Bractwo Wielkiej Żaby/Rozdział XXXIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Bractwo Wielkiej Żaby |
| Wydawca | Instytut Wydawniczy „Renaissance” |
| Data wyd. | 1929 |
| Druk | A. Dittmann, T. z o. p. |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Marceli Tarnowski |
| Tytuł orygin. | The Fellowship of the Frog |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cała powieść |
| Indeks stron | |
Twarz Dicka stała się szara jak popiół.
— Skąd pan to wie?
— Fotografja jest już w drodze, dziś popołudniu będzie w Londynie. Ale nie jest mi ona potrzebna. Człowiek z Gloucester ma na prawem przedramieniu trzy blizny od szczepienia ospy.
Zapanowała śmiertelna cisza.
— Byłem zdziwiony, gdy sprowadził pan rozmowę na temat ospy, — rzekł Dick, opanowawszy się już. — Powinienem się był domyślić, że coś kryło się poza tem. Co mamy teraz robić?
— Wyliczę panu lepiej, czego mamy nie robić, — rzekł Elk. — Nie powinniśmy zawiadamiać o tem Bennetta i miss Elli. Ray miał widocznie powody, jeżeli zdecydował się nie odsłaniać swego inkognita. Będzie pan miał zepsute popołudnie, kapitanie. Nie zamieniłbym się z panem. Gdyż musi pan, jeżeli miss Ella ma się nie domyślić prawdy, prowadzić z nią ożywioną pogawędkę.
— Boże wielki, to przecież straszne! — zawołał Dick.
— Ma pan rację. — I nie możemy nic poradzić. Musimy przyjąć za fakt, że on jest winien. Gdyby pan pomyślał o czem innem, oszalałby pan. A jeśliby on nawet był niewinny, jakąż mielibyśmy możliwość podjęcia rewizji procesu lub powstrzymania wykonania wyroku?
— Biedny John Bennett, — rzekł Dick przygnębiony.
— Jeżeli pan będzie sentymentalny, wynoszę się do trzeźwiejszej atmosfery, — rzekł Elk, wstając.
— Niech pan zaczeka chwilę, nie mogę teraz pozostać sam. Niech pan powróci ze mną!
Elk zawahał się, ale poszedł, choć niechętnie. Ella nie mogła z twarzy wchodzących odgadnąć, jak straszne trapiły ich myśli. Po drodze na Harley Terrace Elk zabawiał Ellę opowiadaniem o zgryzotach, jakich doświadczył w życiu z powodu dat.
— Dzięki Bogu, katalogi nadeszły, — zawołał Dick po przybyciu do domu, widząc piętrzący się przed nim stos zeszytów z wzorami mebli.
— Dlaczego „dzięki Bogu“? — uśmiechnęła się Ella.
— Bo go sumienie gryzie, że zaniedbuje robotę w biurze, — wtrącił Elk.
Z ulgą dostrzegł wreszcie znak Dicka, zezwalający mu na odejście.
— Muszę już pójść, miss Bennett, — rzekł. — Spodziewam się, że będziecie państwo potrzebowali całego popołudnia, aby umeblować Maytree Cottage, chociaż...
W tej chwili w przedpokoju rozległ się donośny głos, wysoki, histeryczny głos kobiecy. Zanim Dick zdążył podbiec do drzwi, otwarto je gwałtownie i do pokoju wpadła Lola. Nie panowała nad sobą a twarz jej obrzękła była od łez.
— Gordon, Gordon...! O Boże, — łkała. — Czy pan już wie?
— Cicho! — rzekł Dick, gdyż Ella stała obok niego. Ale Lola nie była w stanie słyszeć ani rozumieć.
— Złapali Ray’a i powieszą go! A Lew nie żyje!
Stało się.
— Mojego brata? — zapytała Ella, znieruchomiała z przerażenia.
Lola poznała ją dopiero w tej chwili i skinęła głową potakująco.
— Dowiedziałam się o tem, — łkała. — Miałam podejrzenie i napisałam. Dostałam fotografję Phenana. Wiedziałam odrazu, że to Lew. To robota „Żaby“! Plan ten był przygotowany od kilku miesięcy! Nie płaczę ze względu na Lewa... Przysięgam, że nie płaczę ze względu na Lewa. Ale ten chłopiec! To moja wina, ja go skusiłam na tę drogę śmierci, Gordon!
I wybuchnęła histerycznem łkaniem.
— Niech ją pan wyprowadzi, — rzekł Dick cicho.
Elk spełnił posłusznie polecenie.
— Czy to prawda? — wyszeptała Ella.
— Obawiam się, że to prawda, Ello.
— Gdybymż chociaż wiedziała, gdzie mogę zastać ojca! — zawołała Ella, panując nad sobą w zupełności.
— Czy sądzisz, że dobrze byłoby zawiadomić go o tem, jeżeli nie może dopomóc.
Ella spojrzała na niego.
— Zdaje się, że masz rację, Dicku. Tak, ojciec nie powinien się niczego dowiedzieć. Dicku, czy mogłabym widzieć Ray’a?
— Jeżeli Ray milczał tak dzielnie, aby wam zaoszczędzić tego bólu, to straciłby teraz całą odwagę i panowanie nad sobą, gdybyś go odwiedziła.
W tej chwili Elk powrócił szybko do pokoju.
— Telegram dla pani, miss Bennett, spotkałem posłańca przed drzwiami; zdaje się, że przysłano go tu z Horsham.
— Otwórz go, Dicku, — rzekła Ella. — To może być od ojca.
Dick rozerwał telegram i przeczytał:
- „Pański film wywołany. Nie rozumiem morderstwa. Proszę przyjechać. Sileński, Wardour Street“.
- „Pański film wywołany. Nie rozumiem morderstwa. Proszę przyjechać. Sileński, Wardour Street“.
— Co to ma znaczyć? — zapytał Elk.
— I ja nic nie rozumiem! — rzekł Dick. — „Nie rozumiem morderstwa“? Czy ojciec próbował jakichś zdjęć dla kina?
— Nie, kochanie, napewno nie! Powiedziałby mi przecież.
— Jaki film posłał twój ojciec Sileńskiemu?
Ella wytężyła pamięć. — Fotografję pstrągów, — rzekła. — Ale wspominał mi coś o jakimś zepsutym filmie. Zasnął podobno, czekając na borsuka, a aparat zdejmował przez cały czas. Miał zamiar nie dać tego filmu wcale do wywołania. Widocznie pomieszał je. Sileński nie wspomina przecież wcale o pstrągach.
— Musimy natychmiast pojechać na Wardour Street.
Wygłosiwszy to zdanie stanowczo, Elk sprowadził natychmiast auto i wepchnął ich do niego oboje.
Gdy przybyli na Wardour Street, mr. Sileński udał się właśnie na lunch, i nikt nie wiedział o filmie, ani nie miał pozwolenia na wyświetlenie go. Półtora godziny czekali w brudnem biurze, podczas gdy posłańcy przebiegali miasto w poszukiwaniu Sileńskiego. Wreszcie właściciel firmy zjawił się. Był to uprzejmy, usłużny, mały Hebrajczyk, który rozwodził się w tysiącznych przeproszeniach, choć nie mógł się przecież wcale spodziewać swoich gości.
— Tak, to bardzo osobliwe zdjęcie, — rzekł. — Ojciec pani, miss Bennett, jest bardzo dobrym amatorem... to znaczy teraz już jest zawodowym fotografem. A jeśli prawdą jest, iż otrzymał zezwolenie na robienie zdjęć w Ogrodzie Zoologicznym, w takim razie stanie on napewno w rzędzie naszych najlepszych fotografów przyrody.
Weszli za nim do wielkiej sali, w której stały rzędami krzesła. Usiedli przed małym ekranem.
— Oto nasz teatr, — wyjaśnił Sileński. — Nie wie pani może, miss Bennett, czy ojciec pani próbował robić zdjęcia natury kinowej? Gdyż scena ta jest bardzo dobrze odegrana. Na etykiecie było napisane: „Pstrągi w stawie“, czy coś podobnego, ale nie było ani pstrągów, ani stawu.
Sala pogrążyła się w ciemnościach. Potem na płótnie ukazał się obraz. Na przednim planie była połać szarego, piaszczystego gruntu. Widać było czarny otwór nory, z którego wychylało się zwierzę o dziwnym wyglądzie.
— Widzicie państwo, to borsuk, — wyjaśnił mr. Sileński. — Dotychczas wszystko wygląda bardzo obiecująco, ale nie rozumiem, co ojciec pani zrobił z tem dalej. Całe położenie kamery uległo zmianie.
W miarę jak mówił obraz obrócił się nieco w prawo, jakby szarpnięto mocno aparat. Teraz widać było dwóch ludzi, widocznie włóczęgów. Jeden siedział z twarzą w dłoniach, drugi nalewał wódkę do kubka.
— To Lew Brady! — szepnął Elk podniecony. W tej chwili drugi włóczęga podniósł głowę. Ella wydała okrzyk.
— To Ray! O Dicku, to Ray!
Nie było wątpliwości, że to on. Zobaczyli, jak Brady namawiał go do picia, widzieli, jak Ray wypił niechętnie i zwrócił mu kubek. Potem ujrzeli, jak się przeciągnął ziewając i ułożył do snu. Leżąca postać odwróciła się twarzą do ziemi, a Lew pochylił się i włożył coś Ray’owi do kieszeni. Ujrzeli dokładnie refleks szkła.
— Butelka! — rzekł Elk.
Ale potem postać na środku obrazu odwróciła się gwałtownie. Jakiś człowiek podszedł wolno do Lewa. Twarzy jego nie mogli dojrzeć, gdyż przez cały czas nie odwrócił się ku nim ani razu. Widzieli, jak podniósł ramię, ujrzeli błysk dwóch strzałów i bez tchu przyglądali się tragedji, która nastąpiła potem. Morderca schylił się, włożył rewolwer w rękę śpiącego Ray’a i... właśnie gdy... teraz... teraz... teraz odwrócił się ku nim — płótno stało się nagle białe i światło zapłonęło.
— On jest niewinny, Dicku, on jest niewinny! — zawołała Ella z rozpaczą. — Czy nie widziałeś człowieka, który strzelił?
Dick ujął silnie jej obydwa ramiona. Była nawpół oszalała z bólu i przerażenia. Zmieszany mr. Sileński patrzał na tę scenę, nie rozumiejąc nic, zaś Dick rzekł krótko i rozkazująco:
— Pójdziesz teraz do mnie do domu, weźmiesz książkę i będziesz czytała. Słyszysz, Ello?... Nie wolno ci przedsiębrać niczego, aż nie otrzymasz wiadomości ode mnie! Nie wyjdziesz z domu, będziesz tylko czytała i czytała — biblję, wiadomości policyjne, co chcesz, ale nie wolno ci myśleć o tem. Elk i ja zrobimy wszystko, co w mocy ludzkiej.
Ella przemogła swój lęk i spróbowała się nawet uśmiechnąć. — Wiem, że zrobisz wszystko, — rzekła, drżąc na całem ciele, — Proszę, zawieź mię do domu.
Dick posłał Elka na Fleet Street, aby zebrał najszcze — gółowsze wiadomości o morderstwie, sam zaś odwiózł Ellę na Harley Terrace.
Gdy wysiadali z auta Dick ujrzał, że przed domem czekał jakiś człowiek. Był to Joshua Broad. Jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło, aby się upewnić, że wiedział o morderstwie i odgadywał jego okoliczności. Zaczekał w przedpokoju, aż Dick zaprowadził narzeczoną do swego gabinetu i położył przed nią stos książek i pism.
— Lola była u mnie i opowiedziała mi o wszystkiem.
— Domyśliłem się tego, — rzekł Dick. — Czy pan zna jakie szczegóły?
— Wiedziałem tylko, że wyruszyli om obaj z miasta w przebraniu włóczęgów. To robota „Żaby“. Ale dlaczego to zrobił?
— Ja to wiem, — rzekł Dick. — „Żaba“ był wczoraj wieczorem u miss Bennett i zapytał, czy chce go poślubić. Trudno mi jednak uwierzyć, że wymyślił on cały ten piekielny plan jedynie w tym celu.
— W żadnym innym, — rzekł Broad chłodno. — Nie zna pan „Żaby“, Gordon. Ten człowiek jest strategikiem. Może największym strategikiem od czasów Napoleona. Czy mogę zrobić coś dla pana, Gordon?
— Poprosiłbym pana, aby pan pozostał tutaj i dotrzymywał miss Bennett towarzystwa, — rzekł Dick.
Gdy gość wszedł do pokoju, Ella spojrzała na niego z lękiem.
— Jeżeli nie chce pani, żebym tu pozostał, miss Bennett, odejdę natychmiast, — rzekł Broad. — Ale chciałem pan zakomunikować, że brat pani będzie z pewnością uratowany.
— O Boże, czy pan ma wiadomości od niego? — zapytała Ella szybko.
— Tak, mam, ale nie weźmie mi pani za złe, że nie mogę jeszcze teraz mówić o tem!
Dick zatelefonował do garażu po swoje auto, po tego samego żółtego „Rollsa“, który prowadził Ray, gdy Gordon po raz pierwszy przybył do Horsham.
Pierwszą wizytę złożył w prokuraturze, gdzie przedstawił stan faktyczny.
— To niezwykle zdumiewająca historja, — rzekł prokurator, — ale ja nie jestem oczywiście kompetentny. Najlepiej pan zrobi, jeżeli się pan uda natychmiast do sekretarza stanu, Gordon.
— Czy Izba Gmin obraduje teraz?
— Nie, i zdaje mi się, że sekretarz stanu, który jest jedynym człowiekiem, mogącym panu dopomóc, nie znajduje się teraz wogóle w Londynie. W ostatnim tygodniu odbywała się konferencja w San Remo, i tak mi się coś zdaje, że i on tam pojechał.
Serce Dicka zamarło.
— Czy nikt poza tem z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nie mógłby mi dopomóc?
— Podsekretarz stanu. Może pan pojedzie do niego.
Departament prokuratury mieścił się w budynku ministerialnym i Dick ruszył wprost na poszukiwanie wysokiego urzędnika.
Sekretarz, któremu wyjaśnił, o co idzie, potrząsnął głową.
— Obawiam się, że nie będziemy mogli nic zrobić, Gordon, — rzekł. — Sekretarz stanu jest na wsi, ciężko chory.
— A jego zastępca?
— Wyjechał do San Remo.
— A jak daleko znajduje się willa mr. Whitby ego od miasta?
— Około trzydziestu mil, z tej strony Tunbridge Wells.
Dick zapisał sobie adres, a w pół godziny później długi żółty „Rolls“ mknął przez Westminster Bridge. W czterdzieści minut po opuszczeniu Whitehall biegł Dick przez aleję wiązów ku domowi sekretarza stanu.
Kamerdyner nie dodał mu otuchy.
— Obawiam się, że mr. Whitby nie będzie mógł pana przyjąć, gdyż miał silny atak podagry, i lekarze zarządzili, aby się trzymał zdala od wszelkich interesów.
— Idzie tu o życie człowieka, — rzekł Dick. — Muszę z nim mówić! Jeżeli mnie nie przyjmie, nie pozostanie mi nic innego, jak udać się do króla!
Rezultatem tego oświadczenia, które służący powtórzył choremu, było zaproszenie Dicka.
— O cóż idzie? — zapytał minister ostro, gdy Dick wszedł. — Nie mogę się zajmować żadnemi normalnemi sprawami. Ta piekielna noga sprawia mi potępieńcze bóle. Niech pan mówi prędko, o co idzie!
Gordon opowiedział krótko o swojem odkryciu.
— Zdumiewająca historja! — rzekł minister z jękiem. — Gdzie się ten film znajduje?
— W Londynie.
— Ależ ja nie mogę przecież jechać do Londynu, to dla mnie fizyczna niemożliwość. Czy nie może pan poprosić kogoś z ministerstwa, aby to potwierdził? Kiedyż pański człowiek ma być powieszony?
— Jutro o ósmej rano, Ekscelencjo.
Sekretarz stanu zamyślił się, bębniąc z wściekłością palcami po stole.
— Byłbym potworem, gdybym się wzbraniał zobaczyć ten przeklęty film, — rzekł. — Ale nie mogę jechać do Londynu. Chyba że mi pan sprowadzi karetkę pogotowia. Może zadzwoni pan do jakiego londyńskiego szpitala, albo lepiej jeszcze sprowadzi karetkę z tutejszej kliniki?
Zdawało się, że wszystko sprzysięgło się przeciw Dickowi. Auto pogotowia miejscowego oddane było do reperacji. Wreszcie jednak zawiadomiono Dicka z Londynu, że auto pogotowia wyjedzie za dziesięć minut.
— Zdumiewająca historja, oszołamiająca historja! Oczywiście będę panu mógł dać odroczenie, albo, jeżeli się przekonam o prawdzie pańskiego przypuszczenia, możemy dziś jeszcze donieść o tej sprawie królowi. Mógłbym nawet przyrzec panu rewizję procesu, ale śmierć moja spadnie na pana, jeżeli się przy tej jeździe przeziębię!
Dwie godziny minęły, zanim nadjechała karetka pogotowia. Szofer musiał podczas jazdy dwa razy zmieniać opony. Z wielką ostrożnością wniesiono nosze z chorym do samochodu. Podróż wydawała się Dickowi nieskończenie długa. Zatelefonował zawczasu do Sileńskiego, prosząc, aby nie zamykał swego biura do ich przyjazdu. Była już godzina ósma wieczorem, gdy minister zasiadł w teatrze.
Mr. Whitby przyglądał się dramatowi z wielkiem zainteresowaniem, a gdy skończono wyświetlanie, zaczerpnął głęboko oddechu.
— Jak dotąd wszystko jest w porządku, — rzekł. — Ale skąd mam pewność, że film ten nie został sporządzony rozmyślnie, aby zapewnić skazanemu zwłokę w wykonaniu wyroku? I skąd mam pewność, że włóczęga ten jest tym, o kim pan mówi?
— Tę pewność mogę panu dać, Ekscelencjo, — rzekł Elk. — Otrzymałem po południu fotografje z Gloucester.
Wyciągnął z portfelu dwie fotografie, jedną z profilu, drugą en face, i położył je na stole przed ministrem.
Sekretarz stanu kazał jeszcze raz wyświetlić film.
— Ale cóż, na Boga, skłoniło operatora do sfotografowania tej sceny?
— Wyszedł, aby sfotografować borsuka, ale zasnął i aparat sam wykonał automatycznie to zdjęcie. Wiem o tem, Ekscelencjo, gdyż mr. Sileński udzielił mi posiadanych wiadomości.
Minister spojrzał na Dicka. — Pan jest z prokuratury, przypominam sobie pana teraz. Muszę uwierzyć pańskiemu słowu. Nie jest to powód do odroczenia wyroku, lecz do rewizji procesu, aby wyjaśnić wszelkie okoliczności.
— Dziękuję, Ekscelencjo, — rzekł Dick, ocierając pot ze skroni.
— Może mię pan teraz zawieźć do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, — mruknął tęgi pan. — Jutro będę zapewne przeklinał pańskie nazwisko i pańską pamięć, chociaż muszę przyznać, że czuję się po tej przejażdżce prawie lepiej. Chciałbym mieć ten film.
Zaczekali, aż zapakowano kasetę, potem Dick i Elk pomogli sekretarzowi stanu zejść do oczekującej karetki pogotowia. 0 trzy na dziewiątą odroczenie wyroku, wymagające jeszcze tylko podpisu króla, znajdowało się w ręku Dicka. A cud, o którym minister nie marzył wcale, stał się: zdołał on przy pomocy Dicka i laski zejść do auta.
Przed wielkim pałacem stały nieprzejrzane sznury pojazdów. Był to wieczór pierwszego balu w tym sezonie, i hall przedstawiał widok niezapomniany.
Minister znikł utykając w jednym z przedsionków, ale po chwili wrócił i skinął na Dicka. Goidon poszedł za nim, mijając służbę w szkarłacie i złocie, aż przybyli do drzwi, przed któremi stał lokaj.
Na wypowiedziane przez ministra szeptem słowo lokaj zapukał, a głos z pokoju rzekł: — Proszę!
Służący otworzył przed nimi drzwi.
Z za biurka, przy którem siedział, wstał mężczyzna, ubrany w szkarłatny mundur generalski. Pierś jego przecinała błękitna szarfa orderu Podwiązki. Z oczu jego biło tyle dobroci i ludzkości, ile Dick nigdyby się nie spodziewał w nich ujrzeć.
— Niech panowie siadają. Proszę mi teraz opowiedzieć sprawę możliwie najkrócej, gdyż mam zamówioną jeszcze jedną audjencję, a punktualność jest grzecznością królów, — uśmiechnął się.
Słuchał uważnie, przerywając Gordonowi od czasu do czasu krótkiem pytaniem. Gdy Dick skończył, ujął pióro i śmiałym, męskim charakterem podpisał przygotowany dokument, przycisnął bibułę i wręczył papier ministrowi.
— Oto odroczenie. Rad jestem z tego bardzo, — rzekł.
Po powrocie do ministerstwa Dick pożegnał ze szczerym wyrazem wdzięczności cholerycznego lecz dobrodusznego ministra, wbiegł po schodach do własnego biura i chwycił słuchawkę telefoniczną.
— Proszę mię połączyć z Gloucester 8585, — rzekł i zaczekał na sygnał stacji międzymiastowej. Sygnał nadszedł po kilku minutach.
— Niestety, niema połączenia z Gloucester, linja jest zepsuta. Druty przecięte.
Dick odłożył wolno słuchawkę telefonu. W tej chwili dopiero przypomniał sobie, że „Żaba“ żyje jeszcze, — czujny, — potężny, — mściwy, jak zawsze.