się; a co do Julusi, to się pana ojca patrzy, nie mnie. Albo ja wiem czemu jej nie oddaje? niechajby oddał.
— Powiedz tam ojcu niech ją przyśle.
— Alboto oni mnie posłuchają? — Ruszył Maciej ramionami. — A potem też pojechali do miasteczka.
Kamerdyner uśmiechnął się. — No, to jak powróci.
— A do czegożto mówiliście mieli wziąć Julusię?
— Do garderoby.
Maciej długo milczał, rozważając cobyto miało znaczyć, nareszcie odpowiedział:
— Pewnie tatulo nie zechce.
— Zechce, nie zechce, a ty powiedz swoje — dodał gładząc bokobrody służący — jeśli rychło jej nie oddadzą, to potem i miejsca nie będzie.
Zawrócił się kiwnąwszy głową i odszedł.
— W istocie — mówił sam do siebie — nieszpetny dziewczak się robi, a w nędzy to to zparszywieje. Paniczowi raz wraz na myśli ta dziewczyna, a tu już we dworze same tylko łupinki. Nudzi się biedaczysko. Tylko że to sprawa ze starym Bartoszem. Bodaj żeby nie było ciężko. Ale takiż nas nie pozabija.
Ruszył ramionami i ziewnął.
— Trzeba pospieszyć rozporządzić się wedle śniadania, bo to ta szuja wiecznie głodna, żre, żre, a nigdy się naćkać nie może. A za karty gałgany szachrują i nie płacą. Szerepetki! tfu! Za całą noc wszystkiego piętnaście rubli; trudno się nie pogniewać. Skąpcy! bodajto nasz! A! tylko że go drą na wszystkie strony niemiłosiernie. No! jest bo co i drzeć. Kiedy pan to pan! Pieniędzy zawsze huk, a kiedy da to garścią.
Ziewnął znowu. — Nieszpetny dziewczak, i kurczę to jeszcze młode, możebyśmy przy niej dłużej powisieli; a tu nam nie nastarczyć, coraz co nowego: dalej i na cztery mile wkoło nie dostanie. — I tak pomrukiwał wedle swego zwyczaju idąc ku dworowi, gdy Maciej tymczasem na furze z kowalem powoli ciągnął się do budy. Nim się naprzód wybrał i jeden i drugi, nim się pod las po grobelce dobili, dobry był już zmierzch, ale mimo ciemnej nocy, na którą się zabierało, nie obawiali się wcale zabłądzić. Znali oba doskonale drogi i drożyny, nawet te któremi w bór po drwa jeżdżą, nie prowadzące nigdzie krom porębów dalszych za błotami. Maciej poczęstowany kilkakrotnie czuł usposobienie do snu i kiwał się na workach; kowal fajkę palił i dumał. Niekiedy zamruczał coś pod nosem budnik, Burek jakby dając znać o sobie że niedaleko ubiegł, zaszczekał, wóz zapiszczał, gałęzie zaszumiały i jechali dalej.
Smutny las w nocy, zwłaszcza gdy go jeszcze nie okrywały liście. Te sterczące na mglistem niebie kościotrupy drzew suche, ten szum łamliwy i szorstki gałęzi, wcale różny od wesołego liści gadania; krakanie wron, które w najobrzydliwszą porę najbardziej rade się odzywają, i hukanie sów, i wycie wichru, najweselszego jakiemiś przepowiedniami zniszczenia zasmucić muszą.
Podróżni nasi zatrzymali się u karczemki Jankiela, przed którą stały dwa wozy i dwa konie wierzchowe; kowalowi bowiem fajka zgasła, a Maciej chciał się napić choćby wody. Zleźli więc oba z wozu i zarzuciwszy trochę siana koniętom, a bardziej jeszcze kozom żydowskim i krowie, która z powagą wybierała między podróżnych zapasami najświeższą paszę, weszli do oświeconej izby.
Gwar był wielki i ludzi dosyć. Koło komina kupa wieśniaków z fajeczkami, przy stole z waszecia coś i z żołnierska się zwijało; w komorze pan gumienny głaskał po brodę Sórkę, popijając wiszniak. Jankiel stał na przypiecku rozgarnąwszy poły, i nogi wyjęte z pantofli z kolei to jednę to drugą ogrzewał przy piecu. Spojrzał tylko na drzwi gdy wchodził kowal i Maciej, i splunął.
— Dobry wieczór!
— Dobry wieczór!
Dwóch odstawnych żołnierzy stojących przy stole obejrzeli się. Jeden z nich natychmiast rzucił się żywo, porwał za ramię Macieja i zawołał:
— Ot i on!
— Co za on?
— Ot! on jest! ot jest! — powtórzyli żołnierze oba. — Nu! to szczęście — i nim jeszcze Maciej zagłupiony i nie mogący pojąć co to znaczy przyszedł do siebie, odebrali mu strzelbę, pochwycili od niego torbę, skrępowali w tył ręce.
Budnik osłupiałym wzrokiem toczył wkoło, wszyscy kupili się koło niego.
— Co to? Co to? pytali ludzie — za co?
— A te gałgany budniki, to konie kradli. Dziś pan Pomocnik złapał ojca co prowadził je, a oto synalek, za którym nas posłali; sam w ręce wpadł.
— Nu! ruszajmy do miasteczka! ruszajmy! Noc się robi.
I nie czekając chwili, spiesząc się tak, że nawet zapomnieli za wódkę zapłacić, wynieśli się co najrychlej z karczmy. Kowal sam pozostawszy, rozmyślił się z mąką jechać choć po nocy do budy w Osikowym Ługu, dać znać Pawłowej i Julusi, że ojciec i syn pobrani zostali. Byłoto poświęceniem z jego strony, ale teżto był pobożny i poczciwy człowiek; panów kochać i służyć umiał. Panowie, Bogiem a prawdą, tyle się jemu i rodzinie dali we znaki, że porachowawszy ściśle co doznał i co czuł, nienawiść jego trzeba mu było przebaczyć.
Dwóch dworskich przytomnych wzięciu Macieja, powróciwszy wieczorem do Sumaczej, rozpowiedzieli o tym wypadku w oficynie. Dowiedział się i służący pana Jana i panna Tekla, która o wszystkiem wiedzieć była zwykła, i pan Jan, bo mu zaraz o tem zausznicy znać dali.
Wywołany do sypialnego pokoju pan Jan, wysłuchawszy doniesienia służącego, wzgardliwie piękne usta skrzywił i rzekł:
— Jednakże to łajdaki! Patrzcie, konie kradli. A wszyscyście mi mówili o tym starym Bartoszu, że poczciwy, dumny i ciężki człowiek. Widzicie jak nie znacie ludzi!
— Terazby pora wziąć dziewczynę do dworu?
— Jak uważasz, rób tam sobie co chcesz z panną Teklą. Niechaj ona po nią pośle, mnie nie uchodzi; już i tak gadają. A potem zobaczymy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.