Przejdź do zawartości

Bratobójca/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Bratobójca
Pochodzenie Romans i Powieść
Wydawca Józef Unger
Data wyd. 1897
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Caïn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XI.

Magloire zbliżył się do pieca i zaczął grzać sobie palce u jedynej ręki, która mu pozostała.
— Chcecie — odezwał się po chwili do służących — to zagram wam jaką skoczną piosenkę na mym instrumencie. Co? dobrze?
I skierował się do katarynki.
Marya zatrzymała go.
— Nie... nie.. nie graj pan dzisiaj tutaj — odezwała się żywo. — Mamy w domu biedną kobietę, która kona, a może już umarła w tej chwili...
Magloire natychmiast zmienił się na twarzy.
Z wesołego stał się poważnym.
— To ta robotnica z fabryki, którą leczył doktór Bordet? — zapytał.
— Tak. Przed chwilą jej maleńka z płaczem przybiegła po naszą panią, z którą jej matka chciała się jeszcze zobaczyć.
— A! biedaczka! — wyrzekł mańkut ze współczuciem. — To było do przewidzenia. Biedna kobieta... biedna mała!..
Drzwi od restauracyi otworzyły się znowu.
Wszedł Klaudyusz Grivot, majster z fabryki Ryszarda Verniera, dmuchając w ręce.
— Śniadanie, Różo! a prędko — rzekł, kierując się do jednego z oddzielnych gabinetów, przylegających do sali.
— Jedenasta jeszcze nie wybiła.
— Nie, ale muszę jechać do Saint-Denis, dla obejrzenia robót i wrócić w południe wraz z robotnikami.
— Zaraz pan będzie miał śniadanie... Kasiu, zajmij się panem Grivot.
Majster wszedł do gabinetu.
Magloire przyglądał mu się przez ten czas.
— O! toby nieszczęście było, gdyby taki pan majster napił się sznapsa na sali ogólnej ze zwymi kolegami...
Marya to usłyszała.
— Majster powinien się trzymać zdaleka od swych robotników... zwłaszcza taki, który ma wielkie poważanie u swego pryncypała, jako pracujący...
— Można być dobrym robotnikiem, a nicponiem!.. A ten jegomość wcale mi się niepodoba... Zresztą, co to mnie obchodzi... Dajcie mi sznapsa i porcyę kiełbasy z kapustą, tylko taką, którejbyście się nie powstydziły...
Magloirowi usługiwać poczęła Franciszka, gdyż Marya musiała iść do kantorku i wydawać wino na kwarty gościom.
Mańkut wziął się do jedzenia.
W tejże chwili jakiś młodzieniec, ubrany z elegancką prostotą przekroczył próg zakładu.
Rysy miał regularne, oczy szczere i inteligentne, usta uśmiechnięte.
Niewielki zarost otaczał twarz jego sympatyczną.
Widząc go wchodzącego, Róża szybko pośpieszyła ku niemu.
— A! pan Henryk! — zawołała tonem uradowanym. — Dawno się pana nie widziało!
— A tak, moja panno Różo.
— Pan Henryk będzie jadł śniadanie?
— Jeżeli to możliwe...
— I jakie jeszcze śniadanie!.. Dzisiaj jest doskonałe...
— Przyjechałem dziś rano z Saint-Ouen, ażeby sprawić panu Vernierowi niespodziankę i poprosić go o śniadanie, alem zastał drzwi zamknięte... Pani Weronika, odźwierna fabryki, powiedziała mi, że pryncypał jest w Paryżu i że wróci dopiero dość późno po obiedzie...
Przyszedłem więc poszukać u matki Aubin posiłku, którego nie dostałem w fabryce...
— Może podać panu w oddzielnym gabinecie?
— A to po co... Proszę mi podać śniadanie w tej sali... przy jednym ze stołów, gdzie siadywałem tyle razy... Nie unikam stykania się z pracującymi... Lubię ich...
— A!.. to wybierz pan miejsce, panie Henryku, przyniosę panu kartę...
Młodzieniec usiadł przy stole, gdzie już miał miejsce kataryniarz, który sobie pomyślał:
— O! ten wcale się nie dmie!.. A jednak znać, że nie byle kto.
Róża zbliżyła się znowu.
— I cóż się dzieje z pańskim ojcem? — zapytała młodzieńca — nie miał pan o nim wiadomości?
— Miałem przed dwoma miesiącami.
— Kapitan Savanne zawsze na morzu?
— To jego fach, moje dziecko.
— Ale to nie dobrze, że tak ciągle musi być daleko od rodziny.
— A tak, to prawda! — odrzekł Henryk Savanne z westchnieniem — już ośm lat nie widziałem ojca, szesnaście lat miałem, kiedy wyjechał.
— Ośm lat w podróży! — zawołała Róża ze zdumieniem.
Tu Magloire uznał za stosowne wmieszać się do rozmowy.
— O! w marynarce człowiek nie od siebie zależy, ja także coś o tem wiem, bo byłem w Tonkinie.
— Byłeś pan majtkiem? — zapytał Henryk Savanne.
— Służyłem w czwartym pułku piechoty marynarki. Ranny byłem i medal otrzymałem na wojnie.
Róża przerwała rozmowę.
— Czy pan już wybrał, co będzie jadł, panie Henryku? — zapytała.
— Tak, Różo... Dwa jajka na miękko, kotlet, plaster szynki i kawałek sera. Posługująca udała się zamówić śniadanie.
Godzina jedenasta wybiła na zegarze, zawieszonym po nad kantorkiem.
Z ulicy doleciały odgłosy dzwonków, zwiastujących przerwę robót we wszystkich sąsiednich fabrykach.
W ciągu trzech minut restauracya matki Aubin napełniła się nowymi gośćmi. Mężczyźni, kobiety, w ubraniach robotniczych, okrytych pyłem, żądali posiłku. Wrzawa, zgiełk, rozlegały się dokoła. Służące kręciły się tu i owdzie, otrzymując i spełniając zlecenia.
Wreszcie zapanował spokój, słychać było tylko głuchy odgłos szczęk ludzkich, szybko spożywających.
Jedni pili, gawędząc, inni czytając dzienniki.
Wtem wszedł już po innych jakiś mężczyzna, trzymając chustkę przy oczach i klnąc straszliwie.
— A panu co się zrobiło, panie Vide-Grouset? — napytała go Marya — pan zawsze pierwszy a teraz przychodzisz ostatni?
— A! do kroćset!.. — odpowiedział gniewnie robotnik — wpadł mi do oka kawał opiłki i cierpię jak potępieniec.
I biedny chłopiec, odjąwszy chustkę, pokazał oko napuchnięte, czerwone, załzawione, z powieką, drgającą, prawie konwulsyjnie.
— Dajcie mi wody świeżej, może wyjdzie ten opiłek albo się wścieknę.
Henryk Savanne, usłyszawszy skargi robotnika, zwrócił się ku niemu.
Kiedy Vide-Grouset poprosił o wodę zimną, szybko opuścił swe miejsce i pobiegł ku niemu.
— Może mi pan pozwoli zobaczyć to oko? — zapytał.
Robotnik usiłował zobaczyć mówiącego.
Ale oko tak go zabolało, że aż krzyknął:
— Co tam pan pomożesz? — odrzekł brutalnie.
— Za kilka sekund już pan nie będziesz cierpiał.
— Tam do pioruna! to się pan śpiesz... ja oszaleję! ja się wścieknę!..



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.