Przejdź do zawartości

Bractwo Wielkiej Żaby/Rozdział XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edgar Wallace
Tytuł Bractwo Wielkiej Żaby
Wydawca Instytut Wydawniczy „Renaissance”
Data wyd. 1929
Druk A. Dittmann, T. z o. p.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. The Fellowship of the Frog
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXIII.
Spotkanie.

Klub Herona, który z rozkazu policji został zamknięty, mógł znowu otworzyć swoje wrota.
Ray jadał lunch prawie codziennie u Herona, jeżeli nie był w towarzystwie Loli, która wołała świetniejsze otoczenie, niżeli to, jakie stanowił klub w godzinach południowych. Gdy przyszedł, niewiele tylko stolików było zajętych: wspomnienie rewizji policyjnej było jeszcze zbyt żywe, a ostrożniejsi klienci nie ważyli się jeszcze powrócić.
Ray nie otrzymywał nigdy poczty pod adresem klubu, to też zdziwił się bardzo, gdy portjer podał mu dwa listy, jeden ciężki i z wieloma pieczęciami, drugi mniejszy. Otworzył pierw większy list i chciał już wydobyć jego zawartość, gdy spostrzegł, że koperta zawierała jedynie pieniądze. Nie chciał ich wyciągać w obecności nielicznych nawet gości klubowych i skonstatował tylko ku wielkiemu zadowoleniu znaczną ilość i wysoką wartość banknotów. Listu w kopercie nie było.
Ale była jeszcze druga koperta. Ray rozerwał ją. List pisany był na maszynie i brzmiał:

„W przyszły piątek rano włoży Pan ubranie, które zostanie Panu dostarczone, i uda się Pan pieszo szosą w kierunku Nottingham. Będzie się Pan nazywał Jim Carter, papiery legitymacyjne, opiewające na to nazwisko, znajdzie Pan w kieszeni ubrania, które przyniesie Panu z samego rana specjalny posłaniec. Od chwili obecnej ma się Pan nie golić. Nie wolno Panu pokazywać się w miejscach publicznych, składać ani przyjmować wizyt. Co Pan ma robić w Nottingham, dowie się Pan na miejscu. Niech Pan nie zapomina, że ma Pan odbywać drogę pieszo, nocować w zajazdach, a gdy to będzie możliwe, w schroniskach Armji Zbawienia, jak to czynią zazwyczaj włóczędzy. W Barnet, na Great North Road, w pobliżu dziewiątego kamienia milowego, spotka Pan kogoś, kto Pana zna i będzie Panu towarzyszył przez resztę drogi. W Nottingham otrzyma Pan dalsze rozkazy. Prawdopodobnie nie będzie Pan wcale potrzebny, a robota, jaką Pan ma wykonać, pod żadnym względem nie narazi Pana na przykrości. Niech Pan nie zapomni, że nazywa się Pan „Carter“. Niech Pan nie zapomni, że nie wolno się Panu golić. Niech Pan nie zapomni dziewiątego kamienia milowego i piątka rano. Jeżeli zanotował Pan już te szczegóły W pamięci, niech Pan Weźmie ten list i kopertę, w której były pieniądze, i spali to Wszystko w kominku klubu. Ja będę Pana przytem obserwował“.

List był podpisany „Żaba“.
Nadeszła więc chwila, gdy Żaby potrzebowały go. Lękał się tego dnia, a jednak wyczekiwał go. Wykonał instrukcję ściśle i przed licznemi oczyma ciekawych gości zaniósł list i kopertę do pustego kominka, podpalił je zapałką i zdeptał popiół nogą.
Tętno jego waliło szybciej, gdy siadał zpowrotem do stolika. Uświadomił sobie, że spełnił tę czynność w obecności Wielkiej Żaby. Ray rozejrzał się lękliwie po otaczających go twarzach i spotkał ostre spojrzenie nieznajomego, spoczywające na nim bez przerwy. Twarz wydała mu się znajoma, a jednak obca.
Skinął na kelnera.
— Proszę się nie odwracać odrazu, — rzekł. — Ale niech mi pan powie, kto to jest ten pan w drugiej loży?
Kelner spojrzał w tym kierunku niby odniechcenia.
— To jest mr. Joshua Broad, — rzekł.
Prawie w tej samej chwili, gdy kelner wymienił jego nazwisko, Joshua Broad wstał, przeszedł przez salę i zbliżył się do Ray’a.
— Dzieńdobry, mr. Bennett. Zdaje się, że nie rozmawialiśmy z sobą jeszcze nigdy, choć jesteśmy członkami tego samego klubu i widzieliśmy się tu już nieraz. Moje nazwisko jest Broad.
— Może pan siądzie? — Ray z ledwością mógł opanować głos. — Rad jestem, że pana poznałem, mr. Broad. Czy zechce pan zjeść ze mną śniadanie?
— Dziękuję, — odparł Amerykanin, — jadłem już. Ale jeżeli to panu nie przeszkadza, dokończę swego papierosa. Jestem sąsiadem pańskiej przyjaciółki. Miss Bassano zajmuje mieszkanie vis-à-vis mojego.
Teraz Ray przypomniał sobie dziwacznego Amerykanina, nad którym Lola i Lew Brady nieraz sobie łamali głowy.
— Czy dawno zna pan Brady’ego? — zapytał Broad.
— Lewa? Nie pamiętam dokładnie. Miły człowiek, — rzekł Ray bez zapału. — I jest zaprzyjaźniony z jedną z moich znajomych.
— Właśnie z miss Bassano, — rzekł Broad. — Niech mi pan powie, czy pan nie był kiedyś u Maitlanda?
— Tak, dawno, — rzekł Ray obojętnie, a z tonu jego można było wnosić, że zwiedzał tylko pałac jako obojętny gość.
— Dziwny człowiek z tego Maitlanda, co?
— Niewiele o nim wiem, — rzekł Ray. — Ale ma bardzo miłego sekretarza.
— Ma pan na myśli Johnsona? Znam go dobrze.
— Biedny, stary Fil, stracił posadę.
Twarz Broada zmieniła się.
— Johnson? Kiedyż się to stało?
— Spotkałem go dzisiaj rano i opowiedział mi o tem.
— Dziwię się, że Maitland odważył się na to.
— Odważył? — zapytał Ray zdziwiony. — Niewiele trzeba odwagi, żeby wydalić sekretarza.
— Mam na myśli, że człowiek o charakterze Maitlanda musi mieć wiele odwagi, żeby wydalić człowieka, który zna tyle jego tajemnic. A cóż Johnson zamierza teraz robić?
— Szuka innej posady, — rzekł Ray krótko.
Uporczywe pytania nieznajomego poczęły go drażnić. Broad zauważył to widocznie natychmiast, gdyż zmienił temat rozmowy, pogadał jeszcze nieco o powszednich sprawach i pożegnał się.
Ray pozostał sam i myśl jego powróciła znowu do otrzymanego polecenia. Tajemniczość, przebranie, wszystko to pociągało bardzo romantyczną naturę Raymonda Bennetta. Jak się ta przygoda mogła skończyć, o tem nie myślał.
I dobrze było dla spokoju jego ducha, że nie umiał zaglądać w przyszłość. Bo gdyby miał ten dar, uciekłby w tej chwili smagany przerażeniem, wyszukałby sobie jakieś samotne miejsce, jakąś jaskinię, żeby tam wpełznąć i drżeć z trwogi i modlić się.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edgar Wallace i tłumacza: Marceli Tarnowski.