Bractwo Wielkiej Żaby/Rozdział XXIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Bractwo Wielkiej Żaby |
| Wydawca | Instytut Wydawniczy „Renaissance” |
| Data wyd. | 1929 |
| Druk | A. Dittmann, T. z o. p. |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Marceli Tarnowski |
| Tytuł orygin. | The Fellowship of the Frog |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cała powieść |
| Indeks stron | |
Klub Herona, który z rozkazu policji został zamknięty, mógł znowu otworzyć swoje wrota.
Ray jadał lunch prawie codziennie u Herona, jeżeli nie był w towarzystwie Loli, która wołała świetniejsze otoczenie, niżeli to, jakie stanowił klub w godzinach południowych. Gdy przyszedł, niewiele tylko stolików było zajętych: wspomnienie rewizji policyjnej było jeszcze zbyt żywe, a ostrożniejsi klienci nie ważyli się jeszcze powrócić.
Ray nie otrzymywał nigdy poczty pod adresem klubu, to też zdziwił się bardzo, gdy portjer podał mu dwa listy, jeden ciężki i z wieloma pieczęciami, drugi mniejszy. Otworzył pierw większy list i chciał już wydobyć jego zawartość, gdy spostrzegł, że koperta zawierała jedynie pieniądze. Nie chciał ich wyciągać w obecności nielicznych nawet gości klubowych i skonstatował tylko ku wielkiemu zadowoleniu znaczną ilość i wysoką wartość banknotów. Listu w kopercie nie było.
Ale była jeszcze druga koperta. Ray rozerwał ją. List pisany był na maszynie i brzmiał:
List był podpisany „Żaba“.
Nadeszła więc chwila, gdy Żaby potrzebowały go. Lękał się tego dnia, a jednak wyczekiwał go. Wykonał instrukcję ściśle i przed licznemi oczyma ciekawych gości zaniósł list i kopertę do pustego kominka, podpalił je zapałką i zdeptał popiół nogą.
Tętno jego waliło szybciej, gdy siadał zpowrotem do stolika. Uświadomił sobie, że spełnił tę czynność w obecności Wielkiej Żaby. Ray rozejrzał się lękliwie po otaczających go twarzach i spotkał ostre spojrzenie nieznajomego, spoczywające na nim bez przerwy. Twarz wydała mu się znajoma, a jednak obca.
Skinął na kelnera.
— Proszę się nie odwracać odrazu, — rzekł. — Ale niech mi pan powie, kto to jest ten pan w drugiej loży?
Kelner spojrzał w tym kierunku niby odniechcenia.
— To jest mr. Joshua Broad, — rzekł.
Prawie w tej samej chwili, gdy kelner wymienił jego nazwisko, Joshua Broad wstał, przeszedł przez salę i zbliżył się do Ray’a.
— Dzieńdobry, mr. Bennett. Zdaje się, że nie rozmawialiśmy z sobą jeszcze nigdy, choć jesteśmy członkami tego samego klubu i widzieliśmy się tu już nieraz. Moje nazwisko jest Broad.
— Może pan siądzie? — Ray z ledwością mógł opanować głos. — Rad jestem, że pana poznałem, mr. Broad. Czy zechce pan zjeść ze mną śniadanie?
— Dziękuję, — odparł Amerykanin, — jadłem już. Ale jeżeli to panu nie przeszkadza, dokończę swego papierosa. Jestem sąsiadem pańskiej przyjaciółki. Miss Bassano zajmuje mieszkanie vis-à-vis mojego.
Teraz Ray przypomniał sobie dziwacznego Amerykanina, nad którym Lola i Lew Brady nieraz sobie łamali głowy.
— Czy dawno zna pan Brady’ego? — zapytał Broad.
— Lewa? Nie pamiętam dokładnie. Miły człowiek, — rzekł Ray bez zapału. — I jest zaprzyjaźniony z jedną z moich znajomych.
— Właśnie z miss Bassano, — rzekł Broad. — Niech mi pan powie, czy pan nie był kiedyś u Maitlanda?
— Tak, dawno, — rzekł Ray obojętnie, a z tonu jego można było wnosić, że zwiedzał tylko pałac jako obojętny gość.
— Dziwny człowiek z tego Maitlanda, co?
— Niewiele o nim wiem, — rzekł Ray. — Ale ma bardzo miłego sekretarza.
— Ma pan na myśli Johnsona? Znam go dobrze.
— Biedny, stary Fil, stracił posadę.
Twarz Broada zmieniła się.
— Johnson? Kiedyż się to stało?
— Spotkałem go dzisiaj rano i opowiedział mi o tem.
— Dziwię się, że Maitland odważył się na to.
— Odważył? — zapytał Ray zdziwiony. — Niewiele trzeba odwagi, żeby wydalić sekretarza.
— Mam na myśli, że człowiek o charakterze Maitlanda musi mieć wiele odwagi, żeby wydalić człowieka, który zna tyle jego tajemnic. A cóż Johnson zamierza teraz robić?
— Szuka innej posady, — rzekł Ray krótko.
Uporczywe pytania nieznajomego poczęły go drażnić. Broad zauważył to widocznie natychmiast, gdyż zmienił temat rozmowy, pogadał jeszcze nieco o powszednich sprawach i pożegnał się.
Ray pozostał sam i myśl jego powróciła znowu do otrzymanego polecenia. Tajemniczość, przebranie, wszystko to pociągało bardzo romantyczną naturę Raymonda Bennetta. Jak się ta przygoda mogła skończyć, o tem nie myślał.
I dobrze było dla spokoju jego ducha, że nie umiał zaglądać w przyszłość. Bo gdyby miał ten dar, uciekłby w tej chwili smagany przerażeniem, wyszukałby sobie jakieś samotne miejsce, jakąś jaskinię, żeby tam wpełznąć i drżeć z trwogi i modlić się.