Bractwo Wielkiej Żaby/Rozdział XXXVII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Bractwo Wielkiej Żaby |
| Wydawca | Instytut Wydawniczy „Renaissance” |
| Data wyd. | 1929 |
| Druk | A. Dittmann, T. z o. p. |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Marceli Tarnowski |
| Tytuł orygin. | The Fellowship of the Frog |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cała powieść |
| Indeks stron | |
Przycisnąwszy ucho do desek podłogi, Dick usłyszał słowa: „Chce, żeby umarł“, i wargi jego skrzywiły się w uśmiechu.
— Słyszeliście może, czy spaceruje jeszcze? — zapytał Hagn.
— Nie, zdaje się, że śpi, — odparł inny głos.
— Musimy zaczekać, aż będzie jasno. W ciemności nie można nic zrobić. Pozabijalibyśmy się wzajemnie.
Pogląd ten podzielała większość obecnych. Dickowi zdawało się, że słyszy sześć głosów. Zapalił zapałkę, aby jeszcze raz rozważyć położenie, i wzrok jego padł znowu na kabel.
W tej chwili zeszło na niego natchnienie. Przesunął się bezgłośnie po podłodze, uchwycił drut i pociągnął z całej siły. Pod ciężarem jego ciała złamał się izolator. Na szczęście odłamki spadły na kupę śmieci w kominku i nie wywołały hałasu. Podczas następnej półgodziny Dick pracował gorączkowo, odwijając z kabla gumę izolacyjną, aby uwolnić druty miedziane. Ręce miał pokrwawione. Ale po godzinie wysiłków, koniec kabla był goły. Z radością przypomniał sobie, że drzwi otwierały się nazewnątrz, i dźwignąwszy z niebywałym wysiłkiem płytę stalową, ułożył ją tuż przed drzwiami, tak że każdy, ktoby chciał wejść do pokoju, musiałby na nią nastąpić. Potem począł wolne druty kabla umocowywać w dziurkach płyty.
Zaledwie skończył tę pracę, gdy poczęło dnieć. Dick słyszał ciche szepty i szmer, jakby odsuwano rygle przy drzwiach. Podpełznął do przełącznika i przekręcił go.
Szarpnięto drzwi i jakiś człowiek stanął na płycie. Zanim krzyk jego mógł ostrzec drugiego, który szedł za nim, leżeli już obaj nieprzytomni na podłodze.
— Co się tam stało u licha? — był to głos Hagna. Wbiegł po schodach i postawił nogę na płycie elektrycznej. Przez chwilę stał bez ruchu, potem padł z jękiem wtył, a Dick słyszał trzask, z jakim zleciał ze schodów.
Nie czekał dłużej.
Wielkim susem przesadził płytę, zbiegł po schodach i przeskoczył przez ciało nieprzytomnego Hagna.
Małe biuro było puste. Na stole leżał jeden z jego rewolwerów. Złapał go i pomknął przez pustą salę fabryczną, która wydawała mu się nieskończona. Szarpnął drzwi i znalazł się na wolności.
Usłyszał krzyk, a gdy się odwrócił, ujrzał dwóch ludzi z bandy, biegnących za nim. Podniósł rewolwer i wypalił. Nastąpił trzask, ale Hagn wypróżnił magazyn.
Browning to cudowna broń, nawet gdy nie jest nabity. Dick Gordon uderzył lufą w głowę człowieka, który chciał go złapać, i pobiegł dalej.
Zrozumiał, iż omylił się, przypuszczając, że w budynku było tylko sześciu ludzi. Było ich ze dwudziestu, a wszyscy w niedalekim obrębie. Dążył teraz do tego tylko, by znaleźć się na gościńcu, od którego dzielił go jedynie szereg krzaków.
Ale to był jego błąd. Między krzakami przeciągnięty był drut kolczasty, aby go ominąć, zatoczył łuk i skierował się ku drugiemu z trzech budynków fabrycznych. Ale prześladowcy byli już za nim. Słyszał sapanie przewodnika, a jego własne siły były już na wyczerpaniu.
W tej chwili jednak ujrzał tuż przed sobą na murze wielką, okrągłą szybę sygnału pożarnego. Jak błyskawica mignęło w jego pamięci wspomnienie obojętnej rozmowy z Elkiem. Gołą pięścią stłukł szkło i szarpnął za dzwonek. W tej chwili napastnicy spadli już na niego.
Dick walczył z rozpaczą, bezsilny wobec przeważającej liczby. Musiał zyskać na czasie.
— Dajcie pokój, chłopcy, — zawył. — Hagn nie żyje!
W złej chwili stwierdził ten fakt, gdyż Hagn wyszedł właśnie z przeciwległego budynku, blady wprawdzie i osłabiony, ale niewątpliwie żywy. Był nieprzytomny z wściekłości i klął zawzięcie w języku, którego Dick nie rozumiał i który uważał za szwedzki.
— Zapłacisz mi za to! — zawołał wreszcie. — Zakosztujesz sam prądu elektrycznego, psie!
Chciał go uderzyć pięścią w twarz, ale Dick odchylił głowę i pięść trafiła w mur. Z okrzykiem wściekłości rzucił się Hagn na Dicka, drapiąc go i szarpiąc obydwiema rękoma. Ale to właśnie uratowało Dicka, gdyż ludzie, którzy go trzymali, usunęli się, aby ułatwić swemu przewódcy zadanie. Dick wymierzył starannie obliczone kopnięcie w brzuch Hagna, i Szwed padł z głośnym okrzykiem na ziemię.
Zanim ktokolwiek mógł go zatrzymać, Dick pomknął naprzód jak huragan, tym razem prosto do bramy. Dosięgnął jej właśnie, gdy ręka jakaś chwyciła go. Strząsnął ją z siebie i jak nieprzytomny wypadł za bramę, w tej samej właśnie chwili, gdy na szosie rozległy się dźwięki dzwonków i połysk mosiądzu i blask szkarłatnej czerwieni.
Auto straży ogniowej nadjechało z najwyższą szybkością. Żaby patrzały na nie przez chwilę znieruchomiałym wzrokiem, potem nie troszcząc się więcej o Dicka, zawróciły i poczęły uciekać.
W kilku słowach wytłumaczył Dick dowódcy straży sytuację. W tej chwili z karkołomną szybkością nadjechał drugi wóz, a strażacy byli ludźmi, którzy nie bali się Żab.
Podczas gdy Hagna niesiono związanego do auta, Dick spojrzał na zegarek. Wskazówka stała na szóstej. Dick pobiegł do swego Rolka, przygotowany na najgorsze.
Ale Hagn nie próbował wcale unieruchomić auta. Może zamyślał przywłaszczyć je sobie. W trzy minuty później siedział Dick przy kierownicy, z gołą głową, brudny, ze śladami pazurów Hagna na twarzy, i mknął w stronę Gloucester. Nie mógłby jechać prędzej nawet wówczas, gdyby wiedział, że zegarek jego stał.
Z karkołomną szybkością minął Swindon i znalazł się właśnie na Gloucester Road, gdy spojrzał znowu na zegarek.
Wskazywał on ciągle jeszcze szóstą, i serce Dicka zamarło z przerażenia.
Jechał z największą szybkością, na jaką mógł się zdobyć, ale gościniec był kiepski, z licznemi zakrętami. W pewnej chwili pękła guma u jednego z kół, ale Dick nie mógł zatrzymać auta i jechał dalej. Szybkość uległa przez to oczywiście znacznemu zmniejszeniu. W chwili, gdy ujrzał szczyt wieży kościelnej w Gloucester, pękła druga opona.
Ale nie mógł się zatrzymać, choćby miał na gołych kołach zajechać do Gloucester.
Wjechał w przedmieścia. Zatrzymał go tramwaj, a gdy nie zwrócił uwagi na sygnał ostrzegawczy policjanta, omal nie dostał się pod koła wielkiej lokomobili ulicznej. Teraz zobaczył też, która była godzina: dwie minuty brakowały do ósmej. A więzienie odległe było jeszcze o pół mili. Dick zagryzł zęby i modlił się w duchu.
Gdy ujrzał wreszcie przed sobą wrota więzienia, dzwony katedry biły ósmą. Dźwięk ten wydał się Dickowi przeraźliwym, niby trąby dnia Sądu Ostatecznego. Wiedział, że śmierć Ray’a Bennetta nastąpi punktualnie co do sekundy. Na myśl o tem okrył się trupią bladością.
Zatrzymał chwiejące się auto przed bramą więzienną i podbiegł do dzwonka. Zadzwonił dwa razy, ale drzwi pozostały zamknięte. Dick zdjął skarpetki, cenny dokument pokryty był plamami krwi, gdyż nogi jego były poranione od ucieczki bez butów. Zadzwonił znowu z wściekłością rozpaczy. W małem okienku ukazała się twarz odźwiernego.
— Nie może pan wejść, — rzekł. — Czy pan nie wie, co się tu dzieje?
— Ministerstwo Spraw Wewnętrznych! — wył Dick ochryple. — Mam rozkaz z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Odroczenie wyroku!
Okienko zamknęło się, minęła wieczność, zanim otworzono drzwi.
— Jestem kapitan Gordon z prokuratury, — rzekł Dick.
— Mam odroczenie wyroku dla Jima Cartera!
Odźwierny potrząsnął głową. — Stracenie odbyło się przed pięciu minutami, — rzekł.
— Ależ zegar wieżowy...! — wytchnął z siebie Dick.
— Zegar wieżowy spóźnia się o cztery minuty, — rzekł odźwierny. — Obawiam się, że Carter nie żyje.