Przejdź do zawartości

Bractwo Wielkiej Żaby/Rozdział XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edgar Wallace
Tytuł Bractwo Wielkiej Żaby
Wydawca Instytut Wydawniczy „Renaissance”
Data wyd. 1929
Druk A. Dittmann, T. z o. p.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. The Fellowship of the Frog
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXVIII.
Morderstwo.

Dom księcia Caux, który przeszedł na własność Maitlanda, zbudowany był z przepychem, nie pytającym o koszta.
Mr. Ezra Maitland siedział we wspaniałym stylowym salonie, rozparty w fotelu Louis XV, ze szklanką piwa przed sobą i grubą fajką glinianą w ustach.
Mr. Maitland siedział nieruchomo. Zapukano cicho do drzwi i wszedł lokaj w pudrowanej peruce. — Trzej panowie pragną z panem mówić, mr. Maitland — kapitan Gordon, mr. Elk i mr. Johnson.
Stary pan zerwał się. — Johnson? — zapytał. — Czegóż on chce?
— Czekają w małym salonie.
— Niech wejdą, — mruknął stary.
Obecność dwóch oficerów policji wydawała mu się obojętną. Pierwsze słowa skierował do Johnsona.
— Czego pan chce? — zapytał gwałtownie. — Co to ma znaczyć, że się pan ośmielił tu przyńść?
— Pobudka do wizyty mr. Johnsona wyszła ode mnie, — rzekł Dick.
— Tak? Od pana, nono, — rzekł stary.
Elk spojrzał na pustą szlankę od piwa i rad był wiedzieć, ile razy napełniano ją od powrotu mr. Maitlanda do domu, gdyż w tonie starego było tyle brutalności, oczy jego miotały takie błyskawice, że tylko podchmieleniem można to było sobie wytłumaczyć.
— Na żadne pytania odpowiadać nie bede, — rzekł głośno. — Ani prawdy nie bede mówił, ani kłamstwa nie bede mówił.
— Mr. Maitland, — rzekł Johnson z wahaniem, — ci panowie chcieliby się dowiedzieć czegoś o dziecku.
Stary pan przymknął oczy.
— Ani prawdy nie bede mówił, ani kłamstwa nie bede mówił, — powtórzył uparcie.
— Mr. Maitland, — prosił łagodny Elk. — Niech pan zmieni to postanowienie i niech nam pan powie, dlaczego mieszkał pan w tej nędznej dzielnicy na Eldor Street?
— Ani prawdy, ani kłamstwa, — mruczał stary. — Zamknąć mnie możecie, ale gadać nie bede nic a nic. Zamknijcie mnie, jestem Ezra Maitland, jestem miloner. Mogę was wszystkich kupić. Mogę sobie wszystkich ludzi kupić, stary Ezra Maitland jestem. W domu poprawy byłem i w klatce byłem, aha!
Dick i jego towarzysz wymienili spojrzenie, zaś Elk nieznacznie potrząsnął głową, aby podkreślić bezużyteczność dalszych pytań. Mimo to Dick zrobił jeszcze jedną próbę.
— Poco pojechał pan niedawno w nocy do Horsham? — zapytał.
Chętnie odgryzłby sobie w tej chwili język, gdyż uświadomił sobie popełniony błąd. Stary wytrzeźwiał zupełnie.
— Nie byłem w Horsham! — zawył. — Nie wiem, o czem wy wszyscy bredzicie! Nic wam gadać nie bede! Absolutnie nic! Wyrzuć ich pan, Johnson!
Kiedy znaleźli się znowu na ulicy, Johnson rzekł: — Nie wiedziałem nigdy, że on pije. Jak dawno go znałem, zawsze był abstynentem.
Filozof był bardzo przygnębiony. Jak wspomniał pierw Elkowi, musiał wyprowadzić się nazajutrz ze swego mieszkania i przenieść się do dwóch tanich pokoików w południowej dzielnicy miasta.
Gordon dał Elkowi znak, aby pożegnał Johnsona, a gdy ich tęgi pan opuścił, rzekł: — Musimy jeszcze dziś wieczorem umieścić dwóch policjantów w domu Maitlanda. Ale jakież usprawiedliwienie znajdziemy, na Boga, żeby ich tam posłać?
— Nie wiem, — przyznał Elk zakłopotany. — Zanim go zaaresztujemy, musimy przecież otrzymać pełnomocnictwo. Możemy z łatwością otrzymać rozkaz rewizji, ale dalej nie wolno nam się posunąć, jeżeli sam nie poprosi o opiekę.
— W takim razie musi go pan zaaresztować! — odparł Dick gwałtownie.
— Tak, ale pod jakim zarzutem?
— Niech go pan oskarży, że był w porozumieniu z Balderem — niech go pan sprowadzi, jeżeli trzeba, do najbliższego komisarjatu, ale musi się to stać natychmiast.
Elk popadł w zdenerwowanie. — To nie drobnostka zaaresztować „milonera“. W Ameryce jest to zapewne rzecz bardzo prosta. Słyszałem, że tam można zamknąć nawet prezydenta, jeżeli się go złapało z buteleczką w kieszeni. Ale u nas jest jednak trochę inaczej.
Gdy Dick chciał otrzymać konieczne pełnomocnictwo, przekonał się, że Elk miał rację. Dopiero o czwartej po południu otrzymał od urzędnika opornego magistratu nakaz aresztowania, i obaj z Elkiem powrócili w towarzystwie urzędników policji do pałacu Maitlanda.
Lokaj, który ich przyjął, oświadczył im, że mr. Maitland udał się na spoczynek, a on nie waży się przerwać mu drzemki.
— Gdzie znajduje się jego sypialnia? — zapytał Dick. — Jestem wicedyrektorem prokuratury i muszę z nim mówić natychmiast.
— Na drugiem piętrze. — Służący poprowadził ich do windy, która zawiozła ich na drugie piętro. Naprzeciw drzwi windy znajdowały się wielkie, bogato złocone podwoje.
— To mi wygląda raczej na wejście do teatru! — mruknął Elk.
Dick zapukał. Nie było odpowiedzi.
Zapukał głośniej. Znowu nie było odpowiedzi.
Potem ku zdumieniu Elka kapitan Gordon rzucił się całem ciałem na drzwi. Rozległ się trzask drzewa i drzwi ustąpiły.
Dick stanął na progu jak przygwożdżony. Ezra Maitland leżał na łóżku, nogi zwisały mu bezwładnie. U jego stóp widniała skulona postać starej kobiety, którą nazywał Matyldą.
Oboje nie żyli, a niebieski obłok o silnej woni wisiał jeszcze przy suficie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edgar Wallace i tłumacza: Marceli Tarnowski.