Bryganci z Maladetta/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Bryganci z Maladetta
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV
GASPARINO CORTEJO.

W czasie, gdy Roseta żegnała doktora, w jednym z pokojów zamkowych toczyła się osobliwa rozmowa. Pokój zamieszkiwał jeden z chirurgów, którzy w asyście lekarza z Manrezy mieli uwolnić hrabiego od kamieni.
Prócz chirurga w pokoju siedział notarjusz Gasparino Cortejo. Kończąc rozmowę, Cortejo zapytał zimnym, ostrym głosem:
— Więc przypuszcza pan, że operacja będzie śmiertelna?
— Z całą pewnością.
— Czy koledzy nie będą protestowali?
— Nie odważą się na zdanie sprzeczne z mojem. Należę przecież do sław chirurgicznych! — odparł lekarz z dumą.
— Hrabia wierzy jednak na podstawie pańskich słów, że będzie uratowany?
— Tak.
— A więc operacja odbędzie się jutro, bez wiedzy hrabianki, o ósmej rano. Należne panu królewskie honorarjum otrzyma sennor w mieszkaniu mojem w Manrezie. Dobranoc.
— Dobranoc.
Pożegnawszy się, jak dwaj najczystszej krwi gentlemani, rozeszli się lekarz i jurysta. Cortejo kazał zameldować się u sennory Klaryssy, która tak niecierpliwie go oczekiwała, że wybiegła nawet na jego spotkanie do przedpokoju. Wszedłszy wraz z adwokatem do swych pokojów, Klaryssa zaryglowała mocno drzwi, by nikt nie mógł przeszkodzić rozmowie.
Notarjusz ubrany był czarno. Jego długa, chuda, pochylona postać, wykonywała ruchy tak osobliwe, jakgdyby się wiecznie skradała. Z nad wysokiego, sztywnego kołnierza unosiła się twarz ostra, o wyrazie drapieżnego ptaka, budząca lęk niesamowity. Wzrok miał niespokojny, badawczy.
Klaryssa była osobą wysoką i tęgą; rysy twarzy tej pięćdziesięcioletniej kobiety były twarde i wręcz niekobiece; na jedno oko zezowała.
— Witaj, Gasparino, — rzekła, siadając na obitej aksamitem kanapie. — Długo musiałam na ciebie czekać. No i cóż?
— Wszystko w porządku — odparł notarjusz, siadając obok Klaryssy. — Chirurg zgodził się na moją propozycję.
— Nareszcie! Czy cięcie będzie śmiertelne?
— Z pewnością.
— Trudna rada — powiedziała skromnie i bogobojnie, spuszczając oczy. — To zresztą lepiej dla hrabiego, że Pan oszczędzi mu cierpień. A czy hrabianka i tym razem nam nie przeszkodzi?
— Nie, moja droga. Jest przekonana, że operacja odbędzie się o jedenastej, podczas gdy my rozpoczniemy ją o ósmej. Wszystko się skończy prędko, zanim jeszcze zdąży się ubrać.
— A hrabia Alfonso? — zapytała, zezując potężnie.
— Nadaje się doskonale do naszego majstersztyku!
— Tak, to istotnie majstersztyk, którego się nikt nie domyśli i o którym nikt się nie dowie. Kochaliśmy się, mój stary, ale musieliśmy wziąć ślub potajemnie, gdyż ja byłam córką dumnego hidalgo, a ty biedakiem. Musielibyśmy z pewnością postarać się o usunięcie naszego dziecka, gdybyś nie był wpadł na genjalną myśl wysłania go do Meksyku, do brata hrabiego Manuela, zamiast hrabiego Alfonsa. Teraz jesteśmy właściwymi rodzicami hrabiego i jutro miljony rodu Rodrigandów będą naszą własnością. No, usiądź wygodniej; pomarzymy trochę o cudownej przyszłości... —
Sternau nie mógł zasnąć. Spotkanie z ukochaną odebrało mu spokój. Całą noc chodził po pokoju, z kąta w kąt. O świcie udał się do sąsiada, osiodłał muła i pojechał na spacer, nie troszcząc się zupełnie o cel przejażdżki i kierunek. Po pewnym czasie przybył do Manrezy i znalazł się na ulicy, prowadzącej do Rodrigandy, na tej właśnie, którą przybył wczoraj. Przed samotną oberżą stał przywiązany koń pod siodłem, co zdawało się wskazywać, że w oberży ktoś jest. Sternau zsiadł z muła. Był głodny, miał ochotę na filiżankę kawy. Wszedłszy do oberży, zobaczył niezbyt elegancko ubranego jegomościa, przed którym leżały przyrządy chirurgiczne. Był to, o czem Sternau oczywiście nie wiedział, lekarz, który miał asystować przy operacji hrabiego.
Gospodarz oberży, przyjąwszy zamówienie nowego gościa, wrócił do rozpoczętej przedtem rozmowy:
— A więc, doktorze, jedzie pan do hrabiego?
— Mówiłem już, że tak.
— Więc dziś nareszcie odbędzie się operacja?
— Tak. O ósmej rano.
— Ale condesa znowu się nie zgodzi!
— Nikt jej nie będzie pytał. Powiedziano jej zresztą, że operacja rozpocznie się o jedenastej.
— Sądzi pan, że hrabia wyzdrowieje?
— Może tak, może nie, kto to wie?
Sternau słyszał wszystko. Wypiwszy prędko kawę, zapłacił za nią i opuścił oberżę. Pogalopował do Rodrigandy, przybył do wsi na pół do ósmej. Oddawszy muła pod opiekę sąsiada, wziął instrumenty i udał się w kierunku zamku.
Furtka ogrodowa, przy której żegnał się wczoraj z ukochaną, była otwarta. Wszedłszy przez nią do ogrodu zamkowego, nie zdążył postąpić nawet parę kroków, gdy stanął jak wryty. Ujrzał przed sobą Rosetę, która odbywała swój codzienny spacer ranny. Była ubrana w suknię domową, pełną wdzięku i elegancji.
Roseta odprawiła właśnie przed chwilą jedną ze swych służących, która odchodząc rzuciła: — Dobrze, hrabianko. — Hrabianko? Słowa te zelektryzowały Sternaua.
— Roseto! — zawołał.
— Sennor Carlos?! Co pan robi w parku tak wcześnie?
— Boże mój, czy ja śnię? To straszne! Więc pani, sennorita, nie jest damą do towarzystwa, nie jest Rosetą, ale...
— Ale?
— Ale hrabianką!
— Tak, jestem nią. Zgadł pan, Carlosie! — odpowiedziała, wyciągając do niego ręce. — Czy może mi pan przebaczyć?
— Przebaczyć? Ale to smutne, to okropne! Teraz wiem, dlaczego będziemy musieli się rozstać. Dlaczegoś to uczyniła, hrabianko, dlaczego?
Opuściła powieki i rzekła drżącym głosem:
— Pokochałam pana i chciałam choćby przez chwil parę być szczęśliwa. Teraz wszystko skończone. Ojciec mój — widzę pańskie instrumenty, przychodzi pan tak wcześnie, czy coś się stało?
— Czy się co stało? — powtórzył jakby we śnie. — Ach tak, zapomniałem, że za chwilę może być za późno. Hrabianko, ojcu pani grozi największe niebezpieczeństwo!
Piękna jej twarz okryła się bladością.
— Co się stało?
Sternau wyciągnął w odpowiedzi zegarek, spojrzał nań i zawołał:
— Mój Boże, już tak późno. Za chwilę odbędzie się operacja!
— Teraz? Przecież naznaczono ją na jedenastą.
— Nie. Wyprowadzono panią w pole. Operacja odbędzie się o ósmej, posłyszałem o tem od jednego lekarza z Manrezy, którego spotkałem przypadkiem i który nie ma pojęcia, że podsłuchałem jego rozmowę.
— Madonna! Mają z pewnością jakieś złe zamiary, jeżeli mnie oszukują. Chodźmy, musimy zapobiec nieszczęściu.
Poszli w kierunku zamku.
Gdy weszli na zamek, służba odprowadzała do stajni jakiegoś wierzchowca. Sternau poznał w nim konia lekarza, spotkanego w oberży.
— Śpieszmy się — rzekł do hrabianki. — Lekarze już się zebrali; nie mamy ani chwili do stracenia.
Po kilku minutach znaleźli się przed drzwiami pokoju hrabiego. Stał przy nich służący.
— Czy hrabia się obudził?
— Tak, condesa.
— Czy jest sam?
— Nie. Lekarze są u niego.
— Od jak dawna?
— Od jakichś dziesięciu minut.
— Może nie jest jeszcze za późno. Chodźmy.
Hrabianka chciała otworzyć drzwi, ale lokaj zastąpił jej drogę i oświadczył grzecznie, lecz stanowczo:
— Condesa mi wybaczy, ale mam rozkaz nie wpuszczać nikogo.
— Nawet mnie?
— Zwłaszcza hrabianki.
Wyraz gniewu wystąpił na twarz Rosety. Odrzuciwszy dumnie głowę, zapytała:
— Kto wam wydał ten rozkaz?
— Hrabia Alfonso, który jest również w pokoju hrabiego.
— Więc tak? Odsuń się!
— Nie wolno mi, nie mogę inaczej...
Przy tych słowach służący zamilkł, gdyż Sternau ujął go za ramię i odsunął na bok, poczem otworzył drzwi. Prowadziły one do przedpokoju hrabiego. Służący wszedł za hrabianką i doktorem, nie odważył się jednak powiedzieć ani słowa. Z przedpokoju drzwi prowadziły już wprost do gabinetu hrabiego. Były zamknięte. Roseta zapukała kilkakrotnie.
— Kto tam? — zapytał wreszcie głos Alfonsa.
— To ja — odpowiedziała hrabianka. — Otwórz.
— Roseta? — zapytał Alfonso kwaśnym tonem. — Któż cię wpuścił? Czy służący nie poinformował cię o moim rozkazie?
— Nie traćmy czasu na rozmowy. Otwieraj.
— Proszę, wróć do swego pokoju. Lekarze nie chcą się zgodzić na niczyją obecność.
— Moja obecność jest teraz konieczna, zwłaszcza, że niema jeszcze jedenastej.
— Ojciec rozkazał, by operacja odbyła się teraz, a nie jest to widok dla oczu kobiety.
— Muszę z nim naprzód pomówić!
— To niemożliwe. Zaraz zaczynamy.
Słowa te zostały wypowiedziane nie jak dotąd, spokojnie i grzecznie, ale w tonie niecierpliwym i kategorycznym. Hrabianka była oburzona.
— Alfonsie — rzekła surowo — żądam, byś mi otworzył. Mam prawo i obowiązek pomówić z ojcem przed operacją.
— Ojciec nie życzy sobie tej rozmowy. Zresztą, nie mam ochoty do gawędzenia poprzez drzwi. Odejdź, twoje pukanie na nic się nie zda.
— W takim razie otworzę drzwi sama!
— Spróbuj!
Słowa te wypowiedział Alfonsa z akcentem szyderczej ironji, poczem odszedł ode drzwi.
— Na Boga, co robić? — rzekła hrabianka do Sternaua.
Sternau uśmiechnął się, nie odpowiedział jednak nic; zdawał się nasłuchiwać, co się dzieje w pokoju hrabiego.
— Hrabianko — rzekł służący z pokorą — jestem przekonany, że tych drzwi nie otworzą. Proszę opuścić przedpokój.
— Proszę się uciszyć — odpowiedziała hrabianka.
Może dorzuciłaby jeszcze parę słów prawdy służącemu, ale Sternau polecił jej skinieniem głowy, by przyłożyła ucho do drzwi. Natychmiast usłyszała głos ojca, który w miarowych odstępach liczył:
Pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście...
— Co to jest? — zapytała blada, jak chusta.
— Chloroformują hrabiego.
— Więc operacja odbędzie się na pewno?
— Tak.
— To się nie może stać, to się nie może stać! Błagam pana o pomoc!
— Czy pozwala mi pani użyć siły?
— Pozwalam.
Sternau podszedł do drzwi, uderzył w nie nogą. Drzwi zachwiały się pod kopnięciem olbrzyma, zamek wyskoczył i oto hrabianka wraz z doktorem znalazła się w gabinecie ojca. Gabinet był pusty, ale z przyległego pokoju dolatywały głosy. Wkrótce w drzwiach, prowadzących do tego pokoju, stanął Alfonso, tudzież jeden z lekarzy.
— Co to jest? — zawołał Alfonso. — Wdzierasz się gwałtem?
Zaślepiony gniewem, nie zauważył, że hrabianka nie była sama.
— Wdzieram się gwałtem? — zapytała hrabianka, oblewając się rumieńcem oburzenia. — Mam wrażenie, że hrabianka de Rodriganda y Sevilla może w każdej chwili dostać się choćby siłą przed oblicze ojca! Nie ty więc masz mi stawiać pytania i obsypywać wyrzutami, to raczej ja powinnam cię zapytać, jakiem prawem śmiesz poddawać ojca bez mojej wiedzy ciężkiej, niebezpiecznej operacji?
— Tak postanowiliśmy i tak się stanie. Odejdź teraz!
— Nie odejdę, zanim nie rozmówię się z ojcem. Gdzie on jest?
— W sąsiednim pokoju. Twoją wrażliwość może przypłacić życiem. Każde najmniejsze wzruszenie może mu bardzo zaszkodzić. Cóż to za człowiek stoi obok ciebie?
— To doktór Sternau, lekarz z Paryża. Wezwałam go, by się poradzić co do stanu ojca. Mam nadzieję, że i ty będziesz zadowolony z jego przybycia.
Alfonso wybuchnął:
— Lekarz z Paryża? Kto ci na to pozwolił? Co za niesłychana samowola! Odejdź w tej chwili, a tego człowieka odeślij!
Ta bezprzykładna czelność Alfonsa wytrąciła na chwilę hrabiankę z równowagi. Opanowawszy jednak wzburzenie, rzekła z nieodpartą pewnością siebie i siłą:
— Nie zapominaj, z kim mówisz. Prawo do rozkazywania ma tu jedynie hrabia Rodriganda; jeżeli zaś jakieś względy stają temu na przeszkodzie, w takim razie mam takie same prawo do rozkazywania, jak ty. Operacja nie odbędzie się, zanim doktór Sternau nie zbada dokładnie chorego. Tak chcę i tak być musi.
Rysy twarzy Alfonsa stały się jeszcze bardziej ostre, żyły wystąpiły mu na czoło. Podniósłszy rękę, zbliżył się do siostry i ochrypłym od gniewu głosem zawołał:
— Ty chcesz tu rozkazywać? Ty, kobieta? Daj nam pokój! Operacja odbędzie się, choćbym miał użyć pomocy służby i polecić jej, by cię wyprowadziła. Robię zawsze to, co mi się podoba. Zrozumiałaś?
Po tych słowach zwrócił się do Sternaua i wpadł na niego:
— Proszę się wynosić. Jeżeli nie odejdzie pan dobrowolnie, każę cię psami wyszczuć z zamku!
Sternau uśmiechnął się pobłażliwie.
— Przybyłem tu na żądanie hrabianki — odrzekł, nie tracąc spokoju, — aby zbadać ojca pańskiego, hrabio. Uczynię to, na nic nie bacząc. Hrabianko, proszę przedstawić mnie temu panu, który jest przecież moim kolegą profesjonalnym.
Podczas tej rozmowy kolega profesjonalny schronił się dyskretnie do niszy okiennej. Roseta, spełniając prośbę przyjaciela, rzekła:
— Doktór Karol Sternau, lekarz naczelny kliniki profesora Letourbier w Paryżu — doktór Francas z Madrytu. Oto i pozostali panowie: doktór Milanos z Kordoby i doktór Cielli z Manrezy.
Obydwaj lekarze, którzy opuścili pokój chorego wobec niezwykłego tonu, jaki przybrała rozmowa hrabiego Alfonsa z hrabianką, skłonili się w kierunku gościa chłodno i z powagą. Doktór Francas z Madrytu zbladł jak kreda. Był najbieglejszy z pośród swych kolegów, a wiedział doskonale, jaką sławą cieszy się w Paryżu profesor Letourbier; zorjenrował się więc z miejsca, że ma przed sobą wybitnego specjallstę. Czuł, jakie niebezpieczeństwo grozi zarówno lekarzom, jak całej tej ciemnej sprawie; rozumiał, że tylko stanowcze odrzucenie pomocy przybysza może uratować sytuację. Odpowiedział więc ostro i brutalnie:
— Nie znam tego pana. Przygotowania ukończyliśmy; nie potrzeba nam żadnej pomocy. Dostojny nasz pacjent polecił nam dokonać operacji, uważam więc, że ubliżałoby naszej godności nie dokonywać jej natychmiast.
— Słyszysz? — rzekł Alfonso do siostry. — Oddal się natychmiast i uwolnij nas od człowieka, którego nie chcę widzieć na zamku Rodriganda!
Hrabianka chciała odpowiedzieć, ale wyręczył ją Sternau:
— Hrabianka pozwoli, że powiem tych słów parę. Chodzi, tu o mnie, więc słusznie sam za siebie powinienem odpowiadać. Jestem lekarzem i gościem pani, hrabianko. Ze względu na to brat pani ma obowiązek okazać mi uprzejmość. A co do panów kolegów, to już sam konwenans wymaga, by zastosowali się do życzenia kobiety. Niestety, ani brat pani, ani koledzy moi nie chcą tego zrozumieć. Wobec tego oświadczam, nie z tytułu prośby, lecz jako upełnomocniony i wezwany przez hrabiankę Rosetę de Rodriganda y Sevilla, co następuje. Ponieważ ma być dokonana ciężka operacja w tak podejrzanych okolicznościach, mam podstawy do twierdzenia, że ukrywa się tu jakiś zamiar nieczysty, lękający się światła dziennego i oczu świadków. Dlatego protestuję z całych sił i zapowiadam, że będę uważał każdego, kto się podejmie operacji, zanim zbadam hrabiego, za lekkomyślnego, a może nawet za zupełnie świadomego mordercę. Gdyby chciano zastosować wobec mnie gwałt, zwrócę się o pomoc do policji, a jestem pewien, że policja okaże więcej względów życzeniom condesy, aniżeli panowie.
Wszyscy trzej lekarze stali jak wryci, z oczami wbitemi w ziemię. Alfonso nie zdążył jeszcze odpowiedzieć, gdy nagle otworzyły się drzwi i stanęła w nich wysoka postać człowieka, który z pierwszego rzutu oka budził szacunek i litość.
Lubo człowiek ten był ślepy, niewidome jego oczy zdawały się posiadać moc wielką i wielki wpływ na otoczenie. Był okryty białem prześcieradłem, które spływało mu z pleców, jak śmiertelna koszula. Twarz, o rysach subtelnych i szlachetnych, była trupio blada; siwe włosy, jak węże wiły się gęstymi kosmykami aż do karku.
Zdawałoby się, że to duch jakiś przybył z zaświata, aby rozstrzygnąć spór między żyjącymi.
Jak łatwo się domyślić, był to hrabia Manuel de Rodriganda y Sevilla we własnej osobie. Ponieważ chloroformowania nie dokończono, hrabia wrócił do przytomności i usłyszawszy głosy w przyległym pokoju, otulił się prześcieradłem, zszedł ze stołu operacyjnego, aby zajrzeć do swego gabinetu.
— Cóż tu się dzieje? Kto mówi? Dlaczego odłożono operację? — zapytał, wodząc dokoła oczyma oślepłemi.
Roseta objęła go ramionami, tuląc się doń gorąco,
— Ojcze, drogi mój ojcze! — zawołała. — Bogu niechaj będą dzięki, że operacji nie zaczęto. Teraz już cię nie zabiją.
— Któż miał mnie zabić?
— Umarłbyś z pewnością, wiem o tem, przeczuwam to, czuję.
— Miłość dziecka mówi przez ciebie i lęk, droga moja córko. Nie powinnaś nam była przeszkadzać.
— Masz rację, ojcze, — wtrącił Alfonso. — Wdarła się tu poprostu! Kazała drzwi wyłamać! Sam powiedz, czy to postępowanie godne hrabianki?
— Istotnie to zrobiłaś, moje drogie dziecko? — zapytał hrabia Manuel z łagodnym, niedowierzającym uśmiechem.
— Tak, uczyniłam to. Zanadto mi drogie twe życie, bym nie broniła go jak najzacieklej! Mogą cię tylko leczyć ludzie, do których ja mam zaufanie. Zauważyłam, że ci panowie działają wobec ciebie zbyt pośpiesznie i za mało ostrożnie. Pełna więc lęku i troski napisałam do Paryża z prośbą, by profesor Letourbier przysłał nam operatora, do którego można mieć pełne zaufanie. Operator ten przybył dziś, a ci ludzie nie chcieli go do ciebie dopuścić. Czy dziwisz się teraz, że użyłam siły?
Starzec odparł z bladym uśmiechem:
— Lekarzom moim ufam. Jeżeli zataili przed tobą godzinę operacji, to jedynie w tym celu, by tobie i mnie oszczędzić niepotrzebnych wzruszeń. Gdzież jest lekarz z Paryża?
— Stoi przed tobą. Jest to doktór Karol Sternau, rodem z Moguncji.
— Jest tu, w tym pokoju?
— Tak — odpowiedział Sternau. — Przepraszam hrabiego, że usłuchałem wezwania hrabianki. Ale gdy chodzi o życie ojca, nie wolno się wahać.
Słowa te zostały wypowiedziane głosem pewnym i mocnym. Widać było, że na ślepym starcu wywarły wrażenie.
— Czy asystował pan kiedyś przy podobnej operacji, doktorze?
— Tak.
Na tę krótką odpowiedź hrabia podniósł głowę i rzekł:
— Powiedział pan jedno słowo, ale z głosu pańskiego czuję, że mówi pan prawdę i że niejedną operacją sam pan kierował.
— Ekscelencja ma rację. Jestem naczelnym lekarzem u profesora Letourbier.
— W takim razie ufam panu bez zastrzeżeń. Dziękuję, że pan przybył. Czy zechce sennor mnie zbadać?
— Z największą chęcią, hrabio.
— Niech więc pan wejdzie ze mną do pokoju. Panowie lekarze mogą pójść razem z nami, reszta niech pozostanie.
— Ależ ojcze! — zawołał Alfonso. — Oświadczam ci, że pokazałem temu panu drzwi. Czy nie chcesz się ze mną liczyć?
— Mój synu, obraziłeś pana doktora i należy mu się satysfakcja ode mnie.
Po tych słowach hrabia wrócił do swego pokoju, za nim zaś udali się lekarze z doktorem Sternauem na czele.
Alfonso, zgrzytając zębami, podbiegł do siostry:
— Tego ci nie zapomnę nigdy!
Roseta nie spojrzała nawet na brata. —
W pokoju hrabiego wszystko było do operacji.
Hrabia zwrócił się do Sternaua:
— Odkąd straciłem wzrok, oceniam ludzi po głosie. Pański głos budzi zaufanie. Proszę, niech mnie pan zbada.
Doktór Sternau badał już tylu pacjentów, ale nigdy nie był w podobnem położeniu, jak obecnie. Człowiek ten był ojcem kobiety, którą kochał gorąco i beznadziejnie. Uświadomiwszy sobie to wszystko, Sternau westchnął głęboko.
Słysząc to westchnienie, hrabia zapytał:
— Ma pan jakie zmartwienie, doktorze?
— Nie, ekscelencjo, — brzmiała odpowiedź. — Westchnienie moje nie było dowodem zwątpienia, lecz modlitwą do Boga, by udało mi się spełnić to, czego oczekuje po mnie hrabianka.
Hrabia wyciągnął do niego obie ręce i rzekł:
— Dziękuję panu. Kto, będąc zdolnym i dzielnym człowiekiem, wzywa jeszcze Boga do pomocy, temu dowierzam bezgranicznie. Może pan przystąpić do badania!
Sternau informował się dokładnie o przebiegu choroby hrabiego, poczem zaczął go badać. Sposób, w jaki przystąpił do rzeczy, wskazywał lekarzom hiszpańskim, że mają przed sobą siłę wybitniejszą od nich.
Po badaniu hrabia zapytał, co Sternau stwierdził.
Lekarz jednak nie odpowiedział natychmiast.
— Czy mogę dowiedzieć się o przyczynach i przebiegu ślepoty ekscelencji? — zapytał zkolei.
Gdy hrabia poinformował go dokładnie, lekarz paryski wyjął cały szereg instrumentów i badał przy ich pomocy oczy chorego. Trwało to dosyć długo. Ukończywszy badanie, Sternau zwrócił się do swych kolegów w te słowa:
— Szanowni panowie. Doktór Francas oświadczył przed chwilą, że nie zniesie tutaj mojej interwencji. Muszę wobec tego zrezygnować z poufnej koleżeńskiej narady z panami i wypowiedzieć sam swoje zdanie. Ekscelencjo, jak miały być usunięte kamienie?
— Przez cięcie wewnętrzne — odpowiedział zapytany.
— To niemożliwe! — zawołał Sternau. — Chyba hrabia źle słyszał.
— Jest tak, jak powiedziałem. Zresztą, niech pan zapyta kolegów lekarzy.
Doktór Francas odpowiedział:
— Uważamy to za jedyny ratunek.
— Ależ panie, — rzekł Sternau poruszony — czy stwierdziliście wielkość i położenie kamieni? Tu każde cięcie jest niebezpieczne, a cięcie jakiego zamierzaliście dokonać, poprostu grozi śmiercią. Lekarz, który chciałby przystąpić do takiej operacji, byłby zwykłym mordercą!
— Sennor! — zawołał groźnie lekarz madrycki.
— Sennor! — odparł Sternau. — Hrabia nie jest lekarzem, nie mógł wiedzieć, jakie są zamiary panów wobec niego. Ale początkujący nawet lekarz zrozumiałby, że chory takiej operacji nie przetrzyma. Jeżeli doniosę o tem władzy i sprawa będzie zbadana, panowie zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności za usiłowanie zabójstwa.
Mimo tej groźby Francas odrzekł:
— Pan, intruz, pan śmie nam grozić? To zabawne! Gra pan komedję, chce pan zapewne zostać przybocznym lekarzem hrabiego. Ale hrabia zna nas dobrze i wie, że jesteśmy nieskazitelni i nie dosięgnie nas żadne podejrzenie. Chcielibyśmy jednak posłuchać, jak sobie wyobraża nasz pan doktór z Paryża usunięcie kamieni?
— Poprostu przez litotrypsję, która wyklucza wszelkie niebezpieczeństwo.
— Litotrypsja? — zapytał lekarz z Manrezy. — Cóż to takiego?
Sternau nie mógł opanować zdumienia:
— I takim ludziom hrabia powierza swe życie! Ten człowiek nie słyszał nawet o litotrypsji, o usunięciu kamienia za pomocą litotrybu!
Francas uśmiechnął się ironicznie:
— Myli się pan. Bajkę o litotrybie znamy oddawna, tylko, że uważamy ją właśnie za bajkę. Ale co nam po sporze, prowadzonym z kimś, kto o sprawie nie ma pojęcia! Niech hrabia rozstrzygnie, kto ma w tej chwili opuścić pokój: ten człowiek, czy też my!
— Będę się kierował wyłącznie głosem sumienia — rzekł Sternau. — Hrabia nie jest lekarzem, więc może zdecyduje się na krok, który gotów życiem przypłacić. Ja jednak nie dopuszczę do tego, choćbym miał wystawić na szwank własną osobę.
Hrabia wstał i, wysłuchawszy Sternaua, oświadczył:
— Moi panowie, tu nie miejsce na spory; oddalcie się teraz, później zawiadomię was o swojej decyzji. Poglądy panów znam; chciałbym jeszcze poznać bliżej poglądy doktora Sternaua. Zostanie więc przy mnie. A panowie zechcą opuścić pokój.
— Więc hrabia poprostu nas wyrzuca? — zapytał gniewnie Francas. — Dobrze, usłuchamy rozkazu, ale ten intruz drogo nam za to zapłaci.
Po tych słowach spakowali instrumenty i opuścili pokój. Po chwili wpadła Roseta i, rzucając się hrabiemu na szyję, zawołała:
— Uratowany, mój ojciec uratowany!
Hrabia odparł łagodnie:
— Nie tak gwałtownie, moje dziecko. Jeszcze nie powziąłem decyzji.
— Jestem jej pewna! — rzekła hrabianka.
Roseta obrzuciła Sternaua spojrzeniem tak gorącem i pełnem uczucia, że nasz lekarz, wzruszony do głębi, w te się odezwał słowa:
— Ekscelencjo, proszę mieć do mnie zaufanie, proszę mi wybaczyć ostry ton, którego użyłem w stosunku do tych panów, ale oburzyła mnie do żywego ich bezgraniczna lekkomyślność. Gdyby operacja się odbyła, hrabia byłby już nie żył; przysięgam na to!
Tymczasem drzwi się otworzyły i wpadł przez nie Alfonso, który od lekarzy dowiedział się, jaki obrót sprawa przybrała.
— Wypędzasz ich, ojcze? Czy to możliwe? — zapytał gniewnie.
— Nie wypędzam ich, tylko proszę o czas do namysłu.
— Mam nadzieję, że w decyzji będziesz się liczył z tymi zasłużonymi ludźmi.
— Decyzja moja będzie sprawiedliwa. No, ale obecnie dajmy temu pokój!
Alfonso musiał zastosować się do życzenia hrabiego, który zwrócił się teraz do córki:
— Wyobraź sobie, pan doktór zbadał również moje oczy.
— Naprawdę? Czy jest nadzieja, że ojciec wzrok odzyska? — zapytała ze drżeniem.
— Mam wrażenie, że jest.
— Cóż pan zauważył, badając oczy?
— Że i tutaj mylili się lekarze.
— Co takiego? — zapytał hrabia Manuel. — Niechże pan mówi, słucham!
— Ekscelencjo, czy lekarze oświadczyli, że ślepota ekscelencji jest nieuleczalna?
— Tak.
— Czemu przypisywali utratę wzroku?
— Stwierdzili, że przyczyną mej ślepoty stał się staphylom, czyli wrzody na powiekach.
— Mylili się lekarze. Choroba hrabiego pochodzi raczej z powodu leukomy.
— Czy jest uleczalna?
— W ostatnich czasach udało się wyleczyć z niej kilku chorych za pomocą pewnej bardzo skomplikowanej operacji. Gdyby hrabia chciał mi zaufać w zupełności, mógłbym osiągnąć to, że hrabia widziałby przynajmniej przez okulary. Oczywiście o całkowitem przywróceniu wzroku niema mowy.
Starzec wzniósł ręce ku niebu z okrzykiem:
— Wielki Boże! Gdyby to było możliwe!
Roseta skłoniła głowę na pierś ojca i, łkając głośno, rzekła:
— Ojcze, zaufaj mu; on jeden zdoła cię uratować!
— Dobrze, córeczko. Oto moja ręka, doktorze. Rozpoczął pan dzieło z Bogiem, niechże je pan skończy z Jego pomocą. Alfonsie, a ty się nie cieszysz?
Alfonso, nadrabiając miną, odpowiedział:
— Byłbym szczęśliwy, gdybyś mógł wzrok odzyskać, ale uważam to za ogromną i wprost niebezpieczną lekkomyślność budzić nadzieje, których ziszczenie jest więcej, aniżeli wątpliwe. Wyobrażam sobie, jak się będziesz czuł strasznie, jeżeli operacja zawiedzie.
— Bóg ulituje się nade mną. Jak długo może potrwać kuracja, doktorze?
— Usuwanie kamieni zapomocą litotrybu potrwa jakieś dwa tygodnie. Dopiero później, gdy polepszy się ogólny stan ekscelencji, będzie można przystąpić do kuracji oczu, która w każdym razie potrwa dłuższy czas.
— Czy mógłby pan tak długo pozostać na zamku, doktorze?
— Musiałbym wziąć u profesora Letourbier urlop, lub prosić go o dymisję.
— Niech pan weźmie dymisję, proszę o to, doktorze. Uczynię wszystko, co w mej mocy, aby zrekompensować sennorowi Paryż.
— Największą rekompensatą i nagrodą będzie dla mnie świadomość, że wróciłem hrabiemu zdrowie i wzrok. Dziś jeszcze napiszę do profesora.
— Doskonale. Zamieszka pan tutaj; Roseta wskaże panu pokój.
— Na to mamy przecież kasztelana — wtrącił Alfonso.
— Prawda, zapomniałem o nim zupełnie.
Sternau pożegnał się z hrabią Manuelem i opuścił pokój. W korytarzu trzej eskulapi obrzucili go ponurem, nienawistnem spojrzeniem.
— Rozpoczął pan z nami walkę — rzekł Francas. — Dobrze, przyjmujemy ją, a będziemy walczyć tak długo, dopóki pan nie skapituluje!
— Banialuki.
Rzuciwszy to jedno słowo, Sternau wyszedł, by przenieść swe rzeczy z domku wiejskiego do pokoju, wyznaczonego na zamku.
W jakiś czas potem w pokoju Klaryssy siedziało przy zamkniętych drzwiach trzech ludzi: hrabia Alfonso, doktór Francas i notarjusz Gasparino Cortejo.
Wysłuchawszy ich sprawozdania o wypadkach przedpołudnia, Klaryssa wykrzyknęła:
— Najświętsza Madonno! A więc to możliwe! Byliśmy tak bliscy celu, a naraz ten przybłęda pokrzyżował nam wszystkie plany, w niwecz je obrócił!
— Pokrzyżował? — rzekł Alfonso szyderczo. — O tem nie może być mowy. Sprawa odsunęła się tylko na plan nieco dalszy.
— Czy Sternauowi może się udać operacja kamieni? — zapytał notariusz doktora.
— Z pewnością — odparł doktór Francas. — Ale przedtem my jemu zgotujemy taką operację, że go rodzona matka nie pozna!
— A operacja oczu?
— I ta przebiegnie szczęśliwie, chyba, że się wywiąże zapalenie. Ale po tym olbrzymie z Paryża można się wszystkiego spodziewać.
— Trzeba się więc postarać, by zapalenie nastąpiło, rzekła Klaryssa. — Bóg zabrał hrabiemu światło oczu jego, byłoby więc grzechem iść przeciw wyrokowi Boskiemu.
— Zbierzemy wszystkie siły — rzekł notarjusz — ale musimy być bardzo ostrożni, musimy unikać podejrzeń. Nie powinniśmy się stykać zbyt często. W każdym razie o tem powinniśmy pamiętać, że hrabia nie może wyzdrowieć, a w każdym razie nie może odzyskać wzroku, bowiem wtedy zobaczyłby twarz Alfonsa. Tego przybysza trzeba unieszkodliwić. Musimy go zabić, lub usunąć w jaki inny sposób.
— Ale w jaki? — zapytała Klaryssa.
— W tem już moja głowa! Mam w górach paru dobrych znajomych. Głupcy nazywają ich rozbójnikami, dla mnie zaś to najidealniejsi, wypróbowanej uczciwości sprzymierzeńcy. Udam się wkrótce do nich i pomówię, w jaki sposób będzie się można pozbyć przybysza. —
Wypocząwszy po nieprzespanej nocy, Sternau wyszedł z mieszkania dopiero po południu. Pierwszą osobą, którą spotkał, była Roseta.
— Dzień dobry — rzekła. — Przynosi nam pan spokój i szczęście.
— Przedewszystkiem przynoszę wojnę, którą uroczyście zapowiedział mi doktór Francas.
— W wojnie tej jestem i będę pańską najwierniejszą sojuszniczką. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.