Bryganci z Maladetta/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Bryganci z Maladetta
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII
ALFRED DE LAUTREVILLE.

W Pons był dziś jarmark. Na drogach, prowadzących do miasteczka, od wczesnego ranka panował wielki ruch. Dwaj ludzie zbliżali się do miasta od wschodu. Nie szli gościńcem, lecz ścieżkami, aby nie spotykać zbyt wielu ludzi. Obydwaj mieli długie pirenejskie strzelby oraz sztylety i rewolwery za pasem; nie wyglądali na ludzi zamiłowanych w spokoju. Jeden z nich miał na plecach coś w rodzaju kapiszona. Takie same kaptury nosili rozbójnicy podczas napadu w ogrodzie zamkowym, jasne więc, że obydwóch nieznajomych łączył jakiś związek z rozbójnikami.
Istotnie, jeden z nich był brygantem, który podczas nieudanego napadu zdołał zbiec, drugi zaś tym, któremu notarjusz pomógł do ucieczki. Dziwnym trafem spotkali się na drodze do Pons.
— Więc cóż, Bartolo, — przerwał jeden z nich długie milczenie — co teraz poczniemy?
— Wracam do kapitana.
— Ani mi to w głowie — mruknął drugi. — Da sobie radę beze mnie. Wcale się nie palę do kary, jaka mnie spotka za nieudany zamach.
— Masz rację, Juanito. Cóż jednak, trzeba wrócić. Przysięgliśmy
— E! Przysięga dana hersztowi zbojów nie wiąze. Postąpię, jak postępują kupcy: zacznę prowadzić interes na własną rękę. Czy przystąpisz do spółki?
— Czy ja wiem?
— Zastanów się, Bartolo! Capitano zabiera lwią część naszych łupów; wszystkie tajemnice, wszystkie wybiegi i kryjówki zachowuje dla siebie. Harujemy, narażamy się na więzienie, na stryczek, a on siedzi sobie w domu i gra pana. Czy wiesz, ile wziął za zabójstwo tego doktora? A ile z tego my dostaniemy?
— Kilka parszywych dukatów. Tak, masz rację.
— Dlaczegóż nie mielibyśmy pracować na własną rękę? Możnaby schwycić jakiego bogatego panka i wziąć za niego okup nielada!
— Masz rację, Juanito! Ale w takim razie trzeba porzucić te strony. Gdyby nas znalazł capitano, bylibyśmy zgubieni.
— Wywędrujemy za Ebro. Ale przedtem musimy zdobyć pieniądze na podróż. Na jarmarku obłowimy się; idziesz ze mną?
— Dobrze, ale musimy schować broń, bo pojawiając się z pistoletami i strzelbami, zwrócimy na siebie zbytnią uwagę.
— Nie w ciemię nas bito! Broń ukryjemy, ale teraz trzeba poszukać legowiska, gdziebyśmy mogli spokojnie noc spędzić.
Przenocowali w lesie, rano zaś ukryli zawadzającą im broń i udali się w kierunku Pons.
Mieli zamiar napaść na kogoś w drodze do miasta i odrzeć z pieniędzy.
Leżeli długo w krzakach, nie ruszając się z miejsca, żaden bowiem z przejezdnych, ani z przechodniów nie wyglądał na bogacza.
Po jakimś czasie usłyszeli tętent kopyt i wnet jakiś pojazd mignął im przed oczyma.
Bartolo wyskoczył z zarośli. Po chwili wrócił ze słowami:
— Do kroćset djabłów! To przejeżdżała hrabianka z zamku, ta, co stała obok doktora podczas naszego napadu.
— Co mówisz? Tę warto obrabować!
— Tak, to była ona. Ale powóz mknął tak szybko, że nie zdążyłem wypalić.
— Chciałeś ją zabić?
— Nie głupim! Chciałem zabić konie. Wtedy wpadłaby w nasze ręce.
— Tak, to niezły pomysł. Ale zabić taką cudowną, a przytem bezbronną kobietę, nie, to byłoby zbyt nikczemne.
— Z jej służbą uporalibyśmy się łatwo. Woźnica nie wyglądał na bohatera, a ten drugi, którego wczoraj nazywano rządcą, to tchórz patentowany; przed lada muchą ucieka. Hrabianka ma z pewnością sporo pieniędzy przy sobie. Zaczekamy tu na jej powrót, dobrze?
— Dobrze — przytaknął Juanito. — O lepszym łupie nie można było nawet marzyć. Przedewszystkiem zastrzelimy konie, potem rozejrzymy się, co robić dalej. —
Hrabianka Roseta śpieszyła w galopie do Pons. Przybywszy tam, wysiadła przed najlepszym w mieście hotelem i udała się do pokoju, który zajmowała zawsze, ilekroć była w Pons. Pokój był wprawdzie najęty, ale gospodarz zgodził się, aby Roseta zaczekała w nim na swoją przyjaciółkę.
Alimpo i woźnica udali się na pocztę, by wypatrywać przyjazdu lady Dryden.
Minęło pół godziny, gdy przed pocztą stanął zaprzężony w sześć mułów omnibus. Ostatnia wysiadła z niego dama w płaszczu podróżnym i w woalce. Alimpo podszedł do niej i, ukłoniwszy się głęboko, rzekł:
— Witam panią. Mam przyjemność mówić z donną lady Dryden, nieprawdaż?
Dama odpowiedziała z wesołym uśmiechem:
— Tak, jestem Amy Dryden. A pan kim jesteś, mój panie?
— Jestem rządcą zamku Rodriganda. Nazywam się Juan Alimpo. Moja Elwira...
Lady Dryden spytała wesoło:
— Któż to jest ta Elwira?
— To moja żona, miss sennorita Amy donna Dryden.
— Czy pan sam mnie oczekuje?
— O nie! Hrabianka Roseta jest tutaj. Czeka na panią w hotelu.
— Niech mnie więc sennor do niej zaprowadzi.
Alimpo prowadził Angielkę do swej pani z miną tak uroczystą i podniosłą, jakgdyby spełniał funkcję wagi niezwykłej.
Roseta, zobaczywszy z okna przyjaciółkę, pobiegła naprzeciw niej. Spotkały się w korytarzu hotelowym. Angielka odsłoniła nareszcie woal i Alimpo ujrzał twarzyczkę tak czarującą, że nie mógł przez chwilę ruszyć się z miejsca. Dopiero wzrok czarnych oczu Rosety zwrócił mu uwagę, że się powinien oddalić. Wyszedłszy do sieni, spotkał woźnicę, niosącego ogromne pakunki lady.
— Co za cudowna dziewczyna — rzekł do niego. Co za włosy. Istne złoto! Jeszcze chyba bardziej złote od samego złota. A ten pocałunek! O, gdybym ja go otrzymał zamiast hrabianki... Czego się gapisz? Bierz rzeczy i rób, co do ciebie należy!
Alimpo zauważył dopiero teraz, że woźnica słucha go z otwartemi ustami. Rzucił mu groźne spojrzenie i odszedł.
Obie panie, nagawędziwszy się dosyta, stanęły w oknie i obserwowały ożywiony ruch jarmarczny miasteczka. W pewnej chwili Angielka uniosła się na palcach i rzekła do przyjaciółki:
— Roseto, czy widzisz tego oficera?
— Tak. To huzar.
— Znasz go?
— Skądże znowu. Ale po mundurze poznaję, że to Francuz.
Był to Mariano, który zawadził o miasteczko Pons w drodze na zamek Rodriganda. Widząc go w pięknym mundurze huzarskim, na ognistym rumaku, nikt nie przypuściłby, że ten młody człowiek należy do szajki rozbójników. Towarzyszył mu w odpowiedniej odległości służący, również rekrutujący się z pośród brygantów. Mariano jechał w kierunku hotelu, gdzie chciał wypocząć. Na ulicy stał dosyć wysoki wózek z pomarańczami na sprzedaż. Zamiast wyminąć, Mariano przesadził go na rumaku, jakby to była drobna, nieznaczna przeszkoda.
— Brawo! — zawołała Roseta, klaszcząc w ręce.
— Wspaniały jeździec — rzekła Angielka, obrzucając jeźdźca spojrzeniem pełnem podziwu.
Mariano spojrzał w okno, przy którem stały obydwie panie. Zatrzymawszy konia, rzucił na górę jeszcze jedno długie spojrzenie.
— Widziałaś? — zapytała Amy, oblewając się rumieńcem. — Patrzył na ciebie.
— Na mnie? Skądże znowu? Wzrok jego był ku tobie skierowany; widziałam doskonale.
— Cóż ty mówisz! Jesteś przecież taka piękna, na ciebie więc musiał zwrócić uwagę.
— Aleś ty jeszcze piękniejsza ode mnie. Nie wierzysz mi? Gotowam ci dowieść.
— Ciekawa jestem, w jaki sposób?
— Urządzimy sąd polubowny.
— Wspaniale. Chyba arbitrem nie będzie ten pan Alimpo, który nazywa mnie i donną, i sennorą, i miss!
— Nie, z pewnością nie on! Alimpo to poczciwy człeczyna, ale na arbitra się nie nadaje, zwłaszcza, że bez swej Elwiry nie wypowie żadnego sądu ani zdania. Ale jest ktoś na zamku, kto powie, żeś ładniejsza ode mnie: nasz lekarz.
— Dlaczegóż ma on być specjalistą od piękności, a nie od lekarstw, mikstur i maści? — zapytała Amy, kręcąc nosem.
Roseta odparła z uśmiechem:
— Lekarz może się znać nietylko na kordjałach. Doktór Sternau...
— Sternau? — przerwała Angielka. — Przecież to niemieckie nazwisko. Opowiadałaś mi kiedyś, że lekarzem waszym jest doktór Cielli.
— Tak, był nim, ale już nie jest. Wyobraź sobie, moja droga, że ojciec mój ma wzrok odzyskać!
— Czy to możliwe? Ależ to byłoby szczęście niesłychane! Opowiadaj, Roseto, opowiadaj!
— Opowiem ci wszystko w powozie, po drodze na zamek. Jedziemy zaraz, nie chciałabym, aby ojciec się niecierpliwił.
Po chwili panie zeszły, by wsiąść do powozu. —
Przed hotelem stały obydwa konie huzarów. Mariano wszedł do restauracji na lampkę wina; siedział nad nią zamyślony, mając ciągle przed sobą parę niebieskich oczu, które zobaczył w oknie hotelu.
Usłyszawszy zajeżdżający powóz, stanął w oknie. Ujrzał na drzwiczkach powozu herb, na którym wymalowana była złota korona hrabiowska w białem polu z literami R.S. pośrodku.
Serce zabiło młotem. Zobaczył ucieleśnienie swych snów, snów, które były przecież rzeczywistością. Przywołał właściciela hotelu i zagadnął:
— Czyj to powóz?
— Hrabiego Manuela de Rodriganda — odpowiedział gospodarz.
— Rodriganda? Cóż jednak oznacza litera S?
— Hrabia nazywa się Manuel de Rodriganda y Sevilla. Właśnie wsiadła do powozu jego córka, hrabianka Roseta.
— Ah tak. Kimże jest ta druga dama?
— To jakaś obca pani. Pan Alimpo, rządca hrabiego, powiedział mi, że jest przyjaciółką hrabianki, Angielką, a jedzie w gościnę na zamek Rodriganda.
Mariano nie wiedział sam, na co ma patrzeć, czy na zawoalowaną twarz Angielki, czy na koronę, która dla niego była jakgdyby ewangelją. — Panie właśnie miały odjechać; gospodarz wyszedł, aby je raz jeszcze pożegnać. Angielka popatrzyła w okno, w którem stał nasz huzar, poczem konie ruszyły z kopyta. Mariano rzucił pieniądze gospodarzowi, wybiegł przed hotel i, wskakując na konia, zawołał:
— Jedziemy!
— Już? — zapytał służący, zaskoczony tym pośpiechem.
Mariano nie odpowiedział ani słowem. Słudze nie pozostało więc nic, tylko pocwałować za panem.
Mariano zacinał konia ostrogami tak długo, dopóki nie zobaczył przed sobą hrabiowskiego powozu. Jechał teraz ostrym kłusem. Uspokoił się nieco; mógł zebrać myśli. A może to spotkanie tylko przygodne? Przecież niejedna rodzina może mieć w herbie litery R. S. Dlaczegóż pędzi za powozem? Rodriganda jest przecież i tak celem jego wyprawy, więc prędzej, czy później zobaczy obydwie panie.
Zwolnił biegu; powóz zaczął mu ginąć z oczu. Nagle usłyszał dwa następujące po sobie strzały. Na zakręcie drogi ukazały się obłoki dymu. Czyżby kto strzelał do powozu?
Spiął konia ostrogami kilkakrotnie a głęboko — i popędził jak szalony. W przeciągu minuty był obok powozu. Pudło stało pośrodku drogi; obok leżały obydwa konie z przestrzelonemi łbami. Woźnica z wytrzeszczonemi oczami drżał na całem ciele. Juana Alimpo nie było ani śladu. Na stopniu powozu stał człowiek okryty kapiszonem, z rewolwerem wyciągniętym w kierunku obydwu naszych pań. Obok niego, na ziemi, drugi ze strzelbą w ręku.
Słysząc tętent konia, odwrócili się napastnicy.
— Do djabła! — mruknął Bartolo. — Poznaję Mariana.
— Cóż to nas obchodzi! — zawołał Juanito. — Ściągniemy go z konia i kwita!
To rzekłszy, wystrzelił w kierunku Mariana.
Mariano jednak wczas usunął się na bok — strzał chybił. Po chwili huzar wyciągnął szablę z pochwy. Zadał nią jednemu z napastników tak straszliwy cios w głowę, że aż szabla pękła; drugiego powalił wystrzałem z rewolweru, skierowanym w czoło.
— No, ci mają za swoje, — rzekł i, skłoniwszy się paniom, zapytał:
— Czy żadna z pań nie jest ranna?
Amy, cała w ponsach, milczała. Roseta odparła:
— Na szczęście nie. Pan nas uratował, proszę więc przyjąć najgorętsze podziękowania. Jestem hrabianką Rodriganda, a to przyjaciółka moja, Amy Dryden.
— Ja zaś zowię się Alfred de Lautreville. Czy mogę paniom ofiarować swoje usługi?
— Przyjmujemy je, panie de Lautreville, zostałyśmy tu bowiem zupełnie same.
— Niezupełnie jednak. Woźnica schował się ztyłu powozu. Podejdź bliżej, junaku!
Woźnica, który nie ochłonął jeszcze z przerażenia, zbliżył się, utykając.
— Dlaczego ukrywasz się, zamiast stać u boku pań? — zapytał Mariano. — Widzę, żeś mocny jak dąb, mógłbyś dać radę nie dwom napastnikom, a dziesięciu!
— Tak, to prawda. Ale bałem się, że mnie trochę przestrzelą. Zresztą, sennor Alimpo zrobił to samo; siedzi tam, schowany w krzakach.
Waleczny don Alimpo wychylił się właśnie z za krzaków. Podczas napadu padł na ziemię i zatkał sobie uszy, aby nie słyszeć. Widząc teraz, że niebezpieczeństwo minęło, skoczył na równe nogi i zbliżył się do powozu z zaciśniętemi pięściami.
— Mam wrażenie, hrabianko, że chcą tu na nas urządzić napad. Gdzie są te bestje? Rozerwę ich na sztuki, na proch rozetrę!
Mariano chciał odpowiedzieć, rzuciwszy jednak wzrokiem na Alimpa, oniemiał. Widział już kiedyś tego człowieka maleńkiego o zatrwożonej minie i śmiesznej bródce, widział z pewnością! Ale gdzie, gdzie?
Roseta wyręczyła go w odpowiedzi:
— Teraz nieco za późno na rozszarpywanie wroga. Trzeba było wytrwać na miejscu, a nie uciekać.
— Uciekać? Ja uciekałem, hrabianko? — zapytał zakopotany.
— Nietylko uciekałeś, mój panie, ale ukryłeś się w dodatku.
— Musiałem się ukryć. Nie mogłem przecież nadstawiać czoła pod kule. A zresztą, wiedziałem, że będę jeszcze potrzebny.
— Oryginalny sposób walki — przyznała hrabianka z uśmiechem. — Zresztą, spóźniłeś się i tym razem. Oto trupy obydwu opryszków.
Służący Mariana zsiadł z konia i pozdejmował kapiszony z głów napastników. Twarz tego, który otrzymał cięcie szablą, krew tak obficie zbroczyła, że nie było mowy o rozpoznaniu rysów; natomiast na widok drugiego napastnika, Alimpo zawołał:
— Święta Laureto, ależ to nasz zbiegły jeniec! Czy hrabianka go poznaje?
— Tak, to on, — rzekła Roseta. — Kara spotkała go prędko.
Roseta, zajęta rozmową, nie zwracała uwagi na huzarów. Obaj pochylili się nad zabitym, a służący mruknął:
— Do djaska, to przecież Bartolo!
— Nie daj nic poznać po sobie — upomniał Mariano. Zwracając się zaś do hrabianki, zapytał: — Pani znała tego człowieka, condeso?
— Tak. Należał do bandy morderców, która napadła na jednego z mieszkańców naszego zamku. Schwytano napastnika. Uciekł jednak.
Mariano odrzekł spokojnie:
— Więc to on? Trzeba o wszystkiem dać znać do Pons, jesteśmy bowiem na terenie miejskim.
— Cóż my poczniemy? Co się stanie z powozem, skoro konie zabite?
— Odwiozę panie na zamek.
— To byłoby cudowne! Ale nie mamy przecież koni...
— Zaprzęgniemy oba nasze wierzchowce i udamy się w drogę. Służący mój i ludzie pani pozostaną, aby zawiadomić władze i czuwać przy zwłokach do czasu, aż przybędzie komisja.
— Tak, to jedyna rada! Jedźmy stąd jak najprędzej, boję się tego miejsca — rzekła hrabianka.
Po chwili konie zaprzęgnięto; nasz porucznik wskoczył na kozioł. Alimpo podszedł do powozu ze słowami:
— Hrabianko, proszę o jedną łaskę. Niech hrabianka powie mojej Elwirze, że nie zostałem zabity, że zwyciężyliśmy!
— Dobrze, powiem jej to.
Mariano omal nie wypuścił z rąk cugli. Elwira, Alimpo, to przecież imiona tak dobrze mu znane.
— Władze zawiadomię natychmiast — oświadczył rządca. — W podobnych okolicznościach należy zawsze zawiadamiać władze, tak mówi Elwira.
Po tych słowach Mariano poczuł, że mu łuski spadły z oczu. Tak, ten Alimpo nosił go przecież na rękach, kołysał na kolanach. Nie miał czasu, by pomyśleć nad tem wszystkiem, hrabianka poprosiła bowiem, aby popędzono konie.
Gdy powóz odjechał, rzekł Alimpo do huzara:
— Jesteście ordynansem tego oficera? Czy mogę wiedzieć, jak się wasz pan nazywa?
— Porucznik Alfred de Lautreville.
— Jesteście Francuzami?
— Tak. Pułk nasz stoi w Paryżu.
— Porucznik mówi jednak po katalońsku, jakby się tu urodził. Czy długo bawicie w Hiszpanji?
— Tego nie mogę powiedzieć — odparł dumnie służący. — Jesteśmy bowiem w misji dyplomatycznej.
— Aha! Więc pan porucznik jest dyplomatą? Taki młody, a już dyplomata! A przytem oficer nielada. Popatrzcie tylko, jak zażył tego zbója.
Po tych słowach Alimpo zwrócił się do woźnicy:
— Czy przypatrzyłeś się dobrze porucznikowi de Lautreville?
— Tak.
— I nic szczególnego nie zauważyłeś?
— Nie.
— To dziwne. Jak długo służysz u naszego hrabiego?
— Przeszło trzydzieści lat.
— Więc go znałeś za jego młodych lat? Porównaj hrabiego w młodości z tym porucznikiem. Czy nic nie widzisz?
— Nie — odparł woźnica.
— W takim razie jesteś skończonym osłem! Zrozumiano?
— Tak jest — rzekł woźnica zadowolony, jakgdyby mu kto komplementy prawił. —
Powóz hrabiowski zdążał do Rodrigandy.
Roseta zastanawiała się, w jaki sposób rozbójnicy uplanowali zamach. Amy patrzyła na porucznika, który powoził z niezwykłą wprawą i wdziękiem. Nareszcie dojechali do zamku. Przed bramą stała długa, chuda postać.
— Co to za człowiek? — spytała Amy.
— To nasz pełnomocnik, sennor Gasparino Cortejo, — odparła Roseta.
Mariano znał to imię; nosił je bowiem człowiek, który kazał go wykraść. Nad bramą zamku Mariano zobaczył wielki herb, wykuty z kamienia, na którym widniała korona hrabiowska z inicjałami R. S.
Miał wrażenie, że przybył na miejsce, gdzie narodziły się jego sny młodzieńcze i że tutaj właśnie, w tym zamku, znajdą wcielenie.
Notarjusz przyglądał się nieznajomemu młodzieńcowi z ponurem zdziwieniem.
— Któż to jest? — mruknął do siebie. — Co za podobieństwo! To przecież wykapany hrabia Manuel z przed lat trzydziestu! Czy to przypadek, czy też zgoła co innego?
Poczuł na sobie badawczy wzrok oficera. Trwało to mgnienie oka, ale we wzroku tym było coś w rodzaju pytania, które kryje za sobą niebezpieczeństwo.
Panie udały się na górę. Na schodach zastąpił im notarjusz drogę i, ukłoniwszy się głęboko, rzekł z uśmiechem do hrabianki:
— Witam condesę, witam. Czy zechce mnie pani przedstawić swym gościom?
— Ależ oczywiście.
Kiedy zabrzmiało nazwisko notarjusza, oficer znowu skierował badawcze spojrzenie w jego stronę.
Cortejo natomiast, usłyszawszy nazwisko Alfreda de Lautreville, odzyskał spokój. Oficer był Francuzem, więc w podobieństwie jego do hrabi Manuela notarjusz upatrywał jedynie przypadek.
Na spotkanie gości wyszli hrabia Alfonso, doktór Sternau i Klaryssa. Na widok obcych koni, zaprzęgniętych do powozu, Alfonso zapytał o przyczynę tej zamiany.
— Pan de Lautreville pożyczył nam uprzejmie swoich koni, gdyż nasze zostały zabite, — rzekła Roseta.
— Zabite? — zapytał notarjusz zdumiony. — Przez kogóż to?
— Przez tego samego człowieka, który uciekł z zamku nocy ubiegłej.
Opowiedziała przygodę. Wszyscy dziękowali młodemu oficerowi, że pośpieszył paniom z pomocą; za przykładem innych i notarjusz podał mu rękę. Był zadowolony, że obydwaj rozbójnicy, dzięki śmierci swojej, uwolnili go od obawy przed przykremi niespodziankami. Rzekł więc:
— Sprawa niesłychanego napadu w zamku będzie dokladnie zbadana; komisja śledcza już przybyła. Prokurator z Barcelony jest właśnie u hrabiego Manuela. Ma jeszcze przesłuchać hrabiankę, jako świadka zbrodni, potem zaś komisja będzie mogla bez zwłoki podążyć do Pons.
Wszyscy udali się do hrabiego, który bardzo serdecznie powitał przyjaciółkę swej córki i ciepło podziękował oficerowi za uratowanie pań.
— Ależ to drobiazg — odpowiedział Mariano. — Nie zasłużyłem na tak wielką wdzięczność. Uratowałem raczej pieniądze i kosztowności pań, aniżeli ich życie.
— Nie — rzekła Roseta. — Zawdzięczamy panu życie. Proszę uważać dom nasz za swój. Nie puścimy pana stąd tak prędko.
Mariano odrzekł:
— Spełniłem tylko swój obowiązek i nie mam odwagi nadużywać pani dobroci.
— Czyż to pan uważa za nadużycie? — przerwał hrabia Manuel. — Okażesz mi sennor wielką łaskę, jeżeli zechcesz zostać przez czas jakiś w tym domu. Chciałbym, aby pan wypoczął u nas po trudach podróży. Roseta wskaże panu pokój; proszę się w nim rozgościć.
Hrabia wypowiedział te słowa nietylko, aby grzeczności stało się zadość. Nie widział wprawdzie swego gościa, ale głos oficera podobał mu się niezwykle i ujmował za serce.
Notarjusz stał tuż obok i porównywał rysy twarzy obydwu mężczyzn. Namacalnie przekonywał się, jak bardzo są do siebie podobni i postanowił mieć się na baczności. —
Gdy po jakimś czasie porucznik opuścił pokój, służący zaprowadził go do przeznaczonych dlań apartamentów, które składały się z przedpokoju, gabinetu i sypialni. Gdy wszedł do sypialni, by się umyć, ujrzał tam małżonkę rządcy, sprawdzającą, czy wszystko przygotowano w należytym ładzie. Usłyszawszy jego kroki, odwróciła się ku drzwiom. Wiedząc, że gość jest oficerem francuskim, przygotowała się do uprzejmego ukłonu, gdy oto nagle spostrzegłszy twarz — przyrosła do ziemi. Patrząc na niego szeroko otwartemi oczami, wykrzyknęła:
— Na miłość Boską, to przecież hrabia Manuel!
Usłyszawszy te słowa, Mariano cofnął się mimowoli. Znał tę kobietę, znał ją bezwątpienia. Nieraz kołysała go na swych kolanach, nieraz patrzył w jej dobrą, lśniącą od tłuszczu twarz.
— Nazywasz się pani Elwira, nieprawdaż?
— Tak — odpowiedziała, oddychając ciężko. — Skądże mnie pan zna?
— Mąż pani mówił mi o niej. Ale dlaczego nazwała mnie pani przed chwilą hrabią Manuelem?
— To niesłychane! Wygląda sennor zupełnie, jak hrabia Manuel, kiedy miał lat dwadzieścia.
— Doprawdy? Dziwny przypadek.
— Co za podobieństwo! Gdyby to widział mój Alimpo!
— Już mnie widział.
— Prawda, przecież mówiono mi o tem.
— Czy hrabianka przywiozła pani pozdrowienie od niego?
— Więc prosił, aby mię pozdrowić?
— Tak.
Rozpromieniona i uśmiechnięta, rzekła:
— Poczciwie z jego strony. Cóż mi chciał powiedzieć?
— Że nie został zabity.
Słyszałam od służby, że napadnięto nań. To istne szczęście dla naszej hrabianki, że była pod jego opieką,
— Oczywiście — odparł Mariano z uśmiechem. — Kazał pani jeszcze powiedzieć, że walczył jak lew i zwyciężył.
— Spodziewam się tego. Mój Alimpo jest waleczny, chwilami nawet tak zuchwały, że muszę go temperować. — Chciałabym sennora zaprowadzić do galerji obrazów, w której wisi obraz hrabiego Manuela. Uderzy pana to podobieństwo. Ale najpierw niech sennor wypocznie; walczył pan przecież z rozbójnikami, musi więc być wściekle zmęczony.
Chciała po tych słowach odejść, ale Mariano zatrzymał ją i rzekł:
— Może sennora zechce zostać i odpowiedzieć mi na parę pytań?
— Ależ jak najchętniej. Panu i sennorowi doktorowi niczego nie potrafię odmówić.
— Pani mówi o doktorze Sternau? Co to za człowiek?
— To człowiek niemal równie dzielny i zacny, jak mój Alimpo. Przybył z Paryża, aby przywrócić hrabiemu wzrok. Najwybitniejsi nasi lekarze musieli przed nim ustąpić. Wczoraj napadli na niego rozbójnicy.
— Słyszałem już o tem. Czy niewiadomo, dlaczego chciano go zabić? Czy ma jakiego wroga?
— Nie przypuszczam. Chyba cały świat go kocha.
Wiadomość o napadzie na lekarza dała Marianowi wiele do myślenia. Nie wątpił; capitano maczał w tym napadzie ręce. Któż jednak dał mu pieniądze, by zabić lekarza?
— Zamek jest pełen tajemnic, trzeba je wyświetlić — pomyślał Mariano.
— Zostanę tu zapewne przez czas jakiś i dlatego chciałbym się cośniecoś dowiedzieć o mieszkańcach zamku. A więc przedewszystkiem sennor Gasparino Cortejo. Cóż to za człowiek?
— Jeżeli mam być szczera, panie poruczniku, to nikt nie znosi tego Corteja, choć jest prawą ręką hrabiego. Człowiek to dumny i ponury; mówią, że nadużywa zaufania hrabiego dla własnych korzyści. Tego zdania jest również mój Alimpo.
— A donna Klaryssa? — zapytał Mariano.
— Jest duenną hrabianki. Żyje w doskonałej zgodzie z panem Gasparino. Ta dewotka również nie cieszy się wielką sympatją.
— A młody hrabia?
— Jest tutaj dopiero od kilku miesięcy. Bawił w Meksyku.
— Jak długo?
— Zabrano go stąd, gdy jeszcze był dziecięciem.
— To dziwne. Hrabia oddaje swego pierworodnego do kraju, gdzie panują niepewne stosunki i gdzie nikt nie jest pewien życia?
— Okoliczności skłoniły hrabiego do tego. Brat hrabiego, don Fernando, został, jako młodszy syn, pozbawiony majoratu; wziąwszy część schedy, która mu przypadała, wyemigrował do Meksyku, gdzie po jakimś czasie osiągnął wielką fortunę. Nie ożenił się, więc dziedzicem ustanowić chciał młodszego syna naszego hrabiego, zażądał jednak, aby mu go dano na wychowanie. Hrabia Manuel zgodził się na propozycje brata, chodziło bowiem o ogromny majątek.
— Kiedyż chłopca odesłano do Meksyku?
— Było to w dzień urodzin mego poczciwego Alimpo, pierwszego października roku 1830.
Mariano czuł, jak mu serce bije; opanował się jednak i zapytał:
— Chłopak nazywał się Alfonso?
— Tak.
— Któż go zabrał do Meksyku?
— Dzierżawca don Fernanda.
— Jak się nazywał ten dzierżawca?
— Pedro Arbellez.
— Kto był jeszcze przy dziecku?
— Piastunka Marja Hermoyes.
— Gdzie don Pedro Arbellez wsiadł na okręt?
— W Barcelonie. Hrabia, hrabina i ja odprowadziliśmy tam chłopca.
— Czy aż na statek?
— Nie. Na morzu panowała burza, trzeba było czekać dwa dni, dziecko zostało więc wraz z Meksykańczykiem przez dwie noce w hotelu.
— Jak się nazywał ten hotel?
— El Hombre Grande.
Wszystko zgadzało się z opowiadaniem zmarłego żebraka. Mariano walczył ze sobą, by nie zdradzić wzruszenia. Wytężając siły, aby zapanować nad sobą, pytał dalej:
— Czy Cortejo był w tym czasie w służbie u hrabiego?
— Tak.
— Jest żonaty, ma dzieci?
— Nie.
— Może krewni notarjusza mają potomstwo?
— W Meksyku mieszka jego brat, ojciec jedynej niezamężnej córki.
— Czy don Fernando z Meksyku żyje jeszcze?
— Nie; zmarł ubiegłego roku.
— Alfonso został jego dziedzicem?
— Tak. Odziedziczył szaloną fortunę.
— Wspomniała pani, że hrabia Manuel miał dwóch synów?
— Tak. Starszy zmarł wkrótce po wyjeździe Alfonsa do Ameryki. Kształcił się w Madrycie na oficera. Zmarł od żółtej febry. Alfonso jest więc jedynym synem i odziedziczy koronę hrabiowską.
— Mam wrażenie, że ten Alfonso jest dziwnie podobny do Gasparina Cortejo i sennory Klaryssy.
— Pan to również zauważył, panie poruczniku?
— Podobieństwo bije w oczy.
— To samo mówi mój Alimpo.
— Czy Alfonso cieszy się sympatją otoczenia?
— Nie. Gdy go jeszcze nosiłam na rękach, był miłem, kochanem dzieckiem; ale w Meksyku zmienił się zupełnie. Tu na zamku przebywa przeważnie w towarzystwie sennora Cortejo i Klaryssy.
— Kimże jest miss Amy Dryden?
— To Angielka, przyjaciółka naszej hrabianki. Ma podobno bardzo bogatego ojca. To wszystko, co mi o niej wiadomo.
— Tak. To chwilowo mi wystarczy. Dziękuję, sennora Elwira.
— Niech pan porucznik pozwoli teraz zkolei zadać sobie jedno pytanie: czy nie jest sennor przypadkiem krewnym Rodrigandów?
— Nie. Nazywam się Lautreville.
— A może rodzina pańska jest spokrewniona z rodziną Cordobilla? Żona hrabiego Manuela nazywała się z domu Cordobilla.
— Nie. Nie jestem z nimi spokrewniony.
— W takim razie podobieństwo pańskie jest dla mnie niepojęte — rzekła Elwira. — Niechże mi sennor jeszcze powie, kiedy wróci Alimpo?
— Przypuszczam, że jeszcze dziś.
— Dziękuję panu. Gdyby mnie sennor potrzebował, proszę tylko zadzwonić.
Mariano chodził po pokoju w wielkiem podnieceniu. Jeżeli pozory nie myliły, był dziedzicem olbrzymiej fortuny, synem hrabiego Manuela, bratem condesy Rosety. Alfonso zaś — podrzutkiem, którego pochodzenie zna chyba tylko Cortejo i capitano.
— Ale poco capitano posłał mnie na zamek? — oto myśl, która nie dawała Marianowi spokoju. Jeżeli jest istotnie synem hrabiego, to herszt popełnił lekkomyślność. A jednak to stary wyga. Nie, w tem kryło się coś, czego Mariano nie mógł zrozumieć. — —
Podczas gdy Mariano pogrążony był w tych myślach, naradzali się między sobą Klaryssa i Cortejo.
— Kamień spadł mi z serca, gdy się dowiedziałem, że rozbójnicy zostali zabici, — rzekł Cortejo. — Ten porucznik nie mógł mi wyświadczyć korzystniejszej usługi.
— Tem dziwniejsze jest jednak to jego podobieństwo.
— Tak, to dziwne! Zamarłem wprost ze strachu na jego widok.
— I ja!
— Zagadkowa historja.
— A może ten twój capitano...
— Ale cóż znowu, Klarysso! Rozbójnicy nie popełniliby takiej nieostrożności. Wyobrażam sobie tylko, że chłopiec, którego zostawiłem pod opieką herszta, został również zamieniony.
— Miałby więc być nim porucznik Lautreville? W jaki sposób dziecko mogłoby się dostać do Francji?
— Tego nie wiem, ale to nie jest wykluczone.
— Trzeba w każdym razie zręcznie wybadać porucznika. Jest młody, niedoświadczony, wygada się łatwo. Będziesz musiał wkraść się w jego zaufanie. Czy capitano wie, czyje dziecko ukrywa u siebie?
— Nie.
— W takim razie ten oficer może być istotnie hrabią Rodriganda. A nuż rozbójnicy mieli swoje powody, by go posłać na zamek jako porucznika?
— Nie, to wykluczam. Przecież odrazu poznać, że ten porucznik nie wychował się wśród rozbójników. Ta ogłada, ten wdzięk i wytworność ruchów. Poza tem wydaje się mieć staranne wykształcenie. Nie, to nie rozbójnik!
— Może masz rację. Gdyby to był chłopak, którego zostawiliśmy u kapitana, nie zabijałby przecież swoich kamaratów-rozbójników.
— Ta okoliczność uspakaja mnie zupełnie. Mimo to było słabością z naszej strony, że chłopak nie został zabity. Bądź co bądź umarły nie może przemówić.
— Ale najgorsze to, żeś lekkomyślnie podpisał kartkę, którą ci podsunął capitano. Nie wierzyłabym, aby prawnik mógł popełnić tego rodzaju głupstwo.
— Miałem nóż na gardle, droga Klarysso.
— Nie rozumiem tego. Przecież rozbójnik nie pójdzie na skargę do sędziego.
— Nie; ale rozbójnik mógł pójść do hrabiego i przynieść mu jego dziecko. Nie boję się tego rewersu, który podpisałem. Herszt zechce wymusić na jego podstawie pieniądze, ale nic ponadto.
— Ciekawa jestem, jakby mógł przynieść hrabiemu dziecko, jeżeli nie wie, że ojcem tego dziecka jest hrabia.
— Ja z pewnością nie powiedziałem mu tego. Ale rozbójnicy są sprytni, więc nie dziw, że capitano mógł coś zwęszyć. Może dlatego tak gorąco sprzeciwiał się zabiciu chłopca. W każdym razie, gdyby mi chciał wchodzić w drogę, zastrzelę go jak psa! Możesz być spokojna. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.