Bryganci z Maladetta/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Bryganci z Maladetta
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V
SPOWIEDŹ ŻEBRAKA.

Wysoko w Pirenejach, tam, gdzie wznosi się szczyt „Malatetta“ czyli „Przeklęty“, schodził dziką ścieżką w doliny samotny wędrowiec.
Południowe słońce rzucało swe gorące promienie na nagie skały, wśród których prowadziła ścieżka. Wędrowiec nie napotykał na drodze ani strumienia, ani drzewa lub zarośla, w którem możnaby poszukać cienia. A był znużony i spragniony bardzo. Był to człowiek stary, o siwych włosach, o twarzy zapadniętej, wysmaganej przez wiatry halne. Ręce miał od wichru i zimna stwardniałe, ciało łachmany okrywały, z podartych sandałów wyglądały palce, niemal cała stopa. Co jakiś czas z zapadniętej piersi wydobywał się kaszel, zdradzający ciężką chorobę.
Wędrowiec szedł i szedł w kierunku doliny. Padał ze znużenia, lecz nie ustawał w drodze; coś gnało go wciąż dalej, dalej.
Nareszcie zatrzymał się, obrzucając okolicę badawczym wzrokiem.
— To już tu być musi — szepnął do siebie. — Tu zostawiłem chłopca, stąd udałem się do Meksyku, tu zaczęła się moja męka. Tu wypocznę.
Usiadł na rozgrzanych od słońca kamieniach, głowę złożył w dłonie. Wokoło panowała cisza zupełna. Przerywał ją tylko kaszel wędrowca.
— Matko litościwa — szepnął znowu. — Zgrzeszyłem i cóż mi przyniosła moja zbrodnia? O żebranym chlebie przewędrowałem lądy i morza, aby przebłagać niebo i spokojnie złożyć kości do grobu. Panie na niebie, przebacz mi, nie daj mi szukać napróżno. Pozwól mi znaleźć, inaczej czeka mnie piekło!
Przerwał na chwilę, poczem szeptał dalej:
— Ale czy żyje? Może zabili tego ślicznego chłopca, który leżał na moich kolanach, jak mały Chrystus na kolanach swej matki. To byłaby okropność. Nie zniosę tej niepewności! Muszę odnaleźć kryjówkę zbójców. Tylko żeby mnie nikt nie poznał, żeby się nikt nie domyślił, kim jestem i czego szukam. Nie odtrącą mnie chorego, bliskiego śmierci; może uda mi się wtedy dowiedzieć, czy żyje ten, którego szukam. Więc naprzód, dalej i jeszcze dalej.
Znowu rozpoczął wędrówkę, zwracając się w kierunku wschodnim. Wdrapywał się na skały z jękiem, pokasłując, bo droga była teraz zła, ale on nie myślał ustępować. Wreszcie zobaczył pasmo zieloności. Miał teraz pustkowia za sobą, był w górach, pokrytych zaroślami i gęstym lasem.
Przez las doszedł do polany, a tam wyciągnął utrudzone ciało. Po chwili czyjaś mocna dłoń ujęła go za ramię i jakiś rubaszny głos zapytał:
— Czego tu chcesz, staruchu?
— Chcę umrzeć.
— Umrzeć? Dlaczegóż to?
Nad starcem stał mężczyzna młody i krzepki. Był uzbrojony i sprawiał wrażenie człowieka, któremu obce są zarówno mury miasta, jak strzechy wiejskie.
— Nie mogę żyć dłużej.
— Skąd tu przychodzisz? Czego szukasz?
— Już od wielu lat szukam zioła, któreby mogło złagodzić me cierpienia, ale napróżno.
— Skąd pochodzisz?
— Z dalekich stron. Z Orense, z granic Portugalji.
— I puściłeś się mimo choroby w tak daleką drogę? Masz chleb przy sobie?
— Nie.
— Nie masz? W takim razie umrzesz prędzej z głodu, aniżeli z wycieńczenia. Zaczekaj, zapytam, czy cię mogę przyprowadzić.
Młodzieniec znikł w zaroślach. Po chwili powrócił.
— Jeżeli dasz sobie zawiązać oczy, zaprowadzę cię na miejsce, gdzie będziesz mógł wypoczywać, jak długo zechcesz, — rzekł do starca.
— Zawiązać oczy? Poco?
— To konieczne. Nie powinieneś widzieć wejścia do naszej kryjówki.
— Kimże wy jesteście?
— Myśmy bryganci, lecz poza tem ludzie uczciwi!
— Bryganci? A więc rozbójnicy? Lecz jestem biedakiem, cóż mi więc zrobić możecie? Zawiąż mi oczy i prowadź, dokąd chcesz.
Rozbójnik zdjął z szyi chustkę, przewiązał nią oczy starca i ujął go ręką. Szli jakiś czas, poczem rozbójnik uwolnił oczy wędrowca. Znaleźli się w wąskiej szczelinie górskiej. Wokoło siedziało dwudziestu dzikich, uzbrojonych zbirów. Jedli, pili, palili i czyścili broń. Wędrowca zaprowadzono przed wysokiego brodatego mężczyznę, który leżał na uboczu na pledzie wełnianym i liczył pieniędze, rozpychające wielką skórzaną torbę.
— Jak się nazywasz? — zapytał brutalnie przybysza.
— Bernardo.
Herszt rozbójników rzucił na wędrowca badawcze spojrzenie i rzekł:
— Mam wrażenie, że cię już kiedyś widziałem.
— Nic o tem nie wiem.
— Powiedziano mi, że pochodzisz z Orense. Dlaczego nie zostałeś w domu, jeżeli jesteś chory?
— Właśnie z powodu choroby wyruszyłem w drogę. Szukam w górach zioła, które leczy wszystkie cierpienia.
— Oho, takiego zioła niema!
— Podobno jest; doświadczona gitana — cyganka — powiedziała mi o tem ziole.
— Czy nie masz syna, który mógłby cię wyręczyć w szukaniu?
— Nie mam nikogo na całym świecie.
— Zostań więc i wypocznij. Wychodzić ci nie wolno bez mego pozwolenia. Jeżeli jesteś zdrajcą lub szpiegiem biada ci, pamiętaj!
Starzec otrzymał jadła i napoju; dano mu miejsce do spania. Nikt się już nim nie zajmował.
Po niejakim czasie wszedł do szczeliny wartownik i zameldował, że chce z nim pomówić jakiś obcy człowiek.
— Któż to taki? — zapytał herszt.
— Nie chce wyjawić swego imienia. Nosi czarną maskę, aby go nie poznano.
— Aha, już idę.
Wziąwszy rewolwer, herszt opuścił kryjówkę. Na widok przybysza wyciągnął do niego rękę ze słowami:
— Witajcie, sennor Gasparino, witajcie! Nie widzieliśmy się lata całe.
— Pst... — odezwał się zamaskowany. — Poco mówić po imieniu? Czy nikt nie podsłuchuje?
— Nikt. Wartownik, który stoi tam, na prawo, nie może nas usłyszeć. Mam nadzieję, że dacie mi dobrą robotę?
— Być może, jeżeli cena nie będzie za wysoka. Ile trzeba zapłacić za unieszkodliwienie dwóch ludzi?
— To zależy od tego, kim są ci ludzie.
— Hrabia i lekarz.
— Jaki hrabia?
— Stary hrabia Manuel de Rodriganda y Sevilla.
— Wasz pan? Na świętego Sebastjana, poczciwy z was domownik! Niestety, nie mogę spełnić waszego życzenia, gdyż hrabia znajduje się pod opieką jednego z moich przyjaciół; włos mu więc z głowy spaść z mej przyczyny nie może.
— Zapłacę dobrze.
— To nie zmienia sprawy. Przyjaciołom dochowuję wiary. Choćbyście przyobiecali mi złote góry, interesu nie ubijemy. Nie warto o tem mówić. A drugi kandydat?
— Lekarz z Paryża.
— To co innego.
— I taniej?
— Przypuszczam. Gdzież on mieszka?
— U hrabiego.
— O, w takim razie nietanio będzie kosztowało! A dlaczego mamy sprzątnąć tego człowieka?
— Wchodzi mi w drogę; to powinno wam wystarczyć.
— Dobrze. Sprzątnąć go, czy tylko uprowadzić?
— Wolałbym pierwsze.
— W takim razie dacie tysiąc dublonów.
— Tysiąc dublonów? Czyście oszaleli?
Herszt odpowiedział krótko:
— A więc nie? W takim razie dowidzenia.
— Zaczekajcie! Zgadzam się. Kiedy i jak płatne?
— Połowa zaraz, reszta później, po załatwieniu sprawy.
— A jeżeli się nie uda?
— Musi się udać. Jakżeż to zrobimy?
— O tem później. Przypuszczam, że będzie potrzeba kilkunastu ludzi. Gdy zjawią się w parku zamkowym, dostaną ode mnie instrukcje. — Oto pięćset dublonów.
Wręczywszy hersztowi pieniądze, Gasparino zapytał:
— Czy macie jeszcze tego małego chłopca, którego wam wtedy zostawiłem?
— Tak. Od tego czasu wyrósł; dzisiaj jest już dojrzałym człowiekiem.
— Dlaczegoście małego nie zgładzili?
— Otrzymałem pieniądze za porwanie, o zabójstwie nie było mowy. Powiedzcie mi jednak, kim jest ten człowiek?
— Dowiecie się o tem później. A za kogo się uważa?
— Za podrzutka.
— Chętnie zobaczyłbym go kiedyś.
— Co to, to nie. Nie jesteście nam towarzyszem w kompanji; płacicie tylko pieniądze i kwita.
— Kiedy wasi ludzie przybędą na zamek?
— Jutro wieczorem. Adios, sennor.
— Adios.
Rozstali się po tych słowach. Rozmawiali o życiu ludzkiem tak, jak o pogodzie. Na zapytanie, który z nich był gorszy, bardziej niebezpieczny, czy herszt bandy zbójeckiej, czy chytry notarjusz, walczący podstępem i kłamstwem, czytelnik niechaj sam sobie odpowie.
Powróciwszy do kryjówki, herszt odbył długą, tajemną naradę z pięcioma swymi ludźmi; rozkazał im udać się na zamek Rodriganda i dokonać tego, co poleci notarjusz.
Gdy nadszedł wieczór, jeden z rozbójników zbliżył się do chorego wędrowca i poprowadził go ciemnym korytarzem, który szedł w głąb góry. Po obydwu stronach korytarza znajdowały się wydrążone w skałach małe cele, które służyły mieszkańcom kryjówki za miejsce spoczynku. Niektóre, zaopatrzone w ciężkie drzwi żelazne, nasuwały myśl o więzieniu.
Rozbójnik, prowadzący wędrowca, był człowiekiem młodym, lat około dwudziestu dwóch. Ubrany w malowniczy strój kataloński. Mała lampka, którą trzymał w ręku, oświecała twarz zgoła nie zbójecką, a wręcz ujmującą i miłą.
— Oto twoja cela, poczciwy staruszku, — rzekł przewodnik. — Znajdziesz tu wygodne łoże. Czy mam ci zostawić światło?
— Tak — odparł żebrak. — Kto wie, czy kiedykolwiek opuszczę tę celę.
— Dlaczegóżby nie? Nie powinieneś upadać na duchu. Jesteś wprawdzie bardzo chory, ale nie należy nigdy tracić nadziei.
— Mam nadzieję — odparł starzec, zanosząc się kaszlem, — mam nadzieję, że umrę. Śmierć uwolni mnie wreszcie od wszystkich cierpień.
— Czy bardzo dokucza ci ból? — zapytał ze współczuciem rozbójnik, ścieląc starcowi łoże.
— Tak. Ale czem są cierpienia ciała wobec udręki duszy.
— Pomógłbym ci chętnie, gdyby to leżało w mej mocy.
— Zdaje się, że masz serce wspułczujące. Może będziesz mi mógł pomóc nieco w pewnej sprawie, dla której przybyłem...
— Ależ chętnie!
— Nie wiesz, czy przebywa wśród was człowiek, który nie zna swego pochodzenia?
— Dlaczego o to pytasz?
— Bo szukam tego człowieka.
— Znam takiego!
— Gdzież jest? Kto to taki?
— Ja nim jestem.
— Czy to możliwe? Jak ci na imię?
— Mariano.
— A nazwisko twoje?
— Nie znam go.
— W jaki sposób dostałeś się tutaj?
— Herszt nasz, którego zwiemy „capitano“, znalazł mnie w górach.
— Ile masz lat?
— Nie wiem.
— Jak długo już jesteś pośród rozbójników?
— Osiemnaście lat.
— Osiemnaście lat? Tak, to tyle. Nic nie pamiętasz ze swego dzieciństwa, niczego sobie nie możesz przypomnieć?
— Nie, choć często widziałem je we śnie.
— Może śniłeś o tem, co było rzeczywistością. Jakież były to sny?
— Śniłem często o małej lalce. Śniłem, że leżę w małem, białem łóżeczku, że nad niem pochyla się ktoś w złotej koronie.
— Czy nie pamiętasz imienia?
— Owszem; wiem, że śniła mi się kobieta, którą nazywałem Rosetą, Różyczką. Śniło mi się także, że nosił mnie na ręku jakiś wysoki, zgrabny człowiek, ubrany w przepiękny, złotem wyszywany mundur. Człowiek ten nazywał mnie we śnie Alfonsem. Obok niego była zawsze piękna pani, która kochała mnie i pieściła bardzo. Nazywałem oboje ojcem i matką. Raz przyszedł do nas, podczas mego snu, jakiś obcy człowiek. Gdy się obudziłem, miałem usta zakneblowane. Ale nie byłem już na naszym zamku, lecz w mieście, do którego zanieśli mnie rodzice. Chciałem krzyczeć ze strachu, ale obcy człowiek skneblował mnie jeszcze mocniej i zasnąłem znowu. Gdy obudziłem się, leżałem w lesie. Oto mój sen.
— Nie pamiętasz, jak było na imię panu w mundurze?
— Służba mówiła do niego: hrabio, albo ekscelencjo.
— A imienia nie pamiętasz?
— Nie.
— Słuchaj, mój synu, to nie było marzenie senne, to była rzeczywistość.
— I mnie się tak chwilami zdawało, ale gdym o tem powiedział kapitanowi, wpadł w gniew i kazał milczeć. Zwłaszcza zirytowało go opowiadanie moje o koronie, którą widziałem przecież jak żywą. Chciał mnie nawet uderzyć z tego powodu.
— Czy pamiętasz ją jeszcze teraz?
— Jak najdokładniej. Była cała ze złota, wykładana perłami; miała wyryte dwa znaki.
— Jakie znaki?
— Litery: R. i S.
— Była to korona hrabiowska. Nie zapominaj nigdy tych liter. Powiedz mi, czy oprócz ciebie nie było tu nigdy, od czasu twego przybycia, żadnego podrzutka?
— Nigdy.
— W takim razie jesteś tym, którego szukam.
Mariano zapytał ze zdumieniem:
— Szukałeś mnie? Dlaczego? Poco?
— Mój synu, gdy taka będzie wola Boża, dowiesz się kiedyś, kim jesteś. To, co ci teraz opowiem, powinno ci wskazać drogę, na której będziesz mógł dowiedzieć się o swem pochodzeniu.
Twarz młodzieńca rozjaśniła się radosnym uśmiechem.
— Więc tak? — zawołał. — Bogu niechaj będą dzięki!
— Herszt nie powinien wiedzieć, że chcę mówić z tobą w tej sprawie, — rzekł żebrak. — Gdyby się dowiedział, że zdradziłem tajemnicę, zabiłby cię bez namysłu. Gdy inni udadzą się na spoczynek, przyjdziesz tu, dobrze?
— Dobrze.
— Przynieś ze sobą papier, pióro i atrament. I jakąś jaśniejszą lampę, bo pisać będziesz musiał dużo.
Mariano odszedł.
— Dzięki ci, Madonno, — rzekł starzec — że dałaś mi siłę dojść do tego miejsca. Może Bóg przebaczy mi moją dawną występną lekkomyślność!
Około północy wszyscy rozbójnicy już spali, tylko u góry wartownik pilnował bezpieczeństwa swych towarzyszy.
Z bijącem sercem, pełnem radosnego niepokoju, wszedł Mariano do celi chorego. Starzec nie spał, siedział na łóżku. Mariano usiadł obok niego. Chory oddychał ciężko. Wziąwszy rękę Mariana w swą spaloną od gorączki prawicę, zaczął mówić:
— Mariano! Popełniono na tobie wielką zbrodnię, ja sam brałem w niej częściowo udział. Wysłuchaj mej spowiedzi, zanim mi przebaczysz. Trzeba ci wiedzieć, że byłem kiedyś członkiem szajki rozbójników!
— Ty, może w dodatku naszej szajki?
— Tak. Capitano był i moim hersztem. Nazywam się Tito Sertano, pochodzę z Makaro. Byłem biednym żeglarzem, od czasu do czasu udawało mi się przemycić z Francji kilka sztuk jedwabiu. Pewnego razu przyłapano mnie. Skonfiskowano i łódź, i towar, ja zaś dostałem się do więzienia. Uciekłszy z niego, przystałem do brygantów. Pierwszym moim czynem zbójeckim była zamiana dziecka. O ile kontrabanda nie dręczyła mego sumienia, o tyle czyn ten odebrał mi spokój. Nie mogłem sypiać nocami, a gdy capitano zażądał ode mnie, abym zabił człowieka, złamałem przysięgę wierności i posłuszeństwa: uciekłem!
— Opowiedz mi o zamianie dziecka.
— Był to, jak już powiedziałem, mój debjut. Kapitan udał się wraz ze mną na nocleg do pewnej oberży w Barcelonie. O północy wszedł do naszego pokoju jakiś człowiek i położył na stole zawiniątko. Był w niem chłopak, lat może czterech. Zawiniątko pachniało eterem, zapewne użyto go, by dziecko pozbawić przytomności. Chłopca tego musiałem zamienić na innego, który spał w oberży. Drzwi pokoju, do którego miałem się zakraść, nie były zamknięte na klucz. Dano mi flaszkę z eterem. Po jakimś czasie zamiana była gotowa, capitano zabrał dziecko tutaj, do tej kryjówki.
— Czy jesteś tego pewien?
— Tak. Przyniosłem przecież sam chłopca do kryjówki. Tym chłopcem byłeś ty właśnie.
— Czy podobna?
— Mogę przysiądz na to. Zamieniając bieliznę dzieciaków, zauważyłem doskonale monogramy na bieliźnie zamienianego chłopca: R. i S. To te same monogramy, o których niby śniłeś, obok nich zaś wyszyta była korona hrabiowska. Działo się to w nocy z pierwszego na drugi października roku 1830.
— Czy nie znasz człowieka, który przywiózł dziecko?
— Nie, ale słyszałem jego imię. Kapitan, niebaczny na moją obecność, nazwał go kilkakrotnie Gasparinem. Poznałbym go natychmiast, gdybym zobaczył.
— Jak wyglądał?
— Był wysoki i chudy. Mówił głosem chrapliwym. Wyrażał się z namaszczeniem i uroczyście.
— A więc przyniosłeś chłopca tutaj? Cóż się z nim stało dalej?
— Został u nas. Mówił ciągle o swych rodzicach, o małej Rosecie, o dobrym Alimpo, o poczciwej Elwirze. Kapitan zabronił mu wymawiać imiona, które też z biegiem czasu wybiegły z pamięci dziecka.
— Nie — rzekł Mariano. — Nie zapomniałem ich. Pamiętam nawet imiona Alimpo i Elwiry. Wiem, że stary Alimpo nosił mnie na rękach; Elwira, bardzo tęga kobieta, była jego żoną. Widzę ją dokładnie, poznałbym natychmiast. Opowiadaj dalej.
Starzec podjął opowiadanie:
— W kilka tygodni po zamianie dziecka miałem zamordować jakiegoś podróżnego. Wahałem się; herszt zagroził mi karą śmierci, gdybym nie wykonał rozkazu. Uciekłem. Udałem się do St. Jean de Luc we Francji i wstąpiłem na okręt jako marynarz. Odbyłem wiele dalekich podróży. W St. Jean de Callao zachorowałem. Wyzdrowiawszy, poszedłem na służbę do pewnego bogatego Meksykanina, który zabrał mnie do stolicy, do Meksyku. Służyłem u niego aż do jego śmierci. Od tego czasu zaczęło mi się źle powodzić. Oszczędności moje prędko się wyczerpały, zapadłem na płuca. Czułem, że śmierć się zbliża. Wtedy zaczęła mnie dręczyć myśl o mym grzechu. Jakaś moc pchała mnie, by odszukać zrabowanego chłopca i prosić o przebaczenie. Z żebraniny uciułałem nieco grosza na powrotną drogę do Hiszpanji. Choroba zmieniła mnie nie do poznania, więc mogłem przywędrować aż tutaj, by zasięgnąć języka. Bóg ulitował się; spotkałem cię pierwszego dnia...
Po tych słowach starzec dostał ataku okropnego kaszlu. Mariano, nie mogąc dłużej usiedzieć na posłaniu, wielkiemi, nerwowemi krokami chodził po pokoju. Wiedział, że obok siedzi człowiek, który popełnił na nim wielką zbrodnię. Ale jednocześnie czuł, że człowiek ten był narzędziem w ręku łotra. Czy mógł gniewać się na nieszczęśliwego starca, i to w chwili, w której śmierć wyciąga już po niego swe ramiona?
Starzec patrzył błagalnie na Mariana.
Mariano podszedł do niego; wyciągnął rękę i rzekł:
— Przebaczam ci, Tito Sertano. Wiem, żeś popełnił wielką zbrodnię, ale i jam grzeszny, niechaj mi więc Bóg przebaczy, tak, jak ja tobie przebaczam.
Starzec pochylił wtył głowę; twarz jego nabrała spokoju i ciszy.
— Jak mi teraz dobrze — szepnął. — Teraz już mogę umrzeć spokojnie! Ale nim umrę, chcę spełnić swój obowiązek względem ciebie i twej rodziny. Spisz tu wszystko, co ci powiedziałem, a ja podpisem swym stwierdzę, że to szczera prawda.
— Dobrze, uczynię to — rzekł Mariano. — Ale powiedz mi jeszcze, jak się nazywała ta oberża w Barcelonie, z której mnie wykradłeś?
— Zajazd El Hombre Grande — odparł starzec.
— Z którego pokoju mnie porwałeś?
— Z ostatniego, położonego na piętrze. My spaliśmy w drugim pokoju, licząc od schodów, na parterze.
— Czy ktoś zauważył zamianę?
— Tego nie wiem, bo uciekliśmy przed świtem.
Mariano spisał wyznanie żebraka, pod którem ten położył swój podpis.
— Tak, pismo to zachowam i będę go strzegł. A teraz muszę już iść. Dziękuję ci za wiadomości, które zdjęły mi kamień z serca. Przebaczam ci, niech ci Bóg przebaczy!
Mariano nie spał przez całą noc. Słowa żebraka otwierały nową fazę jego życia, zmieniały bieg myśli. Dotychczas uważał kapitana za swego dobroczyńcę. Od tej chwili widział w nim sprawcę nieszczęścia, złoczyńcę, który go porwał od bogatych i kochających rodziców i wcielił do szajki zbójów. Nienawidził teraz kapitana z całej duszy, żebraka uważał tylko za narzędzie w jego rękach. Musiał spełnić rozkaz i odpokutował już za to, a zresztą stał przecież nad krawędzią grobu. Mariano postanowił nie zdradzić się przed kapitanem. —
Oprócz Mariana ktoś inny jeszcze nie spał tej nocy; był to capitano.
Siedząc w swej celi, której ściany zawieszone były kosztowną bronią wszelakiego rodzaju, trzymał głowę w dłoniach i mówił sam do siebie:
— Ten Gasparino Cortejo to zatracony łajdak, gorszy od najgorszego zbója! Choć nie mam prawa do pytań, chętniebym się dowiedział, co mu przyniesie śmierć tego doktora?
Zagłębił się w rozmyślaniach. Ogarniać go począł niepokój, wstał, zaczął chodzić po celi. Znowu mówił do siebie:
— Za tę historię z Marianem można będzie wydusić od niego jeszcze sporo pieniędzy. Miałem chłopaka wprawdzie zabić, ale byłbym ostatnim osłem, gdybym to uczynił. Wolę mieć w postaci tego chłopca bat na Gasparina. A zresztą, tak pokochałem Mariana, że ciężko byłoby mi teraz zgładzić go ze świata.
Kilkakrotnie jeszcze przemierzywszy celę, kapitan zbliżył się do ściany, nacisnął w pewnem miejscu. Ściana rozstąpiła się i kapitan wszedł w jej zagłębienie; po chwili wrócił z jakimś pożółkłym dokumentem.
— A jak się ten łajdak usiłował wywinąć, jak się bał tego pisma — szepnął z uśmiechem zadowolenia. — Ale nic nie wskórał, miałem go przecież w ręku! Ponieważ jednak nie ja wykradłem chłopca, tylko ten łajdak Tito, więc w akcie figuruje Tito.
Pochyliwszy się nad lampą, kapitan raz jeszcze odczytał dokument, którego treść była następująca:

Oświadczam niniejszem, że rybak Tito Sertano, rodem z Makaro, zamienił z mego polecenia w dniu 1-go października 1830 roku w oberży El Hombre Grande w Barcelonie jednego chłopca na drugiego, za co otrzymał ode mnie tysiąc srebrnych piastrów. Zamieniony chłopiec żyje pod imieniem Mariano w jednej z jaskiń górskich.

Manreza, 15 listopada 1830 roku.

Notarjusz
Gasparino Cortejo.

Capitano złożył starannie dokument, przeczytany przed chwilą po raz może setny, schował go do skrytki i, gładząc brodę, rzekł z zadowoleniem:
— Trzymam za kark pana notarjusza. Ta sprawa będzie go jeszcze rzetelnie kosztować! Szkoda tylko, że nie chce mi powiedzieć, kim byli ci dwaj zamienieni chłopcy. Mam wprawdzie podejrzenia, wiem, że jest pełnomocnikiem hrabiego Manuela de Rodriganda y Sevilla, ale to jeszcze nie wystarcza, trzeba szukać w tym kierunku. Młody hrabia podobno wrócił, należy zbadać stosunki w rodzinie hrabiego. Ale jak? Przez kogo?
Po chwili namysłu uśmiechnął się i, wierny swemu nałogowi, znów mówił na głos:
— Przyszła mi zabawna myśl do głowy! A gdyby tak posłać Mariana, by się dowiedział o wszystkiem? Tak, on jedyny nadaje się do tej roli dzięki wytwornemu obejściu. Nauczyłem go przecież wszystkiego, co niezbędne jest człowiekowi z dobrego towarzystwa; umie jeździć konno, fechtować się, strzelać, pływać, jest przytem silny i odważny, wierny i przywiązany, mądry i sprytny — tak, jego wyślę! Notarjusz nie widział go nigdy, nie pozna więc, nie będzie nawet przypuszczał, że ten młody, miły i sympatyczny człowiek jest tym samym chłopcem, którego swego czasu chciał sprzątnąć ze świata. To będzie koncept pierwszorzędny!
Zachwycony swym pomysłem, kapitan udał się na spoczynek.
O świcie, ledwie przetarł oczy, wszedł do celi jeden z rozbójników i zameldował:
— Starzec, który przywędrował do nas wczoraj, zmarł przed chwilą.
— Doskonale. Wyprawcie mu pogrzeb, tylko mnie nie mieszajcie spokoju. Czy Mariano już wstał? Jeżeli tak, niechaj tu przyjdzie natychmiast.
Po chwili wszedł Mariano. Powitał herszta, jak zwykłe, raźnie i serdecznie.
Kapitan wskazał mu krzesło i zapytał:
— Gdzie jest twój kary ogier?
Mariano zarumienił się z radości na wspomnienie konia.
— Będzie go trudno ujeździć. Stoi już od miesiąca między końmi, ale musiałem go zupełnie odosobnić; nie można sobie z nim dać rady, tak wierzga i kopie wokoło.
— Uważaj więc, by cię dziś nie spotkało nieszczęście.
— Mam na nim pojechać? Dokąd?
— Do Manrezy i na zamek Rodriganda.
— Daleka droga.
— Masz też dużo czasu. Będziesz mógł spędzić kilka tygodni poza naszą kryjówką.
Mariano nie posiadał się z radości, iż będzie mógł zmienić na jakiś czas swe ponure otoczenie.
— Czy jadę w jakimś określonym celu, z gotowym poleceniem?
— Tak. Sprawa jest bardzo skomplikowana. Czy manatki masz w porządku?
— W najzupełniejszym.
— I mundury?
— Tak. Czy mam włożyć mundur?
— Pojedziesz jako oficer francuski. Francuszczyzną władasz doskonale, co? Wystawię ci papiery na nazwisko porucznika huzarów Alfreda de Lautreville. Za wszelką cenę musisz dostać się na zamek Rodriganda; a tam — rozumiesz? — powinni cię zatrzymać na czas dłuższy jako miłego gościa. Przez ten czas powinieneś się zorjentować najdokładniej w stosunkach, panujących na zamku. Później zdasz mi z tego dokładny raport. Jestem przekonany, że potrafisz sprostać zadaniu.
— Może mnie wtajemniczysz w szczegóły, kapitanie?
— Nie mogę ci wiele powiedzieć. Pamiętaj w każdym razie, że na zamku mieszka niejaki Cortejo, notarjusz i pełnomocnik hrabiego. Jego powinieneś obserwować najbaczniej; chciałbym wiedzieć, jakie stosunki łączą tego człowieka z rodziną hrabiego. Jest na zamku prócz notarjusza młody hrabia Alfonso, który mieszkał długie lata w Meksyku. Obserwuj, jak młody hrabia odnosi się do ojca i do notarjusza. Przypatrz się dobrze, czy Alfonso nie jest przypadkiem podobny do notarjusza. A teraz idź i przygotuj się do drogi! Pieniądze dam ci razem z papierami. Musisz wystąpić jako rozrzutny, zamożny oficer, a więc potrzebna ci spora sumka. Dostaniesz dzielnego służącego, którego będziesz mógł używać jako gońca, o ile zechcesz mi coś zakomunikować. To wszystko. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.