Przejdź do zawartości

Brama na świat

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Brama na świat
Podtytuł (Gdynia)
Pochodzenie Biblioteczka Historyczno-Geograficzna Nr. 224–225
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“ Sp. z o.o.
Data wyd. 1932
Druk Zakł. Druk. F. Wyszyński i Ska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM


Nr. 224—225. Nr. 224—225.
BIBLJOTECZKA
HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA
Cykl Wolą i pracą.

WACŁAW SIEROSZEWSKI
BRAMA NA ŚWIAT
(GDYNIA)


Nie kłamać —
bawiąc.
Nie nudzić —
ucząc.


T-WO WYD. „RÓJ“ S. Z O. O.
WARSZAWA, KREDYTOWA 1. P. K. O. Nr. 9880.




Odbito z nadesłanego składu
w Zakł. Druk. F. Wyszyński i Ska, Warszawa, Zgoda 5




Przed tysiącami lat olbrzymie lodowce, sunąc od bieguna, przytoczyły swemi płużyskami na nasze Pomorze z dalekiej Skandynawji wały granitowych głazów i skalnych okruchów.Przemełły je częściowo na szczerek, na żwir, na piaski i gliny, ułożyły z nich fałdy wzgórz, a tając na słońcu zostawiły między pagórami obfite wody.
W tropy za lodowcami przyszło morze i, szarpiąc falami morenowe złoża, uwalniało więzione przez nie wody, wchłaniało je, ssało chciwie strugami niezliczonych rzek i rzeczek. Oblane do niedawna zewsząd przybrzeżne wyspy i kępiska zamieniły się zwolna w suche, ogrzane słońcem, wyżyny, powiązały przełęczami w grzędy, a ukryte pod wodą u ich stóp ławice i mielizny przeistoczyły się w bagna i podmokłe niziny. Nowy ląd pod dobroczynnemi promieniami słońca zaczął szybko obrastać mchami, następnie krzewami i lasami. Morze karmiło je szczodrze ożywczem, wilgotnem tchnieniem. Rosły bujnie.
U brzegów jednak to samo dobroczynne morze sprawiało twarde, samolubne rządy wrogie ziemi i nieraz lasom przekorne. Podmywało wysokie leśne urwiska, a na płaskie pobrzeża rzucało zaspy piasku i grzędy otoczaków. Zimowe wichry, zrodzone na przestworzach północnych oceanów szarpały boleśnie konary borów w otwartych dolinach, piaskami morskich wydm zanosiły łąki i mokradła, nawet podgaje przyległych nizin.
Tak powstał brzeg morski, jak go obecnie widzimy. Dwa poroża łuku wzgórz okalających Gdynię — Kamienna Góra i Oksywia — są polodowcowemi morenami, pełnemi we wnętrzu skalnych toczonych złomów, przemieszanych z gliną, piaskiem i żwirem. Morski skraj doliny zalegają piaszczyste wydmuchy (zandry) i kamieniste ławice, wciąż przetaczane przez fale. Ku Radłowu wzgórza składają się z warstwie ciężkich glin i żelazistego tufu; ku Oksywiu rozłożyły się szeroko sapy i torfowiska. Tędy, prawdopodobnie, płynęła jakaś wielka rzeka, jakaś pra-Wisła, wpadająca do morza pod Puckiem. Jako jedyny po niej ślad pozostały błota, torfowiska i maluchna rzeczułka Chylonka.
Nie tak dawno, za ludzkiej już pamięci, bo wszystkiego 8 wieków temu, jak świadczą najwcześniejsze kroniki, wszędzie tutaj szumiał ciem ny, prastary bór, którego żywiczne łzy stężałe w kawałki bursztynu, znajdujemy w sąsiednich borowinach. żałosne resztki tych pobrzeżnych puszez dotychczas widnieją na Radłowskiej Kępi, na cyplu Kamiennej Góry, na północnym stoku Oksywia. W borach rosły strzeliste sosny, jodły i świerki, cisy i modrzewie; zmieszane z kędzierzawemi bukami, dębami, lipami, grabami, jaworami, jesionami, olchą, brzozą, wierzbą i osiną, tworzą ciemne, gęste ostępy, wysłane burem igliwiem i listopadem pachnącym jak wino lub suto podszyte leszczyną, dziką maliną, głogiem, jałowcem, tarniną, paprocią... Krył i żywił się w nich z łatwością tur, jeleń, niedźwiedź, ryś, dzik, bóbr... Moc zajęcy i dzikiego leśnego i wodnego ptactwa uwijała się wszędy. Pomorze słynęło zdawiendawna z obfitości zwierzyny, grzybów i wszelakich jagód. Na śródleśnych jego łączkach, na słonecznych wystawach pagórków, kobierce traw i ziół o przepysznej zieleni oraz mnóstwo wszelkiego rodzaju kwiatów. Na wiosnę złota łuna bije od zarośli żarnowca, na jesień wichry nielitościwie gna i tormoszą smukłe, blade dziewanny. Roślinność pleni się bogata i rozmaita, jak rozmaita i zmieszana jest gleba pomorska, jak kapryśne i zmienne są podmuchy morskiego wiatru. Obok wybujałymi cudownie ziół, obok kwiecia o mocnych barwach, obok zwojów kolczastej jeżyny, ciemnolistnego bluszczu i gęstych mioteł krzewiastej czernicy, srebrzą się na jałowych wydmuchach rozgwiazdy ostu szumią kępy twardego oczeretu, płonie różowy wrzos... Ale miejscami, szczególniej w dolinach otwartych dla dokuczliwych północno-zachodnich wichrów, trafiają się w tym bujnym lesie nagie gąbczaste mszary, suche liszajniki i jagiele, przyciemne, pełzające krzewy, jakby żywcem przeniesione z kresów lasu, z polarnej tundry... Dolinami ciągną się ubogie pola uprawne, ale więcej pastwisk.
Istnieje sporo śladów prastarych ludzkich osiedli w pobliżu Gdyni. Wielokroć na Oksywiu wykopywano urny i popielnice. Na polach radłowskich znaleziono w przeszłym roku słowiańskie przedhistoryczne cmentarzysko łużyckiego typu a w obrębie samego miasta stały doniedawna w polu między drogą do Sopot a torem kolejowym dwa wysokie na wzrost człowieka kamienie, umieszczone tu pionowo rękami ludzkiemi a podobne do bretońskich „menhirów“[1]. Podanie głosi, że tu leżała wśród niewytrzebionych jeszcze lasów pierwsza osada gdyńska. Podanie również utrzymuje, że na wzgórzu oksywskiem od niepamiętnych czasów istniało warowne grodzisko z gontyną pogańską w tem miejscu, gdzie teraz kościółek. Prawdopodobnie tak było, gdyż wysoki cypel Oksywski jest doskonałą strażnicą dla całej Puckiej zatoki. Widać zeń całe wybrzeże gdańskie, oraz wejście z otwartego morza do zatoki, aż po majaczącą w oddali helską mierzeję.
W czasach, gdy korsarskie wyprawy Skandynawów i chińczyków nieustannie groziły wybrzeżom, obronny gródek Oksywski był w stanie ze swych wyniosłości nietylko ostrzegać zawczasu mieszkańców ognistemi wiciami o zbliżającym się niebezpieczeństwie, lecz w razie potrzeby, przez wysłanie zbrojnych łodzi mógł przeciąć odwrót nieprzyjacielowi i odebrać mu zdobycz. Był więc przylądek Oksywski od najdawniejszych czasów ostoją obronną wschodniego Pomorza i obok Arkony, Wolina, Kaminia, Lubicy, Szczecina, Bukowa, Kołobrzegu, Gdańska oraz innych wielkich i warownych portów słowiańskich Bałtyku, był miejscem, gdzie kształciła się czujność i waleczność żeglarzy u plemion najbliżej pokrewnych lechitom.
Wzgórze Oksywie było podobno gęsto zamieszkane za dawnych czasów; ale w miarę obsychania mokradeł, broniących do niego dostępu, w miarę malejącej jego warowności, w miarę jednocześnie wzrostu bezpieczeństwa od strony morza przez powstanie Pucka i Gdańska, malało zaludnienie Kępy. Ludność rozchodziła się szeroko po okolicy, szukają wolności i większego dostatku. Długo jednak, nawet do ostatnich czasów Oksywie cieszyło się pewnym szacunkiem i urokiem i było chętnie odwiedzane, szczególniej w niedzielę i święta. Miało stary miły kościółek, cmentarz z licznemi nagrobkami polskiemi, miało kilka murowanych chat, zamieszkałych przez kaszubów, miało latarnię morską i przepiękny rozległy widok na morze. Prócz ustnej legendy miało również pisaną historję. Według kronik zachowanych w oliwskim klasztorze, Zwinsława, żona Mestwina, księcia pomorskiego, podarowała w 1209 roku całą Kępę wraz z osadą Oksywie polskim zakonnicom Norbertankom w Żukowie. Ponieważ w 15 lat później książę Świętopełk większą część tej ziemi przekazał niemieckim Cystersom w Oliwne, powstał długoletni spór, obostrzony walką narodowościową, zakończony ugodą dopiero w 1316 roku. Norbertanki zatrzymały Oksywie wraz z patronatem kościoła, niemieccy zakonnicy dostali resztę Kępy. Bawił tu w 1598 król Zygmunt III przejazdem ze Szwecji, zaglądał kilkakrotnie nasz „morski król“ Władysław IV oraz Jan Sobieski, którego ukochana Marysieńka używała latem kąpieli w Kolibkach. Powtarzam, że cały czas swego istnienia od pierwocin tonących w zmierzchu prahistotrji, stojące na uboczu Oksywie było schroniskiem i ostoją zpoczątku słowiańszczyzny a następnie polskości. Już w 1253 r. biskup kujawski, Wolimir wyznaczył je jako parafję, włączając do niej wioski Gdynię, Witomino, Radiowo. W archiwum parafialnem przechowały się ciekawe papiery.[2] Niegdyś oblana z trzech stron wodą, następnie otoczona bagnami i torfowiskami, rzadko była odwiedzana przez fale zaborców i łupieżców przelewające się brzegiem morza.
W znacznie większej mierze podlegała im Gdynia, mała wioseczka, leżąca przy drodze łączącej Puck z Gdańskiem. Należy przypuszczać, że Gdynia została stworzona w przedhistorycznych jeszcze czasach przez oksywskich wychodźców, szukających dogodniejszych i żyźniejszych obszarów pod uprawę zbóż i hodowlę bydła, niż dostarczyć im mogły stoki Oksywia. Ale dzięki swej dostępności Gdynia rychło dostaje się pod władzę i opiekę możnych. Pierwszą wzmiankę o niej spotykamy w aktach z 1253, gdzie podana jest jako majętność panów na Rusocinie pod Gdańskiem. „W roku 1362 Piotr z Rusocina stanowi Gdynię na prawie niemieckiem: sołtysi Matjasz i jego siostrzeniec Piotr otrzymują dla siebie 4 włóki wolne, oraz 3-ci grosz z wpływów sądowych, obowiązani są występować zbrój no na koniu ilekroć gotuje się wyprawa wojenna. Każda z pozostałych 30 włók ma opłacać 15 skojców[3] i 2 kokosze, tudzież po skojcu nadrożnego na wyprawę zbrojną dziedzica, prócz tego każdy z kmieci, łowiący w morzu wędką, winien dostarczyć na Wielkanoc pomuchlę[4]. Dziedzic zachowuje sobie G włók pod Witominem oraz prawo osadzenia 4-ch ogrodników.
W roku 1380 Gdynia w drodze darowizny dziedzica Jana Rusocińskiego, syna Piotra, przechodzi na własność świeżo powstałego w Kartuzach zakonu oo. kartuzów. Z tą chwilą właściwie otrzymują za nieznaczną opłatę na rzecz klasztoru 10włókowy przysiółek Grabówka i wspólną używalność 6-ciu włók pod Witominem, porosłych przeważnie lasem i niezdatnych pod uprawę.
Pod koniec 18-go wieku oo. kartuzi przyznają wolność połowów na morzu właścicielowi sołectwa, wzamian jednak musi on sprawować swój urząd bezpłatnie.
W roku 1772. Gdynia prócz sołectwa obejmowała 7 zabudowań gospodarskich i osadę karczemną, ogółem włók 20. Do wsi należał wspomniany przysiółek Grabówka, obszaru 6 włók przeważnie lasów i nieużytków. Mieszkańcy korzystali z prawa bezpłatnych połowów, obowiązani jednak byli oddawać do klasztoru w Kartuzach ⅒ część połowu. Po ostatecznym rozbiorze Polski Gdynia przechodzi na rzecz skarbu pruskiego i staje się „wsią królewską o 21 dymach“, zarazem włączona zostaje do ekonomji Mosty. W początkach 19 wieku na terenie zwanym „Gdyńskie grądy“, powstał przysiółek Kamienna Góra. Rząd pruski w celach wzmocnienia niemczyzny odprzedał wkrótce ten majątek w ręce prywatne.
Sama Gdynia nigdy nie była terenem walk między niemcami i polakami, jakie toczyły się na Pomorzu, ale przechowały się w różnych dokumentach ślady przemarszu wojsk, ciągnących z zachodu na wschód lub odwrotnie. Wielokroć przechodziły tędy wojska książąt pomorskich: Bogusława, Sambora, Świętopełka, Mestwina... W roku 1390 przejeżdżał tędy z okazałym orszakiem do Krzyżaków, na walkę z „saracenami Wschodu“ znakomity rycerz angielski Derby, późniejszy Henryk IV. W 1460 roku biwakowali tu Krzyżacy, dążąc na zdobycie Pucka, a w 1520 znowu przybyli Krzyżacy i splądrowali wieś doszczętnie. W czasie wojen szwedzkich, w latach 1626—27 oraz 1650—1655, następnie od 1703 po 1701 grasowali tutaj szwedzi, dając się ciężko we znaki ludności. W bitwie pod Oliwą 26 Listopada 1627 r. Gdynia służyła za bazę zwycięskiej flocie polskiej. W tym czasie przebywał tu chwilowo Wielki Hetman Koronny, Stanisław Koniecpolski, który wskazywał Królowi i Sejmowi na Gdynię, jako na miejsce odpowiednie na port polski, mający współzawodniczyć z Gdańskiem. Zwraca uwagę na Gdynię również Król Władysław IV; Gdynia według ówczesnych projektów miała być połączona kanałem z Wisłą. Narazie król Władysław własnym kosztem zbudował 12 wojennych okrętów i wzniósł dwie twierdze „Kazimierzowo“ i „Władysławowo“, broniące przejścia statkom nieprzyjacielskim przez dwie najważniejsze, najgłębsze cieśniny mierzeji Helskiej. Gdańsk wszczął zażartą walkę przeciw tym dążeniom mądrego króla i drogą intryg przez Sejm oraz wielmożów polskich unicestwił początki morskiej samodzielności Rzeczypospolitej. Bandera polska znika z mórz na długie wieki, aby pojawić się na arenie świata dopiero wraz z oswobodzoną z niewoli Ojczyzną[5]. Dekretem Naczelnika Państwa, Józefa Piłsudskiego z dnia 28 Listop. 1918 r. została stworzona Sekcja Morska przy M. S. Wojsk, przekształcona ponownym Dekretem z 14 maja 1919 r. na Departament do Spraw Morskich.
Po rozbiorach Polski upadł był Gdańsk, jego handel zamorski przeniósł się do Szczecina, Hamburga i Bremy. Zmarniał Puck, zbiedniało i zacichło całe Pomorze. Wyrósł jedynie Sopot, jako letnie wielkie kąpielisko. Małe rybackie wioski na pobrzeżu były równie odwiedzane przez nielicznych letników, szukających ciszy i wypoczynku, a mniej dbających o wygody.
Do takich wiosek należała Gdynia.
Kiedy w 1921 roku, na wiosnę, przyjechałem na pewien czas do Gdyni, wywarła ona na mnie dość ujemne wrażenie. Mała, ciasna stacyjka kolejowa z czerwonej cegły, koło niej trochę domków rybackich, kręta piaszczysta droga, pompatycznie zwana ulicą Starowiejską, wiodącą nad morze. Po obu stronach ulicy rzadko rozrzucone ubogie niepozorne domki, niektóre kryte słomianą strzechą. Jeden z nich trochę większy służył za szkołę a w czasie lata mieścił pocztę, zamykaną na zimę. Były wszystkiego dwa sklepy, jedna mleczarnia i jedna jadłodajnia Skwierczą. Była apteka z najprostszemi medykamentami. Ulica Starowiejska przecinała się pod kątem prostym z polną drogą, prowadzącą z Oksywia do Sopot — dziś ulica Śto Jańska. Na rogu stał okazalszy trochę piętrowy dom sióstr Urszulanek, a w stronę Oksywia widniała karczma z wielowiekowym dębem przed frontem, zwanym „Dębem Napoleona“. Miał tu podobno Cesarz w czasie swego przejazdu (?) wypoczywać. Nieopodal skupiało się znowu trochę chat rybackich, a dalej słały się ku morzu żółte wydmy lotnego piasku. Plamiła je jedyna oaza zieleni — trochę akacji, kryjących obrzydliwą budę drewnianą, najwspanialszy jednocześnie piętrowy budynek Gdyni — Dom Kuracyjny. Naprzeciw niego drewniana przystań wchodziła mizernym klinem w przepiękną morską zatokę. — Wdzięczny luk złotych piasków i modrej fali wrzynał się tu w ląd między ciemnemi przylądkami Oksywia i Kamiennej Góry. Wdali amfiteatrem wnosił się łańcuch wzgórz, pokrytych gęstym zielonym borem. Widok był wspaniały, nagradzający całkowicie niepozorność ludzkich sadyb.
Wzdłuż kolei i wysadzonej drzewami szosy, wiodącej u podnóża tych wzgórz z Wejherowa do Gdańska ciągnęło się również trochę rozrzuconych domków rybackich, czerniał, niedaleko stacji, dymią! i sapał nieduży tartak niemiecki. Był to jedyny przemysłowy zakład ówczesnej Gdyni, jeżeli nie liczyć paru bardzo pierwotnych wędzarni ryb. Domów liczono około 40 a co do ilości mieszkańców zachodzą spory: jedni podają ich 700, drudzy twierdzą, że było więcej niż 1000. Niema to wielkiego znaczenia. Wszyscy zgadzają się, że wioseczka była nieduża i uboga. W sklepach można było dostać jedynie najniezbędniejsze rzeczy: sól, cukier, kawę, mąkę, kaszę, ser, naftę, mydło... i to niezawsze w żądanych ilościach i w odpowiednim gatunku. Po warzywa, mięso, wędliny, towary łokciowe i żelaza, obuwie, narzędzia... trzeba było jeździć do Wejherowa i przywozić je z wielkim zachodem. Nawet lepsze pieczywo stamtąd sprowadzano. Pobyt na letnisku w Gdyni, w owe czasy połączony był z wielką niewygodą. Zato tuż za Kamienną Górą rozpościerała się przepiękna wielka plaża, na którą wciąż nabiegały przeczyste fale i którą owiewało cudowne przesycone solą powietrze i ogrzewały w dzień cały promienie słońca. Wieś ze swem prostem pracowitem życiem podchodziła też nad sam brzeg morza; tuż za plażą zaczynały się zawiane morskiemi piaskami pola z rzadkiem, suchotniczem zbożem, lub zagonami wątłych ziemniaków, na piaskach bliżej Oksywia suszyły się siecią stały na drewnianych podstawkach większe rybackie stateczki, albo leżał}rzędami tuż przy wodzie mniejsze białe i blado-niebieskie łódeczki. Sennie krążyli wśród nich rybacy i rybaczki, biegały gromady jasnowłosych dzieci i uwijały się szare, do wilków podobne, psy.
Miejsce na kąpielisko było wymarzone.
W celu właśnie założenia wzorowego kąpieliska, któreby mogło odciągnąć letników od niemieckich Sopot, p. Ryszard Gałczyński, adwokat i finansista z Warszawy, odkupił w 1919 r. zaraz po przyznaniu Polsce Pomorza za 2.500.000 marek od gdańskiego kupca Bassnera — mająteczek Kamienną Górę, przemianowany przez Niemców na „Steinberg“. P. Bassner zamierzał optować na rzecz Niemiec i chciał własności coprędzej się pozbyć. Do mająteczku należał dworek ze stajniami, oborami i składami, piękny ogród ze stuletniemi lipami, 150.000 metrów torfowisk pod Oksywiem, oraz znaczny obszar pól i ugorów od morza i doliny Radłowskiej, aż po tor kolejowy. Pan R. Gołczyński zaraz założył akcyjne Towarzystwo Kąpieli Morskich, któremu oddał ten majątek do parcelowania za pewną ilość akcyj z tem zastrzeżeniem, że wszystkie pieniądze otrzymane z rozprzedaży placów w ciągu pierwszych lat pójdą na inwestycje. — Pieniądze z rozprzedaży placów i akcyj napłynęły i zawrzała praca. W 1921 r. zaczęto budować w Gdyni na Kamiennej Górze pierwsze ulice i pierwsze wille mieszkalne z wodociągami, elektrycznością i samodzielną kanalizacją. Plany ulic i parceli sporządzili znani architekci Tadeusz Zieliński i Tołwiński (syn). Jednocześnie została wybudowana na ulicy Lipowej kuźnia, mała elektrownia, pompiarnia wody, cegielnia dla białej cegły, oraz tartak ze stolarnią mechaniczną (przy terze kolejowym). Została jednocześnie na potrzeby budownictwa uruchomiona stara cegielnia czerwonej cegły na Ś-tym Jamie. — W 1922 r. już były wybudowane: „Willa Pierwsza“, „Dworek“, „Kopciuszek“, „8-ka“ (doktora Bielera), „Kadrówka“, „Sokola“, „Kruszynka“ i willa p.p. Rudowskich... Przy każdym domu został założony ogródek; zaczęła zwolna powstawać dzielnica letniskowa, miasto-ogród. Rozpoczęto budowę hotelu Kaszubskiego a inne towarzystwo postanowiło wznieść nad samym brzegiem morza hotel „Polska Riwiera“. Wszędzie wrzał ruch i życie.
W tym czasie Gdynia wciąż jeszcze spala. Mówiono wprawdzie coś o porcie, ale w górnych sferach rządowych oraz w publicystyce trwała dalej walka o to, czy taki port należy i opłaci się budować. Wciąż jeszcze żyła nadzieja, że się uda Gdańsk całkowicie pozyskać dla idei państwa polskiego łagodną ustępliwością i sutemi korzyściami gospodarczemi. Choć mieliśmy już poza sobą bolesne doświadczenia z wojny bolszewickiej kiedy Gdańsk wstrzymał przewóz dla nas amunicji, choć historja dawnych z Gdańskiem stosunków wielkim głosem przeczyła wszelkim tego rodzaju rachubom — polskie myślowe lenistwo i intrygi stron zainteresowanych, wstrzymywały ostateczną decyzję. Kilka najlepszych lat zastałe straconych. Budowa własnego, niezależnego portu żółwim posuwała się krokiem. Początkowo polecono p. Tadeuszowi Wendzie, jedynemu polskiemu inżynierowi, który znał się na tych rzeczach, opracowanie planu rozbudowy portu Gdańskiego i przystosowania go do potrzeb powstającej floty polskiej wojennej i handlowej. Lecz niewłaściwa interpretacja Traktatu Wersalskiego, narzucona nam przez Anglję, Konwencja Gdańska i Umowa Warszawska, a głównie wrogi nastrój względem Polski samego miasta Gdańska, kazał szukać przytułku dla zaczątków naszej floty wojennej na własnej ziemi. Mieliśmy już wówczas: statek hydrograficzny „Pomorze“ i 6 torpedowców niemieckich, przekazanych ram przez Radę Ambasadorów. („Kaszub“, „Ma«ur“, „Podhalanin“, „Ślązak“, Kujawiak“, „Krakowiak“). Traktowano o nabycie w Finlandji kanonierek „Komendant Piłsudski“ i „Generał Haller“, nabyto 4 trawlery: „Jaskółka“, „Mewa“, „Rybitwa“ i „Czajka“. Trzeba było przygotować tym okrętom przyzwoitą przystań i ochronę. Ministerjum Spraw Wojskowych poleca inż. T. Wendzie porzucenie projektów Gdańskich i opracowanie planu portu Gdyńskiego. Pod rozwagę było poddanych sześć miejscowości: jezioro żarnowieckie, Puck, Hel, Reda, Tczew, Gdynia. Wybór padł na Gdynię ze względów na to, że ma dzięki wyżłobieniu dna morskiego omijającego Hel, dostęp dostatecznie głęboki dla największych okrętów, że nie zamarza w zimie, że jest chroniona przez Helską mierzeję od wściekłości otwartego morza, że ma dobry grunt kotwiczny, że wreszcie przylega do niej obszerna dolina dogodna dla rozbudowy wielkiego miasta. — Zaczęto od budowy małej przystani u stóp Kępy Oksywskiej — zabezpieczonej falochronem, wszystkiego 150 m. długości. Sama przystań miała zaledwie 550 mtr. — Tam znalazły schronienie nasze statki wojenne.
Dalsze prace prowadzono bardzo opieszale. Zwożono z lasów olbrzymie pnie sosnowe, długie na kilkanaście metrów i wbijano je w dno zapomocą „baby“; między pale sypano kamienie i tworzono w ten sposób molo. Silniejsze falowanie często psuło roboty, wymywało pale i rozrzucało kamienie. Nad kopaniem kanałów pracowały zaledwie dwie dragi. Niemcy wyśmiewali się w swych gazetach z „polskiej gospodarki“. Musiano rozwiązać umowę z Towarzystwem „T. R. I.“ któremu pierwotnie powierzono budowę portu i spróbowano prowadzić roboty sposobem gospodarczym. Poszły nielepiej. Wprawdzie wykonanie całego planu obliczone było na lat 10, lecz w ciągu pierwszych trzech lat zrobiono tak mało, że koniec należało przewidzieć dopiero za lat dwadzieścia — trzydzieści. Tymczasem potrzeby Państwa Polskiego zarówno handlowe jak i polityczne kazały się spieszyć. Ogłoszono więc przetarg na budowę terminową portu z warunkiem kilkoletniego kredytu. Dnia 4 lipca 1924 roku zawarto umowę z polsko-francusktem konsorcjum, stworzonem umyślnie w tym celu. Zobowiązało się ono wykonać w ciągu dwóch lat pierwszą część planu za 35.009.000 franków złotych — całość obliczona była na 110.000.000 fr. zł. Ale w 1925 straszliwe burze zatopiły 4 dragi i przeszkodziły wykonaniu w terminie planu. W tym czasie amerykanie cofnęli kredyty obiecane Pol.-Franc. Konsorcjum. Groziło przerwanie robót. Wtedy rząd zawarł 30 października 1926 r. z tem samem Towarzystwem drugą umowę, opartą na wpłatach własnych gotówkowych w miarę posuwania się robót, i wyznaczył termin ukończenia ich na połowę 1930 r. Obliczano, że takie prowizyryczne wykończenie portu, da mu możność przepuszczania 10.000.000 ton przeładunków rocznie.
Pomimo tych przeszkód praca posuwała się naprzód. Ryto dalej pośpiesznie kanały w podoksywskich torfowiskach, lecz jednocześnie postanowiono część nabrzeży wysunąć w morze. Wyrabiano na brzegu olbrzymie skrzynie betonowe, suszono je, przesuwano na wytyczone miejsca i pogrążano w wodę, obciążając piaskiem i kamieniami; poczem na powstałym w taki sposób podwodnym fundamencie stawiano górne rzędy. Utworzoną w taki sposób rozległą ramę betonową wypełniano następnie strumieniami żwiru, i piasku, czerpanemi z morskiego dna przy pomocy specjalnej parowej maszyny — pompy. W głębi przedporcia, pod ochroną wniesionych już łamaczy fal zaczęły wyrastać z modrych wód zatoki równe, piaszczyste płaszczyzny przeznaczone na przystanie i magazyny. Zwiększono ilość torów kolejowych, wagony podchodziły do samych statków i port zaczął pracować w znośniejszych warunkach. Przedtem były one wprost barbarzyńskie; przeładunek węgla i innych surowców dokonywał się ręcznie, gdyż dźwigów nie można było ustawić, o drobnicy nie było mowy. Dość powiedzieć, Że choć wieża ciśnień już stała i wodociągi portowe funkcjonowały, przybyłe statki, zarówno cudze jak nasze, długo musiały brać wodę słodką i żywność w Gdańsku.
Zwolna jednak dogodne frachty kolejowe, ulgi celne, paszportowe i administracyjne, w połączeniu z rozbudowę portu robiły swoje, przyciągały coraz większą ilość statków, które już nietylko brały od nas ładunki, lecz przywoziły również swoje towary. O to właśnie chodziło, żeby statek nie pływał próżny, a był zajęty w obie strony, żeby ładowanie odbywało się szybko, bez niepotrzebnych przestojów, gdyż wszystko to ogromnie podraża fracht.
Wiekopomne zasługi w powstaniu portu polskiego i miasta Gdyni położył ówczesny minister Przemysłu i Handlu, p. inżynier Eugeniusz Kwiatkowski. Dopiero pod jego czujnem okiem i sprawną ręką, rozbudowa Gdyni nabrała rozmachu i siły. On właściwie zagadnienie morskie w polityce Państwa Polskiego postawił na należy tem miejscu i poziomie. Na posiedzeniach Rady Ministrów, przed Sejmem i Senatem bronił umiejętnie i uporczywie potrzebnych na to wydatków i ofiar. Umiał tchnąć w poziome pozornie sprawy swoisty romantyzm i poprzeć je „racjami stanu“. Wymową, zapałem i skrupulatnym rachunkiem pokonywał przeciwników i zdobywał gorących zwolenników i ofiarnych współpracowników. Rozumiał doskonale więź istniejącą między portem i współżyjącem z nim miastem. Popierał kredyt budowlany oraz ulgi wszelkiego rodzaju dla powstających w mieście budynków i interesów[6]. Starał się przyśpieszyć zmiany prawne, niezbędne dla rozwoju i uporządkowania administracji naradzającego się miasta, gdyż Gdynia wciąż jeszcze była wsią i zależała od wejherowskiego powiatu, choć port już działał, choć na „redzie “ czerniały szeregi statków, czekających na swoją kolej przy niedostatecznych, prowizorycznych nabrzeżach. Ludności przybywało, głód mieszkaniowy wzrastał, domów budowano mało i bezplanowo, zato powstały cale dzielnice wstrętnych bud, skleconych naprędce z tarcic, z desek od skrzyń towarowych, z obrzynków bali, pozbijanych gwoździami, powiązanych drutami i kawałkami blachy... Wszystko to było wylatane i nakryte smolną papą. Z dachu sterczała zazwyczaj blaszana rura zamiast komina, światła do wnętrza doprowadzały maluchne okienka, żałosne drzwi chwiały się i klapały na nędznych zawiasach, często zastąpionych przez starą, przybitą ćwiekami podeszew. Powietrza było dosyć, gdyż wdzierało się do izby niezliczonemi dziurami i szparami w ścianach. W takich ciemnych, wilgotnych, stęchłych izbach mieściło się po 9—10 osób. Domki przylegały i tuliły się do siebie jak gromady nocujących w polu nędzarzy, tworzyły całe dzielnice: w pobliżu portu w śródmieściu — „Pekin“, na Ś-tym Janie — „Wandervogel“, przy szosie Gdyńskiej — „Budapeszt“.
— Skąd te nazwy? — pytałem.
— Na „Pekinie“ mieszkał chińczyk, „Wandervogel“ — to niby „wędrowne ptaki“, bo ich niedługo stamtąd wygonią, a „Budapeszt“... no, bo to przecież jest „buda“! — objaśniali mi z humorem mieszkańcy.
Mimo widocznego ubóstwa, niskiego poziomu kulturalnego kipiało tam jednak życie, może najweselsze w całej ówczesnej Gdyni. Wieczorami rozlegały się pieśni, dźwięki harmoniki, wszędzie uwijało się dużo dzieci, ogorzałych, licho odzianych, ale wyglądających zdrowo, gdyż chowanych na otwartem morskiem powietrzu. Młode kobiety, dziewczęta ciekawie wyglądały z okien i drzwi na każdego przybysza... Zarobki były niezgorsze ale warunki życia robotniczego bardzo ciężkie. W samym porcie istniały koszary robotnicze — długa, ponura szopa, gdzie na pryczach sypiało paruset robotników portowych... Wybuchały tam nieustannie awntury wymagające interwencji, policji, a policji tej było mało i była źle zorganizowana. W zimie nawiedzały te kąty stale epidemje. Wiejski nieudolny samorząd nie mógł dać sobie rady z temi sprawami.
Dopiero w 1926 r. (10 lutego) wieś Gdynię przekształcono na gminę miejską i obdarzono samorządem pruskim. Na krótko przedtem przyłączono do Gdyni Oksywie, które należało do zupełnie innego puckiego powiatu. Pierwszy samorząd, składający, się z tych samych prostych, niewykształconych ludzi, również nie stanął na wysokości zadania. Wprawdzie opracowano w tym czasie plan miasta, wytyczono ulice i próbowano uregulować budownictwo, lecz szło to wszystko bardzo opieszale. Sute kredyty i ulgi podatkowe, jakie rząd obiecał nowo-powstającym domom, wpłynęły jedynie na podrożenie placów, które dochodziły w śródmieściu do kilkudziesięciu dolarów za metr kwadratowy. Dochody miasta, opierające się dotychczas przeważnie na ściąganej z letnisków taksie kuracyjnej, wprawdzie szybko wzrastały w miarę powstawania sklepów, domów zajezdnych i warsztatów, lecz wydatki rosły jeszcze szybciej. Nieudolnie prowadzona rachunkowość, drogie i wadliwe inwestycje, ciężka, niefachowa administracja zwiększały chaos i prowadziły do nieuniknionego bankructwa. Dla uporządkowania spraw miejskich i posunięcia ich szybko naprzód rząd postanowił wyznaczyć Komisarza. Został nim p. Mieczysław Bilek. Przy nim Gdynia została wydzielona z powiatu morskiego i uznana za samodzielną jednostką samorządową, zależną jedynie od województwa w Toruniu, co ogromnie ułatwiło przeprowadzenie ulepszeń gospodarczych. P. Bilek rozumiał doskonale ścisłą łączność między rozwojem portu i stanem współżyjącego z nim miasta. W obszernym memorjale przedstawił ministr. Kwiatkowskiemu, że rozbudowa miasta Gdyni musi iść równolegle ze wzrostem portu; że brak mieszkań i urządzeń higjenicznych wpływa bezwarunkowo hamująco na sprawy portowe, że wskutek tego właśnie wiele operacyj handlowych, związanych z ruchem w porcie Gdyńskim, załatwianych jest w Gdańsku; że wrazie wybuchu epidemji, możliwej wobec braku wodociągów, kanalizacji oraz dobrych mieszkań robotniczych — port może zostać zamknięty i rozwój jego na długo wstrzymany. — Potrzebny na konieczne inwestycje budżet określono w 1929 roku na 20.000.000, uzyskano jednak tylko 4.000.000 pożyczki rządowej. Wzięto się energicznie do pracy w zmniejszonych rozmiarach. P. M. Bilek umiał zgrupować dookoła siebie młodych inżynierów i wyzyskać ich ambicje obywatelskie i zawodowe na korzyść miasta. Przystąpiono przedewszystkiem do robót kanalizacyjnych i wodociągowych, które powierzono zdolnemu i doświadczonemu, choć młodemu inżynierowi M. Michalskiemu. Uruchomiono miejską betoniarnię dla wyrobu rur i chodników. W roku 1930 miało już miasto: 21.000 m. rur wodociągowych; zbiornik na wodę w lesie za szosą Gdańską, pojemności 2.000 m.; trzy studnie artezyjskie; stację pomp w Gdyni i stację pomp w Oksywiu. Wodę oczyszczano sposobem pośpiesznym, najnowszym, strącając żelazo i cząsteczki organiczne zapomocą powietrza. Woda stała się wyśmienita — zdrowa, idealnie czysta i pieni się przy wypuszczaniu z kranu, jak szampan. Jednocześnie trzeba było przeprowadzić więcej niż 5½ tysięcy metrów kanałów sanitarnych, 2000 m. kanałów deszczowych oraz odczyszczalnię Imhoffa. Przeprowadzenie tych kanałów trafiało na wiole trudności, gdyż pomiary niwelacyjne miasta wykonane zostały błędnie i wymagały przeróbki. Zaczęto porządkować ulice, układać jezdnie i chodniki.
Już w 1925 r. przeprowadzano w mieście pierwszą instalację elektryczną; na Kamiennej Górze była wcześniej.
Dnia 1-go czerwca 1927 r. w Dzienniku Ustaw zostało ogłoszone rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej o popieraniu rozbudowy i rozwoju gospodarczego miasta i portu Gdyni. Pożyczki w obligacjach komunalnych Barku Gospodarstwa Krajowego mają korzystać z poręki państwowej do wysokości 5 miljonów złotych w zlocie. Gmina, spółdzielnie oraz instytucje społeczno-humanitarne mogą zaciągać pożyczki do wysokości 90% wartości budowli, osoby prywatne do 80% nie wliczając wartości placu. Dla budynków, położonych w granicach Gdyni przedłużone zostały ogólne ulgi dla nowo-wznoszonych budowli z 8 lat na 11 oraz termin 15-letni zwolnienia od podatków przedłuża się do lat 25 (nie odnosi się to jednak do podatków miejskich). Samodzielne przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe mogą być zwolnione od podatki przemysłowego na lat 15 od ich uruchomienia, ale nie dłużej jak co roku 1945. Te, oraz wiele innych udogodnień kredytowych i podatkowych zaczynają przyciągać do Gdyni kapitały i przedsiębiorczość prywatną. Jednocześnie rząd wznosi cały szereg gmachów Urząd Morski, Urząd Celny, Koszary Marynarki Wojennej, dworzec kolejowy, Urząd Pocztowy, Instytut Meteorologiczny, Zarząd Budowy Portu, Kapitanat Portu, Stację Pilotów, Szkolę Powszechną... Budują sobie wspaniale gmachy: Bank Polski, Bark Gospodarstwa Krajowego; magistrat stawia — Komunalną Kasę Oszczędności, Starostwo Grodzkie, mieszkania dla urzędników oraz kolonję rybacką na 16 mieszkań na wybrzeżu Rybackiem. „Źegluga Polska“ również buduje sobie na wybrzeżu piękny, wielopiętrowy dom.
Gdynia wieś w oczach rośnie i przekształca się na nowożytne miasto. Ulice oświetlają elektrycznością. Zaczynają krążyć autobusy. Sklepy mnożą się i błyszczą coraz wspanialszemi wystawami. Wprowadzono telefony. W 1929 r. Towarzystwo Kąpieli Morskich ofiaruje miastu bezpłatnie 75.000 m. przez siebie zbudowanych dróg i ulic, swoje urządzenia wodociągowe i elektryczne, uporządkowane wybrzeże plażowe, muszlę koncertową wraz ze skwerem przed hotelem Kaszubskim i inne rzeczy publicznego użytku. Kamienna Góra według planu miejskiego ma zostać dzielnicą o charakterze miasta-ogrodu. Jest tam w tym czasie około 70 willi, otoczonych pięknemi kwietnikami i ogródkami, jest kilka pensjonatów i prócz „Kasubji“, powstaje tam drugi, pierwszorzędny hotel „Dom Zdrojowy“, w zasłoniętem od wiatrów wgłębieniu o kilkadziesiąt metrów od morza, u wylotu projektowanej wspaniałej Alej i Marszałka Piłsudskiego, łączącej wybrzeże z ulicą Ś-to Jańską.
Lata od 1927 do 1929 roku są okresem najbujniejszego rozrostu i najusilniejszej pracy w porcie i mieście Gdyni. Szerokie i głębokie kanały portowe wżerają się w ziemię i podchodzą już pod tor kolejowy. Wszędzie ruch. Po drogach i ulicach ciągną karawany wozów i samochodów ciężarowych z cegłą, wapnem, drzewem, żelaznemi belkami... Stuk narzędzi, łoskot przerzucanych ciężarów, okrzyki ludzi głuszą szum fal pobliskiego morza. Pełno przechodniów na ulicach, w sklepach, na stacji kolejowej, na przystankach autobusowych, które przewożą do 1.200 osób dziennie. Ludność z 13.000 wzrosła do 31.000.[7] W sezonie kąpielowym napływ letników jest tak wielki, że zajęte są na mieszkania nawet poddasza, sionki i korytarze. Na plażach pełno, na chodnikach ulic trudno się nieraz przecisnąć. Ale wśród tych gromad rozumianych i beztroskich przybyłych dla wywczasu i kąpieli w morzu — odrazu można rozpoznać gdyńskich pracowników po zaniedbanem cokolwiek ubraniu, po twarzy zamyślonej i energicznej, po oczach zapatrzonych, jakgdyby gdzieś wdał, po pakunku lub teczce, które dźwigają pod pachą, po ruchach stanowczych, po szybkim kroku, mowie zwięzłej i oględnej. Są to przeważnie ludzie młodzi, od dwudziestu kilku do czterdziestu lat i oni to budowali port i dźwigali miasto, jako inżynierowie, handlowy, technicy, architekci, zawodowi robotnicy... Oni byli oficerami i kierownikami tych tysięcznych rzesz wyrobniczych, które, gnieździły się po wsiach okolicznych, po szopach, bidach, pokojach nie wykończonych domów, a w lecie poprostu w lasach sąsiednich i co rano napływały do punktów wynajmu lub na zajęte już w przeddzień stanowiska. Napływ robotników z całej Polski, a nawet z innych krajów był ogromny i dużo z nich błąkało się bez zajęcia. W lasach potworzyły się niebezpieczne szajki włóczęgów i rabusiów, a słynny z rozbojów bandyta zorganizował sobie nawet tuż pod bokiem Gdyni swój punkt wypadowy.
Nad wybudowanymi już nadbrzeżami zaczerniały ażurowe szkielety wysokich dźwigów. W r. 1928 było ich już dziesięć, przedtem noszono ładunki na plecach. Tor kolejowy rozszczepiał się tuż za stacją na dziesiątki linij, które biegły ku budującym się magazynom lub niosły swą zawartość wprost pod chwytacze żelaznych żórawi, aby z ich pomocą przerzucić je z siebie do wnętrza okrętów. Oddane zostały do użytku nabrzeża: Portowe, Pilotowe, Szwedzkie, Duńskie, Indyjskie, Polskie długości razem 4137 m. — Obrót towarów z 10.167 ton w roku 1924 wzrósł w 1929 do 2.822.502 ton. Figury marynarzy o twarzach cudzoziemskich, często egzotycznych coraz częściej pojawiły się w sklepach, miejscach rozrywkowych i szynkach Gdyni. Jednocześnie pośpiesznie budowano kamienice. Wznosiły się one często wśród obsianych jeszcze zbożami pól, wśród zagonów kartofli, łubinu i kapusty, tam, gdzie białe słupy z tablicami znaczyły przyszłe ulice. Na Portowej, Ś-to Jańskiej, 10-go Lutego, Kolejowej, Starowiejskiej, na placu Kaszubskim zaczęły się tworzyć zwarte pierzaje ulic. Stok Kamiennej Góry od strony miasta spiętrzył się domami a wzdłuż jej nadmorskich urwisk, szarpanych i pożeranych rok rocznie bałwanami zimowych burz, zaczynają budować długi, szeroki, piękny, ochronny bulwar betonowy.
Nadchodzą lata światowego kryzysu. Stają również w Polsce fabryki, bankrutują banki, ilość bezrobotnych wzrasta w zastraszający sposób, zarobki straszliwie maleją; maleje spożycie, słabnie obieg bogactw, ogromna ilość okrętów rdzewieje w przystani, nie mając co wozić. Ogólne przygnębienie odbija się także na Gdyni, tempo jej rozwoju wolnieje, lecz nie ustaje. Rozumna polityka rządu, obywatelskie stanowisko wielu miejscowych działaczy handlowych i przemysłowych, wytrwałość i ofiarność sfer robotniczych pozwoliły utrzymać, a nawet powiększyć obrót towarowy w naszym porcie do 5.300.114 ton w roku 1931. Wprawdzie w roku następnym spadł on do 5.194.288 t. j. o 2%, lecz spadek ten jest minimalny i o wiele mniejszy od spadku obrotów najostrzej konkurujących z Gdynią portów niemieckich: Hamburga, Bremy, Szczecina, gdzie spadek dosięgnąć przeciętnie 18% i więcej.
W każdym razie, obecny obrót Gdyni już przewyższa obroty takich starych, doskonale zorganizowanych i zamożnych portów, jak Szczecin, Królewiec, Sztokholm, Kopenhaga...
Chodźmy i spójrzmy jak wyglądają obecnie te do niedawno puste piachy i mokradła.
W końcu pięknego bulwaru ochronnego, który służy za miejsce przechadzek, a w nocy oświetlony jest łukowemi lampami — prowadzą w górę na wysoki brzeg 120 stopniowe kamienne schody, wybudowane w 1922 r. przez dyrektora Towarzystwa Kąpieli Morskich, p. Tomasza Kujawskiego. Z cyplu urwiska, gdzie stoi ławka otwiera się rozległy widok na port i zatokę.
Słońce kłoni się ku zachodowi. Przed nami jak okiem sięgnąć łuszczy się szafir morza. Na skraju widnokręgu, gdzie woda łączy się z błękitem nieba, mgli się blada nić helskiej mierzeji, przeplecionej sznurem perłowych obołczków. Drobna czarna łódź o białym żaglu płynie wprost ku nim a z otwartego morza, mijając cypel Helu, sunie wielki parowiec. Sute pióro czarnego dymu długo wlecze się i tłucze w cichem, słonecznem powietrzu. Parowiec dziobem kieruje się ku gdyńskiemu portowi. Przed wejściem do portu już stoi na redzie parę zakotwiczonych statków. Widać doskonale, jak ruch morza bije w wysoki kamienny falochron, odcinający się nikłą ciemną taśmą od białych pian morskiego miotu i błękitu spokojnych wód przedporcia. Falochron jednym końcem przymyka do podnórza Oksywia a drugim wybiega daleko ku Kamiennej Górze. Ma długości 2½ kilometra i odcina około 100 hektarów morza, cały port ma 320 hektarów. Wejście do portu oświetlają zgrabne latarnie, latarnią również kończy się południowe molo, chroniące jeszcze niedobudowany basen Prezydenta. Miał tu stanąć według pierwotnego projektu wspaniały pomnik Niepodległości. W połowie końcowego falochronu od strony przedporcia bieleje mała plamka: to domek wioślarskiego towarzystwa „Gryf“. Dalej sztucznie nasypanem nabrzeżu budynek „Yachtklubu“. Dziesiątek białych stateczków drzemie na cumach na jego przystani. Obok, wielki czerwony budynek — warsztaty i składy towarzystwa żeglugi Morskiej. Dalej, szerokie żółte stosy tarcic i belek niedawno założonej tu Polskiej Agencji Eksportu Drzewa firmy Paget.[8] Obok składów drzewa — długi, okrągłym dachem nakryty skład ryb i biała kanciasta wieża rybnej chłodni. Długa, parterowa „Śledziarnia“ oraz czerwona ściana maluchnej stoczni reparacyjnej, zakrywają widnokrąg. Dalej błyszczy w słońcu otwarta wielka żółta ławica piachów, ciągnąca się aż do dawnych wybrzeży, gdzie teraz bulwar Waszyngtona. To nabrzeże rybackie. Ono prawic puste. Suszą się na niem sieci i chodzą powoli nieliczne figury rybaków, biegają dzieci i psy...
Powyżej nad budowlami i piaskami wznosi się na nabrzeżu węglowem las dźwigów, okrętowych masztów, kominów... Za niemi na nadbrzeżu francuskim, czerwony blok budującego się dworca portowego, a dalej na lewo na polskim nabrzeżu, długie korpusy składów a nad nim nowy las dźwigów.
Na prawo bliżej morza poza srebrnem lustrem przedporcia widać statki naszej floty wojennej z szarym, nieruchomym „Bałtykiem“ na czele. Na siwych zboczach wysokiego przylądka Oksywia bieleją niżej długie szeregi wojskowych budowli, wyżej pną się prywatne domki otoczone zielenią, wychyla się z poza drzew cmentarza wieża starego kościoła, a na szczycie widać czubek morskiej latarni.
Wszystkie opisane nabrzeża usypane zostały sztucznie wśród wód zatoki, sięgających do 10 metrów głębokości i mają kształt rozwartych palców ręki, władczo, wyciągniętej ku morzu. Od przedporcia idą w głąb lądu długie, jak płynąca tu niegdyś rzeczka Chylonka, kanały, tylko za są o wiele szersze — są szerokie jak Bug albo Narew i o wiele głębsze, gdyż sięgają 9—10 metrów, a w Chylonce, jak mówili kaszubi: „żaba pięty ledwie mogła zamoczyć“.
Siadamy do samochodu i pędzimy ulicą Portową, wiaduktami ponad torami kolejowemi, aby zbliska obejrzeć ważniejsze z tych gmachów widzianych zdaleka. Towarzyszy nam p. Modliński, urzędnik starostwa od turystyki, przydzielony nam uprzejmie przez p. komisarza Sokoła.
Zaczynamy od nabrzeża, najbardziej wysuniętego w przedporcie. Jest to właściwie przystań pasażerską, nazywana nadbrzeżem francuskiem. Tu powstaje dworzec portowy. Ogromny gmach z czerwonej cegły, jeszcze opleciony zewnątrz i wewnątrz rusztowaniami, ale już pod dachem i ma być wykończany na Nowy Rok. Setki robotników uwijają się wszędzie, brzęczą żelaziwem, stukają młotkami i kielniami. Od frontu, dokąd prowadzą szerokie stopnie, wielka wysoka na dwa piętra hala, z górnem światłem z galerjami, prowadzącemi do biur; za nią hala przeładunkowa niższa, gdyż dźwiga nad sobą na płaskim pułapie również szeregi biur dla załatwiania czynności handlowych, celnych i podróżniczych. Cały budynek ma ze 300 m. długości i ze 100 szerokości; rozmiarami i wspaniałością kształtów dorównywa największym dworcom portowym, jakie widziałem w Europie. Tuż za nim dostrzegam na nabrzeżu Belgijskiem przygotowania do budowy z betonu przeładowni owocowej. Dalej już tylko błękit morza i wiecznie otwarte wyjścia z portu, „Brama na świat“, strzeżona przez szarą wstęgę falochronów...
Przechodzimy mimo przystani pilotów, skąd właśnie wyrusza żółto-biała motorówka pilotnicza; mijamy piękny domek Kapitanatu z ogródkiem i wieżyczką, dającą widok na morze, i znajdujemy się na tak zwanem nabrzeżu Polskiem, gdzie ciągnie się nieprzerwany rząd obszernych składów i magazynów. Wszystkie mają dwustronne szeregi drzwi na przestrzał; jedne z nich otwierają się na morze, drugie na podwójny tor kolejowy. Ale i wzdłuż frontów nadmorskich idą również szyny, tak, że pociągi mogą być podstawione wprost do statków u przystań i wyładowane do nich bezpośrednio. Ruchome dźwigi obsługują magazyny w dowolnem miejscu z obu stron.
Wchodzimy do jednego z najokazalszych magazynów na tem wybrzeżu. Napis na nim wielkiemi liteiami: „Cukroport“. Przyjmuje nas bardzo uprzejmie dyrektor p. Jan Grzymała-Siedlecki. Właśnie wyładowują przybyłe z cukrem wagony. Rośli robotnicy, w dziwnych filcowych kapeluszach, których opuszczone stylu rondo zakrywa kark, biorą z rak stojącego na wagonie pomocnika 100 kałowy worek i niosą go w głąb składu, tam już czeka wewnętrzny ruchomy żóraw, który chwyta stalowemi imadłami noszę i dźwiga ją w górę na wyznaczone miejsce. Worki cukru wypełniają skład, aż po powałę, to jest na dobre 7-8 metrów. „Stapel“ czyli blok zawiera od 17 do 25 worków, i każdy ma swój znak i numer.
Liczba zajętych robotników bardzo się waha, zależnie od napływu ładunków. Czasem pracuje ich paruset, kiedyindziej kilkudziesięciu. — Zdarzyło się, że wypłacaliśmy do 20.000 zł. tygodniowo. Obecnie ruch osłabł! — wyjaśnił nam p. Grzymała-Siedlecki. Istotnie w 1931 r. wywieziono przez Gdynię 115.529 ton; w 1932 wywóz spadł do 88.309. Obecnie daje się zauważyć lekkie ożywienie, ale obrachunek będzie można robić dopiero w końcu roku. W tej chwili leży na składzie około 270.000 worków po 100 kilo.
Idę wąskiemi przejściami między temi „Monblanc‘ami“ cukru i wypytuję się, jakie kraje biorą go przez Gdynię. A więc, rzecz prosta, że najwięcej bierze go Anglja (41.479 ton), następnie Szwecja (14.668 t.), Danja (9.460 t.), Holandja (7.170 t.), Belgja (6.069 t.), Łotwa (5.303 t.), Francja i inne państwa (2.124 t.)... Ku mojemu zdziwieniu dowiadują się, że wywozi go również drogą morską Z. S. S. R. (1.008 t). A przecież mamy z Rosją tak rozległą i dogodną granicę lądową; widocznie przewóz morzem ma swe nieprzezwyciężone handlowe powaby.
Po wyjściu z „Cukroportu“ wstępujemy do składów firmy J. Fetter, gdzie mieści się „bananiarnia“, składy owoców świeżych i suszonych oraz rozmaitych towarów kolonialnych: kawy, herbaty, kakao i t. d. Tu odświeżają i sortują przywieziony towar. — Interesuje nas przedewszystkiem osławiona „pralnia śliwek suszonych“. Kierownik zakładu pokazuje nam rozmaite przyrządy do czyszczenia i sortowania śliwek, które następnie na pasach idą automatycznie do aparatów, gdzie podawane są działaniu przegrzanej pary pod wysokiem ciśnieniem. Dzieją się prawdziwe cuda: brzydki, zmięty, brudny, rudawy owoc, przywożony w workach, zmienia się w pyszną granatową, jędrną i smaczną śliwkę. W tymsamym budynku mieszczą się składy cytryn, pomarańcz, kanadyjskich jabłek. Każdy z tych owoców wymaga innej temperatury i innego starania. Ciekawi jesteśmy kamer dla dojrzewania bananów. Wprowadzają nas do niskich, niedużych piwnic, ogrzewanych ciepłem powietrzem, gdzie z haków wbitych w sufit zwieszają się pęki zielonych bananów.
Towarzysząca nam dama wyraża swe rozczarowanie:
— Myślałam, że to coś egzotycznego, że tu są jakieś sztuczne słońca, a tu zwykła spiżarnia!
Jednakże dzięki tej „spiżarni“ banany bardzo staniały; dawniej musieliśmy za nie opłacać suty, haracz niemieckim i holenderskim firmom. Firma zatrudnia w sezonie do 80 robotników, zajmuje obszaru 2.600 m², i założenie jej pochłonęło ½ milj. zł.
Morski handel świeżemi owocami szybko rozwija się w Gdyni: w 1931 roku wynosił wszystkiego 238 ton, a w 1932 osiągnął 18.901 t. — Tak samo, suszonych owoców przywieziono 3.703 ton, I o całe 1.839 t. więcej niż w 1931 r. Należy przypuszczać, że urządzenie odpowiednich wzorowych przechowalni i sortowni ściągnie do Gdyni zczasem i krajowe owoce, których ogromne ilości psują się wskutek nieodpowiedniej temperatury, oraz wadliwości obchodzenia się z owocami. Wtedy nasze doskonałe jabłka zimowe same staną się przedmiotem wywozu. Nasze jagody, czernica i brusznica, do tej pory idą w świat całemi wagonami, ale przez Hamburg...
Mijamy wielki piętrowy budynek Monopolu Tytuniowego, składy: American Scatinc Line, Pantarei, Hangar Nr. 5 i wchodzimy do wysokiego szarego budynku Chłodni Portowej. Wybudowana w 1929 r. „na wyrost“ o powierzchni chłodzonej, wynoszącej przeszło 10.000 m² już jest za mała, już trzeba dobudować nowe piętro, Pan dyr. Wawrzyniak poprzedza pokaz chłodni krótkiem objaśnieniem. Głównemi przedmiotami przechowania i wywozu są: jaja, masło, drób, zwierzyna... Jaj jest obecnie na składzie 400 wagonów — leżą i czekają. Główny napływ jaj na wiosnę i po żniwach... W tym roku już w maju trzeba było przerwać przyjmowanie, gdyż nie starczyło miejsca. Reszta poszła utartą drogą do Hamburga... Płaciliśmy niemcom ogromne składowe, dziś opłatę zniżyli o połowę, nie mogą jednak wytrzymać konkurencji z nami.
— Hitler im też... pomaga! — dodał p. dyrektor z uśmiechem. Gdyż przeważna część handlu jajami jest w rękach żydów.
40% jaj idzie do Anglji. Da je się nam bardzo czuć brak częstej stałej komunikacji z zagranicznemi portami. Hamburg ma codzienne stałe połączenia z Hullem, Leithem i innemi ważniejszemi portami Anglji. Z Gdyni odchodzą statki do Londynu i Hullu tylko raz na tydzień i tylko raz na trzy tygodnie do Leith i to od niedawna... Zapewne, że z ogólnem zwiększeniem się ruchu towarowego przez nasz port te niedogodności znikną, ale obecnie mamy miesięczny prawie okres od zniesienia jajka przez naszą kurę do spożycia go przez zagranicznego konsumenta. Musimy Okres ten koniecznie zmniejszyć, gdyż to wpływa bardzo na wartość towaru. Już to, że jaj teraz nie trzeba wozić do Hamburga, lub Bremy, zaoszczędza im parę dni złej temperatury i zwiększa ich trwałość i świeżość. Trzeba jednak zmniejszyć okres zbierania i przewozu jaj przez odpowiednią organizację handlu. Wywóz jaj przez Gdynię rozpoczął się dopiero w 1930 r. i wynosił 481 ton; w r. 1932 wzrósł do 6.960 ton. Dowożą do nas swoje jaja Czechy i Rumunja.“
Oglądamy wielkie ciemne chłodnie, gdzie na długich pólkach leżą skrzynie z jajami, ustawione tak, że między niemi istnieje stały przewiew. Jaja przechowuje się w chłodnem suchem powietrzu, lecz umieszczenie ich w chłodni, wymaga pewnego zabiegu, gdyż cieple z drogi jaja, owiane zimnem powietrzem pokrywają się rosą, wilgotnieją, co grozi im zepsucie; suszy się więc je przedewszystkiem odpowiednim prądem powietrza, poczem dopiero stopniowo owiewa tchnieniem o stałej niskiej temperaturze, powyżej jednak zera.
Oglądamy olbrzymie wentylatory osuszonego zimnego i ciepłego powietrza, obszyte drewnianemi pokrowcami.
Masło wymaga o wiele niższej temperatury, ze składów wieje zimą, na ścianach widać, szron, ale na półkach pusto.
— Wywóz do Anglji ustał prawie zupełnie, tam płacą 2 zł. za kilo, podczas gdy u nas cena prawie 3 zł.! Musimy narazie stać się przechowalnią masła — na krajowy użytek!... — tłomaczy p. dyrektor.
Istotnie wywóz masła, który w 1930 r. wynosił 1.469 ton, i w 1931 wzrósł do 1.723, spadł nagle w 1932 do 143 ton.
Drób: kury, kaczki, indyczki... idą przeważnie do Anglji i Francji w ilości 2-ch do 3-ch wagonów tygodniowo; zapotrzebowanie na indyki do Anglji przeważnie średniej wielkości. Wywóz zwolna, ale stale się zwiększa: w 1930 wywieziono 51 ton; zapotrzebowanie z Anglji na kuropatwy, ale wymagane jest sztandaryzowanie; sortowanie dokojnywuje się nietylko na podstawie wielkości, lecz również sposobu zestrzelenia. Z drobniejszych towarów przechodzących przez chłodnie zasługują na uwagę: jelita — 237 ton, grzyby suszone do 80.000 kil. głównie do Ameryki, gdzie są wysoko cenione; bigos polski w puszkach ze Lwowa od Ruckera i z Warszawy od Boqueta — 17.000 kil. rocznie, konserwa z szynki gotowanej, z polskich świń, ale przyrządzanych w Sopockiej fabryce, również do Ameryki.
Obejrzeliśmy potężną ochładzarnię, pracującą sprężonym amoniakiem oraz fabrykę bloków lodu mlecznego i przezroczystego. Chłodnia ma również schroniska przystosowane do przechowywania południowych owoców: cytryn, pomarańcz, jabłek, winogron, bananów, lecz zajęcie to wobec specjalizacji innych zakładów schodzi na drugi plan. Zapoczątkowano przechowywanie jarzyn i w pierwszym już reku przewieziono zagranicę 538 t. Naprzeciw Chłodni, po drugiej stronie toru kolejowego stoi nieduży budynek rzeźni drobiu.
Bekony nie przechodzą przez chłodnie, przywóz ich koleją przystosowany jest do przybycia statków, które je zabierają, co znacznie zmniejsza wydatki. Dzięki temu oraz dobroci wyrobów i należytej polityce celnej wywóz bekonów nie uległ zmianie nawet w latach kryzysu: w 1931 r. — 51.821 t., w 1932 r. — 51.878 t. Ilość wywiezionych wędlin nawet wzrosła do 8.579 t. a więc o 1000 t. więcej.
Mijamy ogromne składy „Hangar Nr. 2“ na nabrzeżu Rotterdamskiem i skierowujemy się do jednego z największych przedsiębiorstw przemysłowych gdyńskich, do „Łuszczarni Ryżu“.
Pięciopiętrowa, biało czerwona, pasiasta jej fasada zdała rzuca się w oczy. Był to pierwszy wielki budynek przemysłowy wzniesiony w Gdyni. Założony w 1927 zaczął pracować już w maju 1928 r. Jest największem tego typu przedsiębiorstwem nie-tylko w Polsce, ale i w Europie. Kapitał zakładowy krajowy — zaledwie 10% obcego. Po zwiedzeniu olbrzymiego składu, gdzie spoczywa do 500.000 worków — surowego i oczyszczonego ryżu, wchodzimy do pracowni, gdzie nam pokazują próbki rozmaitego rodzaju ryżu przed i po obróbce.
— Każda kucharka ma swój ulubiony ryż i one właściwie decydują o rodzaju naszej pracy. W. Czechach, naprzykład, żądają, ot, takiego drobniejszego ryżu, którego za nic nie kupi ani nasza pani, ani służąca. W Turcji wolą ten ryż z odcieniem różowawym... U nas wcale nie używają ryżowego grysiku, idzie on wyłącznie zagranicę i musi być zabarwiany na żółto... Najrozmaitsze są wymagania... Zależnie od tego, jakie otrzymujemy zamówienia pracują nasze maszyny... Połowę prawie naszej produkcji wysyłamy do Anglji, Szwecji, Norwegji, Czechosłowacji, Austrji, Estonji, Łotwy, Finlandji, Turcji, Grecji... Brały od nas ryż nawet Włochy, choć mają swój, ale najwięcej bierze Czechosłowacja... Do niedawna brały Niemcy, lecz teraz... urwało się!... Rosja, ma podobno swoje wielkie łuszczarnie w Turkiestanie na Kaukazie i nad Amurem?...
— Nad Amurem? — zdziwiłem się. — Pewnie w Ussuryjskim kraju... Ale i tam ryż nie dojrzewa. Przerabiają pewnie ryż chiński i korejski...
— Prawdopodobnie. W każdym razie Rosja ryżu nie bierze, a nawet nam ofiaruje swój surowiec!...
— Skąd bierzemy największą ilość!?
— Z Indji, z Rangoon... Pamięta pan; parę lat temu nawet pana sfotografowano tutaj z marynarzami malajami w zawojach na głowie i w malowniczych ubiorach... Parowce idą wprost z Indji i przystają u naszego nadbrzeżat ot, tu...
Pan dyrektor wskazał, na widniejące przez otwarte drzwi nabrzeże i szemrzącą u jego głazów falę.
— Ta dogodność, że możemy ładunki nasze zabierać i nadawać z tak bliskiego nabrzeża, daje nam wielkie korzyści konkurencyjne. Zastosowaliśmy również wszędzie ostatni wyraz techniki... Maszyny poruszane są elektrycznością i jesteśmy wstanie przerobić 500 ton ryżu na dobę, przy zużyciu zaledwie 875 H. P. energji.
Przechodzimy do hali młynów. Części ruchomych nie widać, wszystko zamknięte w szczelnych drewnianych pokrowcach. Dzięki temu niema prawie wcale w powietrzu kurzu i mącznego pyłu. Jedynie po jednostajnym, ale burzliwym szmerze oraz drganiu całego otoczenia, wyczuwamy, że tam w tych skrzyniach i zamkniętych kadziach odbywa się gwałtowna, nieustanna praca.
— Widzi pan ten ogromny lej pod pułapem. Do niego zsypuje się z worków ryż nieoczyszczony; stamtąd dostaje się między obracające w bębnie kamienie, które zdzierają z ziarna łuskę... W tym surowcu, który nam przywożą jest duży procent plewiastych.
— A jednak ten nieoczyszczony ryż, którymi panowie pokazali, już podległ pierwszej obróbce, on nic jest ziarnem otrzymywanem z omłotu snopów ryżowych, już go obtłuczono w znacznej mierze z twardej łuski w tych małych, wodnych łuszczarniach, których tak wiele widziałem na Dalekim Wschodzie, obracanych siłami drobnych wodospadów i potoków.
— A jednak trzecia część zostaje zupełnie nieobłuskana, a reszta jest brudna, niema krystalicznego połysku i jednostajnej wielkości i kształtu... My ziarenka nietylko obdzieramy z łuski, lecz również je polerujemy, sortujemy, odwiewamy od nich plewę, kurz i kruch... Ziarno w ciągu 25 minut przechodzi wszystkie maszyny i zsypuje się znowu do oczyszczonych i wyreperowanych worków... Proszę zobaczyć!
Podchodzimy do rzędu drewnianych kołeczków i widzimy jak plewa z otrębami, kaszo watę okruchy, oraz pyszne perłowe ziarno, sypią się z cichym szmerem, każdy osobnym strumieniem do podstawionych worków.
— W czasie całego procesu ręka ludzka wcale nie dotyka ziarna, wszystko robią maszyny, czystość i zdrowotność gwarantowana!...
Produkcja Łuszczami dzięki taniości i dobroci towaru wzrasta z roku na rok; w 1928 r. przerobiła 45.000 ton, w 1929 — 50.000 t., w 1930 — 53.000 t., w 1931 —75.000 t., z których 37 tysięcy zostało spożyte w Polsce a 38.000 poszło zagranicę. Mąka różowa pastewna (otręby) idzie całkowicie prawie zagranicę (w 1931 — 6.497 r.). W r. 1932 produkcja spadła do 44.200 t.; dążenie do zastąpienia ryżu swojskiemi kaszami dało się odczuć. Nie sposób jednak wyprzeć ryż całkowicie z kuchni polskiej, do której on dostał się już w XVII stuleciu i gdzie spełnia pożyteczną, odżywczą rolę; należy również pamiętać, że Łuszczarnia Gdyńska obsługuje całe wybrzeże Bałtyku, i że należy jej dać możność przetrwania ciężkich czasów z widokami na rozwój w przyszłości... Gdynia jest i pozostanie naszą bramą wypadową na świat.
Drugiem skolei, co do wielkości, przemysłowem przedsiębiorstwem Gdyni jest olejarnia, zajmująca się wyrobem tłuszczów technicznych.
Przedsiębiorstwo powstało w 1929 r. z kapitałem zakładowym 2.500.000 zł., w dwa lata potem kapitał został podwyższony do 3.750.000 zł. i fabryka została uruchomiona. Zaczęto od przeróbki nasion lnianych, rzepakowych, słonecznikowych, sezamowych... Magazyn zsypowy (silos), o pojemności 6.000 ton, wybudowany obok tłoczni, pierwszego roku nie był wyzyskany i wydzierżawiły go Państwowe Zakłady Przemysłowo-Zbożowe. Dzięki temu udało się poraz pierwszy przewieść przez Gdynię znaczniejszy transport zboża zagranicę — 36.000 ton. Przedtem zboże szło wyłącznie przez Gdańsk, który posiada elewatory jakich Gdynia dotąd nie ma.
Prawdziwy rozwój olejarni rozpoczął się jednak dopiero z chwilą kiedy nią zainteresował się „Przemysł Tłuszczowy Schicht-Lewer S. A. w Warszawie“, filja potężnego angielskiego Unilever Limited w Londynie, która do tej pory produkcję swoją w Polsce opierała jak i inne mydlarnie głównie na olejach i tłuszczach roślinnych egzotycznych, sprowadzonych z Niemiec. Firma „Schicht-Lewer“ porozumiała się z olejarnią Gdyńską i do spółki z nią utworzyła nowe towarzystwo „Zakłady Przemysłowe Tłuszczowe i Olejarskie Union S. A. Gdynia“ (Fat and Oil Works Gdynia) z kapitałem zakładowym 7.000.000 zł. — Olejarnia została przebudowana, rozszerzona i przystosowana do przechowania i tłoczenia kopry (miąsz orzechów kokosowych), ziaren palmowych, orzeszków ziemnych oraz innych oleistych surowców podzwrotnikowych, które wymagają specjalnych hermetycznie zamkniętych schronów, aby ustrzedz je od zjełczenia.
Zakłady dążą do obsługiwania całego mydlarskiego i tłuszczowego przemysłu nad Bałtykiem i mają odpowiednie ku temu warunki. Na nieszczęście, kryzys i związane z nim ograniczenia przywozowe nasion i orzechów oleistych z zagranicy chwilowo paraliżują rozmach przetwórczy Towarzystwa.
W laboratorjum oglądamy polski rzepak, len, ziarna soji, a obok nich koprę, araszid i inne przywożone z Afryki, z Chin, z archipelagu Mórz Południowych...
— Wszystko to tu przybija, tu... — wskazuje na sąsiednie nabrzeże uprzejmy nasz przewodnik, dyrekt. Jakubowicz. — I może zamiast wracać i z pustym „triumem“ za pół frachtu zabierać doi tych dalekich krajów nasze towary.
Pokazują nam słoje z próbkami własnych wyrobów. Oleje czyste bez śladu jakiegokolwiek osadu, tłuszcze białe i przeświecające jak chalcedon. Znawcy mówili mi, że wcale nie są gorsze od niemieckich, a o wiele tańsze.
— Bez tłuszczu kokosowego i niektórych egzotycznych olejów mydlarstwo obejść się nie może... Czy nielepiej, że idzie to przez nasze ręce?
— Czy z soji, z naszej soji, którą już uprawiają nasi rolnicy, tłoczycie olej?... — pytam.
— Próbowaliśmy, lecz niezupełnie nam się powiodło. Soja i ricinus wymagają aparatów wyciągowych (ekstraktowni) a my mamy prasowe. Mamy zamiar dobudować wyciągownię, o ile będziemy pewni, że dostaniemy dostateczną ilość soji, ale ziemiaństwo zawodzi i materjał dostarcza często nieodpowiedni, nadpsuty i niedojrzały... Będziemy jednak budowali jeszcze jedno piętro specjalnie na wyciągownię i utwardzalnię[9], ale to pociągnie za sobą fabrykację pobocznych i pomocniczych przetworów, jak naprzykład wodoru... Musimy mieć zapewniony na nie zbyt...
Wchodzimy do wnętrza samej olejarni. Łoskot maszyn głuszy naszą mowę. Wielkie pasy ruchome unoszą koprę, sypiącą się z wielkiego leja silosu, do wielkich bębnów, gdzie zostanie poszarpana i zmielona na drobną miazgę. Stamtąd inne czerpaki i pasy przenoszą ją do prasowni, gdzie podgrzewana jest w specjalnych piecach i układana równiuchno na grubych ręcznikach, które idą pod prasę hydrauliczną.
— Wszystko za pomocą maszyn, żeby ręka ludzka jak najmniej dotykała się materjału...
Gorąco tu jak w piekle, parno i mglisto... Wśród pras hydraulicznych i pieców uwija się parę dziesiątków obnażonych do pasa robotników. Kroplisty pot błyszczy na ich muskularnych, branżowych ciałach, oczy nabiegłe krwią.
— Stała temperatura 45° R.
— Na ile zmian pracujecie?
— Jeżeli fabryka idzie całą dobę, to na trzy zmiany, ale robotnicy w prasowni są wyżej płatni...
Zatrzymujemy się przed jedną z pras, gdzie warstwy olejonośnej mąki już dosięgły przepisanej ilości. — Robotnik porusza dźwig, prasa ze straszliwą silą ściska swe szczęki. Z wystających krawędzi ręczników leje się wodospad brudnego oleju i gromadzi w rezerwoarze na dole, stamtąd idzie dalej do oczyszczania i przeróbki. Robotnicy wyjmują z pod prasy długie placki szarych makuch i układają z boku, aby ostygły i stwardniały.
— Co robicie z makuchami?...
— O, makuchy nasze są bardzo dobre, mają 8 do 5° tłuszczu i 20 do 40° proteiny, ale w kraju cieszą się małym popytem; rolnicy nie umieją z nich przyrządzić odpowiednich mieszanek, są zapożywne, zatłuste dla naszego bydła. Zaledwie 35° pozostaje w kraju, reszta idzie za granicę, przeważnie do Holandji, Danji, Belgji... Dawniej do Niemiec. — W ubiegłym roku wysłaliśmy ich 400 wagonów[10]. Zwiększamy stopniowo produkcję olejów rzepakowych i lnianych, ale te na wywóz nie idą. Wogóle pracujemy dla rynku wewnętrznego... — tłomaczy mi zastępca dyrektora inź. M. Frydman, widząc, że piszę w notesie.
Zdolność przetwórcza zakładu wynosi 60.000 ton. nasion oleistych. Kryzys dotychczas nie pozwolił wyzyskać jej pełnych możliwości; w bieżącym roku przerobiono zaledwie 32.000 t. — Mówiono mi, że fabryka nie korzysta z ulg podatkowych. Przedsiębiorstwo zatrudnia nastałe 270 robotników fabrycznych, około 80 robotników transportowych oraz odpowiedni personel biurowy; przyczyniło się ono bardzo do ożywienia ruchu portowego.
Wychodzimy z piekła olejarni. Jakże miły jest świeży powiew od morza i blask wyzłoconych słońcem bassenów, szczerbiących ziemię, jak zęby wielkiej lazurowej piły. Równolegle do basenu Marszałka J. Piłsudskiego, ciągnie się basen Ministra Kwiatkowskiego. Na jego nabrzeżu widać wielki hangar drobnicowy z całym szeregiem wind, a naprzeciw niego przy tem samem nabrzeżu co olejarnia wznoszą się cztery wysokie okrągłe rezerwoary, podobne do zbiorników naftowych, — to melasa polska. Wywieziono jej w r. 1931 — 1.100 ton, a w 1932 — 7.400 ton.
Dalej niema już żadnych portowych budowli. Otwiera się rozległy widok na zielone torfowiska, które przecina długi i prosty miecz — „Kanał przemysłowy skierowany ostrzem do Chylonji. U jego nasady, tam gdzie on wychodzi z Kanału Portowego, zwierciadło wód rozszerza się do rozmiarów małego jeziorka; tu mają powstać w niedługim czasie Gdyńska Stocznia i warsztaty Budowy Okrętów. Miejsce wybrano doskonałe na gruncie suchym, ustronnym, u stóp Oksywskiego wzgórza.
No, ale wracamy, aby kończyć przegląd urządzeń portowych, związanych z przemysłem i handlem portowym. A więc zwiedzamy port wolnocłowy. Jest to obszerny plac z nadbrzeżem, już odgrodzony wysoką drucianą siatką od reszty portu, ale na nim jeszcze nic niema; dopiero wznoszą fundamenty pod jakiś budynek. Ruch tu duży i, sądząc z metody dotychczasowej pracy w Gdyni, niedługo staną niezbędne składy, biura i wszystko, co trzeba.
Z wielkiem zainteresowaniem wchodzimy do składów bawełny. Piękny nowy budynek o 12.000 met. powierzchni na nabrzeżu Amerykańskiem. Można w nim pomieścić całą ilość sprowadzonej do Polski bawełny, juty i innych włókien zamorskich. Zajmuje nas najwięcej bawełna, gdyż ona była i jest jeszcze przedmiotem zaciekłej walki z niemcami.
— Niemcy za nic nie chcieli wypuścić z rąk, dającego im ogromne zyski pośrednictwa między wytwórcą bawełny, a jej polskim konsumentem, — wyjaśnia nam doskonały znawca spraw portowych p. Jerzy Michalewski, Syndyk Związku Gdyńskich Ekspedytorów Portowych. On to wraz z dyr. Bolesławem Kasprowiczem układają i prowadzą doskonałe wydawnictwo informacyjne — „Rocznik Rady Interesantów Portu w Gdyni“. Przewóz bawełny przez Gdynię stale wzrasta: w 1929 r. wynosił wszystkiego 205 ton, w 1930 — 564 t., w 1931 — 6.063, a w 1932 osiągnął 26.839 t., co wynosi prawie połowę naszego zapotrzebowania na bawełnę. Mimo to, nie wyszliśmy dotychczas z pod opieki Bremy. Rzecz w tem, że każda bela bawełny, zanim zostanie przyjęta, musi być zbadana przez „probiera“ — coś w rodzaju sortownika, posiadającego specjalną wrażliwość w dotyku. — Jest właśnie przy robocie — niewysoki, szczurokształtny niemczyk; podwożą mu na wózkach belę za belą, wyrywa z wnętrza każdej garść włókien, obmacuje je krótką chwilę, potem zwija i mówi numer pomocnikowi, który zapisuje go w przygotowanym zawczasu rejestrze...
— Próbki bawełny, wraz z rejestrem idą do Bremy, gdzie istnieje Agentura Powiernicza. Na zasadzie wydanego przez nie sądu, fabryka przyjmuje, albo odrzuca partję, albo też zmienia odpowiednio umowę... Sądy te słynęły z uczciwości i cieszyły się dotąd wielkm autorytetem... W walce jednak konkurencyjnej z nami nie zawsze były na wysokości swej opinji. — Sprowadziliśmy poleconych przez nią „próbiarzy“ za sute wynagrodzenie z tem, że dodani im zostaną nasi pomocnicy polscy... Spoczątku nie chcieli się zgodzić, wreszcie ustąpili i obecnie już mamy swoich doświadczonych ekspertów... Fabrykanci jednak wciąż nie ufają im i musimy próbki posyłać dalej do Bremy... To rzecz bardzo niedogodna, powoduje zwłokę w transporcie, drogo kosztuje i... wywołuje często... nieporozumienia... niekorzystne, rozumie się, dla nas... Zwolna jednak przełamujemy opór, już są przemysłowcy zadowalniajacy się naszą oceną... I wciąż przybywa ich, gdyż przewóz bawełny przez Gdynię kosztuje 10 zł. na tonnie mniej niż przez porty niemieckie, a to też coś warte... Próbiarze dobrze zarabiają, do 1000 zł. miesięcznie. Dobrze więc, że i to zostanie w polskich rękach... Dążeniem naszem jest skierować cały przywóz bawełny przez Gdynię, będzie tego do 60.000 ton rocz. W tym celu budujemy mniejsze specjalne składy, gdzie będzie można przetrzymywać bawełnę przez dłuższy okres; staramy się również o otrzymanie kredytów pod zamagazynowany towar. Słowem: nie damy się!... Nic już nie wyrwie z garści tego, cośmy schwycili...
Siadamy do samochodu i długą, doskonale utrzymaną ulicą mkniemy do basenu węglowego, gdzie mieści się główny kościec życia portowego Gdyni. W pewnem miejscu przelatujemy wiaduktem rad wstęgą torów kolejowych. Rzucam okiem wdał i widzę ogromną przestrzeń, ciągnącą się aż do stacji kolejowej, jakby odratowaną gęstą siecią stalowych szyn. Na nich wciąż krążą, przesuwają się lub stoją nieruchomo długie pociągi towarowych wagonów.
— Przed pięciu laty było tu torów kolejowych zaledwie kilka — mówię.
— Tak, tak... Było ich w 1921 r. 4 kilometry, w 1925 — 10, a teraz jakich 150 k. Pamięta Pan, jak to koszami przeładowywaliśmy węgiel z wagonów na statki?... Przystań mieliśmy z pali drewnianych... A teraz...
Rozmówca wskazał mi ręką na czarną sieć żelaznych wiązadeł u nabrzeży, po których wysoko w górze przesuwały się domki elektrycznych dźwigarek, a nad któremi kołysały się długie szyje żurawi z chwytaczami. Miejscami wznosiły i opuszczały powoli ogromne imadła wywrotek, chwytających całe wagony węgla, aby je od razu opróżnić nad lejami drewnianemi, prowadzącemi do okrętowych luków.
— W 1928 r. mieliśmy I dźwig mostowy i 2 bramowe. W 1931 mieliśmy dźwigów węglowych i wogóle dla masowych towarów — 15, w tem 1 dźwig pływający, 2 dźwigi z wywrotnicami i 2 urządzenia taśmowe. Obecnie mamy 17 dźwigów węglowych, które służą również dla przeładowywania rud, pirytów, złomu żelaznego, fosforytów, cementu i innych towarów masowych. Obok tego mamy 34 dźwigi drobnicowe, obsługujące magazyny na rozmaitych wybrzeżach...
W basenie węglowym obszerne place i długie nabrzeża zajmują cztery wielkie koncerny węglowe: Polskarob, Elibor, Giesche i Progdess. — Wraz z Skarbopolem tworzą one potężny Związek Przedstawicieli Koncernów Węglowych w Gdyni z prezesem inż. Mirosławem Laureckim i wiceprezesem inż. Napoleonem Korzonem na czele. Przez te towarzystwa przechodzi główna ilość węgla polskiego, którego wywóz w 1925 r. przez Gdynię wynosił 41.252 t., w 1931 podniósł się do 4.37.095 a w najgorszym 1932 r. spadł zaledwie o 173.000 ton, podczas gdy w Gdańsku z 6 miljonów zmniejszył się do 3 miljonów ton. Gdynia odtąd przoduje w wywozie węgla. Kraje, do których go przesyła, idą w następującym porządku: (rok 1932): Szwecja — 1.985.700 ton, Norwegja — 615.057 t., Danja — 559.888 t., Holandja — 136.581 t., Belgja — 109.389 t., Francja — 101.205 t. Dalej idą Włochy (89.788 t.), Irlandja (86.117 t), Łotwia (76.840 t.), Algier (64.256 t.), Argentyna (31.727 t.), Islandja (21.528 t.), Estonja (15.831 t.), Litwa (8.066 t.), Niemcy (6.985 t.). Widzimy więc, że węgiel polski zdobywa sobie coraz to nowe rynki i dociera do portów egzotycznych jak Algier, Argentyna, Islandja. Miał nawet zbyt w Brazylji (r. 1931—25.515 r.) i Hedżasie (r. 1930 — 1.500 t). — Dla rozwoju portu i żeglugi ważną jest rzeczą, aby statki szły z pełnym ładunkiem w obie strony; kraje egzotyczne ważne są więc dla nas dlatego, że stamtąd możemy przywieść potrzebne nam tamtejsze produkty: kawę, gumę, bawełnę, owoce południowe i t. d. Wywóz węgla jest poważnym czynnikiem w rozwoju naszej floty i ruchu portowego. On to w czasie angielskiego strejku węglowego (1926 r.) przyciągnął poraz pierwszy do nieznanej wówczas jeszcze Gdyni ruchliwe i pływające po wszystkich morzach „trampy“ — t. j. „statki włóczęgowskie“ o nieregularnych linjach komunikacji, płynące tam, dokąd pozyskały ładunek. W tych latach również powstała flotylla polskich „trampów“, która obecnie niema prawie zajęcia i stoi bezczynnie w porcie Gdyńskim, w jednym z wewnętrznych basenów. Ale jest nadzieja, ba, pewność, że z końcem kryzysu ożyje, bo kto raz spróbował morskiego życia, jego walk, burz, niebezpieczeństw, jego wiecznego ryzyka i nieopisanej poezji, ten wiecznie do niego tęskni i przy lada sposobności wraca...
Mamy jeszcze do zwiedzenia parę zakładów; narazie skromnych, ale posiadających wszelkie warunki szybkiego i pomyślnego rozwozi. Są niemi: Chłodnia Rybna i „Mopol-śledź“ w rybackim basenie, na Angielskiem nabrzeżu.
Niedawno, bo w roku 1932 wybudowana została i uruchomiona Hala i Chłodnia Rybna i oddana Morskiemu Instytutowi Rybackiemu na bardzo dogodnych warunkach. Nie jest duża i ma powierzchni chłodnej wszystkiego 700 m.²; ale wystarcza narazie na potrzeby polskiego handlu rybackiego. Przedtem nasi rybacy musieli cały swój połów odwozić niezwłocznie do Gdańska, który dyktował im dowolne ceny. Polska zaopatrywała się w ryby morskie i konserwy rybne przez Gdańsk. Ceny były wysokie i hamowały spożycie ryb morskich w Rzeczypospolitej. Co lepsze ryby, były wysyłane do Berlina, Wrocławia i innych miast niemieckich. Obecnie ryby mogą być przechowywane i rozsyłane po kraju w wagonach chłodniach. Codzień rano w czasie połowu odbywają się targi rybne w hali licytacyjnej chłodni. Chłodnia posiada własną wytwórnię lodu, oraz pierwszą w Polsce wytwórnię tranu.
Tuż obok Chłodni Rybnej mieści się długi jednopiętrowy budynek towarzystwa „Morze Północne“ (Mopol-Śledź). Jest to własność Spółki akcyjnej Polsko-Holenderskiej, powstałej dla połowu śledzi na morzach dalekich.
— Dawniej rybacy polscy łowili śledzie i inne ryby wyłącznie u brzegów. Nie mieli ani sieci odpowiednich. ani niewodów dość wielkich, ani parowców dość silnych, ani wprawy potrzebnej, żeby wypływać na mielizny śródmorskie, obfitujące w ryby lepszego gatunku, odwiedzane przez ławice śledzi. Dopiero Towarzystwo „Mopol-Śledź“, powstałe zaledwie parę lat temu zaopatrzyło się w niezbędne sieci, statki, narzędzia i zaczęło szkolić ludzi dla głęboko-morskich wypraw. Kaszubi nie mieli o tem pojęcia. Trzeba było nająć holendrów i stopniowo kształcić rybaków. Mamy już 45 kaszuhów, obeznanych ze sposobem zarzucania i wyciągania sieci na śródmorzu i co rok wypuszczamy 16 nowych praktykantów. W ten sposób tworzymy zwolna własne kadry. Statki nasze docierają do Norwegji, Szkocji, nawet do Islandji. Do połowu używamy wyłącznie długich na 3 kilometry sieci. Sieci wymagają bardzo umiejętnego obejścia, inaczej rwą się, co wyrządza wielkie szkody. Nie można zabierać w nie zbyt dużo { ryby; tego nowicjusze nie rozumieją. Mamy zamiar zaprowadzić niewód. Zamierzamy również nabyć większy statek z silniejszym motorem, aby móc przywozić śledzie zaraz po połowie wprost do Gdyni i uniknąć przeładowywania ich oraz sortowania w Holandji. Połowy własne dają nam około 20.000 beczek, ale to mało... Wobec ogromnego zapotrzebowania rynku, który szybko ogarnia nietylko Polskę ale i sąsiednie kraje, przedewszystkiem Czechosłowację, musimy nabywać dotychczas śledzie cudzego połowu w Norwegji i Holandji... Solimy śledzie własną, polską solą. Nabyliśmy jej w ubiegłym roku 200 ton. Wybornie się nadaje, choć konkurencja głosi, że sól angielska jest lepsza... To nieprawda!...
Wyjaśnień udziela nam p. II. Żebrowski, młody, energiczny i inteligentny wychowaniec Warszawskiej W. S. II. W towarzystwie 57% akcyj mają Polacy a 49 holendrzy. — Spółka ma 8 statków żaglowych, 4 parowce i 4 motorówki. — Na przyszły rok Spółka projektuje powiększenie swych składów; dobuduje zapewne piętro i wydłuży hangar.
— Chcielibyśmy powiększyć sortownię, urządzić odpowiedni warsztat do naprawy sieci, założyć własną fabrykę beczek... Przecież klepki wywozimy zagranicę... Przypuszczam, że się to da zrobić, choć powstało drugie towarzystwo „Mewa“ i dochody nasze są szczuplejsze — dodaje p. Żebrowski.
— Czy śledzie Towarzystwa zwolnione są od cła?
— Tak, dotychczas nasze śledzie są zwolnione od cła i jedynie dlatego wytrzymujemy konkurencję ze staremi, bogatemi zagranicznemi firmami.
Oglądamy składy, gdzie leży parę tysięcy beczek śledzi, pustą obecnie sortownię i wychodzimy na przystań. Statków niema — wszystkie pracują na morzu.
W sprawie „Mewy“ otrzymałem następujące wiadomości:
W kwietniu 1933 r. powstało w Gdyni „Towarzystwo Okrętowe połowów dalekomorskich „Mewa“ S. A. z kapitałem zakładowym 1 miljon złotych, pokrytym w połowie przez grupę polską, w połowie przez grupę holenderską. „Mewa“ rozpoczęła swą działalność z 15 statkami rybackimi, które już w czerwcu wypłynęły pod polską banderą na połów śledzi na wodach morza Północnego. Pierwsze połowy dały wyniki doskonałe. Śledzie „Mewy“ zdobyły wstępnym bojem rynek polski. To też „Mewa“ już w lutym przyszłego roku ma powiększyć ilość statków do 40—45 jednostek, co da jej możność doprowadzenia połowu śledzi do 80 tysięcy beczek i wyszkolenia około 900 polskich marynarzy.
Tegoroczne połowy trwają i przewiduje się ogólna ilość w r. b. do 30 tysięcy beczek.
„Mewa“ przystąpiła do budowy, na molo rybackiem własnych obszernych składów, przy których przewidziane są odpowiednie lokale na ekspozyturę Polskich Kolei Państwowych, P. K. O. Giełdy śledziowej i t. p. Plany organizacyjne „Mewy“ sięgają b. daleko. Ambicją jej jest stworzenie w Gdyni ośrodka przemysłu i handlu śledziowego, któryby zaspakajał w całości nietylko zapotrzebowanie rynku polskiego, lecz w przyszłości stanowił poważną gałęź polskiego exportu.
Z ciemnych, pustych składów Chłodni Rybnej, wychodzimy na brzeg.
Z tego tu miejsca, otwiera się przed nami przedziwny widok na miasto.
Piachy, wydmy, jałowce, kartofliska, liche poletka i ubogie chałupy znikły bez śladu. Na ich miejscu wyrasta nowożytny gród. Piętrzą się domy, ścielą nad niemi dachy, strzelają wieżyce... Tysiące okien błyska w słońcu ognistemi skrami... Kamienne wielopiętrowe sześciany nietylko wypełniają dno doliny, ale wżerają się w szmaragdowy amfiteatr lesistych wzgórz. Przez zieleń poprzedniałych zarośli przebijają się stamtąd białe mury domów. Nad morzem, tuż u wody, żółty, piaszczysty „strąd“ wyciągnięty dawniej wzdłuż całej doliny jak cięciwa złotego łuku, znikł zupełnie; ocalał jeno mały jego kawałeczek jako plaża przed hotelem „Riviera“ oraz wąski, kamienisty sznurek w cieniu urwisk Kamiennej Góry. Wzamian ciągnie się brzegiem bardzo piękny, wysadzony drzewkami, ozdobiony trawnikami i kwiatami bulwar, stoją białe ławki, zapraszając do wypoczynku. Przeznaczone na ogród puste pole między hotelem Rivierą, kościołem i kawiarnią. „Morskie Oko“, przysłonięte zostało dyskretnie rozpiętemi na drutach kwiatami. Bardzo tu ładnie i zawsze pełno spacerowiczów, przyglądających się ledwie znaczącemu się na widnokręgu Helowi oraz otwartemu w bezkresną dal morzu. — Płyną stamtąd wciąż parowce do portu. Pasażerskie komunikacji przybrzeżnej zatrzymują się u długiej drewnianej dygi „żeglugi Polskiej“. Widok psuje cokolwiek brzydka i pretensjonalna fasada Kasyna Kąpielowego. Naprzeciwko prawie dygi, na miejscu zburzonego Domu Kuracyjnego widnieje skwer Kościuszki, pełen zieleni i kwiatów. Dalej prywatna willa oraz dom Komisarjatu Rządu Wydziału Społecznego, które będą zapewne sczasem zburzone, żeby pozwolić złączyć się w jedną całość bulwarów wspaniałą ulicę Waszyngtona. Stoją tam zwartym rzędem najokazalsze gmachy miasta: żegluga Polska, Instytut Meteorologitezny, Wydział Budownictwa Portowego, Urząd Morski; przed niemi szerokie zieleńce, kwietniki i zwierciadło pierwszego basenu portowego im. Prezydenta Rzeczypospolitej.
Naprzeciwko nabrzeża Rybackiego długi, szary piętrowy Dom Rybacki, gdzie mieszkają kaszubi, którym chaty zburzono przy planowaniu miasta. Kończy się ten lity szereg domów trzypiętrową kamienicą kaszuby Deutza. Za nią, o, zgrozo, dostrzegam, ukryte dyskretnie resztki dawnego... „Pekinu“!... Też same co przed czterema laty, nędzne budy, zszyte z obrzynków desek, kryte papą, łatane blachą... Te same gromadki wesołych, brudnych i oberwanych dzieci, zawadiackie figury dorosłych... Na progach niziutkich drzwi — kobiety, niektóre młode i ładne... Wszyscy wrogo przyglądają się „burżujowi“ z notesem w ręku. Pewnie lękają się wysiedlenia. Na rogu ulicy Ś-tego Piotra, z jednej strony stara wędzarnia ryb Antoniego Budzisza, a z drugiej dom Związków Zawodowych... W dali widać Wieżę Głównego Urzędu Morskiego. — Prowadzi ku nim przez wiadukt nad szynami szeroka droga... Zaczyna się port.
Port cały jest już odgrodzony od miasta wysokim betonowym murem. Dostęp do niego będzie sczasem utrudniony próżniaczym gapiom i podejrzanym włóczęgom; dopuszczani będą jedynie interesanci i pracownicy.
Głownem zadaniem portu, obok wymiany towarów, staje się stworzenie, możliwie szybko, dobrej i dostatecznej własnej floty handlowej, gdyż wtedy dopiero byt portu stanie na pewnych nogach. Krząta się koło tego bardzo Liga Morska i Kolonjalna, rozumiejąc doskonale polityczne i gospodarcze znaczenie własnej floty; propaguje tę myśl szeroko gen. Orlicz-Dreszer, urządzając co rok w całym kraju bardzo popularne „Święto Morza“, lecz sprawa posuwa się powoli. Pierwszym krokiem na tej drodze było nabycie w 1919 r. statku „Wisła“ nośności 5.650 t. przez założone przez emigrantów polskich „Polsko-Amerykańskie Tow. Żeglugi Morskiej“ (Polish-American Navigation Corporation). Towarzystwo w ciągu roku nabyło 7 statków o pojemności 50.000 ton, lecz wskutek wadliwej organizacji oraz złej woli amerykańskich wierzycieli po kilkunastu miesiącach istnienia zbankrutowało. Musieliśmy i na tej grodze iść o własnych siłach, mało licząc na pomoc zagraniczną. Rząd zwrócił bacznej sza uwagę na zagadnienie własnej floty kupieckiej i stworzył w 1922 r. specjalny Departament Marynarki Handl. w ministr. Przemysłu i Handlu. Sprawa jednak posuwała się wciąż żółwim krokiem. W r. 1927 mieliśmy zaledwie 6 statków o pojemności brt. — 11.242 i obroty handlowe tej floty wynosiły 263.563 t. Obecnie posiadamy 41 statków o pojemności — 65.911 t., obrót wzrósł do 1.005.516 t., lecz jest to zaledwie 9.4° ogólnego naszego morskiego obrotu. Jesteśmy wciąż na łasce cudzoziemców. Pasażerskich transatlantyckich parowców mamy wszystkiego 3 („Polonia“ — 15.000 t., „Kościuszko“ — 12.000 t., „Pułaski“ — 12.000 t.), oraz 5 parowców komunikacji nadbrzeżnej od 300 do 500 t. — W czasach kryzysu i zupełnego zaniku emigracji to wystarcza, lecz kryzys musi się przecież skończyć; należy pomyśleć o przyszłości, aby oczekiwane ożywienie życia gospodarczego nie uszło nam z rąk.
Handel i turystyka wymagają jednak nietylko dobrych przystani i okrętów, lecz również nowożytnych organizacyj kupieckich, prawniczych, kulturalnych, które skolei potrzebują dla swego istnienia i rozwoju odpowiednich warunków mieszkaniowych i wygód życiowych.
Słuszną więc jest rzeczą, żeby zarówno Rząd jak i całe społeczeństwo polskie zwróciły dziś pilniejszą uwagę na rozbudowę, zasilenie instytucjami społecznemi oraz upiększenie miasta Gdyni.
Samorząd robi co może.
Wobec przyłączenia do Gdyni: Witomina, Redłowa, Orłowa, Grabowa, Oksywia, Chylonji, Obłuża, Zagórza Rumji, co obejmuje razem przestrzeń 15.000 hektarów, należało natychmiast zatroszczył się o dostarczenie tym przedmieściom zdrowej wody. Poprzednie urządzenia były niewystarczające. Przeprowadzone badania geologiczne wykazały, że najobfitsze rezerwoary wody podziemnej głęboko-warstwowej znajdują się na torfowiskach między Oksywiem i Zagórzem. Pojechaliśmy tam z dyrek. Wod. i Kan. p. Michalskim.
Minęliśmy Oksywię, gdzie już są wodociągi, minęliśmy Obłoże, które z małej wioseczki zamieniło się w miasteczko i przez ładny lasek wyjechaliśmy na brzeg rozległego torfowiska. Wdali widać ludzi, uwijających się z łopatami, taczkami, wózkami. Poszliśmy ku nim piechotą po grząskich mokradłach.
— Tam będzie nasze Główne Ujęcie Wodociągowe, które w razie potrzeby dostarczy wody nawet dla 200.000 mieszkańców! — wyjaśnia mi p. Michalski.
— Wykonaliśmy sześćdziesiąt głębokich wierceń, aby odszukać i określić położenie warstw wodonośnych. Na tem torfowisku przebiliśmy piętnaście otworów na 42 do 47 metrów, aby przez aluwium i dyluwium dotrzeć do miocenu. Odnaleźliśmy potężny wodonosiec spoczywający bezpośrednio na iłach mioceńskich na głębokości — 30 m. a sięgający przeciętnie 15 metr, grubości. Woda trysnęła na 3 metry ponad ziemię, a obfitość jej przewyższyła nasze oczekiwania. Nad horyzontem wodonośnym spoczywają płytsze warstwy miałkiego, gliniastego piasku, którego przepuszczalność jest b. mała, zaś własność filtracyjna bardzo duża, wobec tego niema obawy zanieczyszczenia studzien wodą z powierzchni. — Będziemy mieli moc doskonalej wody, do 20.000 m.³ a nawet wrazie potrzeby do 30 000 m³ na dobę. Jedno tylko: ma ona w litrze ok. 0,5 mg. żelaza, ale z tem już sobie daliśmy radę. Woda będzie pyszna! Niech pan tylko patrzy, ile tu trzeba zdjąć torfu? Więcej niż metr, żeby dostać się do gruntu! Niech pan patrzy, ile tu wody rowem płynie? Jak się okoliczne grunta, osuszają!... Tu nietylko łąki: tu siewne pola powstaną. A głupi chłopi skarżą się na mnie, że im ziemię psuję!... — śmiał się dyrektor.
— No, a jak będzie z kanalizacją?...
— Z kanalizacją gorzej, śródmieście skanalizowane. Ścieki płyną do stacji na molo Wilsona. Pokazywałem Panu urządzenia... Ostatni wyraz techniki... Nic nie czuć... Metan spalamy... Osad zużywamy w miejskich ogrodach, jako kompost... Oczyszczoną wodę spuszczamy do morza... Widział pan jakie kwiaty, trawniki i rośliny mam dookoła moich stacyi wodociągowych i kanalizacyjnych? — To wszystko na tych kompostach!... Musi być nietylko dobrze, ale i ładnie!... Co zaś do kanalizacji przedmieść... to... bardzo się już one rozstrzeliły, toć od Chylonji do Witomina i Radłowa będzie więcej niż mila drogi. W dodatku poziomy są bardzo rozmaite: śródmieście ma 2,5 do 30 m. nad poz. morza., Witomino — od 105 do 137, Radłowo 80 i Podgórze tyleż. Jeszcze wyższa jest Kamienna Góra. Wszędzie trzebaby zbudować osobne zbiorniki i z nich ścieki przepompowywać...[11] To się zrobi, ale to kosztuje!... Tymczasem polecamy zakładać w każdym domu osobne doły tak, żeby je można łatwo połączyć z ogólną siecią... Niech czekają końca kryzysu!... Zapewne, że to nie najlepiej, lecz zbudowaliśmy już 23,7 kilometrów kanałów sanitarnych oraz 11,7 kanałów deszczowych... Wszystko zależy od pieniędzy: będą pieniądze, będzie kanalizacja, wodociągi, bruki, asfalty, kwietniki!... będzie wszystko!.. — powtarzał zacny dyrektor.
Wszystko więc zależy od rozumu i woli społeczeństwa, bo pieniądz jest jedynie wyrazem tej woli i tego rozumu.
Powtarzam, że naród, który chce mieć wolne wyjście na świat, musi to wyjście nie tylko zdobyć, ale je umocnić, tak, aby żadne już moce nie mogły go powtórnie w więzieniu zamknąć. Takie umocnienia buduje się nie z cegły i cementu, lecz z ducha!...
Zobaczmy, co społeczeństwo gdyńskie, gdzie nie brak dzielnych, myślących entuzjastów, uczyniło na drodze krystalizacji tego ducha, na drodze tchnięcia w najprostsze, najcodzienniejsze sprawy kruszyny idealizmu.
Zacznijmy od spraw handlowych.
Niedawno, bo wszystkiego trzy lata temu powstała bardzo doniosła instytucja — Rada Interesantów Portu, dążąca do połączenia i zharmonizowania działalności rozmaitych organizacyj gospodarczych na terenie Gdyni. Prezesem Zarządu został wybrany p. inż Napoleon Korzon, dyrektorem p. Bolesław Kasprowicz. Obaj pełnią te obowiązki i obecnie, wybrani ponownie przez Walne Zgromadzenia. W skład Rady wchodzą przedstawiciele: Związku Armatorów Polskich, Polski Związek Maklerów Okrętowych, Związek Gdyńskich Ekspedytorów Portowych, Związek Przedstawicieli Koncernów Węglowych, Związek Przemysłowców Portowych, Centrala Zakupu Złomu Polskich Hut żelaznych. — Zgłosił swój akces Związek Dostawców Węgla Bunkrowego (opałowego dla parowców).
Związek skupia: 5 firm armatorskich, 9 firm maklerskich, 19 firm ekspedytorskich, 5 firm koncernów węglowych, 8 firm bunkrowców, 4 firmy przemysłowe, 10 firm hutniczo-żelaznych — razem 60 bardzo poważnych polskich jednostek gospodarczych. Związek jest już obecnie wielką potęgą, siła jego będzie stanowczo wzrastała, a jest ona związana mocno ze wzrostem i rozwojem naszych.stosunków morskich. Chodzi jednak o pewne skupienie obywatelskiej woli kierowników związku. Wydaje mi się, że służyć oni powinni Ojczyźnie głównie przez Gdynię, przez podniesienie i umocnienie kulturalnego oraz społecznego poziomu miasta.
W świeżo powstałem Towarzystwie Przyjaciół Gdyni, Rada Interesantów Portu powinna odgrywać przodującą rolę.
Obok organizacyj kapitalistycznych ogromne znaczenie dla przyszłości Gdyni będzie miało ustosunkowanie się do interesów miasta warstwy pracowników fizycznych i umysłowych. W tych sferach nie nastąpiło jeszcze zjednoczenie, na wzór choćby Rady Interesantów Portu. Istnieją oddzielne związki zawodowe, które prowadzą między sobą często niezdrową, demagogiczną walkę, zabarwioną zazwyczaj intrygami i zaciętością partyjną.
P. J. Michalewski, stary legjonista, człowiek prawy, zacny, który jako syndyk Eksporterów blisko znał te sprawy:zapytany o sprawy robotnicze, powiedział:
— Z płynnym, zmiennym materjałem robotniczym, z jakim dotychczas przeważnie mieliśmy do czynienia, nic nie dało się zrobić. Nie mogliśmy ich nauczyć należycie pracować. Wynagrodzenie, choć wyższe niż gdzieindziej w Polsce, było, co prawda, niewystarczające. Jednakże podwyższyć go bez zwiększenia wydajności pracy, nie byliśmy wstanie ze względów konkurencyjnych z zagranicznemi, głównie niemieckiemi portami. Z konieczności musieliśmy dążyć do stworzenia, zarejestrowanego robotnika portowego, któryby się w swym zawodzie wyspecjalizował. Taki robotnik doświadczony, osiadły, mający przyzwoite mieszkanie, godziwe rozrywki pod bokiem — świelice, kluby sportowe, tani teatr, a dla dzieci szkoły, ochronki — przywiąże się do miasta, stanie się jego pożytecznym, wiernym współobywatelem... Będzie dbał o rozwój miasta, będzie go obchodziła żegluga, stan portu i inne rzeczy, gdyż rozkwit miasta będzie leżał w jego interesie. A o to przecie nam chodzi; związanie nastałe jaknajwiększej ilości rodaków, osobistym interesem z żeglarstwem, leży na linji polityki morskiej Państwa. Czy nie tak?!
Z rozmowy w dalszym ciągu dowiedziałem się, że wielkim krokiem w kierunku uporządkowania spraw robotniczych była umowa zawarta dnia 24 września 1932 r. między Związkiem Eksporterów Portowych oraz Związkiem Koncernów Węglowych z jednej strony, a Zjednoczeniem Zawodowem Polskiem i Związkiem Związków Zawodowych z drugiej strony. Ustalono tam wysokość płacy, jej specjalizację oraz czas trwania, ale najważniejszym był parag. I, gdzie między innemi powiedziano:
„Robotnikiem portowym, w zrozumieniu niniejszej umowy, jest każdy robotnik zatrudniony na terenie portu w Gdyni, który posiada legitymację robotników portowych, wydaną przez Związek Gdyńskich Ekspedytorów Portowych lub instytucję do tego powołaną.“
Ustalono kontyngent robotników potrzebny do wykonania pracy przeładunkowej, biorąc za podstawę towar przeładunkowy w r. 1930 i w pierwszych miesiącach 1931 r. rozpoczęto rejestrację robotników.
Liczbę robotników określono na 1600 oraz przyjęto, że kandydat na robotnika portowego musi przejść conajmniej trzymiesięczną praktykę. W rezultacie przeciętny zarobek podniósł się zaraz ze 101.14 zł. na 162.38 miesięcznie, zaś w tym roku wynosi już 173.20 miesięcznie, choć wskaźnik utrzymania w porównaniu z r. 1927 (100) spadł do 79. Kontyngent robotników podwyższono z 1600 na 1750; obecnie dochodzi on do 2000; mimo to, ilość przepracowanych godzin nie zmniejszyła się lecz wzrosła z 826 dziennie na 1300.
Wydajność pracy również się zwiększyła, ale po strajku, wywołanym w 1932 r. przez część robotników wrogich reformie, i jak się zdaje — podjudzonych z zagranicy, nasilenie to spadło z 6.0 tono-godzin, przy węglu na 4.3, a z 0.92 ton. godz. na 0.87 przy drobnicy. Zniechęcenie następujące po każdym strajku mija bardzo powoli, tak, iż wydajność do tej pory nie może osiągnąć przedstrajkowego poziomu. Mamy jednak nadzieję przez życzliwy i sprawiedliwy stosunek pracodawców do robotników, nad czem czuwamy, te trudności usunąć! — wyjaśniał nam uprzejmie p. Michalewski.
— Jakże się przedstawia najważniejsza ze spraw kulturalnych i zdrowotnych — sprawa mieszkaniowa?
— Nieszczególnie. Istnieje Towarzystwo Budowy Osiedli w Gdyni, ale ono trafia na duże trudności, nietylko finansowe, lecz i obyczajowe. Niepodobna prawie przeprowadzić standaryzacji budowli, co jest warunkiem taniości. Każdy, budujący „osobniak“ chce budować według swego „widzimisię“. Spółdzielnie zaś nie umieją administrować wielkiemi zbiorowemi domami... Zobaczy pan... Pojedziemy!
Udajemy się za tor kolejowy, na drogę do Chylonji, gdzie jeszcze za czasów komisarza Bilka zaczęto budować kolonję robotniczą. „Hotel Robotniczy“, wielki barak na kilkaset osób — pusty. Gnieździ się tam garstka małych dzieci, jacyś starcy i inwalidzi...
— Gdzież robotnicy? — pytam nadzorcę.
— A no, trzeba było rozpędzić!... Jak kto co ukradł, to tutaj niósł i przepadało bez śladu...Ciągle awantury, bójki, nawet morderstwa... Policja nie wychodziła stąd... Trzeba było rozpędzić!... Sami zawinili!...
— Dokądże poszli?...
— Niewiadomo. W świat... do lasu!... Po szynkach nocują...
— Bardzo dużo robotników mieszka po wsiach i miasteczkach okolicznych. Niektórzy nawet z Wejherowa przyjeżdżają do roboty koleją albo na rowerach... Mieszkania tam i życie o wicie tańsze... — wtrąca jeden z nielicznych lokatorów Hotelu, poważny jegomość z siwą brodą.
— Mieszkają też tu w tym wielkim domu, ale tam ich niedużo, tam poprzerabiano mieszkania na czteropokojowe dla urzędników!.. — dodaje inny.
Wchodzimy przez piękną bramę sklepioną na dziedziniec ogromnego budynku; na piętrach ciągną się galerje, z których wejścia prowadzą do osobnych mieszkań. Zjawia się administrator, sekretarz robotniczego Związku Zawodowego, stary P.P.S.owiec. Prosimy go o pozwolenie zwiedzenia mieszkań robotniczych i pytamy o przeróbkę pierwotnych lokali i oddanie ich ludziom zamożnym.
— Nic podobnego. Jeden tylko lokal od frontu przerobiliśmy na czteropokojowy, dwa na trzypokojowe i odnajdujemy ludziom zamożnym... Musimy się ratować; trzeba spłacać raty w banku, a nasi bezrobotni nie mają pieniędzy... Niektórzy zalegają od paru lat... Wyrzucić nie można, bo to przecież towarzysz i spółdzielca... Długi rosną... Odraczają nam wprawdzie spłaty, umarzają procenty, ale to jeszcze gorzej, ludzie zupełnie przestają płacić, nawet ci, co mogą... Taka już świnia jest człowiek!... Domy urzędnicze, domy kolejarzy, pocztowców, co innego... Tam strącają z pensyj i koniec... Im dobrze!.. Ale my robotnicy, jak będziemy strącać, nawet, gdyby było z czego?.. nie wolno!.. No i giną domy robotnicze... Niema dochodu, niema za co remontu zrobić, rat zapłacić... Siadaj i płacz!.. Rozpacz!.. Niech panowie idą, bardzo proszę!.. Co panowie chcą zobaczyć!...?
— Jak mieszka najzamożniejszy, średni i najuboższy robotnik!..
— Tych zamożnych to mamy mało.
Pokój dość duży i dość widny; wgłębi we wnęce kuchenka gazowa. Pośrodku stół, nakryty niebieską serwetą, pod ścianami gęsto stoją meble wyściełane i gięte. Na ścianach oleodruki, na komodzie lustro, przed niem jakieś pudelka i wazony ze sztucznemi kwiatami. W maluchnej sypialni obok — czysto zasłonę dwa łóżka, u okien firaneczki. Mam wrażenie, że jestem w mieszkaniu średnio-zamożnego francuskiego lub angielskigo robotnika...
— Ten wciąż ma robotę, zawodowiec, pracuje na dźwigach... Płaci komorne, nie zalega!... — wyjaśnia sekretarz. — A ten tu będzie już gorszy...
Jedna izba — razem stołowy i sypialnia. Gazową kuchenkę umieszczono w przedsionku, skąd wejście prowadzi do spiżarki i klozetu. Łóżko jedno, mebli i naczyń mniej, na ścianach tkwią jednak oleodruki, zapewne, jako wspomnienie lepszej przeszłości. Pełno małych dzieci.
Trzecie mieszkanie robi wrażenie ciemnej nory, choć ma okno tej samej wielkości co poprzednie. Mebli prawie wcale niema, prosty stół, parę stołków, ściany zakopcone i puste... Dwie blade kobiety powstały przy naszem wejściu.
— Mąż umarł na głodowe suchoty... Już trzy lata bezrobotni, niepłacą, ale czy mogę wyrzucić!? Nieboszczyk zasłużony był partyjny towarzysz!.. — tłomaczy sekretarz. Wdowa kiwa głową i uśmiecha się trupim uśmiechem.
— Dobrze jeszcze, że nie mieliśmy dzieci!.. — szepce cicho.
Nigdzie nie widać śladu łóżka, śladu pościeli, śladu naczyń... Wychodzimy przygnębieni.
— Mądrze to postanowiono, żeby dawać bezrobotnym po zagonie miejskiej ziemi w pobliżu. Uprawiają sobie kartofle, buraki, groch, warzywa... i z tego żyją... — opowiada sekretarz, wskazując na liche ogródki przed bramą domu i zwraca się do mnie.
— Jak pan myśli?.. Czy długo jeszcze tego kryzysu?...
— Ha, myślę, że już bliżej końca!.. Zresztą to zależy w dużym stopniu od Niemców: jak przestaną czyhać na cudzą ziemię, na cudze życie i na cudze mienie, to się wszyscy uspokoją, zaczną pracować, budować, pieniądze wydawać i kryzys minie!..
Stary P.P.Sowiec westchnął i uścisnął nam rękę w milczeniu.
— Pojedziemy na Grabówek, a potem do Witomina, gdyż tam „Towarzystwo Budowy Osiedli“ stawia już małe tanie domki osobniaczki i oddaje je na spłatę, albo wydzierżawia robotnikom... Jest to nowość, próba. Zobaczymy, czy się uda!
Po drodze zauważamy na wzgórzu szereg nowiutkich jeszcze niewykończonych domeczków i postanawiamy je zwiedzić. — Wszystkie są podobne do siebie, ale jedne są większe — dwojaczki, składające się z dwóch mieszkań; drugie mniejsze — pojedyńcze. Właścicielami są powiększej części rzemieślnicy lub robotnicy wykwalifikowani. Jeden z domów należał do szewca, drugi do elektrotechnika, trzeci, największy, do stolarza.
— Większą część roboty sam wykonałem. Dostałem tylko tani budulec od „komitetu“. Jak trzeba, to człowiek robi się i mularzem, i ślusarzem, i szklarzem, i malarzem... Nie święci garki lepią!.. Parcelę mi dało miasto... Dom wybudowałem większy, połowę wynajmę... Założę ogródek... Trzeba żyć!... Już drugi rok siedzę bez robotę...
Szewc już w domku mieszkał, ale jeszcze tam wewnątrz wyprowadzał pod sufitem jakiś kolorowy szlaczek. Odpowiada nam z okna jego młoda przystojna żona.
— Sami budowaliśmy, nawet cegłę tu na górę nosiliśmy z mężem na plecach, ale teraz jest na co spojrzeć, nieprawda!?.. Mamy ładną kuchnię, dwa pokoje. Jeden odnajmiemy... Jest tu taki młody robotnik portowy, co bardzo o mieszkanie prosi!.. — uśmiechnęła się.
— Mąż zaraz wywiesi szyld... Kury będę hodować... Bóg da, nie zginiemy!.. — dodała wesoło.
Mąż poruszył się na rusztowaniu i zagwizdał naśladując kosa.
— Całe moje oszczędności utopiłem!... Tysiąc złotych!.. — huknął nam na odchodnem.
— A dużo taki domek kosztuje?..
— Dużo. Nasz kosztuje 4.000.
Tuż u drogi i opodal, na wzgórkach pod lasem, spotykaliśmy wiele takich małych domków, powstających obok wielkich domów i pięknych willi. Długa droga do Chylonji wysadzona pięknemi lipami zamieniała się powoli na miejską ulicę. Tam ma być zczasem dzielnica przemysłowa, tam stoi gazownia, i stacja elektryczna rozdzielcza, powstają małe fabryczki: tartaki, stolarnie, ślusarnie...
Piękne budynki domu emigracyjnego, niegdyś przepełnione cały rok, stoją pustkami wobec wstrzymania wychodźstwa na całym świecie.
Wycieczki turystyczne lub uroczystościowe, oraz uczestnicy rozmaitych zjazdów zajmują od czasu do czasu przestrone sypialnie.
Ponieważ stąd było niedaleko do Rumji, postanowiłem zwiedzić zakładane tam obecnie lotnisko. Obszerna równa, zielona łąka, na której zboku widniał mały hangar, została już oddzielona od drogi sztachetami. Na placu krzątała się garstka robotników. W bramie zatrzymał nas żołnierz i zawołał podoficera, który, zapytawszy nas: kto zacz jesteśmy, dał nam krótkie wyjaśnienia. Lotnisko jest obecnie w zarządzie wojskowości, ale wkrótce zostanie oddane cywilom. Kiedy?... Niewiadomo, pewnie niedługo, jak pobudują hangary i stacje. Komunikacje z miastem będą utrzymywać autobusy lotnicze. Zresztą przecie już chodzą... zwyczajne miejskie!
Stąd wyruszyliśmy do Witomina. który leży w drugim końcu miasta w kierunku Małego Kacka i Gdańska.
Na łysy nem wzgórzu wśród wspaniałego lasu już tam powstała cala robotnicza kolon ja. Wznoszą nowe domy i domki, budują szkolę, ale sporo jest jeszcze starych bud jak w sławetnym „Budapeszcie“. Wchodzimy do jednej takiej budy, stojącej wśród obszernego warzywnego ogrodu. Widzę tam dużo cebuli, fasoli, pomidorów, dyn i ogórków, ale najwięcej kartofli i kapusty. Izba — ciemna nora, lecz na ścianach oleodruki, a w oknach firanki. Blaszana kuchenka, maluchna jak samowarek, plącze się tuż u progu, jakby chciała od tej biedy, niechlujstwa i zaduchu, co rychlej uciec. Wychodzą ku nam dwie kobiety, stara i młoda, odziane dość przyzwoicie. Gospodarza niema: w mieście szuka roboty.
— On tej roboty szuka już trzy lata! Gdyby nie my i ten ogród z trochą kartofli, wszystkie by my dawno zdechli! — mówi starsza. Młodsza milczy z kłopotliwie opuszczoną głową i skubie fartuch.
— A panowie czego tu szukają?... — pyta wreszcie, podnosząc ku nam niebieskie oczy...
— My szukamy... ludzkiego uśmiechu! — odpowiadam żartobliwie.
— Aha!... To panowie nie policja!?... Niech panowie wejdą, bardzo prosimy...
Wizyta niedługo trwa; izdebka jest tak mała, że można w niej jedynie spać; przebywać zaś trzeba koniecznie na świeżem powietrzu. A powietrze tu dzięki lasowi wokoło doskonale. Zwiedzamy domy już zbudowane i budujące się, a wracając, oglądamy nową autostradę, przeprowadzaną wzdłuż linji kolejowej Katowice — Gdynia. Mijamy szereg willi, ogromne budynki Z. U. P. U. i za chwilę jesteśmy w śródmieściu, na asfaltowej ulicy, wśród sklepów z lustrzanemi szybami, słońc elektrycznych, wielopiętrowych domów z ukwiecionemi balkonami, wśród mknących aut, wśród procesji przechodniów... Granatowy policjant na skrzyżowaniu ulic białą pałeczką kieruje ożywionym ruchem... Wszędzie przestrono, powietrzno, słoneczno... Wielkie i liczne okna kamienic mówią o prze wadze w architekturze miasta stylu spółczesnego. lubującego się w świetle, w prostocie, w wygodzie... Ale o charakterze miasta i jego rozwoju zadecyduje budownictwo, które nazwałbym społecznem, które nie może liczyć na inną rentowość, jak zdrowie, dobrobyt, wygoda mas pracujących; a ono jest jeszcze w stanie chaotycznym i zarodkowym zarówno w Gdyni, jak w całej Polsce. Myśl o jego uporządkowaniu, o jego ukształtowaniu i zharmonizowaniu z portem i resztą miasta staje się zagadnieniem pałacem i pod względem gospodarczym i pod względem artystycznym. Gdynia musi być piękna, musi mieć swój styl! Ona nie jest jeszcze królową morza, nie jest nawet królewną, jest dopiero królewskim podlotkiem.. Dbać czujnie o jego szatę zewnętrzną winien cały naród jako jego matka, gdyż tu wyprowadza on w świat swoją jedynaczkę!
Przechodzimy do drugiego zagadnienia związanego ściśle ze zdrowotnością i obyczajowością miasta, do zagadnienia szkól. Szkół jest mało a ochronek wzorowych, o ile wiem, wcale niema lub jest ich jeszcze mniej. Gromady dzieci pozostają bez nauki i opieki. Duże, sięgające 40.000 ludności, miasto ma szkół powszechnych zaledwie 3, z tych jedna tylko 7-mio oddziałowa w śródmieścia ma naprawdę piękny nowoczesny budynek; druga mniejsza u wylotu u. Leśnej powstała niedawno. Istnieje jedna szkoła rzemieślnicza i jedno jest gimnazjum, mieszczące się kątem w pięknym budynku Morskiej Szkoły Handlowej, za koleją na drodze do Chylonji, Oto wszystko. Szkoły są przepełnione.
Tuż obok Morskiej Szkoły Handlowej mieści się jedyny zakład wychowawczy o poziomie wyższym od gimnazjalnego. Ze względu na jego specjalny charakter pozwoliliśmy sobie go zwiedzić.
Potężny, szary gmach, na którego froncie pod herbami Państwa, złoci się napis „Państwowa Szkoła Morska0. Liczne, duże okna, proste i zwięzłe zarysy czynią wrażenie jasności a siły. Wewnętrzne urządzenia odpowiadają temu wrażeniu. Wygodne, przestrone schody, duży „hall“, wspaniała sala aktowa, przypominająca górnem oświetleniem i ozdobami sufitu, recepcyjną salę na parowcu oceanicznym „Isle de France“. Wszędzie niewysokie, ale szerokie, widne korytarze, z niedużemi jakby „kajutowmi“ drzwiami, prowadzącemi do licznych pracowni, sal wykładowych, laboratoriów. W głównej auli zwraca uwa.gę cenna latarnia projekcyjna, za pomocą której można obrazy, rysunki, mapy wprost z książek i szkiców rzucać na ekran. Jeżeli wykłady odbywają się we dnie, okna zasiania się i odsłania mechanicznie w mgnieniu oka.
Bibljoteka składa się z paru tysięcy tomów przeważnie dzieł morskich, choć są i literackie utwory, a nawet powieści. W pracowni radiotelegraficznej ćwiczą się studenci pod kierunkiem profesorów na krótkofalowych aparatach nadawczych i odbiorczych. W warsztatach przechodzą naukę obróbki metali i drzewa; każdy student musi wykonać samodzielnie jakiś przedmiot, model lub część maszyny.
Szkoła połączona jest z internatem, obleczonym na 200 studentów, lecz przyjęcia ogranicza się narazie do 150. Sypialnie nieduże mieszczą po kilka łóżek, jedna tylko czy dwie zawierają ich więcej niż dwadzieścia. Łóżka żelazne, pościel prosta, marynarska i iście po marynarsku schludna. I wszędzie — czy to w kuchniach, czy w umywalniach, prysznicach i kąpielach, czy w bufecie, czy w sali wypoczynkowej, połączonej z czytelnią, czy w bawialni, gdzie studenci przyjmują gości, urządzają koncerty, zabawy, a nawet tańce — wszędzie widać tę skrupulatną schludność i rygor, jakich wymaga życie na morzu w ciasnocie żeglarskiego statku.
Kierownikiem szkoły od 1929 r. jest doświadczony marynarz, komandor Adam Mohuczy. Pod jego wpływem i nadzorem wychowuje się tutaj myśl i wola przyszłej naszej morskiej po, tęgi. Szkoda jednak, że tylko mały procent wychowańców szkoły może obecnie znaleźć zajęcie w nielicznej naszej flocie. W każdym razie nawet, gdy pracują na innych stanowiskach, wchodzi wraz z nimi w obieg naszego społeczeństwa wiedza o morzu, oraz miłość i zrozumienie jego spraw.
, Szkoła Morska jest narazie szczytem szkolnictwa gdyńskiego. Mówią niejasno o przeniesieniu zczasem do Gdyni morskiego wydziału politechniki Warszawskiej i o przetworzeniu go na wyższą szkolę budowy okrętów, lecz to nie nastąpi wcześniej, aż zostanie otwarta stocznia polska na gdyńskim Kanale Portowym. Przenieśćby wszakże już dziś należało do Gdyni choćby Instytut Bałtycki z Torunia, gdyż ważną jest rzeczą, aby ten wielki port polski promieniował na cale Pomorze nietylko siłą gospodarczą, lecz również potęgą naukową i umysłową; dlatego winno się w nim skupiać wszystko związane z badaniem i obsługą morza.
Niemniej pilną jest sprawą, aby w tym naszym prastarym kraju, tak długo podległym niemieckiemu „drylowi“, zaczęto kształcić uczucie i wyobraźnię według polskiej modły i polskich potrzeb. Dlatego musi tu jaknajprędzej powstać duży, dostępny dla tłumów polski teatr. Jeżeli Czesi w czasach swej niewoli mogli zbudować w Pradze „Narodne Diwadło“ z groszowych składek, to dlaczego mybyśmy nie mogli uczynić tego w Gdyni? Zanim jednak ten pomnik sztuki narodowej stanie, możnaby wznieść czasowy, prowizoryczny drewniany budynek. Gdynia jest już natyle dużem miastem, że nawet stały teatr będzie się mógł utrzymać, szczególniej jeżeli będzie dostatecznie dobry, tani i umiejętnie prowadzony, aby mógł przyciągnąć zagranicznych gości.
Do niedoborów kulturalnych Gdyni należy brak publicznej bibljoteki i czytelni, brak świetlic i klubów robotniczych, gdzieby młodzież robotnicza mogła się zbierać dla rozrywki i załatwienia spraw sportowych, zawodowych, kulturalnych. O ile wiem, istnieją obecnie w Gdyni dwa tylko kluby: bardzo skromny i ciasny Klub Obywatelski na Kamiennej Górze, gdzie zbiera się od czasu do czasu inteligencja gdyńska i „Dom Marynarza“ (Sailor Home) wcale ładny trzypiętrowy dom na ul. Jana z Kolna (dawniej Wolności). Na pierwszem piętrze są pokoje i jadalnia dla oficerów, na górnych piętrach sypialnia dla szeregowych marynarzy, bibljoteka, czytelnia, pokój stołowy... Wszystko nieduże, ale czyściutkie, słoneczne, z pięknym widokiem na port. Za bardzo umiarkowaną płacę może tu znaleść nocleg i utrzymanie każdy marynarz bez różnicy narodowości. Mówiono mi, że w czytelni są gazety w różnych językach; również w bibljotece — książki polskie, angielskie, francuskie, niemieckie... Pożądaną jest rzeczą, aby polscy autorowie przysyłali tu przekłady swoich dzieł w zrozumiałym własnym i narodowym interesie.
Narówni z teatrem i bibljoteką wypływa konieczność rychłego stworzenia muzeum morskiego, gdzie obok modeli rozmaitych statków, maszyn, sieci, narzędzi i ubiorów, związanych 2 żeglarstwem, powstałaby nieustanna wystaw? próbek towarów wywożonych i przywożonych morzem do Polski, taka, jaką widziałem w swoim czasie w San Francisco.
Dużo dałoby się wyliczyć rzeczy pożądanych a nawet koniecznych w Gdyni, jak naprzykład: hale targowe, rzeźnia miejska, elewatory zbożowe, własny kabel podmorski, nadawcza stacja radiowa, odpowiednie prawodawstwo i t. d., lecz o to troszczą się z dobrym zazwyczaj skutkiem czynniki gospodarcze. Chodziłoby o pewne zharmonizowanie zdobywczości materjalnej z potrzebami kulturalnemi, gdyż dopiero te ostatnie kładą na pierwsze piętno narodowe i czynią je nierozerwalną, ukochaną częścią całego państwa.
Wyraził to dobitnie minister E. Kwiatkowski w swym artykule „Trzymajmy się morza“ („Kronika o Polskim Morzu“ r. 1930 str. 9). Pisze tam między innemi:
„A z Polski całej biegnie ku morzu, jedna myśl: w pracy tej jesteśmy wszyscy zjednoczeni, zharmonizowani, zwarci, wytrwali. W obliczu tego zagadnienia dokonał się cud — największy, jaki w Polsce może się zjawić: tu niema rządu i rządzonych, niema wyznań, niema partyj, niema walk, niechęci, przeciwieństw! Jest jedna Polska, frontem zwrócona ku własnemu morzu, własnym obowiązkom, własnej pracy, podjętej i dźwigniętej z radością.“
Zaiste z opisanego tu entuzjazmu wyrosła Gdynia. Bez niego żadne pieniądze nie pokonałyby w tak krótkim czasie trudności, jakie powstawały przy jej narodzinach!
Jakby nagle zbudziła się w zbiorowej piersi Narodu miłość jego praszczurów do błękitnej fali, otwierającej wolną drogę w nieogarnione przestworza...
Jakgdyby ocknęła się tajona wiekami tęsknota poznania burzliwych prądów, naremnych wichrów i słonecznej dali nieznanych krajów.
I wyrwał się wraz z miljonów ust okrzyk równie radosny, krzepiący i namiętny, jak ongi z gardzieli wojów Bolesława Krzywoustego po długim i nużącym pochodzie...
— Morze!.. Morze!..
święte Morze, tyś szumiało u kolebki naszego Państwa i będziesz śpiewać nam pieśń niepodległości po wszystkie wieki!..
Jako symbol tego postanowienia, jako widomy znak wiecznych zaślubin Polski z Morzem, powinno być z Wilna przeniesiona do Gdyni serce Władysława IV i umieszczone w katedrze, mającej tam powstać...
Serce Morskiego Króla, króla, który morze ocenił i umiłował, i wzniósł pierwsze twierdze dla — jego obrony, tu spocząć powinno ku wiecznej Narodu pamięci!...


Przywóz 
Towar Rok 1928 1929
Żelastwo (złom)

Żużle Thomasa
Rudy żelazne
Piryty
Fosforyty
Saletra
Kamienie brukowe
Ryż surowy
Żelazo i stal
Bawełna
Tytoń
Asfalt
Garbniki
Skóry
Tłuszcze zwierzęce
Oleje
Samochody i części
Napoje alkoholowe
Owoce świeże
Miedź
Kauczuk
Siemię lniane
Orzechy ziemne
Żywica
Celuloza

11.161

101.855
2.826

3.100
6.552
7.488
57.427

















49.582

132.203
18.180

22.600
39.299
1.744
56.665
324
205
2.035














w tonach.
1930 1931 1932
272.479

85.315
41.230
10.973
13.835
13.991
5.115
46.864
662
564
982
624
196
104
3.760
351
613
444
614






341.901

71.205
21.742

13.076
4.016
2.045
75.286
376
6.063
4.495
878
244
249
419
335
588
366
238
763
148
2.053
357
173
470

123.907

46.416
30.858
27.529
17.402
81
367
44.755
62
26.839
5.231
 
2.691
8.641
1.197
1.059
671
303
18.901
1.835
2.323
} 19.368
487
2.434

 
Towar Rok 1928 1929
Wyroby gumowe

Papier
Wyroby żelazne i stalowe
Maszyny, aparaty i części
Glinki farbiarskie
Worki
Oliwa
Wełna
Juta
Jelita
Korzenie
Śledzie
Owoce suszone
Herbata
Kawa
Kakao
Różne

















2.302

















8.807

192.711 329.644

 
1930 1931 1932
















5.401

400

1.314
562
748
567
473
295




1.503
1.864
166
47
95
3.020

848

6.636
1.790
1.556
266
223
 
5.083
4.654
731
357
8.289
3.703
872
2.491
3.583
6.491

504.117 558.549 434.024

Wywóz 
Towar Rok 1928 1929
Węgiel kamienny

Węgiel bunkrowy
Cement
Sól
Deski i łaty
Mąka ryżowa
Ryż wyłuszczony
Celuloza
Wytłoki buraczane
Cukier
Nasiona
Koks
Nawozy azotowe
Sole potasowe
Cynk
Wyroby żelazne i stalowe
Szyny kolejowe
Makuchy
Żyto
Mąka
Masło
Jaja
Napoje alkoholowe
Tkaniny
Bekony

1.665.793

92.439
1.000
1.760
2.140
637
300


















2.324.504

123.391

6.748

4.464
4.109
2.564
1.196
23.577
503














w tonach.
1930 1931 1932
2.808.829

145.552
150
2.000
2.058
9.309
3.594
144
15.196
89.766
264
8.872
3.086
1.986
132
1.180
52
1.023
8.259
165
1.469
484
272
387
11.196

4.167.048

206.047
1.208

11.745
6.487
21.171
105
3.702
115.529
56
10.421
8.908
32.791
15.142
966
10.290
1.906
18.680
155
1.723
5.601
916
2.889
51.821

4.199.893

152.266
40
3.928
47.133
5.096
5.650
7.613

88.309
427
14.934
47.870
7.303
10.943
2.407
18.122
5.079
1.628
481
143
6.960
2.170
1.404
51.878

 
Towar Rok 1928 1929
Wędliny

Ptactwo bite
Słupy telegraficzne
Ziemniaki
Blacha cynkowa
Melasa
Kości i mączka kostna
Olej fuzlowy
Tłuszcze zwierzęce surowe
Warzywa
Jelita
Wyroby gumowe
Bisulfat sodu
Papier
Skóry
Obuwie
Klepki
Dykty
Meble gięte
Wyroby koszykarskie
Książki i broszury
Różne






















989






















1.802

1.765.058 2.492.858

 
1930 1931 1932
1.058

51



















5.907

7.608

326
15.075
15.572
352
1.100
755
124
275




1.730
93
246
218
66
180
144
127
2.267

8.579

460
40.886
6.733
74
7.400
377
95
78
538
237
747
1.788
5.903
86
450
1.248
22
137
144
89
3.672

3.121.631 4.741.565 4.744.975





  1. Jeden z nich, ten co stał naprzeciw wylotu n. Lipowej, już znikł; drugi jeszcze stoi, ale wokoło budują kamienice i pewnie niedługo zginie. Ten drugi znajduje się w ogrodu p. Benkiego, naprzeciwko cegielni Pol. Tow. Kąp. Morsk. Miano go ulokować na placu Kaszubskim, jako cenny, ciekawy zabytek, lecz z niewiadomych powodów przenosin zaniechano.
  2. Wszystkie historyczne daty i wiadomości zaczerpnięte zostały z pracy p. A. Świerkosza „Z przeszłości Gdyni z przedmieściami“ oraz z Al. Labuda „Dzieje przodków naszych”. — „Gryf”, Nr. 2—3—4, r. 1931.
  3. Skojec — 24 część grzywny, dwa grosze.
  4. Pomuchla — dorsz.
  5. Polacy wyróżniają się wielkiemi zdolnościami żeglarskimi. Oficerowie polscy wysoce byli cenieni we flotach zarówno rosyjskich jak i amerykańskich, a wesoły, odważny i zręczny majtek jest doskonałym materjałem marynarskim. — Ciekawą jest rzeczą, że w 8 większych bitwach w których w przeszłości brała udział flota polska, siedem razy zwyciężyli polacy. („Polska marynarka wojenna”, R. Czeczott, Kronika o polskim morzu, r. 1930, str. 142.
  6. W roku 1924 wybudowano domów 18 z 74 pokojami; w r. 1925 — domów 15 z 120 pok.; w r. 1926 — domów 48 z 421 pok; w r. 1927 — domów 89 z 1 246 pok.; w r. 1928 — domów 93 z 1900 pok.
  7. „Kronika o polskiem morzu”, Warszawa, r. 1930, str. 192.
  8. Do niedawna monopol na wywóz naszego drzewa miał Gdańsk i porty niemieckie. Stopniowo jednak wywóz przez Gdynię wzrasta. W r. 1931 wywieziono przez Gdynię: desek i łat — 11.745 tonn, bali i słupów telegraficznych — 15.075 tonn. W r. 1932 tarcic i łat 47.133 tonn, bali i słupów — 40.886. (Rocznik Interesantów Portu Gdyni. Tom II r. 1933).
  9. Hartownia, gdzie przeprowadza się procesy wstrzymujące psucie się, jełczenie olejów.
  10. Wedle danych „Rocznika Rady Interesantów Portowych“ wywieziono makuch przez Gdynię w 1932 r. — 5.079 ton, w 1930 wywieziono ich zaledwie 1023 tony.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku — w oryginale dwa wiersze tekstu obrócone o 180°.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.