Przejdź do zawartości

Bractwo Wielkiej Żaby/Rozdział XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edgar Wallace
Tytuł Bractwo Wielkiej Żaby
Wydawca Instytut Wydawniczy „Renaissance”
Data wyd. 1929
Druk A. Dittmann, T. z o. p.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. The Fellowship of the Frog
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXIX.
Lokaj.

Dick rzucił się do łóżka. Jedno spojrzenie powiedziało mu wszystko.
— Zastrzeleni! — mruknął i spojrzał na dym przy suficie. — Mogło się to stać już przed kwadransem... dym wisi zwykle dość długo w pokoju.
— Proszę zatrzymać całą służbę! — rozkazał Elk półgłosem swoim ludziom.
Weszli przez korytarz do małej sypialni, którą zamieszkiwała widocznie siostra Maitlanda.
— Strzał został oddany stąd, ode drzwi, — rzekł Dick. — Prawdopodobnie morderca miał tłumik. — Schylił się i podniósł z podłogi dwa wystrzelone naboje z automatycznego rewolweru dużego kalibru. — Tego się właśnie obawiałem. Gdybymż miał swoich łudzi w pałacu!
— Spodziewał się pan, że go zabiją? — zapytał Elk zdziwiony.
Dick skinął głową. Zbadał okno w pokoju kobiety. Było otwarte, a pod niem biegł niezmiernie wąski gzyms, z którego można się było dostać do innego pokoju na tem samem piętrze. Morderca nie próbował nawet ukryć, że skorzystał z tej drogi. Na podłodze widać było wilgotne ślady, prowadzące do pokoju gościnnego, którego drzwi wychodziły na klatkę schodową, naprzeciwko wąskich stopni, wiodących na poddasze służby.
Elk uklęknął i zbadał starannie ślady na posadzce. Trzecie piętro składało się wyłącznie z pokoików dla służby, i ślady widać było prościutko aż do numeru pierwszego. Elk nacisnął klamkę, ale drzwi były zamknięte.
Dick cofnął się o krok, podniósł nogę i wywalił drzwi jednem kopnięciem. Pokój był pusty. Mansardowe okno wychodziło na pochyły dach, a Dick i Elk wyszli przez nie bez chwili namysłu, posuwając się wąskiem przejściem na dachu.
Pełzli przez chwilę na czworakach, aż doszli do poręczy, chroniącej dalszą drogę, i mogli się wyprostować. Widocznie była to jedna z dróg do ucieczki z pałacu w razie pożaru. Minęli bez tchu trzy dachy, aż dotarli do krótkiej drabiny żelaznej, która zaprowadziła ich na płaski dach czwartego domu, a stąd do wyjścia na drabinę bezpieczeństwa. Żelazne drzwi, prowadzące na drabinę, były w tej chwili otwarte, a gdy zeszli nadół, znaleźli się na dziedzińcu, otoczonym z trzech stron murami ogniotrwałemi, a z czwartej tyłem jakiegoś domu.
Dom był widocznie niezamieszkany, gdyż we wszystkich oknach żaluzje były pospuszczane. W trzecim murze była otwarta szeroko brama. Kiedy tam wbiegli, znaleźli się w garażu.
Jakiś człowiek mył właśnie auto. Podbiegli do niego.
— Tak, sir! — rzekł człowiek, ocierając grzbietem dłoni pot z czoła, — widziałem przed pięciu minutami jakiegoś nieznajomego, któremu się widocznie bardzo śpieszyło. Jakiś służący, czy lokaj... nie poznałem go.
— Czy nosił czapkę?
Człowiek zastanowił się. — Zdaje się, że tak, sir. Wybiegł tamtędy. — Wskazał ręką wyjście, a Dick i Elk pobiegli dalej i skręcili na Berkeley Street.
Kiedy znikli, człowiek, myjący auto, skierował się do zamkniętych drzwi drugiego garażu i gwizdnął lekko.
Wolno otworzyły się drzwi i wyszedł Joshua Broad.
— Dziękuję panu bardzo! — rzekł, wsuwając w rękę człowieka szeleszczący banknot.
Broad znikł już dawno, gdy Gordon i Elk powrócili po bezowocnych poszukiwaniach.
Zdaniem Dicka nie mogło być wątpliwości co do osoby mordercy, gdyż jeden z lokajów znikł. Sześciu pozostałych służących byli to dzielni ludzie o nienagannym charakterze. Siódmy przybył do domu równocześnie z mr. Maitlandem, a choć nosił liberję lokaja, miało się jednak wrażenie, jakgdyby poprzednio nie miał najmniejszego doświadczenia w tym zawodzie. Był on człowiekiem nielubianym, który trzymał się zdala od reszty służby i nie pozostawał we wspólnym pokoju służby ani chwili dłużej, niż to było konieczne.
— Widocznie Żaba! — rzekł Elk i uradował się niezmiernie na wiadomość, że istniała fotografja tego człowieka, zawdzięczająca swe powstanie niewinnemu żartowi, którego ofiarą była kucharka. Żart miał polegać na tem, że chciano znaleźć niby przypadkiem w koszyku kucharki fotografję tego brzydkiego mężczyzny i w tym celu najmłodszy z lokajów zrobił migawkowe zdjęcie.
— Czy pan go zna? — zapytał Dick, obserwując fotografję.
Elk skinął głową. — Przeszedł już przez moje ręce i sądzę, że nietrudno będzie mi przypomnieć sobie jego nazwisko, chociaż chwilowo wypadło mi z pamięci.
Badanie w biurze statystycznem doprowadziło rychło do stwierdzenia identyczności przestępcy, a w pismach wieczorowych ukazało się powiększenie jego fotografji, jego nazwisko, nazwiska, jakie pierw nosił, i ogólny rysopis.
Jeden ze służących zeznał, że słyszał strzały. Sądził jednak, że to tylko trzaśnięto drzwiami. Omyłkę tę łatwo było sobie wytłumaczyć, gdyż mr. Maitland miał zwyczaj głośno trzaskać drzwiami.
— Maitland był zupełnie prawidłową Żabą, — rzekł Elk po zbadaniu zwłok. — Na przegubie lewej ręki ma przepiękną ozdobę, żaba wytatuowana jest zgodnie z przepisem nieco ukośnie. Nawiasem mówiąc, jest to jeden z punktów, których mi pan jeszcze nie wyjaśnił, kapitanie Gordon. Dlaczego należy do elegancji być tatuowanym właśnie na lewej ręce, to jeszcze potrafiłbym sobie wytłumaczyć, ale dlaczego żaba nie ma być wyrysowana prosto, tego nie rozumiem.
Zaginiony lokaj otrzymał tego popołudnia telegram. Przypomniano sobie o tem dopiero, gdy Elk powrócił do Scotland Yardu. Po skomunikowaniu się z urzędem telegraficznym, Elk otrzymał kopję depeszy. Brzmiała ona bardzo prosto: „Skończyć i zniknąć!“ głosiły trzy słowa jej treści.
Telegram był bez podpisu. Nadano go o drugiej w urzędzie telegraficznym Temple, a morderca nie tracił widocznie czasu.
Biuro Maitlanda zostało obsadzone przez policję, która rozpoczęła systematyczną rewizję ksiąg i dokumentów.
O siódmej wieczorem Elk udał się na Fitzroy Square, a Johnson otworzył mu drzwi ze zdziwioną miną. Korytarz zastawiony był meblami i kuframi. Elk przypomniał sobie, że Johnson opowiadał mu rano o czekającej go przeprowadzce.
— Już się pan spakował?
Johnson skinął głową. — Niechętnie się stąd wyprowadzam, — rzekł. — Ale niestety jest mi tu o wiele za drogo. Zdaje się, że nigdy już nie dostanę innej posady, chcę więc rozumnie spojrzeć losowi w oczy. Mieszkając w Balham, będę mógł wyżyć, zwłaszcza że nie mam kosztownych zamiłowań.
— A gdyby je pan miał, mógłby im pan dowoli hołdować — rzekł Elk. — Znaleźliśmy testament starego. Zapisał panu wszystko.
Johnson otworzył oczy i usta. — Czy pan sobie ze mnie żartuje? — wykrztusił.
— Nigdy w życiu nie byłem jeszcze tak poważny. Stary zapisał panu wszystko, do ostatniego pensa. Oto odpis testamentu. Sądziłem, że chętnie go pan zobaczy.
Otworzył teczkę i wyjął dokument, a Johnson przeczytał:

„Ja, Ezra Maitland, zamieszkały przy Eldor Street Nr. 47, w hrabstwie Middlesex, oznajmiam tym dokumentem swoją ostatnią wolę i zarządzam formalnie, aby wszystkie poprzednie testamenty i kodycyle uznane zostały wobec niniejszego za nieważne. Zapisuję cały swój ruchomy i nieruchomy majątek, wszystkie grunta, domy, papiery wartościowe, udziały w towarzystwach akcyjnych jakiegokolwiek rodzaju, wszystkie pretensje prawne, klejnoty, auta, powozy, słowem całkowiie swoje mienie wyłącznie Filipowi Johnsonowi, Fitzroy Square Nr. 471, urzędnikowi w Londynie. Oświadczam, iż jest to jedyny uczciwy człowiek, jakiego spotkałem w swym długim i pełnym udręki żywocie, i polecam mu poświęcić się z niezmordowanem staraniem wytępieniu zbrodniczej organizacji, znanej pod nazwą „Bractwa Wielkiej Żaby“, która przez dwadzieścia cztery lata wymuszała ode mnie olbrzymie sumy“.

Dokument podpisany był znanym Johnsonowi charakterem pisma i poświadczony przez dwóch świadków, których nazwiska znał. Johnson usiadł i milczał przez długi czas.
— Czytałem w pismach wieczorowych o morderstwie, — rzekł po chwili. — Poszedłem nawet do pałacu, ale policjanci odesłali mnie do pana, a wiedziałem, że jest pan zbyt zajęty, żebym mógł panu przeszkadzać. Jak został zabity?
— Zastrzelony! — rzekł Elk.
— Złapaliście zbrodniarza?
— Sądzę, że do jutra rano będziemy go mieli, — rzekł Elk z przekonaniem. — Teraz, gdy Balder siedzi, niema przecież nikogo, ktoby ostrzegał Żaby, gdy jesteśmy na ich tropie.
— To naprawdę straszne, — rzekł Johnson po pauzie. — Ale to tutaj, — wskazał na dokument, — dobiło mię do reszty. Nie wiem, co mam powiedzieć? Gdybyż był tego nie robił! — westchnął gorąco. — Boję się tak wielkiej odpowiedzialności. Temperament mój nie odpowiada wielkim interesom. Nie, rzeczywiście wołałbym, aby był tego nie robił.
— No? Jak to przyjął? — zapytał Dick, gdy Elk powrócił.
— Jest zupełnie rozbity, — rzekł detektyw. — Biedaczysko! Żal mi go było poprostu, a nigdybym nie przypuścił, że będzie mi żal człowieka, który odziedziczył taką masę pieniędzy. Chciał się właśnie przeprowadzić do tańszego mieszkania. Nie przeniesie się chyba do pałacu księcia Caux... Ale zmiana w życiu Johnsona może oznaczać zarazem zmianę i dla Ray’a Bennetta, czy nie pomyślał pan o tem, kapitanie?
— Tak, już mi ta możliwość przyszła na myśl, — rzekł Dick krótko.
Po południu miał Dick rozmowę z szefem prokuratury na temat Baldera. Szef zgadzał się z jego obawami.
— Nie widzę możliwości osiągnięcia wyroku za morderstwo, — rzekł. — Chociaż jasne jest jak na dłoni, że to on otruł Millsa i spowodował wybuch dynamitowy. Ale nie można człowieka powiesić z powodu samego tylko podejrzenia. Nawet wtedy, gdy podejrzenie to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Jak pan sądzi, czy on zabił Millsa?
— Mills był przeziębiony, — rzekł Dick. — Przez cały czas miał kaszel w aucie i prosił potem Baldera, żeby zamknął okno. Balder zamknął okno i dał mu pigułkę z kwasem pruskim, pod pozorem, że jest to środek na kaszel. Było rzeczą zupełnie naturalną, że Mills wziął pastylkę. Jestem zupełnie pewien, że tak było. Przeszukaliśmy dom Baldera w Slough i znaleźliśmy pęk duplikatów kluczy, między innemi także klucz do safe’u Elka. Balder przyszedł wczesnym rankiem i podłożył bombę, gdyż wiedział, że Elk będzie chciał jeszcze raz zrewidować walizki.
— A potem dopomógł Hagnowi w ucieczce?
— To było jeszcze o wiele prostsze, — wyjaśnił Dick. — Przypuszczam, że inspektor, którego widziano, jak wychodził ze Scotland Yardu o pół do trzeciej, był to Hagn. Gdy prowadzono Baldera do celi, miał on na sobie pod ubraniem mundur inspektora policji oraz potrzebne kajdanki i klucze. Nie rewidowano go przecież, za co w równej mierze ja jestem odpowiedzialny, jak Elk. Największe niebezpieczeństwo polegało na intymności Baldera z nami i możliwości natychmiastowego komunikowania Wielkiej Żabie każdego naszego zamiaru. Jego prawdziwe nazwisko jest Kramer. Jest on Litwinem. Gdy miał osiemnaście lat wysiedlono go z Niemiec za działalność rewolucyjną, w dwa lata później przybył do Anglji, gdzie potrafił wkręcić się do policji. Dlaczego wszedł w porozumienie z Żabami, nie wiem. Ale stwierdzone jest dowodami, że człowiek ten brał udział w rozmaitych bezprawnych operacjach. Obawiam się tylko, że będzie niezmiernie trudno udowodnić mu morderstwo, zanim schwytamy Wielką Żabę.
— A czy ma pan istotnie odwagę przypuszczać, że pan złapie Wielką Żabę, kapitanie Gordon?
Dick Gordon kiwnął głową z uśmiechem.
W sprawie zamordowania Maitlanda i jego siostry nie zaszło nic nowego, i Dick skorzystał z zapałem z krótkiej pauzy.
Ella Bennett zajęta była właśnie w ogrodzie warzywnym bardzo prozaiczną czynnością kopania kartofli, gdy „Rolls“ Dicka zatrzymał się przed furtką.
— Co za miła niespodzianka! — zawołał i zarumieniła się, uświadomiwszy sobie własną radość. — Straszne czasy musiały teraz nastać dla pana. Czytałam dzisiaj rano gazety. Czyż to nie okropne? Biedny mr. Maitland! Był tu dwa razy w strasznej rozpaczy.
— Czy pani wie, że zapisał cały majątek mr. Johnsonowi?
— Ach, to przecież wspaniałe! — ucieszyła się Ella.
— Czy pani tak lubi mr. Johnsona?
— Tak, to bardzo miły człowiek, — rzekła Ella. — Nie znam go zbyt blisko, ale był zawsze bardzo dobry dla Ray’a i zaoszczędził mu wielu przykrości. Czy też teraz, gdy dom bankowy należy do niego, skłoni Ray’a, aby powrócił do firmy?
— Ciekaw jestem, czy skłoni panią, aby... — Dick urwał.
— Aby co? — zapytała Ella zdumiona.
— Johnson lubi panią bardzo. Nigdy nie ukrywał tego faktu. A teraz jest człowiekiem bardzo bogatym. Nie mówię tego dlatego, żebym sądził, iż będzie to u pani odgrywało rolę! — dodał szybko. Potem rzekł cicho: — Ja nie jestem bardzo bogaty, ale...
Delikatne palce, które trzymał w dłoni, objęły jego palce w krótkim uścisku, ale wypuściły je zaraz.
— Nie wiem... — rzekła Ella i odwróciła się, — ojciec powiedział... — Zawahała się. — Nie wiem, czy ojciec zgodzi się na to. Uważa on, iż między pańskiem a naszem stanowiskiem społecznem jest tak ogromna różnica...
— Absurd! — rzekł Dick niegrzecznie.
— A poza tem jeszcze coś... — Kosztowało ją wiele trudu, zanim to wypowiedziała. — Nie wiem, jaki jest zawód mego ojca, ale musi to być praca, o której niechętnie mówi. Praca, którą on sam uważa za hańbiącą.
Ostatnie słowa wypowiedziała tak cicho, że Dick ledwo je dosłyszał.
— No, ale przypuśćmy, że wiedziałbym najgorszą rzecz o ojcu pani?
Ella cofnęła się i spojrzała na niego ze zmarszczoną brwią.
— O Boże, co to jest, Dicku?
Dick potrząsnął głową. — Może nie wiem nic, może jest to tylko nieuzasadnione przypuszczenie. Ale nie powinna pani wspominać nic, że ja coś wiem lub mam jakieś podejrzenia. Czy zrobi pani to dla mnie?
— A gdyby pan wiedział wszystko, czy zmieniłoby się wtedy coś? — zapytała słabym głosem.
— Nic.
Zerwała kwiatek i nieświadomie szarpała płatki.
— Czy to... czy on... nie, nie, niech mi pan lepiej nic nie mówi!
Dick objął ręką jej drżące ramiona i ujął ją pod brodę.
— Kochana, — szepnął, i młody prokurator zapomniał, że istnieją na świecie morderstwa.
John Bennett ucieszył się bardzo, widząc Dicka, gdyż chciał mu zakomunikować wielką nowinę, która oznaczała dla niego niebywały triumf. Pokazał Dickowi wycinki z gazet, noszące tytuły: „Zdumiewające studja natury“ „Niezwykle zdjęcia filmowe amatora!“. Otrzymał też czek, którego wysokość przyprawiła go o zawrót głowy.
— Nie wie pan wcale, co to dla mnie znaczy, Gordon, — rzekł. — Pardon, kapitanie Gordon, zapominam zawsze, że pan ma tytuł wojskowy. Jeżeli tylko mój chłopiec odzyska rozum i wróci do domu, będzie mu tak dobrze, jak nie marzył nigdy. Jest on w wieku, w którym większość chłopców popełnia głupstwa. Czasem kończy się to na błahostkach, ale czasem prowadzi do rzeczy, na które się potem spogląda niechętnie. Ray obrał, spodziewam się, tę pierwszą drogę.
Dick doznał ulgi, słysząc te słowa z ust starego pana, gdyż myślał o Ray’u zawsze jako o człowieku, który popełnił błąd nie do wybaczenia.
— Jeżeli tak dalej pójdzie, od dziś za rok będę artystą, żyjącym jedynie dla własnej przyjemności, — rzekł John Bennett, który z radości odmłodniał o dziesięć lat.
Musiał się udać do Dorking. Prawdopodobnie listy, odnoszące się do jego tajemniczych wycieczek, adresowane były do tego miasta. Dick zaofiarował się, że odwiezie go autem, ale Bennett ani słyszeć o tem nie chciał.
Dick opuścił Horsham z sercem o wiele lżejszem, niż tam przybył, i był w takim humorze, że omal nie wykpił Elka, który martwił się, że nie może wytoczyć Balderowi procesu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edgar Wallace i tłumacza: Marceli Tarnowski.